15 marca 2011

Jak wyhodować lepszego człowieka

Nicolas d'Estienne d'Orves
Sieroty zła
WAB 2009
ss. 502


Dramatyczny tytuł i swastyka na okładce nie są dla mnie literackim wabikiem - raczej powodują mój szybki odwrót. Tym razem jednak książka została mi wręczona przez koleżankę z rozkazem przeczytania. Ponieważ wcześniej widziałam rzeczoną koleżankę, jak podczytywała tę lekturę pod biurkiem w pracy, nie mogąc się oderwać, dałam się przekonać. 

Dobry thriller nie jest zły, a nazwisko autora gwarantowało, że przynajmniej nie będzie to książka o dzielnym amerykańskim profesorze, który umie rozwikłać wszelkie europejskie tajemnice (nie czepiam się Dana Browna, ale powtarzalność tego schematu jest męcząca). Poza tym temat książki jest zaiste frapujący. Książki o nazizmie, przynajmniej te, z którymi się stykam, dotyczą najczęściej problemu Holocaustu i cierpień ludności cywilnej. Zdumiewająco mało lektur natomiast zostało poświęconych samym nazistowskim ideom (które stały za powyższym) stworzenia nowej rasy panów, które przebijają literacką fikcję zrodzoną w głowie najbardziej płodnego autora. Tak szczerze - gdybyście przeczytali w książce o Austriaku z czarnymi włosami i krzywym nosem, jak zdobywa władzę, głosząc, że na świecie powinni panować niemieccy blondyni (optymalnie - z prostymi nosami), a wszyscy go oklaskują,  nie uznalibyście, że to straszliwy kit?

Lebensborn - wokół którego d'Estienne d'Orves oplótł swoją fabułę - istniał naprawdę. Kliniki, w których "aryjskie" kobiety zapładniane przez "aryjskich" mężczyzn, zwykle z SS, miały rodzić czyste rasowo dzieci ku chwale Niemiec - to brzmi jak fikcja, ale fikcją nie było. Podobnie jak, na podbitych ziemiach, odbieranie rodzicom dzieci o odpowiednim typie urody, ich wywożenie i germanizacja. Ośrodki Lebensbornu powstawały w całej Europie - największy w Polsce znajdował się pod Łodzią. Rzeczywiste (chociaż brzmią fantastycznie) były też prowadzone przez nazistów wykopaliska archeologiczne, podczas których szukano niemieckich "przodków" - Arian, rasy panów. 

Oczywiście sporo w "Sierotach zła" historical fiction, ale ostatecznie nie jest to dokument, więc można na to przymknąć oko, bo  zaletę ma niewątpliwą - nie sposób się oderwać od czytania. Co prawda, styl autora nie do końca mi odpowiadał i przez pierwszą część dość ciężko było mi się wciągnąć w akcję, ale za to potem odmawiałam wypuszczenia lektury z ręki.

Akcja rozgrywa się w kilku planach czasowych - współcześnie, w latach 80. i w czasie II wojny światowej. Bohaterów też jest kilku, chociaż na pierwszy plan wysuwa się Anais - młoda Francuzka o nietypowej przeszłości. Przyjmuje intratne zlecenie, które polega na napisaniu wraz z pewnym fascynatem nazizmu książki na temat Lebensbornu. Niby temat bezpieczny, bo historyczny, ale zadanie okazuje się nie takie proste. Pracodawca jest postacią bardzo skomplikowaną, a pewne wydarzenia - samobójstwa i porwania - wskazują, że nie wszystkim zależy na ujawnieniu faktów. Świadkowie tamtych czasów nadal przecież żyją.
Ta historia przeplata się ze śledztwem prowadzonym w latach 80. przez francuskiego komisarza - na terenach posiadłości francuskiego mera zostają odnalezione spalone zwłoki. W czasach wojennych natomiast śledzimy historię małej dziewczynki, Leni, która wychowuje się na odludnej skalistej wyspie w Norwegii, pod opieką tajemniczego wujka Ottona.

Książkę polecam, fabuła trzyma w napięciu, a temat daje do myślenia (oraz skłania do gorących modlitw, by już nigdy nie pojawili się na świecie przywódcy o tak poronionych pomysłach). Jeżeli jednak ktoś chce przeczytać, to polecam nie wczytywać się w notkę na merlin.pl - jest krótka, ale ujawnia zdecydowanie za dużo. Blurb na okładce jest natomiast wyjątkowo niegroźny.

12 komentarzy:

  1. Interesująca pozycja o której nigdy nie słyszałam. Jak książka wpadnie mi w łapki, to z chęcią przeczytam:)
    Pozdrawiam!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś miałam ją w księgarni i chciałam przeczytać, ale potem chyba poszła do zwrotu i jakoś o niej zapomniałam. Dzięki za przypomnienie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No to mam prezent dla kuzynki na najbliższą okazję. Sama jakoś chwilowo mam ochotę tylko i wyłącznie na książki zupełnie oderwane od rzeczywistości:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Sama miałam ostatnio rozkminkę z przyjaciółką o tym, jakim cudem niski brunet z wąsikiem z żydowską babcią w tle wmówił milionom ludzi, że światem powinni rządzić wysocy blondyni o niebieskich oczach. Paradoks...
    Okładka powiem szczerze ni zachęca, bo nie lubię literatury o czasach II wojny światowej, ale sama fabuła brzmi ciekawie. Może kiedyś :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapowiada się ciekawie. Chętnie dowiem się czegoś więcej o Lebensborn. Czytałam wprawdzie o dzieciach niemieckich w tym okresie, ale z innej perspektywy. Nie wiem, czy kojarzysz książkę Guido Knoppa "Dzieci Hitlera". Jest oparta na dokumentach i wspomnieniach i opowiada o pokoleniu dzieci "uwiedzionych" przez tą ideologię, pokazując jak naziści zdobywali serca młodych ludzi.

    OdpowiedzUsuń
  6. Kamkap, Kasandra, Viconia - jeśli macie ochotę na coś bardzo wciągającego, to polecam :)

    Milvanna - cieszę się, że mimowolnie pomogłam. Obdarowywanie bliskich książkami ma ten miły aspekt, że można je potem od nich pożyczyć ;) A w ogóle to ja zaobserwowałam u siebie ostatnio proces odwrotny - silnie mnie pcha w kierunku realizmu i literatury faktu, co się pewnie niedługo ujawni na blogu.

    Przyjemnostki - prawda? Trudno się dopatrzeć logiki, mimo że uzasadnień historycy wymyślili tysiące. Może miał wyjątkową charyzmę ;) Okładka nie jest nawet zła na żywo, cieszę się, że projektant nie poszedł na łatwiznę i nie machnął czerwonego tła z czarna swastyką tylko zieleń w odcieniu mundurowym ;) Za to te hasła reklamowe u dołu wydawnictwo mogło sobie darować.

    Viv - nie czytałam "Dzieci Hitlera", ale sięgnę po nią, dzięki. Zresztą to się zazębia z fabułą tej powieści, pojawia się tam trochę uwiedzionej przez nazizm młodzieży i chętnie spojrzałabym na ten proces od bardziej naukowej strony.

    OdpowiedzUsuń
  7. Pierwsze słyszę o tej książce. Okładka faktycznie niezbyt, niezbyt, tez bym się odwróciła na pięcie. Temat wydaje się jednak interesujący, choć nie przekonuje mnie jednak sensacyjna otoczka. Chyba jednak wolałabym to w odsłonie literatury faktu. Dość długa recenzja, a przykuwająca uwagę aż do ostatniego zdania, gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
  8. No właśnie. Książkowe prezenty są troszkę egoistyczne;)
    Czytaj, czytaj o rzeczach realnych a może i ja się skuszę;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo, bardzo mnie zaintrygowałaś tą lekturą. Jak już milvanna ją kupi naszej kuzynce to pewnie egoistycznie ustawię się w kolejce :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Kornwalia - a dziękować, dziękować :) jednym zdaniem wprawiłaś mnie w doskonały humor i podbudowałaś ego - zawsze się boję, że moje teksty są przydługie i nikt nie dotrwa do końca. Ja tez bym bardzo chciała poczytać o Lebensbornie od strony historycznej i już znalazłam apetyczną pozycję wydaną przez Czarne: Daša Drndić "Sonnenschein" - na pewno sięgnę.

    Milvanna - Troszkę tak, ale ogólnie propagowanie czytelnictwa to szczytny cel, więc taki mały egoizmik nic przy tym nie znaczy :) Będę czytać i zachęcać też :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Grendella - :D To Milvanna ma teraz dodatkową motywację :)

    OdpowiedzUsuń

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...