29 kwietnia 2012

Przerwa majówkowa

Ponieważ od upału nadtopiły się moje szare komórki, nie jestem w stanie spłodzić żadnej notki recenzyjnej. Niech Wam wystarczą dwa wpisy na 'Klasyce Młodego Czytelnika" - o "Rodzinie Austinów" M. l'Engle i "Kochanym wrogu" Jean Webster, doskonałe, ale zapomniane książki.

 

 A chwilowo wyjeżdżam sobie, więc do poczytania w następny weekend.

24 kwietnia 2012

Życie nie jest sprawiedliwe

Gunder to stary kawaler, ani cud urody, ani jakiś szczególny dziwak, po prostu przeciętny, ale dobry człowiek. Pod wpływem pewnego zdjęcia rodzi się w nim marzenie, by znaleźć sobie żonę... w Indiach. Chociaż wyprawa z małego norweskiego miasteczka do Mombaju, to jak podróż na inną planetę, Gunder dopina swego - i wraca z wycieczki z obrączką na palcu. Jego żona, Poona, ma dotrzeć do Norwegii jakiś czas po nim, kiedy już pozamyka wszystkie swoje sprawy w ojczyźnie.
Splot okrutnych okoliczności powoduje, że Gunder nie może odebrać żony z lotniska. Poona ląduje, ale znika w drodze do domu. Nie na długo - niestety. Wkrótce zostają odnalezione jej okaleczone zwłoki.
Kto w małym spokojnym miasteczku mógł popełnić tak odrażającą zbrodnię? Inspektor Konrad Sejer będzie musiał zmierzyć się z  pytaniem, na które może nie być odpowiedzi...

Bardzo lubię kryminały Karin Fossum. Czytałam "Oko Ewy" i "Nie oglądaj się", obie książki bardzo mi przypadły do gustu, ale "Utraconą" uważam za jeszcze lepszą. Świetnie odmalowany został melancholijny klimat małego miasteczka, gdzie "takie rzeczy się przecież nie zdarzają". Mieszkańcy, którzy się znają i "wiedzą, że nikt stąd nie mógłby zrobić czegoś takiego", a podejrzanego znają od małego smyka. Duży plus za bardzo życiową postać Gundera - czasem los spełnia marzenia, żeby zaraz wszystko odebrać z nawiązką.
Jednakże to czym "Utracona"  wygrywa, to - paradoksalnie - niedopowiedzenia. Czasem tak już jest, że pozornie proste sprawy okazują się najbardziej skomplikowane, ludzkie motywy niemożliwe do odgadnięcia, a najsprytniejszy superinspektor nie odnajdzie wszystkich tropów. Jeśli nie złapałeś przestępcy na gorącym uczynku, nie było świadków, to czy można mieć pewność, że właśnie ten człowiek jest winny? Czy przyznanie się do winy daje taką pewność? Pytanie: "kto zabił" nie przestaje dręczyć nawet po przewróceniu ostatniej strony. Polecam.

18 kwietnia 2012

Wyprawa do piekieł drogą morską

Mała grupa mężczyzn, z których każdy kryje jakąś tajemnicę, a wśród nich jeden obcy. Zamknięci na niewielkiej przestrzeni, odcięci od cywilizacji stają w konfrontacji z żywiołem. Oto przepis na thriller idealny.

Stefan Mani
Statek
WAB 2010

Rejs z Islandii do Surinamu z międzylądowaniem w piekle. Jeśli próbujesz zaokrętować się na "Per Se", zastanów się. Jeszcze nie postawiłeś stopy na pokładzie, a sytuacja już wygląda źle. Chodzą słuchy, że to ostatni rejs, a po nim firma planuje zwolnienie załogi. Niektórym się to nie podoba, burzą się, przemycają na pokład broń. Inni się nie przejmują, mają poważniejsze problemy - jeden właśnie zakopał na plaży ciało żony, drugi odkrył, że zamiast jego szwagra w załodze znalazł się jeden z najbardziej poszukiwanych przestępców, ksywa Diabeł. Statek traci łączność z lądem, zbliża się potężny orkan, ale największym zagrożeniem jest niestety - drugi człowiek.

Świetny dreszczowiec o nietypowej narracji, prowadzonej w czasie teraźniejszym. Początkowo nie mogłam się wciągnąć (i myliły mi się islandzkie imiona), ale dla równowagi - od drugiej połowy nie mogłam się oderwać. Dość brutalna, "męska" proza, ale najmocniejszym jej atutem jest atmosfera. Bohaterowie są w potrzasku, a zagrożenie potęguje się z każdą stroną. Islandzcy pisarze doskonale potrafią operować mrokiem - to pewnie przez ten ich zimny klimat ;)

Mogę się przyczepić tylko do epilogu. Nie do samego rozwiązania historii, które jest świetne, ale tego, co po nim... Chyba brakuje mi otrzaskania z islandzkimi legendami, żeby w pełni odczytać podtekst. Mimo to - gorąco polecam.

17 kwietnia 2012

Ekranizacja idealna?

Pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego.

Zawsze twierdziłam, że należy najpierw przeczytać książkę, a potem obejrzeć ekranizację i że niemal zawsze ekranizacja okazuje się słabsza niż pierwowzór. Tym razem też najpierw sięgnęłam po pierwszy tom Pieśni Lodu i Ognia pt. "Gra o tron", którego recenzja była TU. Podobało mi się, ale nie aż tak, jak na to liczyłam. Nawet nie ciągnęło mnie szczególnie do drugiego tomu, a i do serialu umiarkowanie. Chciałam obejrzeć, ale niekoniecznie zaraz-już-natychmiast.

Zabraliśmy się w końcu do pierwszego sezonu razem z T., który książki nie czytał. Serial zajął nam jakieś trzy dni. Zająłby mniej, gdybyśmy mogli poświęcić mu więcej czasu. Zgodnie oszaleliśmy na jego punkcie. Nie uważam przy tym, że jest lepszy niż powieść, jest równie dobry, ale w jakiś dziwny sposób dopiero on pozwolił mi ją docenić. Stanowi idealne uzupełnienie, ilustrację - jest dla mnie integralną częścią tej historii.

Całe szczęście, że zaczął się na HBO drugi sezon, bo pierwszy był stanowczo za krótki - to jego jedyna wada. Poza tym ma same zalety: akcję, plenery, dopracowane szczegóły (zróżnicowany akcent językowy u poszczególnych postaci!) i świetnie dobranych aktorów. No, może Daenerys ze swoją smerfetkową urodą nieszczególnie mi się podoba, ale gra dobrze, a ja po prostu w książce nie przepadałam za tą postacią. Cała reszta jest po prostu idealna - i to zarówno aktorzy pierwszo- jak i drugoplanowi. Cieszę się, że postaci, które upodobałam sobie w książce, tak dobrze wypadły w filmie. W Tyrionie Lannisterze, granym przez Petera Dinklege'a (uwielbiam go za "Dróżnika"), można się zakochać. Khal Drogo o egzotycznej urodzie Jasona Momoa jest w równych proporcjach barbarzyński i pociągający. Musiałabym się rozpływać w zachwytach nad każdym bohaterem - polubiłam nawet Catelyn i Sansę. Podoba mi się to, że nie są dobierani aktorzy zjawiskowo piękni, lecz charakterystyczni - taką urodę cenię znacznie bardziej.

Fabularnie film jest zdumiewająco wierny powieści - rzecz jasna nie znam oryginału na pamięć, czytałam go jakiś czas temu, więc może coś tam obcięto, ale mnie niczego do szczęścia nie brakowało. Historia każdego z bohaterów jest spójna. Poza tym nie oczekuję od twórców, że zilustrują każdy akapit, już z tego wyrosłam. Zdaje mi się tylko, że scen burdelowych pojawiła się nadwyżka - mniej było za to krwawych walk, które w książce od pewnego momentu omijałam, przytłoczona nadmiarem flaków.

Podsumowując - weszłam do gry na całego, zostałam fanką i teraz tylko nie wiem, za co łapać najpierw - drugi sezon czy drugi tom?


Gra o tron / Game of throne, serial TV, 2011

6 kwietnia 2012

Irlandzki melodramat

Nigdy bym dobrowolnie nie sięgnęła po dzieło z tak przeraźliwie harlequinowata okladką, gdybym wcześniej nie czytała kilku bardzo zachęcających recenzji na blogach. W recenzjach zresztą podkreślano, że okładka ma się nijak do treści. I rzeczywiście, wyjątkowo nietrafiona. Może wydawca chciał bardzo podkreślić, że to książka dla kobiet? Najbardziej rozbraja mnie ten czerwony bucik... Aluzja do Kopciuszka czy co?

Sebastian Barry
Tajny dziennik
The Secret Scripture
Albatros 2011

Książka należy do gatunku "tajemnica z przeszłości, do której ktoś się po latach dogrzebuje" - bardzo przeze mnie lubianego, przynajmniej teoretycznie. W praktyce od dawna nie trafiłam na żadną pozycję tego typu, która by mi się podobała. Powieści Kate Morton były zaledwie znośne, "Dom sióstr" Charlotte Link to zupełna porażka, resztę litościwie przemilczę. Na ich tle jednak "Tajny dziennik" wypada może nie rewelacyjnie, ale całkiem nieźle. Przeczytałam z zaciekawieniem, lekko zgrzytając zębami dopiero w drugiej połowie.


Akcja rozgrywa się w Irlandii, rozpoczyna na początku XXI w., a potem cofa. W związku z rozbiórką starego szpitala psychiatrycznego personel musi zadecydować, czy umieszczeni w nim pacjenci na pewno muszą być poddani leczeniu - w nowym budynku szpitalnym nie ma aż tylu miejsc. Dr Grene najbardziej zainteresowany jest około stuletnią staruszką, Roseanne McNulty. Kobieta spędziła w ośrodku chyba połowę swojego życia - a może więcej - i nikt już nie pamięta jak i dlaczego się tam znalazła. Psychiatra próbuje dokopać się prawdy, zapisując swoje odkrycia w dzienniku. Nie wie, że Roseanne także potajemnie spisuje dziennik swojego życia. Czytelnik może śledzić oba, naprzemiennie. W pewnym momencie relacje zaczynają być rozbieżne - czyżby Roseanne kłamała w swych zapiskach? A może doktorowi ktoś podał fałszywe informacje?


Zaliczam na plus - miękki, melodyjny język, widać, że pisarz potrafi się nim posługiwać, o grafomanię go z pewnością nie oskarżę. Losy bohaterów zostały umiejętnie splecione z krwawą historią Irlandii pierwszej połowy XX w. i poddane niszczycielskiej sile ówczesnej katolickiej obyczajowości - akcja jest mocno osadzona w Irlandii, nie jest to tylko przypadkowa scenografia. Do pełni szczęścia niestety sporo mi zabrakło. Akcja toczy się wooooooolnoooooo... Żółwia narracja stuletniej staruszce nawet pasuje, ale dla równowagi mógł Autor dodać nieco werwy doktorkowi. Niestety, dr Grene jest bardziej ślamazarny od Roseanne i od połowy książka zaczyna się ciągnąć jak guma do żucia. W dodatku Barry lubi skręcać na melodramatyczne tory, a ja od łzawych tonów dostaję wysypki. Największym minusem jest jednak zakończenie - do bólu hollywoodzkie. Było tak oczywiste, że domyśliłam się go w połowie książki i tylko miałam nadzieję, że mnie Autor zaskoczy. Niestety. Przyjemne czytadło, ale żeby je nominować do Bookera? Really? 

Podsumowując, przeczytałam z zainteresowaniem, skończyłam bez żalu, pojutrze zapomnę.W ogóle zauważyłam, że jakoś mi irlandzkie książki nie podchodzą, nie wiem czemu. Polecam sympatykom powieści tego typu, a także tym, którzy lubią książki Kate Morton oraz "Dom sióstr" - wiem, że wielu się podobały, niestety ze mną są niekompatybilne ;)

Ciekawostka - Barry napisał także powieść "The whereabouts of Eneas McNulty" - a ów Eneas jest jednym z bohaterów "Tajnego dziennika", pojawiającym się epizodycznie, ale ważnym.

4 kwietnia 2012

Królewna Śmieszka


Obrodziło nam w tym roku w kinach Śnieżkami. Czekam z utęsknieniem na wersję na poważnie "Snow White and the Huntsman" z Charlize Theron w roli macochy (premiera bodajże w dzień dziecka, chociaż po trailerze sądząc nie jest to najbardziej prodziecięcy film w historii). Tymczasem miałam okazję obejrzeć wersję komediową z Julią Roberts "Mirror mirror" (po polsku nudny tytuł "Królewna Śnieżka" zamiast "Lustereczko, lustereczko"). Ten dla odmiany nadawał się doskonale dla młodego widza - ale i dla starego był w sam raz :) Zresztą na seansie z napisami* o 20.30 szczęśliwie dzieci się nie uświadczy.

Bardzo sympatyczna komedia, ze świetnie dobranymi aktorami, ładna wizualnie i co najważniejsze - śmieszna. Do tego żarty były z poziomu POWYŻEJ pasa, co ostatnio zdarza się dziwnie rzadko. Nie jest to może śmiech do bólu brzucha i łez w oczach, ale widz (w tej roli ja) wychodzi z seansu w dobrym humorze, nucąc finałową piosenkę :)



Prześliczna Lily Collins w roli Śnieżki była doskonała - gdyby Disney ją znał, tak by ją właśnie narysował. Do tego Armie Hammer, czyli bliźniak Winklevoss z "Social Network" o upojnym głosie jako Książę i najlepszych siedmiu krasnali, jakich kiedykolwiek widziałam (w kinie, oczywiście ;) ). A i tak, moim zdaniem, show skradła Julie Roberts jako macocha - bardzo lubię tę aktorkę i jej zaraźliwy śmiech.

Reżyserem filmu jest Tarsem Singh, twórca cudownego "The Fall". Polecam.


* Stanowczo odmawiam oglądania filmów z dubbingiem. Podkładanie głosu pod Julię Roberts albo Hammera to zbrodnia, a do tego polski zwiastun miał w sobie jakieś 20% dowcipu oryginału.

3 kwietnia 2012

200 lat pani Joanno!

Wczoraj Joanna Chmielewska skończyła 80 lat. Nie wiem, czy to wypada tak publicznie kobiecie wiek wytykać. Z drugiej strony metryka metryką, a niektórzy ludzie pozostają wiecznie młodzi.
Chociaż nie czytam współczesnych książek pisarki, zawsze będę ją uwielbiać za kryminalne fajerwerki humoru i niezawodne leki na chandrę, które stworzyła wcześniej.

2 kwietnia 2012

Some are born to Endless Night

To chyba najbardziej kontrowersyjna książka Tokarczuk. Czytałam sporo recenzji tej powieści i gama odczuć była w nich niespotykana - od zarzutów "mierności i płycizny" po zachwyt. Nie będę Was trzymać w niepewności i wyjaśnię od razu - ja czuję wyłącznie zachwyt. Fantastyczna książka.

Olga Tokarczuk
Prowadź swój pług przez kości umarłych
Wydawnictwo Literackie 2009

Ubrana w kryminalny kubraczek historia okrucieństwa ludzi wobec zwierząt. Na płaskowyżu, w odludnej osadzie w pobliżu Kotliny Kłodzkiej, mieszka starsza pani Janina Duszejko. Życie w bliskim kontakcie z naturą bywa piękne, ale i bardzo ciężkie. Najgorsza jednak dla bohaterki jest świadomość, że piękne dzikie zwierzęta są nieustannie zagrożone przez bandę wąsatych facetów, którzy uganiają się z nimi ze strzelbami, pod sztandarem tradycji i dbania o przyrodę. Kiedy myśliwi zaczynają ginąć w tajemniczych okolicznościach, pani Duszejko podejrzewa, że być może zwierzęta wreszcie zaczynają brać odwet...

Nie dziwię się wcale, ze książka wzbudza tak różne opinie. To, co jest potrzebne do jej pozytywnego odbioru, to współodczuwanie - z główną bohaterką i ze zwierzętami. Ludzie, którzy uważają, że ziemia została nam dana dla naszej przyjemności - razem z całym inwentarzem, który możemy wykorzystywać wedle uznania - pewnie odczytają tę powieść jako zlepek dziwacznych idei nawiedzonej staruszki. Dla mnie to swoisty protest song przeciw temu jak urządzony jest świat - jak sami go urządzamy. Mogę się pod nim podpisać obiema rękami. Nie jem mięsa, a zwierzęta stawiam często wyżej niż ludzi. Dla mnie sprawa jest prosta - przykazanie mówi "nie zabijaj". Nie: "nie zabijaj ludzi", tylko "nie zabijaj". Nikogo. Nie będę pisała nawet, co sądzę o myśliwych, bo musiałabym użyć całej masy niecenzuralnych słów. Ciężko mi się czytało fragmenty o polowaniach... O morderstwach popełnianych na ludziach jednak łatwiej, a na myśliwych - bez większego problemu (bo w końcu, kto mieczem wojuje...).

Irytuje mnie zarzucanie autorce, że napisała książkę o ekologii i wegetarianizmie, bo to chodliwy temat. Myślę, że napisała o tym, co głęboko odczuwa. Czytałam na papierze własne myśli - nie da się tego stworzyć, jeśli nie potrafi się tego czuć. Drażni mnie także zarzucanie powieści, że nie jest to thriller idealny - myślę, ze nie takim miał być, bo nie o znalezienie mordercy w nim chodziło. To tylko forma. Zresztą jako kryminał też mi się czytało świetnie i nie mam mu pod względem fabuły nic do zarzucenia.

Zachwyciła mnie też konstrukcja głównej bohaterki - jednej z tych starszych pań, która przez osoby z zewnątrz odbierana jest jako typowa dziwaczka (bredzi o astrologii, bombarduje listami policję, rzuca się z pięściami na myśliwych), ale która wzbudza sympatię, jeśli pozna się ją "od środka" (książka napisana jest w pierwszej osobie, możemy więc śledzić tok myślenia bohaterki). Śmieszyły mnie zarzuty recenzentów, że Tokarczuk promuje astrologię, a także że widzi Czechy jako raj. Zachwyty nad Czechami były - w moim odczuciu - myśleniem życzeniowym (z pełną tego świadomością) na zasadzie: "gdzieś tam przecież musi być lepiej, a ludzie muszą być mądrzejsi". Też czasem próbuję w to uwierzyć, ale przeważa u mnie poczucie, że cały świat to jedno bagno...

Pozostaję bezkrytyczna wobec Tokarczuk,a "Prowadź swój pług..." z pewnością nabędę na własność - ciężko mi się rozstać z egzemplarzem bibliotecznym.

P.S. Po raz pierwszy dzięki tej powieści zetknęłam się z twórczością Williama Blake'a. Z pewnością będzie to znajomość kontynuowana z mojej strony.

“Every Night and every Morn
Some to Misery are born.
Every Morn and every Night
Some are born to Sweet Delight,
Some are born to Endless Night”
― William Blake, Songs of Experience

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...