21 listopada 2016

Polsko-duńskie wychowanie


Tej jesieni wybuchła nieoczekiwanie moda na hygge. Francuskie poradniki uczące paryskiego szyku i przemieniania dzieci w niegrymaśne aniołki jakby straciły blask. Nie ma się co dziwić, mamy polski listopad - buro, zimno i ponuro, chandra razem z wiatrem wciska się szparami w oknach. Potrzebna jest jakaś prosta recepta, żeby odzyskać radość życia. I oto recepta się znajduje - trzeba się uczyć od Duńczyków, najszczęśliwszych ludzi na świecie, jeżeli wierzyć sondażom, które plasują ten naród na szczycie wszelkiej szczęśliwości od co najmniej 40 lat. A zaznaczmy, ze pogoda też ich nie rozpieszcza. Wyrzucamy wiec wszyscy swoje klasyczne sweterki w marynarskie paski i francuskie szpilki (przynajmniej do wiosny), zakładamy grube skarpety, układamy się przed kominkiem i praktykujemy hygge ze wszystkich sił.

Chociaż irytuje mnie ten nagły zalew duńskich poradników (w miejsce francuskich) w księgarniach, nie da się ukryć, że chętnie poznałabym tajemnice szczęśliwości tego narodu. Książka "Duński przepis na szczęście" napisana wspólnie przez Dunkę i Amerykankę, żonę Duńczyka (a więc zapewniająca spojrzenie niejako i z zewnątrz, i z wewnątrz raju) sugeruje, że sekret tkwi w wychowaniu dzieci. Jako że mam akurat dwójkę pod ręką, chętnie wychowam ich na szczęśliwych ludzi (powiedziałabym nawet, ze to główny cel, który przyświeca mi od kilku lat). Tylko jak to zrobić?

Podstawą jest oczywiście przeanalizowanie ustawień domyślnych. Wychowanie dzieci wymaga wysiłku, a dobre wychowanie wymaga także samoświadomości. Wiele naszych zachowań wynosimy z własnego domu rodzinnego, często odtwarzamy je zupełnie odruchowo, zwłaszcza kiedy jesteśmy zmęczeni i zestresowani: "mówimy rzeczy, których tak naprawdę nie chcemy powiedzieć; działamy i reagujemy w sposób, w jaki raczej nie chcielibyśmy działać i reagować" (s. 33) Niektórzy lubią działać na takim autopilocie, twierdząc, ze ich tak wychowano i żyją. Tymczasem dopiero, kiedy rodzic zda sobie sprawę, z tego, co chciałby zmienić w swoim zachowaniu i relacji z dzieckiem, może zacząć skutecznie działać.

Oto składowe wychowania w stylu duńskim:
1. Radosna zabawa - częste jest przekonanie, że zabawa to w sumie marnowanie czasu, który można pozytywnie wykorzystać dla rozwoju dziecka. Łatwo wpaść w spiralę organizowania dziecku zajęć, bo przecież taniec to w sumie przyjemność dla dziecka, sport też, języków też można uczyć poprzez zabawę, więc sama korzyść dla wszystkich. Tymczasem wartość swobodnej zabawy w grupie, jest nie do przecenienia. "Im więcej dzieci się bawią - a co za tym idzie, im lepiej przyswajają umiejętności społeczne i odnajdują w kontekstach społeczno-zabawowych - tym lepiej radzą sobie z trudnościami" (s. 49). Dzięki zabawie dzieci uczą się samokontroli, wyrabiają w sobie zdolności adaptacyjne, stają się odporne psychicznie i doświadczone społecznie.

2. Odpowiedzialna autentyczność aka czemu baśnie Andersena kończą się smutno ;) Autentyczność zaczyna się od zrozumienia i akceptowania wszystkich emocji - u siebie (bo dzieci uczą się przez obserwację, a nie kazania) i dzieci. Odpowiedzialna autentyczność oznacza wyrażanie tych emocji w należyty sposób - czyli jeśli jeśli jestem wściekła, nie zaczynam kląć i wrzeszczeć bez opamiętania, nawet jeśli mam autentyczną ochotę ;) Należy postępować w zgodzie z własnymi emocjami i systemem wartości, nie narzucać dzieciom swoich ani cudzych marzeń, nie naciskać, ani przesadnie nie wychwalać, aby nie uczyć zachowań nakierowanych na spełnianie cudzych oczekiwań. Można chwalić - ale skupiając się na wykonywanym zadaniu, a nie komplementowaniu dziecka. "Lepiej pomóc dziecku rozwinąć poczucie, ze jest w stanie mistrzowsko opanować daną umiejętność, niż wyrabiać w nim przekonanie, ze już jest mistrzem" (s. 68). W ten sposób kształtujemy nastawienie na rozwój, a nie na trwałość.

3. Przeramowanie, czyli reframing. Sporo się o tym mówi, ale niekoniecznie w kontekście wychowania. Trzeba unikać negatywnego nastawienia u siebie, starać się spoglądać na problemy z innej perspektywy. "Rzadziej osądzaj, częściej akceptuj" (s. 108). Nie należy utożsamiać działania z osobą, warto unikać etykietek (działanie: "nabałagniłeś", osoba: "jesteś bałaganiarzem"). emocje.

4. Zrozumienie i empatia - warto kierować się w życiu empatią i uczyć dziecko dostrzegać emocje innych. Ponoć czytanie dzieciom znacząco podnosi u nich poziom empatii, a więc dla dobra ludzkości - CZYTAJMY DZIECIOM!

5. Inwencja zamiast ultimatum - ach, jak trudne do wdrożenia są te działania, bo dotyczą sytuacji, kiedy ukochany szkrab podnosi nasze ciśnienia do poziom przedzawałowego. Tłumacz, tłumacz, tłumacz po tysiąc razy. Dawaj dobry przykład. Szukaj innych rozwiązań niż "jeśli jeszcze raz to zrobisz, to...". Nie walcz o władzę z dzieckiem, w wychowaniu nie chodzi o to, żeby twoje było na wierzchu, a dziecko wiedziało "gdzie jego miejsce". Dzieci wiecznie testują reguły i przesuwają granice. TO NORMALNE. Takie zachowania nie oznaczają, ze dziecko jest złe, złośliwe czy niewychowane. W zależności od wieku różnych rzeczy można od dziecka wymagać - niby to takie oczywiste, a czytałam wypowiedź matki, która stawiała do kąta dziecko półtoraroczne, bo "złośliwie pomalowało podłogę kredkami, chociaż wiedziało, ze tak się nie robi"... Słuchaj dziecka, także jego protestów, one też coś komunikują.

6. Ciepło rodzinne (tak, tak - mamy i hygge). Hygge to skupianie się na "my" zamiast na "ja" podczas bycia razem. "To przede wszystkim wyeliminowanie wszelkiego nieporządku i histerii. To świadomy wybór, by cieszyć się najważniejszymi znaczącymi chwilami w życiu - tymi, które spędzamy z dziećmi, rodziną i przyjaciółmi - oraz docenianie ich znaczenia. To dbanie o ich prostotę i pozytywną atmosferę oraz pozostawianie problemów za sobą. To chęć bycia tam w tych chwilach z własnego wyboru i przyczynianie się do tego, by miło spędzić czas" (s. 178).

Odkąd urodziły się moje dzieci - i odkąd okazało się, że nie jestem tak idealnym rodzicem, jakim wydawało mi się, że będę - nieustannie szukam najlepszego sposobu wychowania, czytając na ten temat, przyswajając i próbując wprowadzać w życie sensowne porady (i próbując, próbując, ponosząc porażki, a potem znów próbując). I uczę się bycia lepszym rodzicem - krok po kroku. Żałuję, że nie było tej książki, trzy lata temu. To absolutne podstawy wychowania szczęśliwego dziecka (i pozostania przy tym szczęśliwym rodzicem przy zdrowych zmysłach) w pigułce. Mam nadzieję, ze mój dom będzie stawał się coraz bardziej hyggeligt za sprawą takiego polsko-duńskiego wychowania.

Jessica Alexander, Iben Sandahl, Duński przepis na szczęście, MUZA 2016.


11 października 2016

Pamiętna noc i książka, której nie da się zapomnieć



Ta książka naczekała się na recenzję niezasłużenie długo, bo choć przeczytałam ją tuż po tym, jak się ukazała, to brakło czasu na opisanie, a i siły umysłowe ostatnio jakby u mnie oklapnięte. Nie mogę jednak o niej nie wspomnieć, bo bez względu na to, co jeszcze przed końcem roku przeczytam, "Titanic. Pamiętna noc" będzie zdecydowanie moją książką roku w kategorii lektur dokumentalnych. Wierzcie lub nie, ale wstrzymywałam oddech przez bite 300 stron.

Walter Lord dokonał cudu, wskrzeszając bohaterów katastrofy, wsadzając ich na wyciągnięty z morskiego dna liniowiec, i każąc mi oglądać nieunikniony tok zdarzeń minuta po minucie. Otworzyłam pierwszy rozdział i znalazłam się od razu na pokładzie statku, gdzie chuchając w mroźną noc, wypatrywałam niebezpieczeństw na zwodniczo gładkiej powierzchni oceanu. A potem nagle zobaczyłam czubek góry lodowej, nad głową zaczęło mi przeraźliwie skrzeczeć fatum, lęk ścisnął gardło, ale ciągle miałam nadzieję... Tak. Przecież wiedziałam, jak to się wszystko skończy, a jednak miałam nadzieję, że nie zatonie, że Californian się ocknie, że Carpathia dotrze na czas... I w tym rozpaczliwym stanie biegałam po statku, od salonów pierwszej klasy po kotłownię, patrząc jak na dno idzie wiek XIX. I chociaż wiem, że po zatonięciu Titanica wydarzyło się na świecie tysiące większych tragedii, to katastrofa tego statku ma w sobie coś, co nie pozwala pozostać niewzruszonym - nieprawdopodobny zbieg fatalnych okoliczności i ludzka pycha, które doprowadzają do końca pewnego świata. Gdyby to się nie wydarzyło, nie dałoby się takiej tragedii wymyślić, wszyscy by twierdzili, że to zbyt naciągane...

Autor napisał książkę w 1955 r., a mimo to treść nie zestarzała się nawet o minutę. W dodatku, Lord tworzył ją w czasach, kiedy żyli jeszcze świadkowie katastrofy, z czego skwapliwie skorzystał, docierając do tych uratowanych, którzy nadal żyli 43 lata po cudownym ocaleniu. Powstała dzięki temu niezwykle wierna relacja, uwzględniająca nawet rozbieżności w opowiadaniach świadków, pozwalająca spojrzeć na dramat oczami pasażerów różnych klas oraz załogi. Lord nie schodzi na tony melodramatyczne, jest bardzo oszczędny w słowach, trzyma się ściśle faktów, a mimo to udało mu się stworzyć jedną z najmocniej poruszających książek, jaką w życiu czytałam. Polecam. Bardzo.

Walter Lord, Titanic. Pamiętna noc, tłum. Maria Zawadzka, Agora, Warszawa 2016.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...