Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty

4 września 2012

Czytam klasykę - Dżentelmen włamywacz


Arsène Lupin mnie ominął.
Uchylił cylindra i obszedł szerokim łukiem.
Nie, no, nie o tym mówię :) Ominął mnie w postaci książkowej. Nie miałam okazji dotąd na niego trafić, choć oczywiście nazwisko było mi znane. Mam wrażenie, że część winy za naszą nieznajomość ponoszą wydawcy, bo pan Lupin jakoś nie miał szczęścia do publikacji w Polsce. Sherlock Holmes jest od lat odmieniany w księgarniach przez wszystkie przypadki. Mamy osobne książki, tomy częściowe, tomy zbiorowe, tomy mieszczące całą sherlockowatość w jednym i w ogóle. Jeśli ktoś w życiu nie czytał o przygodach słynnego detektywa, to chyba musiał się w tym celu specjalnie postarać. Tymczasem Arsène'a - jak na superwłamywacza przystało zresztą - łatwo przeoczyć, kiedy tak sobie skromnie stoi ukryty gdzieś za zasłonką i śmieje w garść z czytelnika właśnie obrabowywanego ze znajomości bardzo ważnej literackiej postaci. Czyżby polskie wydawnictwa bojkotowały zdolnego włamywacza jako osobnika stojącego po złej stronie mocy? Szkoda by była wielka (chociaż tam on zaiste stoi), bo przygody Arsène'a Lupin są arcyciekawe.

Francuski pisarz Maurice Leblanc, żyjący współcześnie z Sir Arthurem Conanem Doylem, stworzył 20 tomów o przygodach dżentelmena-włamywacza. Pierwszy tom ukazał się w roku 1907, czyli 20 lat po "Studium w szkarłacie" z Sherlockiem w roli głównej. Nie udało mi się znaleźć informacji, czy wszystkie tomy zostały przetłumaczone i wydane w Polsce - choć publikowano je z pewnością. Tom pierwszy ukazał się po polsku już w rok po wydaniu oryginalnym. Chyba jednak były one dotąd dość trudno dostępne. Na szczęście za wznowienie całości zabrał się magazyn Bluszcz w ramach serii Klasyka Kryminału (Biblioteka Bluszcza). Zaplanowano wydanie 23 tomów (nie wiem, czemu jest ich więcej - może któryś rozbito na dwie części, a może zdecydowano się też opublikować kontynuację przygód z lat 70. XX w.). Nie wiem, czy ukazały się wszystkie - bo nie mogę ich nigdzie dostać... Trochę za późno tego Lupina nieszczęsnego odkryłam.

Pierwsze moje spotkanie z panem Lupinem odbyło się w miejscu całkiem nieoczekiwanym, bo w markecie bynajmniej nie książkowym - ze sprzętem AGD głównie. A jednak pomiędzy odkurzaczami a lodówkami napadł na mnie... nie, nie włamywacz, ale stos taniej książki, na którym wygodnie spoczywał rzeczony Arsène Lupin. Dokładnie - 4 pierwsze tomy w jakiejś śmiesznej cenie, 3 zł za sztukę. Czy można było nie brać? Nie można było.

Do pierwszego tomu podeszłam jak do jeża. "Arsène Lupin. Dżentelmen-włamywacz", w którym mamy okazję poznać rabusia o wielu twarzach, niezliczonych tożsamościach, niespotykanej zręczności i sporym uroku osobistym - to zbiór opowiadań. Pierwsze i drugie przeczytałam z umiarkowanym, lecz wzrastającym zaciekawieniem. Gdzieś już od połowy tomu jednak odkryłam, że chcę przeczytać wszystko.

Natychmiast złapałam za tom drugi "Arsène Lupin kontra Herlock Sholmès". Tak, wzrok Was nie myli, Herlock Sholmes. Nawiązanie do słynnego detektywa aż nazbyt czytelne. Chociaż trochę żałowałam, że Leblanc zdecydował się na taki żarcik. Gdyby napisał o jakimś innym, wymyślonym przez siebie, wielkim detektywie, powieść byłaby idealna. A tak, niestety, troszkę się pisarz przejechał na sławnym Angliku, choć czytelnicy, którzy nie mają osobistego stosunku do twórczości Conana Doyle'a, pewnie tego tak nie odbiorą. Ja osobisty stosunek mam i nie lubię Sherlocków tworzonych na siłę przez innych pisarzy. Żaden twór sherlockopochodny nie mógłby butów czyścić oryginałowi. Widać nieudolne naśladownictwo - niby zachowano wady i zalety, ogólną charakterystykę, styl bycia, a jednak to nie jest to. No, a o procesie dedukcji można zapomnieć. W przypadku tworu Leblance'a było podobnie, ale ostatecznie - to nie był Sherlock, tylko Herlock, więc usilnie postarałam się wymazać z głowy wszystkie skojarzenia... Na plus pisarzowi należy policzyć, że  jego wypieszczony Lupin nie zawsze jest górą w pojedynku dwóch mózgów.

Trzeci tom wciągnął mnie najbardziej - "Tajemnica wydrążonej iglicy" rozpoczyna się od kradzieży niemożliwej, pozornej śmierci głównego bohatera, porwania pięknej dziewczyny, dokumentu, który krążył przez wieki wśród królów Francji i ukrytego skarbca. Głównym bohaterem tej powieści jest młodziutki detektyw amator, uczeń Isidore Beautrelet, któremu niezwykłe talenta pozwalają rozwiązywać historyczne zagadki i deptać po piętach słynnemu włamywaczowi.

Już się miałam złapać za czwarty z posiadanych tomów, o tajemniczym tytule "813", kiedy odkryłam, że jest to tylko "813. Część 1". Powstrzymałam się więc do czasu upolowania na allegro części 2 (tom 5). A jak już ją upolowałam, zaopatrzyłam się od razu w tom 6 "Wyznania Arsene'a Lupin". Reszty nie posiadam (jeszcze), ale chętnie odkupię, jakby ktoś oferował...

Polecam wielbicielom klasycznych kryminałów, gdzie kluczową rolę odgrywa intelekt, a nie wyrafinowane psychopatyczne skłonności.

2 grudnia 2011

Czytam klasykę! - Paryż namalowany

Wiktor Hugo
Katedra Marii Panny
w Paryżu
fr. Notre-Dame de Paris
1831








Przez pierwsze 50 stron powieści czułam głównie narastające zdziwienie...

Po pierwsze, czytałam dotąd tylko "Nędzników" tego autora i była to niezwykle wciągająca powieść z wartką akcją. Mniej więcej tego samego oczekiwałam więc po "Katedrze...". I się zadziwiłam. Fabuła zamiast biec linearnie, od wydarzenia do wydarzenia, krąży. Nie chronologicznie, ale geograficznie. Dokładniej mówiąc - krąży po Paryżu. Odwiedzamy jakiś budynek, obserwujemy, potem zaglądamy w jakiś zaułek, podglądniemy co się dzieje, przeniesiemy się do kościoła, popatrzymy... Biegają żacy, krążą mieszczki, hałas, gwar, plotki... Tańcząca cyganeczka wzbudza oklaski, mały pokrzywiony brzydal - okrzyki wstrętu, ponury kapłan - cichą niechęć. Zwiedzamy miasto, zaglądamy nie tylko do tytułowej katedry, ale i do zamtuzów, w dzielnice żebraków, do schronienia pustelnicy. Dopiero po dłuższym czasie z tych wszystkich obrazków rodzajowych i podsłuchanych rozmów zaczyna budować się pewna historia...

Po drugie, o losach brzydkiego Garbusa i ślicznej Esmeraldy miałam dotąd dość disneyowskie wyobrażenie. Co prawda nie oglądałam bajki, ale coś mi się tam w głowie zakorzeniło. Po przeczytaniu książki naprawdę nie wiem, w jaki sposób tragiczne losy bohaterów udało się Disneyowi zamienić w bajkę dla dzieci. Wszyscy w tej książce są nieszczęśliwi, targani emocjami, nad którymi nie potrafią zapanować, i dążą nieubłaganie do okrutnego końca. Przyznam, że finał książki zupełnie mnie zaskoczył - nie tego się spodziewałam!

Czytanie książki napisanej w ten sposób zajęło mi dość dużo czasu. Czytając, popadałam to w znudzenie, to w zachwyt. Niemal pokonała mnie księga trzecia (powieść podzielona jest na 11 ksiąg, a każda księga składa się z kilku rozdziałów), która jest w całości opisem Paryża i katedry - ani grama akcji. Przyznam, że po prostu opuściłam ten fragment... Hugo starannie się przygotował do roli przewodnika po średniowiecznym Paryżu, studiując dzieła opisujące to miasto w XV w. Zamierzał stworzyć "malowidło Paryża w XV wieku" i to mu się udało, bo nawet bez drobiazgowych opisów trzeciej księgi Paryż jest właściwie głównym bohaterem. Po lekturze zostaje w pamięci mnóstwo scenek idealnie nadających się na obrazy... Jeśli chodzi o wydarzenia historyczne - Hugo potraktował je swobodnie, zmieniając daty i nazwiska, więc pod tym względem nie należy traktować "Katedry..." jako podręcznika.

Na zakończenie kilka pięknych starych ilustracji do "Katedry...":

Budynek sądu (Charles-François Daubigny, 1844)
Papież błaznów (Edouard de Beaumont, 1844)

Quasimodo ratujący Esmeraldę (Aimé de Lemud, 1844)



I fotografia tytułowej bohaterki:

 

21 października 2011

Trzej supermuszkieterowie

Nie miałam dużych wymagań, idąc do kina. Chciałam, żeby było lekko, kolorowo i odprężająco. Z odrobiną wdzięcznych walk na szpady, złym kardynałem Richelieu, wszystko doprawione humorem. Te kryteria film spełnił, dzieje się dużo, dialogi są dowcipne, bitwy na statki powietrzne widowiskowe, a aktorzy naprawdę dobrze dobrani. 


Szkoda, że sensu tam za dużo nie ma, a odległość od oryginału jak stąd do Australii. Imiona zostały te same, sposób, w jaki d'Artagnan poznaje Atosa, Portosa i Aramisa też się zgadza, a i jakiś naszyjnik królowej się w tle plącze. To by było na tyle, reszta to swobodna gra w "co by tu jeszcze zrobić, żeby taka ramota się nastolatkom podobała". Stąd latające machiny wojenne, walki na szpady na czubku kościoła (pech reżysera, że wtedy jeszcze nie było wieży Eiffla - na jej czubku, to by dopiero było widowisko) i nurkujący Atos w stroju samurajolordovaderowopodobnym.

Od lewej: D'Artagnan, Aramis, Portos i Atos
Muszkieterowie trzej i Milady
Muszkieterowie na paryskim bruku

Lubię ekranizacje powieści, które dodają coś od siebie - zwłaszcza jeśli chodzi o książki ekranizowane już w przeszłości wielokrotnie. Oglądanie n-tej z kolei wiernej ekranizacji nie ma wielkiego sensu, opowiedzenie historii na nowo - ma. Dlatego bardzo podobał mi się Robin Hood z Russelem Crowe, czyli całkiem nowa interpretacja znanej wszystkim legendy, a właściwie - legenda napisana od początku. Mimo że była to historia zupełnie inna od tej znanej, psychologiczna wiarygodność postaci i umieszczenie akcji w realiach historycznych pozwoliły stworzyć świetną opowieść. W "Trzech muszkieterach", niestety, postawiono wyłącznie na widowiskowość. Postacie są zupełnie jednowymiarowe - każda ma jeden charakterystyczny rys, np. Richelieu chce władzy, król Ludwik XIII chce ładnych strojów i żeby go królowa kochała, Milady zdradza każdego, a książę Buckhingham ma diabelski błysk w oku i coś ciągle knuje. Na realia historyczne nie ma co liczyć, bo twórcy poszli w stronę fantastyki. Tak, Dumas pisał powieści przygodowe, ale przygody muszkieterów były powodowane ich wiernością pewnym ideom. Tu nie ma idei, jest za to 3D.

Buckhingham (Orlando Bloom), a w głębi Richelieu (Christoph Waltz)
Karykatura króla Ludwika (Freddie Fox)
Juno Temple jako królowa Anna

Nie odradzam seansu, zabawa jest dobra, tylko porażająco powierzchowna. Po tygodniu naprawdę niewiele pamiętam. Przeraża mnie to, że każda kolejna ekranizacja jest coraz prostsza i płytsza. Wersja z 1993 r. wydawała się mocno okrojona przy starej ekranizacji z Chamberlainem (1973), ale przy najnowszej to wręcz arcydzieło dramaturgii. Czy to znaczy, że widz jest coraz głupszy? Czy może coraz bardziej się go ogłupia? I jak będzie wyglądać ekranizacja muszkieterów za kolejne 20 lat?

18 sierpnia 2011

Dickensomania, czyli jak zrujnować sobie życie przy pomocy książek

I dla mnie przyszedł czas wakacji oraz, niestety, powrotu z urlopu - to wytłumaczenie za ostatnią nieobecność na blogu i brak odpowiedzi na Wasze komentarze (już nadrobiłam). Nie zdążyłam o tym wspomnieć przed wyjazdem, ale teraz już jestem i na dobry początek dodaję zaległą przedwyjazdową notkę. (Wstyd przyznać, ale z kilku zabranych ze sobą książek nie przeczytałam żadnej - nie było czasu.)

 Pan Dick, czyli dziesiąta książka Jeana-Pierre'a Ohla to pean na cześć Dickensa, książka o książkach, o umiłowaniu słowa pisanego, które może doprowadzić jednostkę do szaleństwa. Skojarzenia, jakie miałam podczas czytania to Klub Dumas Artura Pereza-Reverte i Przekład Pablo Santisa. Przede wszystkim jest to jednak książka o Dickensie pisana "dickensem" - autor zdumiewająco dobrze podrabia styl mistrza i jego sposób budowania dziwacznych postaci. Dopiero po paru stronach, kiedy pojawiły się wynalazki techniki, zorientowałam się, że akcja rozgrywa się współcześnie, bo sposób opisu idealnie pasował do powieści "kostiumowych".

Myślę, że reklamowanie tej pozycji jako kryminału może jej zrobić dużą krzywdę. Dla mnie wątek rozwiązywania zagadki (bo jest takowa) jest w niej zupełnie poboczny. 

Francois Daumal, osierocone dziecko (jak z Dickensa) poznaje za młodu powieści Dickensa i zostaje nimi najpierw zauroczony, a potem opętany. Na studiach spotyka Michela Mangematina - odtąd swojego jedynego przyjaciela i największego wroga, który to opętanie podziela. To, co ich najbardziej dręczy to sekret ostatniej nieukończonej powieści Dickensa "Tajemnica Edwina Drooda". Starzejący się Dickens, coraz częściej atakowany przez krytyków, postanowił odświeżyć swoją literaturę i sięgnął do młodego gatunku, w którym sukcesy zaczął właśnie odnosić Wilkie Collins - kryminału. Niestety śmierć przerwała pracę nad książką i czytelnicy już nigdy nie mieli się dowiedzieć, jakie miało być rozwiązanie kryminalnej intrygi.

Wszystkie możliwe rozwiązania Tajemnicy Edwina Drooda (...) zostały już wymyślone i przedstawione. Dla kilku genialnych  dyletantów - Conan Doyle'a, Shawa, Chestertona - była to rozrywka, pozwalająca im oderwać się od poważnej pracy, lecz dla innych, nauczycieli gimnazjalnych, niewydarzonych dziennikarzy, egzegetów nicości, śledczych niesprawdzalnego - było to dzieło życia (s. 89)

Współczesna akcja powieści przeplatana jest fragmentami pamiętnika niejakiego Evariste'a Borela, żyjącego w XIX w. - ponoć jedynej osoby, której Dickens zdradził rozwiązanie.

O bibliotece Dickensa ( i chyba także mojej) (s. 160):
Biblioteka samouka, mało dbającego o dobry smak; biblioteka żarłocznego lecz bezładnego czytelnika, który pozostał wierny fascynacjom dzieciństwa.

Tajemnica rozwiązania intrygi ostatniej, nieukończonej powieści Dickensa - to fakt. Wielu literatów w rzeczywistości próbowało rozwiązać ten problem*. Śledztwo prowadzone w książce jest jednak fikcją, a poza tym, jak wspomniałam, nie jest tak naprawdę głównym wątkiem powieści. To książka o zatraceniu się w literaturze do tego stopnia, że przestaje się dostrzegać granicę między światem prawdziwym a zmyślonym.

Polecam przede wszystkim wielbicielom Dickensa (podejrzewam, że oni najbardziej docenią tę książkę), a także tym, którzy lubią książki o książkach.

O pisarzu jako bogu i bogu jako pisarzu (s. 293):
...istnieje tylko jeden pisarz, ten, który przemawia we wnętrzu naszych głów... Dla przykładu, widzisz te drzwi do toalety? Na razie za nimi nic nie ma... ale wyobraź sobie, że mam ochotę się wysikać... wyobraź sobie, że wstaję, idę do tych drzwi, przechodzę przez nie...W tej chwili on pospiesznie instaluje tam niebieskie kafelki, fajansowa umywalkę, elektryczną suszarkę do rąk... Może nawet doda faceta myjącego ręce... To on decyduje...

O sławie Dickensa w jego czasach (s. 25):
- To... nie do wiary! To znaczy, że... wszyscy ci ludzie czytali tego pańskiego Dickensa?
- Tylko ci, którzy umieją czytać. Pozostali zbierali się wieczorem dookoła bardziej wykształconego kolegi albo sąsiada i po prostu słuchali. Co miesiąc wyczekują następnego odcinka; w międzyczasie rozmawiają ze sobą o poprzednim... Dziś wieczór, jutro, w Melbourne, Los Angeles, Toronto setki tysięcy mężczyzn i kobiet będą czytać albo słuchać Dickensa... Kiedy statek z ostatnią częścią Magazynu osobliwości dotarł do Nowego Jorku doszło do zamieszek: wszyscy czekali na nabrzeżu, chcąc się dowiedzieć, czy mała Nell umrze, czy nie!

Dickens z córkami

Dickens o Henrym Jamesie (s. 237):

- To yorkshire! Literacki wyfiokowany yorkshire! Syntaksa robi mu za wszechświat! Uważa, że im bardziej zawiłe zdanie, tym subtelniejszym jest psychologiem...


* O "Tajemnicy Edwina Drooda" opowiada też książka Matthew Pearla "Zagadka Dickensa" (podobno, nie czytałam).

18 maja 2011

Morderstwa w dawnej Francji

Nie mam za bardzo do czynienia z literaturą francuską, właściwie przeczytanych współczesnych autorów mogłabym wyliczyć na palcach rąk. I niestety-niestety żadna przeczytana nie wzbudziła mojego entuzjazmu. To samo tyczy się książek autorstwa Colette Lovinger-Richard, które są przyzwoitymi kryminałami i ciekawymi powieściami historycznymi zarazem, a jednak zachwytu nie wzbudzają.
Autorka tworzy nieco nietypową sagę kryminalną, osadzoną w miasteczku Compiegne. Nietypową, bo głównymi bohaterami są medycy z rodu Lajoy, a poszczególne tomy sagi rozrzucone są na przestrzeni wieków. Tom pierwszy "Śmierć pośród zgiełku" rozgrywa się w średniowieczu, drugi - "Krwawe zbrodnie"- w okresie rewolucji francuskiej, a "Zabójca z cesarskiego grodu", który właśnie przeczytałam, za Napoleona.

Pomysł ciekawy, wykonanie dobre. Trudno mi zarzucić coś konkretnego tej powieści. Osadzenie w realiach historycznych udane, postaci wiarygodne, zagadka zgrabna i z przyjemną woltą na końcu. W 1803 r. w Compiegne zostały zamordowane trzy nie związane ze sobą osoby - odnaleziono je porzucone w lesie, z workami na głowach. Po siedmiu latach morderca powraca - giną kolejne dwie osoby. Jednocześnie zostaje uduszona pewna arystokratyczna seniorka rodu, a główną podejrzaną jest jej niedorozwinięta córka, natomiast do domu młodego lekarza Francois Lajoy'ego (który wybrał ten zawód zgodnie z tradycją, ale nie jest wcale szczęśliwy) trafia młody człowiek, który w wyniku ran odniesionych na polu bitwy (w czasie wojen napoleońskich) doznał uszkodzenia mózgu i cierpi na amnezję.

Kryminał jest nieco w stylu A. Christie - nie ma epatowania ranami i trupami, za co daję plus. Pojawiają się ciekawostki związane z tym okresem panowania Napoleona. Francois Lajoy odkrywa tajniki psychologii. Jest nawet, nieco w tle, gorący i tajemniczy romans. W sumie ta książka podoba mi się bardziej, kiedy ją opisuję, niż kiedy ją czytałam ;) Główny zarzut, który mogę jej postawić, to ten, że nie byłam w stanie zżyć się z żadnym bohaterem i było mi wszystko jedno, który okaże się mordercą i czy w ogóle zabójca zostanie wykryty. Podsumowując, przeczytać można, nie trzeba.


Uwaga do wydawnictwa - koszmarna okładka i niestaranny skład mogą zrazić największego fana kryminałów...

8 kwietnia 2011

Salonik odrzuconych

Aż wstyd się przyznawać, że się nie przeczytało takich książek. Dzieła są znane i wychwalane, a Autorzy to Ktosie przez duże K. Ale nie po drodze mi z nimi i nie wiem, w imię czego miałabym się zmuszać.

Obie książki mają podobną wadę (rzecz jasna, to wada subiektywna, dla innych może to być zaleta) - są przegadane. Tematyka obu jest fascynująca i liczyłam, że je pochłonę, niestety zamiast chłonięcia nastąpiło zatonięcie w potoku słów.

Ian McEwan to pisarz-instytucja, z którym, po doskonałej "Pokucie", bardzo chciałam kontynuować znajomość. Trafiło mi się akurat "Dziecko w czasie", powieść o młodym małżeństwie, których mała córeczka pewnego dnia znika. Temat poruszający, początek książki wielce obiecujący - McEwan doskonale odmalował szok i niedowierzanie rodziców, a później powolną destrukcję związku po stracie. Potem jednak fabuła zaczęła się rozłazić w nieskoordynowanych kierunkach, które prawdopodobnie dokądś prowadziły, ale ja się nie dowiem dokąd, bo porzuciłam lekturę, kiedy poczułam, że nie odczuwam nawet śladowej przyjemności, a ostatecznie czytanie nie ma być wyrafinowaną formą masochizmu.

Nie oznacza to jednak póki co definitywnego zerwania z McEwanem, bo nadal mam ogromną ochotę na jego "Betonowy ogród".

***

Claude Levi-Strauss to podróżnik i etnograf, człowiek-ikona. W "Smutku tropików" opowiada o swoich badaniach z lat 30. i 40. XX w. prowadzonych wśród brazylijskich Indian, ale nie ogranicza się do tej tematyki ani pod względem geograficznym, ani filozoficznym. Buduje swoją teorię o przewadze dzikich, pierwotnych cywilizacji nad tymi współczesnymi oraz opowiada o relacjach Wschodu i Zachodu.

Levi-Strauss zraził mnie na samym początku kąśliwą uwagą na temat przeciętnych podróżników wydających książki. Nawet jeśli ma rację i nie każda literatura podróżnicza powala odkrywczością, to jednak strasznie nie lubię postawy "bo ja to jestem lepszy niż wszyscy". Cenię skromność - zwłaszcza u wielkich.

Następnie zatonęłam w powodzi luźno powiązanych akapitów, w których Autor opisywał początki swoich podróży, przeplatając je uwagami natury ogólnej i skacząc dość dowolnie po chronologii. Przyznam, że zarzuciłam czytanie zanim jeszcze dobrnęłam do części bardziej merytorycznej. Z tej przyczyny pewnie kiedyś wrócę do tej lektury, bo nadal jestem ciekawa jej treści, ale dopiero kiedy będę miała sporo wolnego czasu i możliwość kultywowania "slow reading". Pospieszne czytanie z doskoku w tym przypadku zdecydowanie nie działa. Poza tym, życzyłabym sobie posiadać egzemplarz z większymi interliniami. Wersja wydana przez Wydawnictwo Aletheia jest bardzo ładna, ale w moim odczuciu mało czytelna - takie zagęszczenie na stronie nie przeszkadza w odbiorze lekkiej powieści, ale w przypadku pozycji bardziej naukowej przydałby się "luźniejszy" tekst.

15 marca 2011

Jak wyhodować lepszego człowieka

Nicolas d'Estienne d'Orves
Sieroty zła
WAB 2009
ss. 502


Dramatyczny tytuł i swastyka na okładce nie są dla mnie literackim wabikiem - raczej powodują mój szybki odwrót. Tym razem jednak książka została mi wręczona przez koleżankę z rozkazem przeczytania. Ponieważ wcześniej widziałam rzeczoną koleżankę, jak podczytywała tę lekturę pod biurkiem w pracy, nie mogąc się oderwać, dałam się przekonać. 

Dobry thriller nie jest zły, a nazwisko autora gwarantowało, że przynajmniej nie będzie to książka o dzielnym amerykańskim profesorze, który umie rozwikłać wszelkie europejskie tajemnice (nie czepiam się Dana Browna, ale powtarzalność tego schematu jest męcząca). Poza tym temat książki jest zaiste frapujący. Książki o nazizmie, przynajmniej te, z którymi się stykam, dotyczą najczęściej problemu Holocaustu i cierpień ludności cywilnej. Zdumiewająco mało lektur natomiast zostało poświęconych samym nazistowskim ideom (które stały za powyższym) stworzenia nowej rasy panów, które przebijają literacką fikcję zrodzoną w głowie najbardziej płodnego autora. Tak szczerze - gdybyście przeczytali w książce o Austriaku z czarnymi włosami i krzywym nosem, jak zdobywa władzę, głosząc, że na świecie powinni panować niemieccy blondyni (optymalnie - z prostymi nosami), a wszyscy go oklaskują,  nie uznalibyście, że to straszliwy kit?

Lebensborn - wokół którego d'Estienne d'Orves oplótł swoją fabułę - istniał naprawdę. Kliniki, w których "aryjskie" kobiety zapładniane przez "aryjskich" mężczyzn, zwykle z SS, miały rodzić czyste rasowo dzieci ku chwale Niemiec - to brzmi jak fikcja, ale fikcją nie było. Podobnie jak, na podbitych ziemiach, odbieranie rodzicom dzieci o odpowiednim typie urody, ich wywożenie i germanizacja. Ośrodki Lebensbornu powstawały w całej Europie - największy w Polsce znajdował się pod Łodzią. Rzeczywiste (chociaż brzmią fantastycznie) były też prowadzone przez nazistów wykopaliska archeologiczne, podczas których szukano niemieckich "przodków" - Arian, rasy panów. 

Oczywiście sporo w "Sierotach zła" historical fiction, ale ostatecznie nie jest to dokument, więc można na to przymknąć oko, bo  zaletę ma niewątpliwą - nie sposób się oderwać od czytania. Co prawda, styl autora nie do końca mi odpowiadał i przez pierwszą część dość ciężko było mi się wciągnąć w akcję, ale za to potem odmawiałam wypuszczenia lektury z ręki.

Akcja rozgrywa się w kilku planach czasowych - współcześnie, w latach 80. i w czasie II wojny światowej. Bohaterów też jest kilku, chociaż na pierwszy plan wysuwa się Anais - młoda Francuzka o nietypowej przeszłości. Przyjmuje intratne zlecenie, które polega na napisaniu wraz z pewnym fascynatem nazizmu książki na temat Lebensbornu. Niby temat bezpieczny, bo historyczny, ale zadanie okazuje się nie takie proste. Pracodawca jest postacią bardzo skomplikowaną, a pewne wydarzenia - samobójstwa i porwania - wskazują, że nie wszystkim zależy na ujawnieniu faktów. Świadkowie tamtych czasów nadal przecież żyją.
Ta historia przeplata się ze śledztwem prowadzonym w latach 80. przez francuskiego komisarza - na terenach posiadłości francuskiego mera zostają odnalezione spalone zwłoki. W czasach wojennych natomiast śledzimy historię małej dziewczynki, Leni, która wychowuje się na odludnej skalistej wyspie w Norwegii, pod opieką tajemniczego wujka Ottona.

Książkę polecam, fabuła trzyma w napięciu, a temat daje do myślenia (oraz skłania do gorących modlitw, by już nigdy nie pojawili się na świecie przywódcy o tak poronionych pomysłach). Jeżeli jednak ktoś chce przeczytać, to polecam nie wczytywać się w notkę na merlin.pl - jest krótka, ale ujawnia zdecydowanie za dużo. Blurb na okładce jest natomiast wyjątkowo niegroźny.

9 października 2010

Bon apetit!

Julia Child, Alex Prud'homme*
Moje życie we Francji
tłum. Anna Sak
Wydawnictwo Literackie
Kraków, 2010

Przepis:
Weźcie jedną nadzwyczajnej postury Amerykankę. Wymieszajcie z zapałem do życia, energią i pasją. Dorzućcie jednego gorąco kochanego męża. Całość przelejcie do Francji i zostawcie tam na wiele lat, aż dobrze nasiąknie. Aha, jeszcze mocno doprawcie wyrafinowaną francuską kuchnią. I voila! Potrawa gotowa, pozostaje życzyć wam bon apetit!

Urzekła mnie ta książka niezwykle. Jako przeciętna Polka, nie słyszałam o Julii Child, dopóki w kinie nie pojawił się film Julie and Julia. Postać grana przez Meryl Streep była tak cudowna, ze zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Potem poznałam książkę-pierwowzór, która bardzo mi się spodobała, ale zabrakło mi tam pełnokrwistej Julii Child, bo pojawiała się tylko w głowie bohaterki. Jak tylko zobaczyłam więc, że wydano wspomnienia samej Julii, poczułam że już są moje :) 


No i wsiąkłam. Chociaż nie jestem fanką kuchni francuskiej, a jako wegetarianka i fanka zdrowego żywienia 90% serwowanych dań, mocno mięsnych i śmietanowo-maślanych, nie wzięłabym do ust, to Julia opisuje je z taką pasją, że nie można się oderwać. Jaką nieprawdopodobną wewnętrzną siłę musiała mieć ta kobieta - przeniosła w końcu taką górę, jaką było namieszanie w głowach Amerykanów, dla których wyrażenie "wyrafinowana kuchnia" oznaczało dotąd otwarcie puszki Campbella.
Posłuchajcie tego: "Wciąż jeszcze tyle było do nauczenia i zrobienia - artykuły i książki do napisania, może jeden czy dwa programy w telewizji do zrealizowania. Chciałam nauczyć się łowić homary w Maine, odwiedzić rzeźnię w Chicago, uczyć dzieciaki gotować. (...) Krótko mówiąc, apetyt wcale mi się nie zmniejszył." Fragment dotyczy okresu, kiedy Julia miała 80 lat... Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że ja tez wtedy taka będę.


*Alex Prud'homme, który pomógł Julii spisać jej wspomnienia, to cioteczny wnuk jej męża, Paula.

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...