3 maja 2017

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ależ to poniewiera człowieka), po której płynnie przeszliśmy do kolejnych katarków. Czworo nas jest, dwoje dorosłych, dwoje dzieci, więc zarażając się od siebie wytworzyliśmy zasmarkane perpetuum mobile, a jak tylko udaje nam się stanąć na osłabione nogi, córka przynosi świeżą dostawę przedszkolnych zarazków. Przedszkole, dodam, wyspecjalizowało się w rozpowszechnianiu bakterii i wirusów, kisząc maluchy przez pół roku w salach o temperaturze ponad 25 stopni i nie wyprowadzając ich nigdy na dwór, bo przecież mogłyby się przeziębić. Dzieci będą wychodzić, oczywiście. Jak będzie ciepło. Biorąc pod uwagę, ze mamy maj i nadal nie jest ciepło, prawdopodobnie wyjdą na dwór w okolicach lipca. A, nie, wtedy przedszkole jest zamknięte. Mogłabym też napomknąć o zdrowym przedszkolnym żywieniu, polegającym na popijaniu napompowanych cukrem pseudosoczków i mlecznych deserków. Ale nie wspomnę, bo mi ciśnienie skacze.




Walcząc o odzyskanie choćby śladowej odporności, rzuciłam się na lekturę książki "Zdrowy jak japońskie dziecko". Teraz się zastanawiam, czy nie podrzucić jej przedszkolankom. Japońskie dzieci nie zawdzięczają dobrego zdrowia nadprzyrodzonej kombinacji genów, a zdroworozsądkowym zasadom - jedzą zdrowe posiłki, oparte na tradycyjnych przepisach, zawierające mnóstwo świeżych warzyw, oraz mają zapewnioną dużą dawkę aktywności fizycznej. Takie to proste. Książka skupia się na zapobieganiu otyłości u dzieci, co nas nie dotyczy, bo moje maluchy są chude jak szczypiorki. Jednak chociaż otyłość i związane z nią choroby cywilizacyjne chwilowo nam nie grożą, to stosowanie zasady jedz-zdrowo-i-ruszaj-się-dużo doskonale też wpływa na odporność.


Nie zachwycałabym się specjalnie tym poradnikiem, gdyby ograniczał się on tylko do powtarzania rzeczy oczywistych. Na szczęście znalazły się w nim także bardzo ciekawe fragmenty o tym, jak zacząć zdrowo odżywiać dziecko, które odmawia wzięcia do paszczy warzywa. Mam akurat dwa egzemplarze odporne na zdrowe żywienie - córka odmawiała dotąd próbowania jakichkolwiek warzyw poza pięcioma, które zna i lubi (konsekwentnie od początku nie chciała np. spróbować sałaty, twierdząc, że sałatę jedzą króliki), syn odmawia spróbowania wszystkiego, co nie jest kaszą lub mięsem. Na syna, niespełna dwulatka, niewiele jeszcze działa, ale na córce przetestowałam opisaną w książce metodę naukowego przekupstwa naklejkowego... I nastąpił cud - w ciągu dwóch tygodni spróbowała więcej rzeczy niż przez cały ostatni rok, a teraz już bez dodatkowej zachęty zgadza się kosztować nowych potraw. Pod warunkiem, ze nie ma w nich zielonych liści...

Książka promuje także spójny styl życia całej rodziny - nie wystarcza namawiać dzieci do zdrowego żywienia i ćwiczeń, nie wystarcza nawet dawanie dobrego przykładu, trzeba po prostu (ekhem, żeby to takie proste było) prowadzić zdrowy styl życia, którego dzieci staną się częścią w naturalny sposób. To jest właśnie to, o co będę walczyć w najbliższym czasie.

A bonusem jest spory wybór przepisów japońskiej kuchni (podano lokalne zamienniki), przy lekturze których obśliniłam się jak mops.

Naomi Moriyama, Wiliam Doyle, Zdrowy jak japońskie dziecko, Muza 2017.

21 listopada 2016

Polsko-duńskie wychowanie


Tej jesieni wybuchła nieoczekiwanie moda na hygge. Francuskie poradniki uczące paryskiego szyku i przemieniania dzieci w niegrymaśne aniołki jakby straciły blask. Nie ma się co dziwić, mamy polski listopad - buro, zimno i ponuro, chandra razem z wiatrem wciska się szparami w oknach. Potrzebna jest jakaś prosta recepta, żeby odzyskać radość życia. I oto recepta się znajduje - trzeba się uczyć od Duńczyków, najszczęśliwszych ludzi na świecie, jeżeli wierzyć sondażom, które plasują ten naród na szczycie wszelkiej szczęśliwości od co najmniej 40 lat. A zaznaczmy, ze pogoda też ich nie rozpieszcza. Wyrzucamy wiec wszyscy swoje klasyczne sweterki w marynarskie paski i francuskie szpilki (przynajmniej do wiosny), zakładamy grube skarpety, układamy się przed kominkiem i praktykujemy hygge ze wszystkich sił.

Chociaż irytuje mnie ten nagły zalew duńskich poradników (w miejsce francuskich) w księgarniach, nie da się ukryć, że chętnie poznałabym tajemnice szczęśliwości tego narodu. Książka "Duński przepis na szczęście" napisana wspólnie przez Dunkę i Amerykankę, żonę Duńczyka (a więc zapewniająca spojrzenie niejako i z zewnątrz, i z wewnątrz raju) sugeruje, że sekret tkwi w wychowaniu dzieci. Jako że mam akurat dwójkę pod ręką, chętnie wychowam ich na szczęśliwych ludzi (powiedziałabym nawet, ze to główny cel, który przyświeca mi od kilku lat). Tylko jak to zrobić?

Podstawą jest oczywiście przeanalizowanie ustawień domyślnych. Wychowanie dzieci wymaga wysiłku, a dobre wychowanie wymaga także samoświadomości. Wiele naszych zachowań wynosimy z własnego domu rodzinnego, często odtwarzamy je zupełnie odruchowo, zwłaszcza kiedy jesteśmy zmęczeni i zestresowani: "mówimy rzeczy, których tak naprawdę nie chcemy powiedzieć; działamy i reagujemy w sposób, w jaki raczej nie chcielibyśmy działać i reagować" (s. 33) Niektórzy lubią działać na takim autopilocie, twierdząc, ze ich tak wychowano i żyją. Tymczasem dopiero, kiedy rodzic zda sobie sprawę, z tego, co chciałby zmienić w swoim zachowaniu i relacji z dzieckiem, może zacząć skutecznie działać.

Oto składowe wychowania w stylu duńskim:
1. Radosna zabawa - częste jest przekonanie, że zabawa to w sumie marnowanie czasu, który można pozytywnie wykorzystać dla rozwoju dziecka. Łatwo wpaść w spiralę organizowania dziecku zajęć, bo przecież taniec to w sumie przyjemność dla dziecka, sport też, języków też można uczyć poprzez zabawę, więc sama korzyść dla wszystkich. Tymczasem wartość swobodnej zabawy w grupie, jest nie do przecenienia. "Im więcej dzieci się bawią - a co za tym idzie, im lepiej przyswajają umiejętności społeczne i odnajdują w kontekstach społeczno-zabawowych - tym lepiej radzą sobie z trudnościami" (s. 49). Dzięki zabawie dzieci uczą się samokontroli, wyrabiają w sobie zdolności adaptacyjne, stają się odporne psychicznie i doświadczone społecznie.

2. Odpowiedzialna autentyczność aka czemu baśnie Andersena kończą się smutno ;) Autentyczność zaczyna się od zrozumienia i akceptowania wszystkich emocji - u siebie (bo dzieci uczą się przez obserwację, a nie kazania) i dzieci. Odpowiedzialna autentyczność oznacza wyrażanie tych emocji w należyty sposób - czyli jeśli jeśli jestem wściekła, nie zaczynam kląć i wrzeszczeć bez opamiętania, nawet jeśli mam autentyczną ochotę ;) Należy postępować w zgodzie z własnymi emocjami i systemem wartości, nie narzucać dzieciom swoich ani cudzych marzeń, nie naciskać, ani przesadnie nie wychwalać, aby nie uczyć zachowań nakierowanych na spełnianie cudzych oczekiwań. Można chwalić - ale skupiając się na wykonywanym zadaniu, a nie komplementowaniu dziecka. "Lepiej pomóc dziecku rozwinąć poczucie, ze jest w stanie mistrzowsko opanować daną umiejętność, niż wyrabiać w nim przekonanie, ze już jest mistrzem" (s. 68). W ten sposób kształtujemy nastawienie na rozwój, a nie na trwałość.

3. Przeramowanie, czyli reframing. Sporo się o tym mówi, ale niekoniecznie w kontekście wychowania. Trzeba unikać negatywnego nastawienia u siebie, starać się spoglądać na problemy z innej perspektywy. "Rzadziej osądzaj, częściej akceptuj" (s. 108). Nie należy utożsamiać działania z osobą, warto unikać etykietek (działanie: "nabałagniłeś", osoba: "jesteś bałaganiarzem"). emocje.

4. Zrozumienie i empatia - warto kierować się w życiu empatią i uczyć dziecko dostrzegać emocje innych. Ponoć czytanie dzieciom znacząco podnosi u nich poziom empatii, a więc dla dobra ludzkości - CZYTAJMY DZIECIOM!

5. Inwencja zamiast ultimatum - ach, jak trudne do wdrożenia są te działania, bo dotyczą sytuacji, kiedy ukochany szkrab podnosi nasze ciśnienia do poziom przedzawałowego. Tłumacz, tłumacz, tłumacz po tysiąc razy. Dawaj dobry przykład. Szukaj innych rozwiązań niż "jeśli jeszcze raz to zrobisz, to...". Nie walcz o władzę z dzieckiem, w wychowaniu nie chodzi o to, żeby twoje było na wierzchu, a dziecko wiedziało "gdzie jego miejsce". Dzieci wiecznie testują reguły i przesuwają granice. TO NORMALNE. Takie zachowania nie oznaczają, ze dziecko jest złe, złośliwe czy niewychowane. W zależności od wieku różnych rzeczy można od dziecka wymagać - niby to takie oczywiste, a czytałam wypowiedź matki, która stawiała do kąta dziecko półtoraroczne, bo "złośliwie pomalowało podłogę kredkami, chociaż wiedziało, ze tak się nie robi"... Słuchaj dziecka, także jego protestów, one też coś komunikują.

6. Ciepło rodzinne (tak, tak - mamy i hygge). Hygge to skupianie się na "my" zamiast na "ja" podczas bycia razem. "To przede wszystkim wyeliminowanie wszelkiego nieporządku i histerii. To świadomy wybór, by cieszyć się najważniejszymi znaczącymi chwilami w życiu - tymi, które spędzamy z dziećmi, rodziną i przyjaciółmi - oraz docenianie ich znaczenia. To dbanie o ich prostotę i pozytywną atmosferę oraz pozostawianie problemów za sobą. To chęć bycia tam w tych chwilach z własnego wyboru i przyczynianie się do tego, by miło spędzić czas" (s. 178).

Odkąd urodziły się moje dzieci - i odkąd okazało się, że nie jestem tak idealnym rodzicem, jakim wydawało mi się, że będę - nieustannie szukam najlepszego sposobu wychowania, czytając na ten temat, przyswajając i próbując wprowadzać w życie sensowne porady (i próbując, próbując, ponosząc porażki, a potem znów próbując). I uczę się bycia lepszym rodzicem - krok po kroku. Żałuję, że nie było tej książki, trzy lata temu. To absolutne podstawy wychowania szczęśliwego dziecka (i pozostania przy tym szczęśliwym rodzicem przy zdrowych zmysłach) w pigułce. Mam nadzieję, ze mój dom będzie stawał się coraz bardziej hyggeligt za sprawą takiego polsko-duńskiego wychowania.

Jessica Alexander, Iben Sandahl, Duński przepis na szczęście, MUZA 2016.


11 października 2016

Pamiętna noc i książka, której nie da się zapomnieć



Ta książka naczekała się na recenzję niezasłużenie długo, bo choć przeczytałam ją tuż po tym, jak się ukazała, to brakło czasu na opisanie, a i siły umysłowe ostatnio jakby u mnie oklapnięte. Nie mogę jednak o niej nie wspomnieć, bo bez względu na to, co jeszcze przed końcem roku przeczytam, "Titanic. Pamiętna noc" będzie zdecydowanie moją książką roku w kategorii lektur dokumentalnych. Wierzcie lub nie, ale wstrzymywałam oddech przez bite 300 stron.

Walter Lord dokonał cudu, wskrzeszając bohaterów katastrofy, wsadzając ich na wyciągnięty z morskiego dna liniowiec, i każąc mi oglądać nieunikniony tok zdarzeń minuta po minucie. Otworzyłam pierwszy rozdział i znalazłam się od razu na pokładzie statku, gdzie chuchając w mroźną noc, wypatrywałam niebezpieczeństw na zwodniczo gładkiej powierzchni oceanu. A potem nagle zobaczyłam czubek góry lodowej, nad głową zaczęło mi przeraźliwie skrzeczeć fatum, lęk ścisnął gardło, ale ciągle miałam nadzieję... Tak. Przecież wiedziałam, jak to się wszystko skończy, a jednak miałam nadzieję, że nie zatonie, że Californian się ocknie, że Carpathia dotrze na czas... I w tym rozpaczliwym stanie biegałam po statku, od salonów pierwszej klasy po kotłownię, patrząc jak na dno idzie wiek XIX. I chociaż wiem, że po zatonięciu Titanica wydarzyło się na świecie tysiące większych tragedii, to katastrofa tego statku ma w sobie coś, co nie pozwala pozostać niewzruszonym - nieprawdopodobny zbieg fatalnych okoliczności i ludzka pycha, które doprowadzają do końca pewnego świata. Gdyby to się nie wydarzyło, nie dałoby się takiej tragedii wymyślić, wszyscy by twierdzili, że to zbyt naciągane...

Autor napisał książkę w 1955 r., a mimo to treść nie zestarzała się nawet o minutę. W dodatku, Lord tworzył ją w czasach, kiedy żyli jeszcze świadkowie katastrofy, z czego skwapliwie skorzystał, docierając do tych uratowanych, którzy nadal żyli 43 lata po cudownym ocaleniu. Powstała dzięki temu niezwykle wierna relacja, uwzględniająca nawet rozbieżności w opowiadaniach świadków, pozwalająca spojrzeć na dramat oczami pasażerów różnych klas oraz załogi. Lord nie schodzi na tony melodramatyczne, jest bardzo oszczędny w słowach, trzyma się ściśle faktów, a mimo to udało mu się stworzyć jedną z najmocniej poruszających książek, jaką w życiu czytałam. Polecam. Bardzo.

Walter Lord, Titanic. Pamiętna noc, tłum. Maria Zawadzka, Agora, Warszawa 2016.

16 maja 2016

Majówka ze Słoniem i Mrówką



Uwaga, lektura tej książki ma groźne skutki. Czytelnik zaczyna wszędzie widzieć słonie.
Widzicie tu słonia? Nie?


Ja widzę.


Dla wielbicieli purnonsensu to pozycja obowiązkowa. Las stworzony przez Tellegena zaludniają zwierzaki - co niby oczywiste, ale tylko niby. Ich dobór jest dość swobodny, obok jeża i wiewiórki mamy słonia, nosorożca, lwa i ośmiornicę. Warunki pogodowe bywają niepokojące- wiatr potrafi tak wiać, że odwiewa słoniowi trąbę ("z trudnością utrzymał przy sobie uszy" s. 98)

Co więcej, słoń ma tu te same rozmiary co mrówka, a mrówka, co wiewiórka. Wiewiórka i mrówka to zresztą najlepsze przyjaciółki. Kiedy mrówka choruje, wiewiórka odwiedza ją i zapewnia, że jest bardzo dzielna. A kiedy jest zdrowa, straszy ją pytaniem o to, czy nie sądzi, że one kiedyś się skończą...
Słoń zresztą też przyjaźni się z wiewiórką i przychodzi do niej huśtać się na lampie. Właśnie tak. I za każdym razem, kiedy przelatuje nad stołem, macha do niej i woła - Wiewiórko! Kiedy indziej spacerują po lesie, gęsiego, a wiewiórka pilnuje, żeby słoń nie wpadał na drzewa (zadziwiająco lubi rozbijać się o różne rzeczy "czy bez zderzania się wciąż jestem jeszcze sobą? - zastanawiał się" (s. 106)).

Jest też w lesie żółw, który marzy o tym, żeby zaryczeć (choć w sumie nie jest pewien, czy jest aby na pewno żółwiem) oraz jeż, który chce zawisnąć jak słońce. Konik polny próbuje przeskoczyć wszechświat (co zresztą mu się udaje), a jeż pisze list, choć zna tylko literę W - "pozostałe litery wydawały mu się nieporęczne i raczej bezużyteczne" (s. 76). Krótkie migawki z życia dziwnych mieszkańców lasu zajmują po 2-3 strony, są doskonałe do czytania z doskoku. Podobno to książka dla dzieci, ale nie bardzo w to wierzę. Myślę, że to książka dla mnie :)
Recenzja ukazała się też na blogu Książniczka i braciszek.

Toon Tellegen, Nie każdy umiał się przewrócić, wydawnictwo Dwie Siostry, warszawa 2013, tłum. Jadwiga Jędryas, ilustr. Ewa Stiasny

22 marca 2016

Co czytałam i oglądałam w lutym - podsumowanie

muskajac-aksamit-b-iext8610571Skończyłam wreszcie czytać "Muskając aksamit" Sarah Waters, o której wspominałam w styczniu, a nad którą zeszło mi jakoś ze dwa miesiące. Mimo szczerej sympatii do Autorki, która napisała świetną, przewrotną "Złodziejkę" i wciągającą gotycką powieść "Ktoś we mnie", tę książkę zmęczyłam z trudem. Owszem, ciekawe jest spojrzenie na Londyn przełomu XIX i XX wieku od strony, której dotąd w literaturze trudno było szukać, więc tło w porządku, ale fabularnie nudnawo, choć dzieje się dużo. Nie lubię romansów, a to był jednak romans, tyle że lesbijski. W dodatku Autorka tak się rozpędziła w opisywaniu świata od strony homoseksualnej, że w pewnym momencie wszyscy heteroseksualni zeszli do podziemia, zaczęli stanowić szare tło wydarzeń, a główna bohaterka mogła wybierać w dziewczynach, jak w ulęgałkach, w co jakoś nie chce i się wierzyć.
Nancy Astley, młoda dziewczyna o dość przeciętnej urodzie i ładnym głosie, miała spędzić całe swoje życie w sposób bardzo konwencjonalny, opuścić rodzinną gospodę i sprawianie niezliczonych ostryg, żeby wyjść za mąż i rodzić dzieci. Jedno teatralne przedstawienie odmieniło jej życie - pozwoliło odkryć pociąg do ślicznej panny Kitty, a tym samym do własnej płci, zawiodło do garderoby, a potem na scenę, stamtąd na ulicę, a dalej niezwykle krętą drogą do akceptacji siebie i szczęśliwej miłości. Po drodze Nancy odkrywa, a my z nią, tajniki życia artystów rewiowych, homoseksualnych prostytutek, bogatych i zdeprawowanych safistek, dzielnych sufrażystek i działaczy społecznych.


dziwny-przypadek-psa-nocna-pora-b-iext7867300W przeciwieństwie do powieści Waters, książka Marka Haddona "Dziwny przypadek psa nocną porą" wciągnęła mnie od pierwszej strony. Pomysł fabularny dużo mniej skomplikowany niż w "Muskając aksamit" - mały dramat małżeństwa z chorym dzieckiem - można by go streścić w trzech zdaniach. Za to wykonanie mistrzowskie, fantastyczna podróż do wnętrza umysłu chłopca cierpiącego na zespół Aspergera. Bardzo prawdziwi bohaterowie, nie papierowi, niejednoznaczni.
Świat powieści nie jest czarno-biały, nad czym bardzo boleje 15-letni Christopher Boone,  który za nic nie może połapać się w tych wszystkich odcieniach szarości. Przez to nie lubi opuszczać domu, który funkcjonuje według jasnych zasad (w pocie czoła wypracowanych przez jego ojca), ani stykać się z obcymi ludźmi, bo ich zachowanie trudno zrozumieć (mogą mówić jedno, ale myśleć drugie, jednym grymasem zmieniać sens swojej wypowiedzi, więc skąd właściwie rozmówca ma wiedzieć, o co im chodzi..). Mimo tego, kiedy pies sąsiadki zostaje znaleziony martwy, Christopher podejmuje się śledztwa, ale nie może sobie wyobrazić, jak daleko go ono zawiedzie. Książka opisywana jest często jako kryminał, co jest zupełną pomyłką, bo nie osoba mordercy zwierzaka jest tu istotna, a śledztwo jest pretekstem do zupełnie innej opowieści, o której ciężko pisać, żeby nie zdradzić zbyt wiele.


delirium-b-iext7142701No, dobrze, romansów może nie lubię, ale za to szalenie lubię młodzieżowe powieści o świecie alternatywnym, i tym mogę tłumaczyć sięgnięcie po trylogię "Delirium" Lauren Oliver. Polecała ją na swoim blogu Padma, a jej opiniom ufam. Przypadkiem natknęłam się w bibliotece na apetycznie gruby tom, zawierający wszystkie trzy części: "Delirium", "Pandemonium" i "Requiem" oraz dodatkowe opowiadania. Chociaż słowo 'miłość' jest tam odmieniane przez wszystkie przypadki, bardzo mi się dobrze tę dystopię czytało. Nie jest to może z mojej strony zachwyt na miarę "Igrzysk śmierci", sporo tu dłużyzn, po których wzrok mi się prześlizgiwał, zwłaszcza w pierwszej części, a i sam pomysł wydawał mi się zbyt naciągany. Nie da się jednak ukryć, że akcja mnie wciągnęła i to do tego stopnia, że cały dzień nie mogłam się doczekać, aż wieczorem (nareszcie!) złapię za książkę, a to mi się już dawno nie zdarzyło. Dwadzieścia lat temu pewnie byłabym wniebowzięta, bo nie da się ukryć, że grupą docelową już od dawna nie jestem.
Nastoletnia Lena żyje w świecie,  którym miłość została uznana za groźną chorobę, amor deliria nerviosa, i wyeliminowana za sprawą medycznego zabiegu, którym poddawani są wszyscy młodzi ludzie po ukończeniu szkoły (u dzieci zabieg mógłby być niebezpieczny). Dzięki temu rząd może bezproblemowo (jak się wydaje) rządzić potulnymi obywatelami, pozbawionymi głębszych uczuć i gwałtownych emocji, a nawet snów. Lena nie może się doczekać swojego zabiegu, który ma ją uchronić przed złapaniem wirusa, krążącego niebezpiecznie blisko jej rodziny - nie oparła mu się jej matka i kuzynka. Zanim jednak do zabiegu dojdzie, spotka na swojej drodze człowieka, który całe jej dotychczasowe wyobrażenie o świecie postawi na głowie.
Pierwszy tom jest dość mocno romansowy, za to w drugim zaczyna się już (rzecz jasna!) walka z systemem - wciągnął mnie do tego stopnia, że nie zauważyłam nawet, kiedy drugi tom przemienił się w trzeci i byłam bardzo oburzona, kiedy i trzeci się skończył... Na dokładkę są jeszcze niedługie opowiadania uzupełniające historię bohaterów drugoplanowych, ale to już takie dopowiedzenia na siłę.
Całość polecam, ale podkreślam, że to jednak przygodowe czytadło i nie należy oczekiwać arcydzieła.

Sarah Waters, Muskając aksamit, Prószyński i ska, 2009
Mark Haddon, Dziwny przypadek psa nocną porą, Świat Książki 2010
Lauren Oliver, Delirium, Pandemonium, Requiem, Wydawnictwo Otwarte 2015



*****


Filmowo miesiąc wypadł skromnie. Udało nam się obejrzeć trylogię z Julie Delpy i Ethanem Hawkem - Przed wschodem słońca, Przed zachodem słońca, Przed północą. Ciekawa rzecz, kino dwojga aktorów, kręcone na przestrzeni 20 lat. Pierwsza część powstała w 1994 r., druga 9 lat później, trzecia kolejne 9 lat potem. Aktorzy starzeli się, ekhem, dojrzewali, w tym samym tempie co bohaterowie. Co ciekawe, scenariusz do drugiej i trzeciej części stworzyli aktorzy do spółki z reżyserem. Dwa pierwsze filmy oglądałam lata temu, mając 15 i 25 lat, ciekawie było skonfrontować je z moim ponad 30-letnim ja i odkryć, że nadal do mnie przemawiają, ale odbieram je w nieco inny sposób.
Młoda Francuzka Celine i Amerykanin Jessie spotykają się w pociągu, w drodze do domów, zaczynają rozmawiać, a że rodzi się między nimi pewne pokrewieństwo dusz, postanawiają wysiąść  i kontynuować rozmowę przez jedną noc. Cały film jest o tym, jak chodzą po Wiedniu i rozmawiają, ale uwierzcie - wciąga. O czym są dwa kolejne filmy z tymi samymi bohaterami nie powiem, bo musiałabym zdradzić, jak się pierwsza część kończy. Warto zobaczyć samemu.

przed_wschodem_slonca1.jpg before-sunset-1doc_5584_0

Przed wschodem słońca / Before Sunrise reż. Richard Linklater (1995)
Przed zachodem słońca / Before Sunset, reż. Richard Linklater (2004)
Przed północą / Before Midnight, reż. Richard Linklater (2013)

2 marca 2016

Malina, ach, Malina

Podchodzę sceptycznie do książek pisanych przez celebrytów, a już pisanych dla dzieci w ogóle nie tykam, chociaż może niesłusznie. "Malinę" tknęłam i nie żałuję, a skusił mnie głównie tytuł, bo uwielbiam dziewczęce imiona owocowe i kwiatowe. Autorką jest Katarzyna Pakosińska, artystka kabaretowa, więc liczyłam na lekturę lekką i zabawną i wcale się nie zawiodłam.

Malina (cud-dziewczyna) liczy sobie 10 lat i chodzi do czwartej klasy. Ma przesympatycznych rodziców (mama Tosia jest aktorką, tata Adam podróżnikiem), ukochane babcie oraz irytującego sąsiada, a w jej mieszkaniu stoi stare radio z zielonym oczkiem. Radio, które okazuje się mieć bardzo tajemnicze właściwości, bo z jego pomocą można... podróżować w czasie. Dzięki niemu Malina może przekonać się, jak to było, kiedy jej tata, mały Adaś, wykazał się nadzwyczajną odwagą, a mama Tosia wybrała się na wagary. Odkrywa też, że babcia Marzenka była za młodą niezłą psotnicą, a jej mama, prababcia Irena, wielką romantyczką. Udaje się też Malinie udaremnić niecny plan sąsiada Drążka, sięgający kilkadziesiąt lat wstecz!


Malina to przemiła bohaterka, jest urocza, zwariowana i lubi pakować się w tarapaty, wzbudziła moją ogromną sympatię. Bardzo spodobał mi się też pomysł podróży w czasie do czasów dzieciństwa własnych przodków - myślę, że wielu dziecięcych czytelników uświadomi sobie dzięki temu, że - po pierwsze - mamusia czy babcia też były kiedyś dziećmi, a - po drugie - że ich dzieciństwo wyglądało inaczej, bo przypadło na inne czasy. Plusem są też zabawne ilustracje Kasi Kołodziej.

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to do dodatkowej "edukacyjnej" warstwy książki. W treść wplecione są różne trudne słowa i wyrażenia, wyjaśniane w didaskaliach (w sposób lekki i zabawny) oraz zadania dla czytelnika (napisz, narysuj itp.). Jak dla mnie, to za dużo grzybków w barszcz. Powieść powinna opowiadać wciągającą historię, jeśli ma jakąś warstwę edukacyjną, niech będzie wpleciona w akcję, a nie podana wprost. A jeszcze lepiej edukację zostawić książkom do tego przeznaczonym. W tym przypadku fabuła broni się sama i reszta tylko przeszkadza, ale może dla dzieciaków, które mają problem ze skupieniem uwagi na dłuższym tekście, te przerywniki będą właśnie zaletą.

Recenzja ukazała się też na blogu Książniczka i braciszek.

27 lutego 2016

Tajemnice Zatoki Okrętów

O pierwszych tomach serii CLUE pisałam TUTAJ. Kiedy tylko dostałam dwa kolejne, od razu się na nie rzuciłam. Po pierwsze lektura jest lekka, krótka, wciągająca - w sam na jeden odprężający wieczór, po drugie - o czym już wcześniej pisałam - wydawnictwo niecnie zamieszcza na końcu każdego tomu pierwszy rozdział kolejnego i oczywiście kończy się to tym, ze koniecznie chcę kolejny przeczytać już zaraz... Tak, wiem, to taki chwyt marketingowy, ale cóż, działa.

W trzecim tomie serii zagadka zawiedzie Cecilię, Une i Leo na samo dno Zatoki Okrętów, do zatopionego wraku. W okolicy kręcony jest właśnie film - przez pensjonat "Perła", którego właścicielem jest ojciec Cecilii, przewijają się tłumy, ale nie każdy jest tym, za kogo się podaje. Na planie filmowym dochodzi do drobnej kradzieży, która okazuje się tylko czubkiem góry lodowej, czającej się pod - bardzo dosłownie - powierzchnią wody.

Czwarty tom zaaprowadzi nas prosto na cmentarz. Cecilia, Une i Leo odkrywają, że ktoś rozkopuje stare groby. Badają stare legendy o ukrytych skarbach, zwiedzają okradziony kościółek i tajemnicze bunkry. Próbują odkryć sprawcę i przyczyny jego postępowania, a docierają do wyjaśnienia o wiele straszniejszej tajemnicy...

Bardzo podoba mi się atmosfera tej serii. Leniwy wakacyjny nastrój, okolica pełna tajemnic przeszłości i stary Tim, który zna wiele legend i chętnie się nimi dzieli. Słyszeliście historię o niemieckim złocie, które tak naprawdę wcale nie było niemieckie? A o starym pastorze, który modlił się za tonących, zamiast im pomóc i został przez to skazany na potępienie? To może wiecie coś o zatopionych okrętach? Znacie tajemne przejścia w pobliskich bunkrach? A może wiecie, co się stało z matką Cecilii? Oczywiście, nagromadzenie zagadek w tym jednym zakątku Norwegii jest mało prawdopodobne, ale z chęcią przymykam na to oko. Seria detektywistyczna rządzi się swoimi prawami.

Autorem serii jest Jorn Lier Horst, jeden z najbardziej znanych norweskich pisarzy kryminałów, który napisał m.in. "Jaskiniowca" i "Psów gończych".

Recenzja serii CLUE ukazała się także na blogu Książniczka i braciszek.

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...