A właściwie Irish woman, ale nie bądźmy drobiazgowi ;)
Rebis 2009
tłum. Jerzy Kozłowski
ss. 256
Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że z Bookerem mi nie po drodze. To już druga powieść, po "Tajemnicy rodu Hegartych", która została nominowana do tej nagrody, a we mnie nie wzbudziła kompletnie żadnych emocji.
Dwudziestoparoletnia Eilis mieszka w Irlandii z matką i starszą siostrą, Rose. Eilis jest bezrobotna i bez większych szans na posadę - dom utrzymuje Rose i częściowo bracia, którzy za pracą wyjechali do Anglii. Tymczasem przed Eilis otwiera się możliwość emigracji do Stanów Zjednoczonych, gdzie ma obiecaną pracę i pomoc zaprzyjaźnionego księdza. Podejmuje wyzwanie i wyjeżdża - początkowo czuje się fatalnie i marzy o powrocie, ale powoli wrasta w nowe otoczenie, zwłaszcza kiedy poznaje sympatycznego Tony'ego. Jednak los szykuje dla niej przykrą niespodziankę i przed dziewczyną staje konieczność powrotu do Irlandii...
Sięgnęłam po "Brooklyn", bo po rewelacyjnej "Wyspie klucz" miałam chęć na coś więcej o imigrantach w Ameryce. Niestety, tym razem nie byłam zachwycona, chociaż wiedza mi się odrobinkę poszerzyła. "Brooklyn" przypominał mi szkolną lekturę - można by go analizować na ładnych paru lekcjach, zadając pytania w stylu "Jak wyglądała sytuacja na irlandzkim rynku pracy?", "Jakie były szanse emigracji zarobkowej i dokąd?", "Jak wyglądała podróż do Stanów?", "Jak wyglądały kontakty między imigrantami różnych narodowości?" itp. Wszystkie odpowiedzi da się bez wysiłku znaleźć w tekście. Można też zrobić uczniom sprawdzian na temat dylematu bohaterki, która musi zdecydować między samodzielnością na emigracji a powrotem do ciepłego domu. Bardzo to ciekawe jest, niestety nie porywa i to podstawowa (dla mnie) wada książki.
Jeśli Toibin miał na celu drobiazgowe opisanie sytuacji imigrantów irlandzkich w Stanach, to naprawdę mógł na tym, skądinąd interesującym, tle umieścić ciekawszą, mniej telenowelowatą historię. Jeżeli natomiast chodziło mu tak naprawdę o wspomniany dylemat głównej bohaterki, to całość jest za długa o pierwsze 200 stron, które robią wrażenie wstępu do właściwej akcji. Do tego styl jest suchy i kanciasty (nie jest zły, ale nie należy do tych, które tygrysy lubią najbardziej), a bohaterowie nie robili na mnie wrażenia istot z krwi i kości - nie byłam w stanie zżyć się z żadnym.
Moim zdaniem - można przeczytać, ale nie trzeba. Podejrzewam, że za tydzień nie będę już o tej książce pamiętać.
Myślę, że plusem tej książki jest ilość stron :)
OdpowiedzUsuńAle jest tyle ciekawszych pozycji, czasami jednak trafi się na taką niespecjalną :)
Ja się nie skuszę Tym razem :)
Szkoda czasu na książkę, o której się tak szybko zapomni ;).
OdpowiedzUsuńSkoro książka przeciętna, to odpuszczę sobie jej lekturę. Dzięki za cynk:)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!!
A ja mimo to się skuszę;))
OdpowiedzUsuń