29 grudnia 2011

Jak to w roku 2011 było

...czyli podsumowując.


Najlepsza książka przeczytana w 2011 r. - Na plebanii w Haworth Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej
Najlepsza powieść polska - Pożegnanie domu Zofii Żurakowskiej
Najlepsza non-fiction - Koniec jest moim początkiem Tiziano Terzaniego
Najlepszy kryminał - Smilla w labiryntach śniegu Petera Hoega
Najlepsza książka dla młodzieży - Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Złodziej pioruna Ricka Riordana
Najlepszy audiobook* - Samsara Tomka Michniewicza
Najlepszy film obejrzany w 2011 r. - Jaśniejsza od gwiazd (Bright star), reż. Jane Campion

* pod względem jakości wykonania, nie treści - treść oceniam razem z innymi książkami

***

Przyznaję, że jestem dość zadowolona z mijającego właśnie roku - pod względem czytelniczym.

1. Cieszy mnie zwłaszcza to, że moje wybory lektury są coraz bardziej świadome. Nie łapię się już tak łatwo na książki polecane na wielu blogach, jestem bardziej krytyczna.

2. Zdecydowanie ograniczyłam zakupy książkowe, stosik przestał przyrastać i jest szansa, ze niedługo zacznie nawet maleć. Mam zamiar korzystać intensywniej z bibliotek i wrócić do dawnego zwyczaju kupowania tylko tych książek, które naprawdę chcę posiadać na własność. Jeśli już nabędę coś do jednorazowego przeczytania, to planuję natychmiast przekazywać (sprzedawać/oddawać) książkę dalej.

3. Czytam więcej klasyki. W tym roku przeczytałam 8 pozycji z mojej listy, a to oznacza o... 8 więcej niż w roku ubiegłym :) Wszystkie spotkania zaliczam do bardzo udanych.

4. Coraz chętniej sięgam po zapomniane "starocie", zamiast łapać się na  lśniące okładki nowości. Bardzo mnie w tym roku uszczęśliwiło wygrzebanie na allegro książek Zofii Żurakowskiej "Skarby" i "Pożegnanie domu" (dwie części wydane w jednym tomie) - wspaniałej, ale zapomnianej pisarki dla młodzieży z okresu 20-lecia międzywojennego.

5. W tym roku naprawdę polubiłam audiobooki. Możliwość "czytania" podczas zmywania naczyń - bezcenna :) A jeśli spróbuję się z audiobookiem położyć i zamknąć oczy, okazuje się on też dobrym lekkiem na bezsenność. Zasypiam jak dziecko, któremu ktoś czyta na dobranoc ;)

6. Wpisów na blogu też w mijającym roku było sporo - dwa razy więcej niż w 2010 (pierwsza połowa 2010 dostępna jest na blox.pl).

Jednym słowem, tak trzymać :)

27 grudnia 2011

Turecki cukiereczek

Elif Safak
Pchli pałac
Wydawnictwo Literackie, 2009
ss. 504


Jakimś cudem nigdy nie wspomniałam o przeczytanym już dość dawno Pchlim pałacu. Pewnie przez to, że bardzo ciężko mi było tę lekturę ocenić. Przez pierwszą połowę książki byłam daleka od zachwytu. Fabuła - historia tureckiej kamienicy "Cukiereczek" i jej mieszkańców -  opowiadana jest przez wiele osób i przez to dość ciężka do śledzenia. Brnęłam więc utrudzenie, starając się zrozumieć, co w tej powieści wzbudzało na blogach takie zachwyty. W połowie nastąpił kryzys, na szczęście zdecydowałam się kontynuować i oto drugą połowę połknęłam błyskawicznie i ze smakiem. Doceniłam niebanalną budowę książki, egzotyczny klimat i wyrazistych bohaterów.


Niespodziewanie więc dla mnie samej Pchli pałac trafił na listę  ciekawszych książek przeczytanych w tym roku. Podsumowanie tegoroczne zresztą wkrótce się pojawi, a Pchli pałac polecam, ale nie wszystkim. Moja koleżanka do końca nie dociągnęła, twierdząc że nie potrafi znaleźć w tej opowieści żadnego celu i czuje wyłącznie zmęczenie czytając. Czyli czytajcie, ale na własną odpowiedzialność ;) Ja mam na półce Bękarta ze Stambułu i mam nadzieję wkrótce się za niego zabrać.


***


A chwilowa przerwa w książkowych recenzjach nie wynika z tego, że nie czytam. Czytam i to dużo, łapiąc dziesięć srok za ogon. Pozaczynałam stanowczo zbyt wiele książek i teraz nie mogę się zdecydować, którą kontynuować. Ale to przez to, że mam nadwyżkę pozycji oczekujących na przeczytanie. Mikołaj pod choinkę przyniósł na szczęście tylko jedną (tak, specjalnie nie chciałam dostawać książek i dobudowywać wieżyczek w stosiku), ale za to upragnioną - Listy Mrożka i Lema.


Poza tym od stycznia chcę uruchomić drugi blog (za zachętą Agnesto i Mery) - Klasykę młodego czytelnika. Będzie tam o szeroko pojętej klasyce dla dzieci i młodzieży, czyli książkach starych i  bardzo starych,  często zapomnianych albo wręcz przeciwnie - zachowywanych w czułej pamięci, ale niewznawianych. Blog będzie otwarty dla wszystkich chętnych - tzn. każdy kto chciałby zamieścić notkę na temat będzie mógł to zrobić (o szczegółach wkrótce). Raczej nie dam rady samotnie prowadzić dwóch blogów. Niemniej ostatnio "wzięło mnie" na dziecięcą klasykę i przeczytałam kilka (świetnych) pozycji, ale recenzje pojawią się na dopiero na nowym blogu.

24 grudnia 2011

Najweselszych!

Wszystkim blogerom i nieblogerom -
miłości, zdrowia, spokoju wewnętrznego, szczerego śmiechu 
i mnóstwa wolnego czasu,
a molom na dokładkę książkowych stosów wyższych niż choinka

życzy 
lilybeth

Tom Browning - Christmas stories

21 grudnia 2011

Różności

Poleciałam dalej z Jimem Carreyem, optymistycznie podejmując próbę obejrzenia "Pana Poppera i jego pingwinów", licząc że będzie to urocza ekranizacja książeczki dla dzieci autorstwa Richarda i Florence Atwaterów. Niestety, film był jedynie nader luźną adaptacją, z książki pozostawiono chyba tylko nazwiska i pomysł z przygarnięciem pingwinów, a cała reszta była, li i jedyne, powieleniem po raz n-ty typowych schematów amerykańskiego kina rodzinnego. Straciłam nadzieję, kiedy kolejny raz pingwin narobił komuś na głowę... Dzieciom może się podobać, ale mój stopień zdziecinnienia aż tak daleko nie sięga i mimo że pingwiny uwielbiam, to po pół godzinie darowałam sobie seans.

*** 

Znalazłam ostatnio urocze miejsce w sieci, które doceni każdy mól książkowy - niestety raczej ten czytający po angielsku: "The Best 100 Opening Lines From Books", czyli 100 najlepszych pierwszych zdań z książek. Wystarczy kliknąć na pierwszą okładkę i dalej posługiwać się przyciskiem NEXT, żeby się zapoznać. Ja przeczytałam wszystkie, nie mogłam się oderwać. Oczywiście, nie twierdzę, że to są rzeczywiście i obiektywnie najlepsze pierwsze zdania w historii, zwłaszcza, ze są tam głównie książki anglojęzyczne. Niemniej w każdym widać kunszt pisarza. Jestem fanką Jane Austen, ale dopiero teraz zauważyłam, jak cudownie potrafi pierwszym zdaniem wprowadzić czytelnika w sam środek akcji:

“It is a truth universally acknowledged, that a single man in possession of a good fortune, must be in want of a wife.”
Pride & Prejudice, Jane Austen


"Emma Woodhouse, handsome, clever, and rich, with a comfortable home and happy disposition, seemed to unite some of the best blessings of existence; and had lived nearly twenty-one years in the world with very little to distress or vex her."
Emma, Jane Austen






"No one who had ever seen Catherine Morland in her infancy, would have supposed her born to be a heroine."
Northanger Abbey, by Jane Austen

19 grudnia 2011

Na świątecznie

Śniegu brak, pogoda taka a la średni październik, roboty od metra (od kilometra właściwie), a do tego jeszcze plączące się problemy zdrowotne. Rezultat - atmosfery świątecznej jakoś w tym roku nie mogę poczuć. Żeby się ratować, bo ostatecznie Boże Narodzenie tylko raz w roku i żal przeżyć je byle jak, podjęłam proświąteczną autoakcję.

Książek o właściwej tematyce, niestety, za bardzo nie mam - tylko zaczytaną i znaną na pamięć Noelkę Musierowicz. Słucham za to kolęd, czy raczej okolicznościowych piosenek angielskich i amerykańskich z lat 40-60. Takich już się teraz nie robi ;) Klimat wprowadzają jak nic. Poza tym wczoraj rozpoczęłam świąteczną propagandę filmową - na pierwszy ogień poszła najnowsza animowana (?) ekranizacja Opowieści wigilijnej Dickensa w reżyserii Roberta Zemeckisa.


Przyznam, że po głupkowatym plakacie (powyżej) i  nazwisku Jima Carreya spodziewałam się wszystkiego co najgorsze. Poza tym pierwowzór czytałam nie raz, ekranizacji też chyba z kilka widziałam, więc zastanawiałam się, jaki sens ma oglądanie kolejnej. A jednak "rozczarowałam się" na przyjemnie.

Po pierwsze - fantastyczne zdjęcia-rysunki. Wykorzystanie techniki komputerowej pozwoliło odtworzyć XIX wieczny Londyn z niezwykłą dokładnością. Angielskie kamieniczki idealnie pasują do świąt, tworząc klimat pocztówkowo-świąteczny. Aż żałowałam, że nie mogłam tego zobaczyć w oryginalnym 3d.



Po drugie - wciągająca akcja. Mimo że znana, oglądałam ją z prawdziwym zaciekawieniem, nie nudząc się ani przez chwilę.

Po trzecie - klimat. Duchy były straszne, Scrooge odrażający, a Boże Narodzenie wesołe. Czyli wszystko tak, jak powinno być.

Po czwarte - pozytywne przesłanie. Nieodmiennie.


Z minusów:
1 - Duchy  były nawet nieco za straszne - dzieciom bym tego filmu nie poleciła, a podejrzewam, że zabierane były na niego gromadnie. Momentami sama zamykałam oczy i marzyłam, żeby upiory już sobie poszły.

2 - Efekty specjalne ponownie trochę przyćmiły umysły twórców, po prostu musieli wykorzystać je w większym stopniu niż to było potrzebne. Stąd przydługa scena ucieczki Scrooge'a przed duchem przyszłych świąt, ze slapstickowym fragmentem jazdy po oblodzonych dachach i walenia głową w sople. Ech... Na szczęście tylko ten kawałek uznaję za wpadkę, reszta była dobrze wyważona.

Podsumowując, polecam dorosłym i dzieciom, które lubią się bać.

12 grudnia 2011

KLASYKA MŁODEGO CZYTELNIKA

Lands Of Enchantment - Boy Reading Age Of Chivalry
Norman Rockwell (1894–1978)

Dziecko czyta inaczej
Pamiętam z dzieciństwa targowanie się z mamą o to, ile stron mogę przeczytać przed zgaszeniem światła. Zgadzałam się na 10, a potem połykałam dwadzieścia... Nie łamałam zasad złośliwie. Po prostu po otwarciu książki tonęłam w akcji do tego stopnia, że traciłam kontakt z rzeczywistością. Z Mary Poppins spacerowałam po parku, z Łucją przechodziłam przez szafę do Narnii, z doktorem Dolittle rozmawiałam ze zwierzętami, ze Stasiem i Nel przedzierałam się przez Afrykę, z Sarą marzłam i głodowałam na poddaszu pensji panny Minchin. Coraz częściej uświadamiam sobie z żalem, że teraz nie potrafię już całą sobą oddać się lekturze. Kiedyś każda książka to był nowy świat. Teraz powieść to tylko coś wykreowanego przez człowieka, tak samo omylnego jak ja. Czepiam się stylu, bohaterów, zakończenia. Już nie akceptuję ich bezkrytycznie, jak dawniej. Jasne, dorosłam, zmądrzałam i nie ma powrotu do dzieciństwa. Ale możliwy jest powrót do dziecięcej literatury...

Lubię spisywać listy
Kiedy zaczęłam moją akcję czytania klasyków, spisałam listę pozycji do przeczytania (dostępną dla wszystkich tu). Świadomie nie uwzględniłam w niej klasyki literatury dla dzieci. Teraz jednak nabrałam na nią ogromnej ochoty. Zabrałam się z zapałem za tworzenie nowej listy (uwielbiam to ;) ) i... okazało się to nie takie proste.

Trudna kwestia kanoniczna
Co właściwie decyduje, że książka należy do kanonu? Czy to, że jest znana w wielu krajach? To, że jest stara i sporo pokoleń się na niej wychowało? Moja lista sięgnęła 25 stron objętości (!), bo okazało się, że większość pisarzy tworzących dla dzieci była niesamowicie płodna. Chyba tylko Anna Sewell, autorka książki Black Beauty, napisała jedną jedyną książkę. Większość ma na swoim koncie po kilkadziesiąt, a niektórzy nawet ponad 100 pozycji! Spróbowałam wprowadzić jakieś radykalniejsze kryteria, ale nie potrafię. Lista będzie gigantyczna, ale znajdą tam miejsce zarówno autorzy znani w wielu krajach, jak i ci mniej znani, ale nagradzani prestiżowymi nagrodami*, a także zapomniani, ale w dawnych czasach niezwykle poczytni. Oczywiście nie wpisuję na nią każdej książki napisanej przez autora - w przypadku płodniejszych ograniczam się o tych najbardziej znanych dzieł, a często tylko do polskich tłumaczeń. 

Czy Harry Potter to już klasyka?
Druga kwestia to zakres czasowy - czy 'klasyki' to tylko powieści stare? Jeśli tak, to sprzed ilu lat? Ja będę się upierać, że Harry też jest klasyką. Można go nie lubić, ale trudno odmówić mu ogromnego wpływu na współczesną kulturę i dziecięce umysły. Dlatego na mojej liście znajdą się pozycje wydane do końca XX w., a późniejsze tylko jeśli są kontynuacjami (czyli kolejne tomy Harrego, Serii Niefortunnych Zdarzeń itp.).

Dręczeniu zwierząt mówimy nie
Zdumiewa mnie nieprawdopodobna liczba książek opowiadająca o biednych dręczonych zwierzątkach, zwłaszcza zaginionych pieskach. Nic na to nie poradzę, ale żywiołowo ich nie znoszę. Najbardziej znienawidzona przeze mnie w dzieciństwie książką był Biały Bim, czarne ucho, a zaraz po niej plasował się Roczniak. Na mojej liście się znajdą, ale nie zamierzam do nich wracać.

Co czytały dzieci dawno dawno temu?
Kiedy pierwszy raz czytałam Jane Eyre zastanawiało mnie, dlaczego jako mała dziewczynka ogladała "Historię ptaków brytyjskich" zamiast książeczki dla dzieci. Odpowiedź przyszła teraz - dawniej literatury dla dzieci była bardzo mało, a jeszcze dawniej nie było jej wcale! Pierwsza powieść anglojęzyczna skierowana do dzieci to, wg Wikipedii, The Governess, or The Little Female Academy, napisana przez Sarah Fielding (siostrę Henry'ego Fieldinga) w 1749 r. 

Wcześniej istniały oczywiście baśnie i bajki, opowiadane dzieciom przez niańki i piastunki. Później pojawiły się książki z bajkami - autorstwa La Fontaine'a, Perraulta i Madame d'Aulnoy (XVII w.), ale niekoniecznie były one kierowane do małych czytelników. La Fontaine pisał dla dorosłego odbiorcy, chociaż oczywiście czytelnicy uznali, że jego dzieło jest, za sprawą licznych morałów, znakomitym narzędziem do edukacji dzieci. 30 lat po nim wydal swoje baśnie Perrault, kierując je już do dzieci (może dlatego, że po śmierci żony sam wychowywał kilkoro). Opublikowane w tym samym roku baśnie Madame d'Aulnoy były natomiast przeznaczone do opowiadania w salonach - nie nadawały się dla uszu dzieci...

W XVIII w. było już nieco lepiej, na samym początku pojawiło się w Europie tłumaczenie Baśni z tysiąca i jednej nocy. Młodzież nadal jednak czytywała książki pisane do dorosłego czytelnika. Triumfy święcili: Robinson Crusoe i Guliwer. Wiek XIX rozpoczął się brawurowo od Bajek dla dzieci braci Grimm, a potem było już tylko lepiej... Oczywiście, nadal wiele książek pisanych było bez podziału na grupy wiekowe - Juliusza Verne, Dickensa i Dumasa czytywali wszyscy. Ale literatura typowo dziecięca wreszcie rozkwitła. Zaczęły powstawać książki dla dziewczynek i książki dla chłopców, książki dla maluchów i dla "młodych dorosłych". Liczba książek dla dzieci napisanych w XX wieku przyprawia o zawrót głowy - a raczej przyprawiłaby, gdyby ktoś się podjął liczenia. A ostatnio, na początku wieku XXI, coś się zaczęło psuć...

Chyba się starzeję
Mam wrażenie, że ostatnio książki dla dzieci zatraciły swoją magię. Oglądam książki dla maluchów i albo mamy tam komercyjne pozycje w rodzaju Barbie tańczącej na lodzie, albo edukacyjne książeczki o przezwyciężaniu strachu przed przedszkolem, tudzież ekstrema o kupie i robalach. Na pewno są bardzo przydatne (pomijam te z Barbie), ale... hmmm, jakoś trudno uwierzyć, że dziecko będzie je po latach wspominać z rozrzewnieniem.
Podrośnięta latorośl z kolei wpada w łapy, przepraszam, w objęcia urodziwych wampirów, upadłych aniołów, nawróconych demonów i innych stworów. Co książka, to kalka. 
Może się zestarzałam i nie potrafię docenić współczesnych pozycji. A może po prostu publikuje się tak dużo, że wartościowe książki giną w natłoku, zwłaszcza w obliczu nachalnej promocji tego, na czym da się zarobić.

Bunt
Ja w każdym razie czuję opór i uzewnętrznia się on w chęci powrotu do starych dzieł. Lista klasyki dla młodego czytelnika (także - młodego duchem) niedługo się pojawi w osobnej zakładce, ale o tym - w kolejnym wpisie.

* O nagrodach dla książek dla dzieci możecie poczytać tu:

5 grudnia 2011

Maud z Zielonego Wzgórza

Romantyczna optymistka, pełna szalonej radości życia, dobra chrześcijanka, spełniona pisarka, szczęśliwa w miłości. Oto jaka autorka "Ani z Zielonego Wzgórza" nie była.

A takiej się spodziewałam po lekturze jej twórczości - słodkich i ciepłych opowieści o dziewczętach.

Na szczęście, Lucy Maud Montgomery okazała się o wiele bardziej złożoną osobowością, głębszą, mroczniejszą niż myślałam, ale i bardziej fascynującą. Bardzo się cieszę, że przeczytałam jej biografię, bo choć sama książka pozostawia nieco do życzenia, bohaterka jest zdecydowanie warta lektury.

Jej życie nie należało do łatwych - wcześnie osierocona przez matkę, wychowywała się u dziadków, w wiecznej rozłące z ukochanym ojcem. O swoją babkę dbała aż do jej śmierci, pozostając w stanie panieńskim. Późno poślubiła pastora i choć związek był dość udany, miał swoją mroczną, ukrywaną przed światem stronę. Zmarła zbyt szybko, w wieku 68 lat, straciwszy wiarę w przyszłość a z nią i wolę walki. Nastąpiło to w roku 1942, w samym środku II wojny światowej. Maud bardzo głęboko przeżywała obie wojny, choć jej najbliżsi nie brali w niej udziału. Straszliwość doniesień z Europy podkopała jej wiarę w sens życia. Wielka szkoda, że zmarła nie dowiedziawszy się, że dobro znów zwycięży.

Jaka więc była Maud?
"Widzę w sobie dwie sprzeczne natury. Kiedy chodzę po lesie, budzi się we mnie marzycielka lubiąca samotność. Wtedy kocham drzewa. Kiedy jednak stykam sie z człowiekiem, czuję w sobie coś zupełnie innego. Cenię towarzystwo, błyskotliwe rozmowy,typowo ludzkie rozrywki (...). Ale na tym nie koniec (...). Tak naprawdę jest we mnie sto różnych twarzy. Niektóre są dobre, inne złe. Może to lepiej, niż gdybym miała tylko dwie - tak jest bardziej tajemniczo, interesująco." (z listów L.M.M.)

Inteligentna, dowcipna, bystra obserwatorka, zakochana w Wyspie Księcia Edwarda, wielbicielka przyrody, kotów i książek:

"Była zapaloną czytelniczką, obdarzoną niezwykłą wnikliwością i pamięcią. Zaczytywała się w angielskiej klasyce; potrafiła cytować większość dzieł Szekspira, Wordswortha, Byrona i innych wielkich poetów. Czytała też książki współczesne, czasopisma i gazety, a do tego połykała dwa kryminały dziennie" (ze wspomnień syna Maud).

Realistka, potrafiła doskonale ukrywać swoje kontrowersyjne poglądy - zwłaszcza na tematy religijne (a była przecież żoną pastora):

o samobójstwie - "Życie zostało nam narzucone, nie prosiliśmy o nie. Dlatego kiedy staje się dla nas zbyt wielkim ciężarem, mamy prawo go z siebie zdjąć". (z listów L.M.M.)

o reinkarnacji - "To niesamowite wyobrazić sobie, że z jednego bytu przenosimy się w drugi, a stany te oddziela niespokojny sen zwany śmiercią! Wydaje mi się, że taka wizja jest tysiąc razy atrakcyjniejsza od wizji Nieba z jego nieustannymi doznaniami duchowymi, w które wierzą chrześcijanie". (z listów L.M.M.)

Choć twierdziła, że nie jest feministką (sufrażystką), jej opinia o roli kobiet była niezwykle rozsądna:

"... uważam, że kobieta, jako istota niezależna, powinna mieć udział w tworzeniu prawa. Czy jestem gorsza i głupsza od francuskiego drwala rąbiącego drewno na opał, który z trudem potrafi odróżnić prawą rękę od lewej i jest analfabetą, a pomimo tego ma prawo głosu i może wpływać na losy mego kraju?" (z listów L.M.M.)

"A więc uważa Pan, że kobiety winny być prawdziwymi towarzyszkami życia swych mężów. Ja też - tak samo pragnę, by mężczyźni byli prawdziwymi towarzyszami swych żon. Jak mówi Emerson - nie można rozpatrywać racji jedynie jednej ze stron (...) ...uważam, że każdy realizuje się w tej dziedzinie, w której jest szczęśliwy i w której potrafi coś zrobić. Większość kobiet czuje się najlepiej w domu, tak jak większość mężczyzn czuje się najlepiej w szerokim świecie. Ale w obu przypadkach są wyjątki. Zdarzają się kobiety stworzone do tego by robić karierę, i mężczyźni, których powołaniem jest gotować w restauracji. (...) <<pozwólmy każdemu znaleźć swoją własną drogę>>, zarówno w interesach, jak i w małżeństwie." (z listów L.M.M.)

Nie najlepiej czuła się w dużym towarzystwie i choć wreszcie się tego nauczyła, wolała wyrażać swoje opinie na piśmie:

"W licznym, nie znanym mi towarzystwie jestem nudna i nie mam nic ciekawego do powiedzenia, czego jednak nie ukrywam. Jedynie w gronie znajomych jestem w stanie zabłysnąć." (z listów L.M.M.)

"Nie zabrałabym publicznie głosu, nawet jeśli miałabym umrzeć (...), nie potrafię wstać i po prostu powiedzieć - to straszne. Zapadłabym się pod ziemię." (z listów L.M.M.)

Szczerze nie znosiła swojej najważniejszej bohaterki, nazywając ją "ta wstrętną Anią". Nic dziwnego - nie przepadała za pisaniem książek o "dalszych losach", a przypadku rudowłosej Ani była do tego zmuszana presją czytelników i wydawnictwa po wielokroć.

"Z chwilą, gdy Ania przestała byc natchnieniem, zaczęła prześladować mnie jak zmora". (z listów L.M.M.)

Aż nie do wiary, jak  cudowne książki napisała mimo tej szczerej niechęci.

Marzyła o stworzeniu prawdziwej książki dla dorosłych - dwie które wydała ("Błękitny zamek" i "Dzban ciotki Becky") nie zaspokoiły jej ambicji - zresztą i one obecnie uważane są z literaturę młodzieżową. Wreszcie sama przed sobą przyznała, że nie potrafi tego zrobić i być może nigdy jej się nie uda. Pisała i publikowała także poezję - nie była to jednak twórczość wybitna i Maud zdawała sobie z tego sprawę. Tworzyła też mnóstwo opowiadań do gazet, często na zamówienie i miernej jakości. Część z nich opublikowano potem w książkach, chociaż Autorka była temu zdecydowanie przeciwna (choćby "Pożegnanie z Avonlea" - do swego przyjaciela pisała: "niech Pan tego nie czyta".)

Sama biografia pióra Mollie Gillen nie zaspokoiła mojego apetytu. Jest za krotka, za mało szczegółowa, do tego treść podana jest w dość chaotyczny sposób - nie jest to dzieło na miarę biografii sióstr Bronte, a szkoda. Maud przez dwadzieścia lat prowadziła bogatą korespondencję z dwoma przyjaciółmi, pozostało po niej wiele źródeł, w tym pamiętniki i autobiografia, więc myślę, że jej biografia mogłaby być pełniejsza. Mimo to, cieszę się, że mogłam bliżej poznać Lucy Maud Montgomery i z pewnością będę szukać innych książek o niej. Bardzo chciałabym sięgnąć po jej opublikowane pamiętniki. Polubiłam ją tak samo mocno, jak Anię i Emilkę. A może nawet mocniej - miała w końcu swoją ciemną stronę, której jej bohaterki były pozbawione.


Mollie Gillen
Maud z Wyspy Księcia Edwarda
Nasza Ksiegarnia 1975
ss. 204














Twórczość L.M. Montgomery

Powieści
Seria o Ani:
1908: Ania z Zielonego Wzgórza (cz. 1)
1909: Ania z Avonlea (cz. 2)
1915: Ania na Uniwersytecie (cz. 3)
1917: Wymarzony dom Ani (cz. 5)
1919: Dolina Tęczy (cz. 7)
1921: Rilla ze Złotego Brzegu (cz. 8)
1936: Ania z Szumiących Topoli (cz. 4)
1939: Ania ze Złotego Brzegu (cz. 6)

Seria o Sarze Stanley - Historynce:
1911: Historynka (cz. 1) (inny tytuł: Wakacje na starej farmie)
1913: Złocista droga (cz. 2) (inny tytuł: Złoty gościniec)

Seria o Emilce:
1923: Emilka ze Srebrnego Nowiu (cz. 1) (inny tytuł: Emilka z Księżycowego Nowiu)
1925: Emilka dojrzewa (cz. 2) (inny tytuł: Emilka szuka swojej gwiazdy)
1927: Emilka na falach życia (cz.3) (inne tytuły: Emilka szuka szczęścia, Dorosłe życie Emilki)

Seria o Pat:
1933: Pat ze Srebrnego Gaju (cz. 1)
1935: Pani na Srebrnym Gaju (cz. 2) (inny tytuł: Miłość Pat)

Inne:
1910: Dziewczę z sadu (inne tytuły: Kilmeny ze starego sadu, Kilmeny z kwitnącego sadu)
1926: Błękitny zamek
1929: Czarodziejski świat Marigold (inny tytuł: Czary Marigold)
1931: W pajęczynie życia (inny tytuł: Dzban ciotki Becky)
1937: Jana ze Wzgórza Latarni (inne tytuły: Jane z Lantern Hill, Janka z Latarniowego Wzgórza, Jane ze Wzgórza Latarni)

Zbiory opowiadań (Za życia pisarki ukazały się dwa pierwsze zbiory. Kolejny, wydany w 1974 r., obok już znanych zawierał w większości utwory niepublikowane i odnalezione przez jej syna, Stuarta MacDonalda. Wszystkie następne zbiory zawierały opowiadania wyłącznie znane, publikowane oddzielnie, m.in. w czasopismach [za wikipedią]):
1912: Opowieści z Avonlea
1920: Pożegnanie z Avonlea
1974: Spełnione marzenia
1979: Panna młoda czeka
1988: Takie jak Ania
1989: Zapach wiatru (Ślady na piasku)
1990: Biała magia
1991: After Many Days: Tales of Time Passed
1993: Against the Odds: Tales of Achievement
1994: At the Altar: Matrimonial Tales
1995: Święta z Anią i inne opowiadania na Boże Narodzenie
1995: Across the Miles: Tales of Correspondence
2009: Ania z Wyspy Księcia Edwarda (uzupełniona o brakujące strony wersja książki Spełnione marzenia)

Poezje:
1916: The Watchman & Other Poems
1987: The Poetry of Lucy Maud Montgomery, selected by John Ferns and Kevin McCabe


Literatura faktu:
1934: Courageous Women (z Marian Keith i Mabel Burns McKinley)


Autobiografia i pamiętniki:
1917: The Alpine Path: The Story of My Career
1985: The Selected Journals of L.M. Montgomery, Vol. I (w Polsce wydany jako: Krajobraz dzieciństwa i Uwięziona dusza – 1996 r.)
1987: The Selected Journals of L.M. Montgomery, Vol. II
1993: The Selected Journals of L.M. Montgomery, Vol. III
1998: The Selected Journals of L.M. Montgomery, Vol. IV
2004: The Selected Journals of L.M. Montgomery, Vol. V

2 grudnia 2011

Czytam klasykę! - Paryż namalowany

Wiktor Hugo
Katedra Marii Panny
w Paryżu
fr. Notre-Dame de Paris
1831








Przez pierwsze 50 stron powieści czułam głównie narastające zdziwienie...

Po pierwsze, czytałam dotąd tylko "Nędzników" tego autora i była to niezwykle wciągająca powieść z wartką akcją. Mniej więcej tego samego oczekiwałam więc po "Katedrze...". I się zadziwiłam. Fabuła zamiast biec linearnie, od wydarzenia do wydarzenia, krąży. Nie chronologicznie, ale geograficznie. Dokładniej mówiąc - krąży po Paryżu. Odwiedzamy jakiś budynek, obserwujemy, potem zaglądamy w jakiś zaułek, podglądniemy co się dzieje, przeniesiemy się do kościoła, popatrzymy... Biegają żacy, krążą mieszczki, hałas, gwar, plotki... Tańcząca cyganeczka wzbudza oklaski, mały pokrzywiony brzydal - okrzyki wstrętu, ponury kapłan - cichą niechęć. Zwiedzamy miasto, zaglądamy nie tylko do tytułowej katedry, ale i do zamtuzów, w dzielnice żebraków, do schronienia pustelnicy. Dopiero po dłuższym czasie z tych wszystkich obrazków rodzajowych i podsłuchanych rozmów zaczyna budować się pewna historia...

Po drugie, o losach brzydkiego Garbusa i ślicznej Esmeraldy miałam dotąd dość disneyowskie wyobrażenie. Co prawda nie oglądałam bajki, ale coś mi się tam w głowie zakorzeniło. Po przeczytaniu książki naprawdę nie wiem, w jaki sposób tragiczne losy bohaterów udało się Disneyowi zamienić w bajkę dla dzieci. Wszyscy w tej książce są nieszczęśliwi, targani emocjami, nad którymi nie potrafią zapanować, i dążą nieubłaganie do okrutnego końca. Przyznam, że finał książki zupełnie mnie zaskoczył - nie tego się spodziewałam!

Czytanie książki napisanej w ten sposób zajęło mi dość dużo czasu. Czytając, popadałam to w znudzenie, to w zachwyt. Niemal pokonała mnie księga trzecia (powieść podzielona jest na 11 ksiąg, a każda księga składa się z kilku rozdziałów), która jest w całości opisem Paryża i katedry - ani grama akcji. Przyznam, że po prostu opuściłam ten fragment... Hugo starannie się przygotował do roli przewodnika po średniowiecznym Paryżu, studiując dzieła opisujące to miasto w XV w. Zamierzał stworzyć "malowidło Paryża w XV wieku" i to mu się udało, bo nawet bez drobiazgowych opisów trzeciej księgi Paryż jest właściwie głównym bohaterem. Po lekturze zostaje w pamięci mnóstwo scenek idealnie nadających się na obrazy... Jeśli chodzi o wydarzenia historyczne - Hugo potraktował je swobodnie, zmieniając daty i nazwiska, więc pod tym względem nie należy traktować "Katedry..." jako podręcznika.

Na zakończenie kilka pięknych starych ilustracji do "Katedry...":

Budynek sądu (Charles-François Daubigny, 1844)
Papież błaznów (Edouard de Beaumont, 1844)

Quasimodo ratujący Esmeraldę (Aimé de Lemud, 1844)



I fotografia tytułowej bohaterki:

 

27 listopada 2011

Jęcząca Martha

Martha Quest to prawdopodobnie najbardziej irytująca bohaterka, jaką miałam wątpliwą przyjemność poznać.

Doris Lessing
Martha Quest
Albatros 2008

Coś mi nie po drodze z panią Lessing. To już drugie moje podejście do jej powieści i trudno mi je zaliczyć do udanych.

Siedemnastoletnią Marthę poznajemy, kiedy mieszka ze swoimi rodzicami w brytyjskiej kolonii w Afryce Południowej. Ma nieokreślone, ale wielkie aspiracje, a przede wszystkim chce się wyrwać z domu. Od ojca, hipochondryka, weterana pierwszej wojny światowej, wiecznie wspominającego walkę, i - zwłaszcza - od matki, której serdecznie nie znosi, buntując się przeciw wszystkim głoszonym przez nią wartościom. Martha czuje, że odstaje od swoich zaściankowych rodziców i sąsiadów. Uważa się za przeciwną rasizmowi i wyzyskowi Czarnych w kolonii, czyta lewicowe lektury. Szczęśliwie udaje jej się dostać pracę w mieście, gdzie się przenosi, a tam szybko wpada w towarzystwo rówieśników, które spędza czas na zabawach i pijaństwie.

Martha została przez pisarkę odmalowana bardzo plastycznie, niemniej jest postacią, którą ciężko mi znieść. Z jednej strony czuje się lepsza od innych, aspiruje do bycia ponad zwykłym codziennym życiem (czy to na farmie, czy w mieście). Praca sekretarki to dla niej za mało, choć nie ma do niej żadnych kwalifikacji; zabawy w klubie wywołują u niej niechęć, a jednak nieustannie bierze w nich udział. Z drugiej strony - mimo tych wewnętrznych, skrywanych odczuć, nie próbuje brać losu w swoje ręce. Płynie z prądem, popychana przez innych ludzi to z jednej, to z drugiej strony.

Nie kontynuuje edukacji, właściwie sama nie wie dlaczego, bo jakoś tak wyszło. Podejmuje pracę, bo znalazł ją dla niej znajomy. Chodzi do klubów, bo tak wypada zbuntowanym młodym ludziom. Spotyka się z Donovanem, bo tak sobie życzy matka. Z ramion Donovana płynnie przechodzi w ramiona Perry'ego - właściwie nie wiadomo czemu, chyba dlatego, że on miał taką chęć. 

"Martha została przez Donovana wysadzona przy krawężniku, ale to Perry odprowadził ją pod drzwi i pocałował; z czego zrozumiała, że jest teraz dziewczyną Perry'ego, a nie Donovana."

I tak dalej, aż wreszcie ląduje na ślubnym kobiercu, też nie wie dlaczego. Czuje, że tego nie chce, ale nie potrafi podjąć żadnej akcji. Jedyne, co wie, to że jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby się gdzie indziej urodziła. Truizm, ale jakże typowy dla wieku nastoletniego.

"Bo nie było wątpliwości, że całe jej niezadowolenie wynikało z tego, że zasługiwała na coś, czego od życia nie dostała".

"Martha Quest" to pierwszy tom cyklu, więc domyślam się, że w kolejnych następuje przemiana bohaterki. Szkoda, że na okładce brak informacji, że jest to tylko pierwszy tom, bo jako zamknięta całość powieść jest właściwie o niczym. Męczyłam się strasznie, czytając, prawie zmuszałam się, żeby znów wziąć książkę do ręki. Ponad połowa treści jest tym, jak Martha bywała na potańcówkach, to z jednym, to z innym mężczyzną, była niezadowolona, ale udawała zadowoloną, a naprawdę to wszystko ją nudziło, bo ona była ponad to. Uh... Dlatego, mimo że chciałabym wiedzieć, czy Martha "wyjdzie na ludzi", nie podejmę się czytania kontynuacji.

"Martha Quest (...) była albo znudzoną, pochmurną i krytycznie nastawioną młodą kobietą z wymuszonym uśmiechem, albo rozgadaną gąską, śmiejącą się głośno i sztucznie."

Drugi minus, który widzę w książce, to powtarzalność. Poprzednio czytałam opowieść Lessing o jej rodzicach pt. "Alfred i Emily". Okazało się, że rodzice Marthy są identyczni jak rodzice Lessing, nawet imiona mają te same (zresztą Martha też nosi wyraźne cechy Doris). Jeśli w trzeciej książce, po którą sięgnę, opisani będą znów tacy sami ludzie, zacznę podejrzewać, że albo pisarka nie potrafi stworzyć nic nowego, albo ma jakiś gigantyczny kompleks na tle swojej rodziny.

Trzeci z subiektywnych minusów to styl Lessing. Mnie osobiście on po prostu nie pasuje, jest zbyt chaotyczny, czasem miałam wrażenie, że jedno zdanie nie łączy się nijak z drugim. Przez pierwsze 50 stron muszę przystosować swój umysł do jej sposobu opowiadania, a podobno Lessing jest chwalona za prostotę...

To nie jest zła książka. Jeśli ktoś lubi powieści psychologiczno-obyczajowe bardziej niż ja, pewnie będzie zadowolony. Jej niewątpliwym plusem jest opis życia w afrykańskiej kolonii w latach 30. XX w. i doskonale oddana atmosfera narastającego podniecenia związanego z poczynaniami Hitlera i przewidywaną wojną. Wzbudza uczucia u czytelnika, nawet jeśli u mnie była to głównie irytacja. Stawia pytania. Nie zmienia to jednak faktu, że skończyłam ją czytać z okrzykiem "Nareszcie!".

25 listopada 2011

Literatura na ekrany 2012

Jakiś czas temu pisałam o planowanych ekranizacjach literatury w 2012 r. Wczoraj z zachwytem zauważyłam, że pojawił się już wielce obiecujący trailer "Igrzysk śmierci" na podstawie powieści Susan Collins. Nie podejrzewam, by film był tak dobry jak książka (jestem niepoprawną i bezkrytyczną fanką), niemniej już się nie mogę doczekać.


Z kolei bajki o królewnie Śnieżce doczekamy się nie w jednej odsłonie, ale w dwóch. Czeka na nas mroczna i straszna wersja z Charlize Theron, Kristen Stewart i Chrisem Hemsworthem - "Snow White and the Huntsman" oraz wersja komediowa (a sądząc po trailerze naprawdę zabawna) z Julią Roberts - "Mirror, mirror" w reżyserii Tarsema Singha (twórcy cudownego "The Fall").



24 listopada 2011

Najlepsze z najlepszych - dla fanów kryminałów z Północy

Przy okazji ostatniej recenzowanej książki - "W bagnie" Indridasona - odkryłam nagrodę Szklany Klucz przyznawaną najlepszym kryminałom z krajów nordyckich.


Dziwię się, że wcześniej o niej nie słyszałam, bo przeczytałam już kilka nagrodzonych pozycji i wszystkie były doskonałe. Zamieszczam poniżej listę (z wikipedii), może komuś też się przyda - ja zamierzam nadrobić braki. Liczę tylko, że znajdzie się wydawnictwo, które przetłumaczy niewydane w Polsce pozycje.

2011 Leif GW Persson Den döende detektiven - Szwecja
2010 Jussi Adler-Olsen Flaskepost fra P - Dania
2009 Johan Theorin Nocna zamieć (Czarne, Wołowiec 2010) - Szwecja
2008 Stieg Larsson Zamek z piasku, który runął (Czarna Owca, Warszawa 2009) - Szwecja
2007 Matti Rönkä Ystävät kaukana - Finlandia
2006 Stieg Larsson Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet (J. Santorski, Warszawa 2008) - Szwecja
2005 Anders Roslund i Börge Hellström Bestia (Vesper, Poznań 2006) - Szwecja
2004 Kurt Aust Hjemsøkt Aschehoug  - Norwegia
2003 Arnaldur Indriðason Grobowa cisza (W.A.B., Warszawa 2010) - Islandia
2002 Arnaldur Indriðason W bagnie (W.A.B., Warszawa 2009) - Islandia
2001 Karin Alvtegen Zaginiona (Świat Książki, Warszawa 2003) - Szwecja
2000 Håkan Nesser Karambol (J. Santorski, Warszawa 2007) - Szwecja
1999 Leif Davidsen Limes billede - Dania
1998 Jo Nesbø Człowiek-nietoperz (Pol-Nordica, Warszawa 2005) - Norwegia
1997 Karin Fossum Nie oglądaj się (Znak, Kraków 2008) - Norwegia
1996 Fredrik Skagen Nattsug - Norwegia
1995 Erik Otto Larsen Masken i spejlet Cicero - Dania
1994 Kim Småge Sub Rosa - Norwegia
1993 Peter Høeg Smilla w labiryntach śniegu (Novus Orbis, Sopot 1996) - Dania
1992 Henning Mankell Morderca bez twarzy (W.A.B., Warszawa 2004) - Szwecja

Źródło

22 listopada 2011

Pogrążona w islandzkim bagnie

Ten kryminał jest sam jak bagno - czarny, gęsty i wciąga...

Zaczyna się od pozornie zwykłego, nudnego islandzkiego morderstwa (jak je określają śledczy) w Reykjaviku - starszy, mieszkający samotnie mężczyzna zostaje znaleziony martwy. Zginął prawdopodobnie od uderzenia w głowę popielniczką. Wydawałoby się, że to efekt jakiejś kłótni, w której doszło do rękoczynów, gdyby nie tajemnicza kartka znaleziona obok zwłok...

Komisarz Erlendur próbuje rozwikłać zagadkę, grzebiąc w przeszłości zamordowanego. Początkowo wydaje się, że znalezione w mieszkaniu denata stare zdjęcie dziecięcego grobu nie może mieć nic wspólnego ze zbrodnią. Ale czy na pewno?


Chyba porzucę Skandynawię na rzecz Islandii... Co za fantastyczny kraj do popełniania morderstw ;) Chłodny, pusty, ponury. Czytając, oczyma wyobraźni widziałam te wyludnione miasteczka, stare cmentarze, nieustający deszcz, kłębiące się chmury. Obraz społeczeństwa islandzkiego rysowany przez Indridasona też jest bardzo mroczny. Komisarz Erlendur ma dwoje dorosłych dzieci - i syn, i córka popadli w nałogi i próbują, jak mogą, zniszczyć sobie życie.

Erlendur to nie Wallander, nie jest tak wyrazistą postacią, nie przywiązałam się do niego, ale sam kryminał mnie zachwycił i na pewno będę kontynuować znajomość z Indridasonem.

21 listopada 2011

Meczenie owiec


Jeśli w bezsenne noce zdarzało Wam się liczyć: pierwsza owca..., druga owca..., trzecia..., to po tej lekturze będziecie liczyć: Matylda..., Sir Ritchfield..., Panna Maple..., Wrzosowata..., Chmurka...

Leonie Swann
Sprawiedliwość owiec
wyd. 3, Amber 2011
Triumf owiec
wyd. 1, Amber 2011

Przyznaję, że początkowo podchodziłam do tych książek, jak do...hmm..do kozy. Powieści, których bohaterkami są owce? W dodatku kryminał i thriller? I powieść filozoficzna na dokładkę? Na szczęście się przemogłam i bardzo się z tego cieszę. Owce upiększyły mi kilka miesięcy, bo czytaliśmy sobie o nich z T. na głos do poduszki. Długo to trwało, bo - tak jak w przypadku liczenia - po kilku owcach zasypiałam, ale bynajmniej nie dlatego, że było nudno.

W pierwszym tomie przygód stadko bystrych owiec, żyjących szczęśliwie na odludnej zielonej polanie ze swoim pasterzem, traci opiekuna w sposób tyle brutalny, co tajemniczy.
- Jeszcze wczoraj był zdrowy - powiedziała Matylda, nerwowo strzygąc uszami.
- To nie ma nic do rzeczy - zauważył Sir Ritchfield, najstarszy tryk w stadzie. - Nie umarł na chorobę. Szpadel to nie choroba.
Owce, zdegustowane szpadlem sterczącym ze zwłok ich pasterza, postanawiają przeprowadzić śledztwo i wykryć zbrodniarza. Nie będzie to proste, gdyż umysł owcy śledczej wędruje ścieżkami krętymi jak baranie rogi. A w dodatku szybko okaże się, że w pobliskim miasteczku tajemnice kłębią się na podobieństwo jagnięcego runa...

W drugim tomie owce opuszczają Irlandię, by wraz z nową pasterką zamieszkać we Francji, na pastwisku przy starym zamku. Szybko okaże się, że nie ma tam co liczyć na idyllę. Pojawią się nowe zwłoki, nowe zagadki, a owce staną w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa i ... stada kóz.

Nie należy oczekiwać Sherlocka Holmesa na łące - trzeba wziąć poprawkę, że z takimi bohaterami to nie będzie typowy kryminał. Jest zagadka, śledztwo i rozwiązanie, ale wszystko to przepełnione jest mnóstwem absurdalnego poczucia humoru i jest on, przynajmniej dla mnie,ważniejszy niż intryga. 

Leonie Swann po prostu weszła w skórę owcy. Nie mogę sobie teraz wyobrazić, że owce nie myślą w taki sposób. Przyznam, że podczas ostatniego pobytu w górach przyglądałam się ich stadu z dużą podejrzliwością...

Bardzo urokliwa lektura, bardzo relaksująca. Znalazła się na liście moich leków na chandrę. Polecam :)

17 listopada 2011

Zmierzch kryminału skandynawskiego

Nie wiem, czy sprawiły to moje wygórowane oczekiwania po "Nocnej zamieci" tego autora oraz po recenzjach wychwalających "Zmierzch" jako jeszcze lepszą książkę Theorina, a może ogólny przesyt skandynawskimi zbrodniami, ale przeczytałam tę powieść bez większego entuzjazmu.

Johan Theorin
Zmierzch
Wyd. Czarne 2008

Niby była dobra. Zagadka ciekawa (zniknięcie małego chłopca, które po latach ma szansę znaleźć wreszcie wyjaśnienie). Świetnie odmalowana atmosfera opustoszałej wioski na Olandii. Nie ma się do czego przyczepić i sama nie wiem czemu nie spełniła moich oczekiwań. Jakoś niespecjalnie mnie wciągnęło to, co się działo z bohaterami. Akcja mnie interesowała, ale nie budziła emocji. Przeczytałam ją kilka tygodni temu i w sumie już za bardzo jej nie pamiętam.

Warto przeczytać dla uroku Olandii. Wielbicielom skandynawskich klimatów powinna się spodobać. Sama pewnie sięgnę po kolejne powieści Theorina. Ale w odniesieniu do "Zmierzchu" pozostanę taka beznamiętna...

PS. Sam gatunek mi się nie przejadł. Czytam teraz Indridasona. Islandzkie bagno wciągnęło mnie z głową. Żałuję, że nie mam "Grobowej ciszy".

14 listopada 2011

Czytam klasykę! - Mój pierwszy Lem

Podobno Philip Dick twierdził, że "Lem nie istnieje, a jego nazwisko to skrótowy kryptonim specjalnej komórki założonej przez komunistyczny wywiad dla infiltracji środowiska s.f." (źródło).

Wydawało mi się to bardzo zabawne do momentu przeczytania Solaris. Nie, nie zacznę twierdzić, że Lem nie istniał ;) Niemniej przez pierwsze kilkadziesiąt stron książki rosło we mnie poczucie niedowierzania. Jak to, ta powieść ma 50 lat? Pół wieku? Polak ją napisał w głębokim PRLu? Przecież to jest jakaś nowość, prosto spod drukarskiej prasy. Dawno już nie czytałam czegoś tak niezwykle świeżego i odkrywczego. Jak się domyślacie - pierwsze rendez-vous z Lemem było nadzwyczaj udane i już się umawiam na kolejne.

Psycholog Kris Kelvin przybywa na niezamieszkaną planetę Solaris, gdzie znajduje się ziemska baza, a w niej trzech (?) naukowców. Napisałam niezamieszkaną? Właściwie ma jednego mieszkańca. To ocean, płynna forma, z którą nie można się porozumieć, a jednak trudno uznać ją za materię nieożywioną. Jego aktywność, przejawiająca się w najdziwniejsze sposoby, została starannie zbadana przez wielu "solarystów", zamknięta w niezliczonych tomach opracowań, a jednak nadal pozostaje zagadką. Do jakiego stopnia może zaskakiwać, Kris przekona się na własnej skórze, kiedy oko w oko spotka się z własną przeszłością.

Więcej o fabule pisać nie będę, bo ten tajemniczy ląd należy poznawać na własną rękę. To bardzo nietypowa powieść SF. Nie znajdziecie tu właściwie kosmicznych przygód, wiele jest natomiast niemal naukowych opisów oceanu (co za niezwykłą wyobraźnię posiadał Autor, że potrafił stworzyć tak trudny świat w tak drobnych detalach). Przede wszystkim Lem skupił się jednak na jednostce zamkniętej w odizolowanym miejscu, z dala od świata rządzonego znanymi regułami, postawionej w obliczu Obcego.

Jak pisał sam Lem, Solaris "...okazała się soczystym żerem dla krytyków. Czytałem jej omówienia tak uczone, że mało, co z nich sam rozumiałem." (źródło). Nie pokuszę się o interpretację. Dla mnie to powieść o próbie zrozumienia niezrozumiałego. O czym jest dla Was, musicie się przekonać sami.

Powstały dwie ekranizacje "Solaris". Jako pierwsza rosyjska, której niestety nie oglądałam, ale planuję, chociaż podobno Lemowi się nie spodobała (odbiega od oryginału). Druga - amerykańska z Georgem Clooneyem, którą oglądałam kilka lat temu. Dobrze ją wspominam, choć akcenty rozłożono w niej inaczej niż w powieści, skupiając się na wątku romansowym. Świetnie natomiast oddawała klaustrofobiczne poczucie zamknięcia i zagrożenia.

Solaris, reż. Steven Soderbergh, USA 2002
Solaris, reż. Andriej Tarkowski, Rosja 1972

12 listopada 2011

Zimno, ciemno, niepokojąco

Zdarza Wam się czasem zakochać w książce od pierwszego zdania? Mnie się właśnie zdarzyło.

"Jest wyjątkowo zimno, minus osiemnaście stopni, pada śnieg; w języku, który nie jest już moim językiem, ten śnieg to qanik."

I już wiedziałam, że trafiłam...

Peter Hoeg
Smilla w labiryntach śniegu
Świat Książki, Warszawa 1996







Spotkanie ze Smillą nie było jednak randką w ciemno. Ekranizację tej powieści (Biały labirynt, 1997) z Julią Ormond oglądałam kilka razy, a w Gabrielu Byrnie, grającym Mechanika, prawie się zakochałam ;) Bardzo chciałam przeczytać pierwowzór, ale jakoś się nie złożyło, bo książka była trudnodostępna. W bibliotekach nie znalazłam, wznowień nie było. Ostatnio, po przeczytaniu na którymś blogu kolejnej świetnej recenzji, doszłam do wniosku, że po prostu muszę... Przekopałam allegro, znalazłam, zakupiłam i zatonęłam w fabule (3Z ;) ).

Co mnie w tej książce urzekło? Najbardziej chyba atmosfera. Mroźna i niepokojąca. Z biegiem akcji jest coraz zimniej, śnieżniej, mroczniej. Coraz więcej zagadek i niebezpieczeństw, coraz niższa temperatura - i jedno, i drugie przyprawia o dreszcze. Akcja toczy się początkowo w zimowej Kopenhadze, a jakby tam było za ciepło, przenosi się na ponury statek, z dziwną załogą i tajemniczą misją, który płynie na Grenlandię, żeby tam, w tym białym lodowym labiryncie, doszło do ostatecznego rozstrzygnięcia.

Bohaterka książki to Smilla, z pochodzenia Grenlandka, zmuszona (w pewnym sensie) do życia poza ojczyzną, czterdziestolatka o gorącej krwi i nieugaszonej tęsknocie za światem, który już nie jest jej. Tryb jej życia trudno nazwać stabilnym, ale po śmierci pewnego małego grenlandzkiego chłopca rozsypie się do reszty. Śmierć Esajasa to prawdopodobnie wynik wypadku, ale Smilla nie potrafi w to uwierzyć. Kiedy zaczyna doszukiwać się prawdy, staje w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa.

Bardzo polubiłam wyrazistą Smillę, a za Grenlandią, której nie znam, tęskniłam tak, jak ona, która się tam urodziła. Oprócz świetnie poprowadzonej fabuły, nastroju i bohaterów, doceniłam tę powieść również jako źródło wiedzy o Grenlandii i ludziach stamtąd, a także o grenlandzkiej mniejszości w Danii - tych, którzy zostali wyrwani z bezkresnych białych równin i rzuceni w szary labirynt miast.

Książkę bardzo gorąco polecam, film zresztą też (o ile pamiętam, były fabularne różnice między nimi).


Biały labirynt (Smilla's Sense of Snow), reż. Bille August, 1997
Trailer można znaleźć tu.

9 listopada 2011

Targi w Łodzi :)

Wszyscy piszą o targach książki w Krakowie, więc żeby nie było nudno, ja napiszę o targach w Łodzi, które odbędą się już za miesiąc. Jako łodzianka jestem przeszczęśliwa, że wreszcie jakaś książkowa impreza odbędzie się w moim mieście. Najbardziej cieszy mnie inicjatywa portalu LubimyCzytać.pl - Z PÓŁKI NA PÓŁKĘ, czyli wymiana książek.

Nie wiem, jak Wy, ale ja się wybieram :)


I SALON CIEKAWEJ KSIĄŻKI już za miesiąc !


Salon Ciekawej Książki odbędzie się w dniach 9-11 grudnia 2011 roku w Łodzi, w Hali EXPO przy ulicy Stefanowskiego 30. Jego organizatorem są Międzynarodowe Targi Łódzkie. Ideą Salonu jest promowanie czytelnictwa, a także stworzenie interesującego wydarzenia kulturalnego dla mieszkańców Łodzi i regionu. Podczas Salonu zaprezentuje się blisko 60 wystawców: wydawnictwa, instytucje kultury, biblioteki. Wraz z wystawcami tworzymy bogaty i interesujący program spotkań, warsztatów dla dzieci i dorosłych oraz wydarzeń.


Zapraszamy na:

- Konferencję "Biblioteki publiczne miejscem przyjaznym i inspirującym", zorganizowaną przez Wojewódzką i Miejską Bibliotekę Publiczną w Łodzi. Prelegentami konferencji będą m.in. takie sławy jak: prof. Tadeusz Sławek (Uniwersytet Śląski w Katowicach), dr Andrzej Rostocki (Uniwersytet Łódzki) czy dr Henryk Hollender (Uczelnia Łazarskiego, Warszawa).

- Dyskusję poświęconą jednej z najbardziej oczekiwanych premier listopada, znakomitej i wstrząsającej książce - "Biedni ludzie z miasta Łodzi" Steve'a Sema-Sandberga, poświęconej osobie Chaima Mordechajma Rumkowskiego, "króla" łódzkiego getta. Spotkanie poprowadzi dyrektor Centrum Dialogu im. Marka Edelmana, pani Joanna Podolska.

- Spotkania autorskie z:

  • Andrzejem Sapkowskim - najsłynniejszym polskim pisarzem fantasy
  • Witoldem Jabłońskim - pisarzem, dziennikarzem i tłumaczem,
  • profesorem Jerzym Bralczykiem - promocję książki "444 zdania polskie",
  • Maxem Cegielskim - dziennikarzem, pisarzem, prezenterem radiowym i telewizyjnym, podróżnikiem,
  • Kasią Klich - piosenkarką, autorką książki dla dzieci "Bajkowa drużyna",
  • Jackiem Podsiadło - poetą,  prozaikiem, tłumaczem, dziennikarzem, felietonistą,
  • Jackiem Y. Łuczakiem - poświęconą książce "Polska Kazimierza Nowaka",
  • Chrisem Niedenthalem - fotografem, mistrzem fotografii dokumentalnej, poświęcone książce "Zawód: fotograf",
  • Zofią Turowską poświecone jej książce "Nasierowska. Fotobiografia",
  • Kingą Dunin, Agnieszką Graff, Markiem Beylinem, Romanem Kurkiewiczem, Tomaszem Piątkiem, Hanną Gill-Piątek - cykl spotkań organizowanych przez Krytykę Polityczną,
  • profesorem Tadeuszem Morawskim - najsłynniejszym polskim twórcą palindromów,
  • Robertem T. Preysem - autorem powieści z gatunku literatury sensacyjno- przygodowej.
Lista nie jest jeszcze zamknięta.

- Prezentację działalności Dyskusyjnych Klubów Książki z województwa łódzkiego.

- Prezentację 11. numeru Kwartalnika Artystyczno-Literackiego "Arterie" - Celebra i spotkanie z Marcinem Jurzystą, autorem książki poetyckiej "Ciuciubabka".

- Warsztaty dla dzieci organizowane przez Fundację ABCXXI - Cała Polska czyta dzieciom: literackie, plastyczne, książki artystycznej.

- Warsztaty dla rodziców WZORCE MYŚLENIA A EMOCJE - EMOCJE A UCZENIE SIĘ - Na warsztatach omówione zostaną Wzorce Myślenia,  którymi  posługują  się  dzieci, oraz jakie są mocne i słabe strony poszczególnych stylów uczenia   się.  Przyjrzymy  się  skąd  mogą  brać  się  takie  problemy  jak  dysleksja,  dysgrafia, dysortografia,  nadmienimy  jak  można  im  przeciwdziałać  i  je minimalizować. Wspomnimy również o zjawisku zwanym ADHD

- Z PÓŁKI NA PÓŁKĘ czyli wymianę książek zorganizowaną przez portal lubimyczytac.pl - Masz na półce książki, które Ci się znudziły? Dostałeś nietrafiony prezent? Weź książkę z półki, wymień się i zaraź innych pasją do czytania!

- Warsztaty z tworzenia Map Myśli.

- Prezentację Muzeum Papieru i Druku z Łodzi - pokazy czerpania papieru.

- Prezentację talentu iluminatora i skryby Kamila Królikowskiego.

- Prezentację prac adeptów i studentów Pracowni Projektowania Grafiki Wydawniczej Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi.

Salon Ciekawej Książki powstaje we współpracy z Festiwalem PULS LITERATURY, organizowanym w dniach 4 - 11 grudnia w Łodzi przez Śródmiejskie Forum Kultury - Dom Literatury i Oddział Łódzki Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Do udziału w Festiwalu zapraszani są wybitni pisarze, krytycy, tłumacze, literaturoznawcy, zaś na festiwalowe wydarzenia składają się spotkania autorskie, panele krytycznoliterackie, warsztaty, koncerty muzyczne, projekcje filmowe, działania multimedialne. Adresatami poszczególnych spotkań są: dzieci, młodzież i dorośli. Każda edycja Festiwalu ma wyrażony hasłem temat wiodący; tym razem będzie to RAZEM I OSOBNO. Część spotkań festiwalowych odbędzie się na terenie Targów.

Zachęcamy do odwiedzenia i polubienia Salonu na portalu społecznościowym Facebook.com www.facebook.com/SalonCiekawejKsiazki Na profilu pojawiać się będą informacje na temat nadchodzącej edycji - o wystawcach, patronach medialnych, imprezach towarzyszących. Informacje o salonie można również znaleźć na stronie www.mtl.lodz.pl/ksiazka

Przygotowaliśmy specjalną ofertę dla wszystkich zwiedzających: Salon będzie można zwiedzać i brać udział we wszystkich spotkaniach za SYMBOLICZNĄ ZŁOTÓWKĘ po wcześniejszej rejestracji na stronie internetowej

Salon można będzie odwiedzać:

9 grudnia 2011 w godz.  10:00 - 18:00
10 grudnia 2011 w godz.  10:00 - 18:00
11 grudnia 2011 w godz.  10:00 - 17:00

25 października 2011

Wygnańcy

Mam problem z oceną Półksiężyca. Z jednej strony brnęłam przez niego z mozołem, z drugiej - byłam pod wrażeniem wspaniałego stylu Autorki, pięknego języka, umiejętności doskonałego odtworzenia realiów. Bohaterowie wydawali się żywi, miejsca akcji dawało się "zobaczyć", a od opisów jedzenia szalały ślinianki.

Zaczynając od okładki - znajduje się na niej porównanie do filmu "Czekolada" (tak, wydawcy uwielbiają porównania - jeśli im wierzyć, nikt już nie pisze rzeczy świeżych i oryginalnych, każdy jest "drugim pisarzem X", a jego książka jest "taka, jak książka Y"). Nie mam pojęcia, dlaczego wydawcy postanowili porównać Półksiężyc do filmu "Czekolada", a nie do książki J. Harris (chociaż żywię złośliwe podejrzenie, że ludzie tam pracujący nie czytają i nie wiedzieli, że "Czekolada" jest ekranizacją powieści). Rzeczywiście, film i książka bardzo się różnią, ale tym bardziej twierdzę, że Półksiężyc, jeśli już, to znacznie bardziej przypomina książkową Czekoladę. Film był pozytywną bajką o czekoladowej wróżce, podczas gdy książka była dużo poważniejsza, smutniejsza, o melancholijnej atmosferze, która właśnie bardzo przypominała Półksiężyc.

Moje prywatne skojarzenia to jeszcze Zupa z granatów - ze względu na tematykę imigracji z krajów islamskich na tzw. Zachód (ale u Mehran to była prosta bajka, podczas gdy to, co opisuje Abu-Jaber, wydaje się prawdą), oraz Hakawati - ze względu na opowiadaną przez stryja bohaterki baśń, która przeplata cały watek współczesny (tych, którzy polegli w starciu z nieziemską - nomen omen - liczbą dżinów w Hakawatim mogę pocieszyć, że bajka stryja jest dużo bardziej przystępna i stanowiła moją ulubioną część książki).

Sirine ma trzydzieści dziewięć lat i mieszka ze swoim stryjem w Los Angeles, w arabskiej dzielnicy. Z pochodzenia jest pół-Irakijką, ale wychowała się w Ameryce, a jej rodzice zginęli, kiedy była dzieckiem. Pracuje jako szef kuchni w libańskiej restauracji, ulubionym miejscu wszystkich studentów z Bliskiego Wschodu. Nigdy nie wyszła za mąż, chociaż nigdy też nie była samotna. Teraz jednak na jej drodze staje przystojny Irakijczyk, wykładowca literatury, Hanif...
Nie, to nie będzie książka o problemach romansowych.
Hanif jest imigrantem "przymusowym". Opuścił Irak, bo to była jedyna jego szansa na przeżycie (akcja rozgrywa się w czasach, gdy w Iraku rządził Saddam Husajn). Chociaż od 20 lat mieszka w USA, nie przestał czuć się Arabem. Tu wreszcie dochodzimy do clou.

Półksieżyc to książka o tożsamości narodowej. O jej utracie i szukaniu, świadomie albo nie, o poczuciu przynależności i wykluczenia. To obraz ludzi wychowanych w konkretnej kulturze i religii, którzy - nie zawsze dobrowolnie - trafiają do innego świata i muszą podjąć decyzję o asymilacji, o tworzeniu sobie własnego małego państwa wewnątrz innego państwa, gdzie będą mogli pielęgnować własne tradycje, lub też o życiu w zawieszeniu - czasem aż do końca. Sama Autorka przyznaje w wywiadach, że temat wygnania jest jej literacką obsesją.

Półksiężyc jest niezwykle zmysłowy jako opowieść o miłości (romans w wydaniu bliskowschodnim nie polega na jak najszybszym podrywie), a opisy uczucia są prawdopodobnie najbardziej prawdziwymi, jakie dotąd czytałam. Zmysłowe jest również i jedzenie - kuchnia arabska i perska, której w książce mnóstwo, jako że Sirine pracuje gotując, ma tak wyraziste smaki i aromaty, że wydawały się przenikać nawet papierowe karty książki. Opisy są niepospolite, bliższe obrazom: "A za tym wszystkim Camille znalazła połyskliwego i spoconego, gładkiego i aksamitnego, czarnego jak onyks i tłustego jak niemowlę bakłażana" (s. 208). Opisy życia arabskich i perskich imigrantów są doskonałym źródłem wiedzy, znacznie lepiej rozumiem teraz, jak to jest żyć, będąc wyrzuconym poza nawias własnej kultury.

Doceniam to wszystko, ale muszę zaznaczyć, że przez pierwszą część (książka podzielona jest na dwie, pierwsza zajmuje ponad połowę objętości) nudziłam się, czytając. Zabrakło w akcji czegoś, co by mnie przyciągało i kazało kontynuować lekturę. Rozmowy o tożsamości i zagubieniu są bardzo interesujące, ale same rozmowy przez prawie 300 stron to nieco za mało, jak na moją cierpliwość. Czytałam dla pięknego języka, dla uroczej postaci stryja Sirine (mój ulubieniec w tej powieści) i w celach poznawczych, ale z mieszanymi uczuciami. Na szczęście druga część znacznie przyspiesza - pochłonęłam ją "na raz". Nie tylko więcej się tu dzieje, ale także to, co się dzieje, wzbudziło u mnie emocje, a nie tylko chłodne zainteresowanie. Przyznaję, że po skończeniu drugiej części moja ocena książki jako całości była znacznie lepsza niż po przeczytaniu tylko pierwszej. Do tego stopnia, że książka zajęła miejsce na półce, bo nie mam się ochoty z nią rozstawać. Dlatego z czystym sumieniem mogę ją polecić jako książkę wartą uwagi.

Autorka ma u mnie plus za cudne imiona psów: Król Babar i Napoleon Tu Był.


Cytaty:

o arabskim imperium:
"Opowieść, w którą nie uwierzysz, brzmi tak: Było kiedyś arabskie imperium, które panowało nad światem. Wspaniałe Imperium Abbasydów władało od ósmego do trzynastego wieku - przez pięćset lat. A Bagdad był jego niebiańską stolicą. Teraz mrugnij: minęło siedem albo osiem stuleci i świat obrócił się do góry nogami, jak to ma  w zwyczaju. Imperium Abbasydów rozpłynęło się. Ale niektórzy Arabowie maja długą, długą pamięć i wierzą, że pewnego dnia zostanie im zwrócony świat razem z całą zawartością. Większość pozostałych Arabów zadowoliłaby się tym, by mieć odrobinę spokoju, mniej walk na podwórku, żeby w ogóle zatrzymać to podwórko i tak dalej. I są jeszcze Arabowie przekonani, że czegokolwiek by pragnęli - czy to jest cały świat, czy trochę spokoju i ciszy - Ameryka robi wszystko, żeby tego nie dostali." (s. 183)

o typowej arabskiej opowieści, snutej przez stryja Sirine:
"To nie jest historia, która sie zaczyna w jednym miejscu i zmierza prosto do drugiego. Ta opowieść wędruje i wędruje. I jest całkowicie pozbawiona morału. To niepouczająca opowieść. Możesz ją na chwilę odwiedzić albo iść wypić kawę na podwórku i popatrzeć na zięby. To też przyjemne" (s. 241)

o jedzeniu i miłości (zdanie Sirine):
"...jedzenie jest lepsze od miłości, pewniejsze, wierniejsze, bardziej satysfakcjonujące i wzbogacające. Póki może się zatracić w rytmie obierania cebuli, jest pełna i całkowita. Póki umie gotować, będzie kochana." (s. 234)

Diana Abu-Jaber
Półksiężyc
Zysk i S-ka, 2005
s. 428

Diana Abu Jaber urodziła się w stanie Nowy Jork i mieszkała tam do siódmego roku życia, gdy wraz z rodziną przeniosła się na dwa lata do Ammanu. Ojciec Diany jest Jordańczykiem, matka Amerykanką. Od tej pory pisarka żyje pomiędzy Ameryką i Jordanią. Obroniła doktorat z literatury angielskiej na uniwersytecie stanowym w Nowym Jorku, nauczała literatury i twórczego pisania na Uniwersytecie Michigan, Uniwersytecie Oregon i UCLA. (biogram stąd)
Jej debiut literacki Arabian Jazz nie został opublikowany w Polsce. W Wydawnictwie Czarne mają się natomiast ukazać wspomnienia Abu-Jaber pt. The Language of Baklava.

21 października 2011

Trzej supermuszkieterowie

Nie miałam dużych wymagań, idąc do kina. Chciałam, żeby było lekko, kolorowo i odprężająco. Z odrobiną wdzięcznych walk na szpady, złym kardynałem Richelieu, wszystko doprawione humorem. Te kryteria film spełnił, dzieje się dużo, dialogi są dowcipne, bitwy na statki powietrzne widowiskowe, a aktorzy naprawdę dobrze dobrani. 


Szkoda, że sensu tam za dużo nie ma, a odległość od oryginału jak stąd do Australii. Imiona zostały te same, sposób, w jaki d'Artagnan poznaje Atosa, Portosa i Aramisa też się zgadza, a i jakiś naszyjnik królowej się w tle plącze. To by było na tyle, reszta to swobodna gra w "co by tu jeszcze zrobić, żeby taka ramota się nastolatkom podobała". Stąd latające machiny wojenne, walki na szpady na czubku kościoła (pech reżysera, że wtedy jeszcze nie było wieży Eiffla - na jej czubku, to by dopiero było widowisko) i nurkujący Atos w stroju samurajolordovaderowopodobnym.

Od lewej: D'Artagnan, Aramis, Portos i Atos
Muszkieterowie trzej i Milady
Muszkieterowie na paryskim bruku

Lubię ekranizacje powieści, które dodają coś od siebie - zwłaszcza jeśli chodzi o książki ekranizowane już w przeszłości wielokrotnie. Oglądanie n-tej z kolei wiernej ekranizacji nie ma wielkiego sensu, opowiedzenie historii na nowo - ma. Dlatego bardzo podobał mi się Robin Hood z Russelem Crowe, czyli całkiem nowa interpretacja znanej wszystkim legendy, a właściwie - legenda napisana od początku. Mimo że była to historia zupełnie inna od tej znanej, psychologiczna wiarygodność postaci i umieszczenie akcji w realiach historycznych pozwoliły stworzyć świetną opowieść. W "Trzech muszkieterach", niestety, postawiono wyłącznie na widowiskowość. Postacie są zupełnie jednowymiarowe - każda ma jeden charakterystyczny rys, np. Richelieu chce władzy, król Ludwik XIII chce ładnych strojów i żeby go królowa kochała, Milady zdradza każdego, a książę Buckhingham ma diabelski błysk w oku i coś ciągle knuje. Na realia historyczne nie ma co liczyć, bo twórcy poszli w stronę fantastyki. Tak, Dumas pisał powieści przygodowe, ale przygody muszkieterów były powodowane ich wiernością pewnym ideom. Tu nie ma idei, jest za to 3D.

Buckhingham (Orlando Bloom), a w głębi Richelieu (Christoph Waltz)
Karykatura króla Ludwika (Freddie Fox)
Juno Temple jako królowa Anna

Nie odradzam seansu, zabawa jest dobra, tylko porażająco powierzchowna. Po tygodniu naprawdę niewiele pamiętam. Przeraża mnie to, że każda kolejna ekranizacja jest coraz prostsza i płytsza. Wersja z 1993 r. wydawała się mocno okrojona przy starej ekranizacji z Chamberlainem (1973), ale przy najnowszej to wręcz arcydzieło dramaturgii. Czy to znaczy, że widz jest coraz głupszy? Czy może coraz bardziej się go ogłupia? I jak będzie wyglądać ekranizacja muszkieterów za kolejne 20 lat?

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...