Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niezwykłe kobiety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niezwykłe kobiety. Pokaż wszystkie posty

3 kwietnia 2012

200 lat pani Joanno!

Wczoraj Joanna Chmielewska skończyła 80 lat. Nie wiem, czy to wypada tak publicznie kobiecie wiek wytykać. Z drugiej strony metryka metryką, a niektórzy ludzie pozostają wiecznie młodzi.
Chociaż nie czytam współczesnych książek pisarki, zawsze będę ją uwielbiać za kryminalne fajerwerki humoru i niezawodne leki na chandrę, które stworzyła wcześniej.

5 grudnia 2011

Maud z Zielonego Wzgórza

Romantyczna optymistka, pełna szalonej radości życia, dobra chrześcijanka, spełniona pisarka, szczęśliwa w miłości. Oto jaka autorka "Ani z Zielonego Wzgórza" nie była.

A takiej się spodziewałam po lekturze jej twórczości - słodkich i ciepłych opowieści o dziewczętach.

Na szczęście, Lucy Maud Montgomery okazała się o wiele bardziej złożoną osobowością, głębszą, mroczniejszą niż myślałam, ale i bardziej fascynującą. Bardzo się cieszę, że przeczytałam jej biografię, bo choć sama książka pozostawia nieco do życzenia, bohaterka jest zdecydowanie warta lektury.

Jej życie nie należało do łatwych - wcześnie osierocona przez matkę, wychowywała się u dziadków, w wiecznej rozłące z ukochanym ojcem. O swoją babkę dbała aż do jej śmierci, pozostając w stanie panieńskim. Późno poślubiła pastora i choć związek był dość udany, miał swoją mroczną, ukrywaną przed światem stronę. Zmarła zbyt szybko, w wieku 68 lat, straciwszy wiarę w przyszłość a z nią i wolę walki. Nastąpiło to w roku 1942, w samym środku II wojny światowej. Maud bardzo głęboko przeżywała obie wojny, choć jej najbliżsi nie brali w niej udziału. Straszliwość doniesień z Europy podkopała jej wiarę w sens życia. Wielka szkoda, że zmarła nie dowiedziawszy się, że dobro znów zwycięży.

Jaka więc była Maud?
"Widzę w sobie dwie sprzeczne natury. Kiedy chodzę po lesie, budzi się we mnie marzycielka lubiąca samotność. Wtedy kocham drzewa. Kiedy jednak stykam sie z człowiekiem, czuję w sobie coś zupełnie innego. Cenię towarzystwo, błyskotliwe rozmowy,typowo ludzkie rozrywki (...). Ale na tym nie koniec (...). Tak naprawdę jest we mnie sto różnych twarzy. Niektóre są dobre, inne złe. Może to lepiej, niż gdybym miała tylko dwie - tak jest bardziej tajemniczo, interesująco." (z listów L.M.M.)

Inteligentna, dowcipna, bystra obserwatorka, zakochana w Wyspie Księcia Edwarda, wielbicielka przyrody, kotów i książek:

"Była zapaloną czytelniczką, obdarzoną niezwykłą wnikliwością i pamięcią. Zaczytywała się w angielskiej klasyce; potrafiła cytować większość dzieł Szekspira, Wordswortha, Byrona i innych wielkich poetów. Czytała też książki współczesne, czasopisma i gazety, a do tego połykała dwa kryminały dziennie" (ze wspomnień syna Maud).

Realistka, potrafiła doskonale ukrywać swoje kontrowersyjne poglądy - zwłaszcza na tematy religijne (a była przecież żoną pastora):

o samobójstwie - "Życie zostało nam narzucone, nie prosiliśmy o nie. Dlatego kiedy staje się dla nas zbyt wielkim ciężarem, mamy prawo go z siebie zdjąć". (z listów L.M.M.)

o reinkarnacji - "To niesamowite wyobrazić sobie, że z jednego bytu przenosimy się w drugi, a stany te oddziela niespokojny sen zwany śmiercią! Wydaje mi się, że taka wizja jest tysiąc razy atrakcyjniejsza od wizji Nieba z jego nieustannymi doznaniami duchowymi, w które wierzą chrześcijanie". (z listów L.M.M.)

Choć twierdziła, że nie jest feministką (sufrażystką), jej opinia o roli kobiet była niezwykle rozsądna:

"... uważam, że kobieta, jako istota niezależna, powinna mieć udział w tworzeniu prawa. Czy jestem gorsza i głupsza od francuskiego drwala rąbiącego drewno na opał, który z trudem potrafi odróżnić prawą rękę od lewej i jest analfabetą, a pomimo tego ma prawo głosu i może wpływać na losy mego kraju?" (z listów L.M.M.)

"A więc uważa Pan, że kobiety winny być prawdziwymi towarzyszkami życia swych mężów. Ja też - tak samo pragnę, by mężczyźni byli prawdziwymi towarzyszami swych żon. Jak mówi Emerson - nie można rozpatrywać racji jedynie jednej ze stron (...) ...uważam, że każdy realizuje się w tej dziedzinie, w której jest szczęśliwy i w której potrafi coś zrobić. Większość kobiet czuje się najlepiej w domu, tak jak większość mężczyzn czuje się najlepiej w szerokim świecie. Ale w obu przypadkach są wyjątki. Zdarzają się kobiety stworzone do tego by robić karierę, i mężczyźni, których powołaniem jest gotować w restauracji. (...) <<pozwólmy każdemu znaleźć swoją własną drogę>>, zarówno w interesach, jak i w małżeństwie." (z listów L.M.M.)

Nie najlepiej czuła się w dużym towarzystwie i choć wreszcie się tego nauczyła, wolała wyrażać swoje opinie na piśmie:

"W licznym, nie znanym mi towarzystwie jestem nudna i nie mam nic ciekawego do powiedzenia, czego jednak nie ukrywam. Jedynie w gronie znajomych jestem w stanie zabłysnąć." (z listów L.M.M.)

"Nie zabrałabym publicznie głosu, nawet jeśli miałabym umrzeć (...), nie potrafię wstać i po prostu powiedzieć - to straszne. Zapadłabym się pod ziemię." (z listów L.M.M.)

Szczerze nie znosiła swojej najważniejszej bohaterki, nazywając ją "ta wstrętną Anią". Nic dziwnego - nie przepadała za pisaniem książek o "dalszych losach", a przypadku rudowłosej Ani była do tego zmuszana presją czytelników i wydawnictwa po wielokroć.

"Z chwilą, gdy Ania przestała byc natchnieniem, zaczęła prześladować mnie jak zmora". (z listów L.M.M.)

Aż nie do wiary, jak  cudowne książki napisała mimo tej szczerej niechęci.

Marzyła o stworzeniu prawdziwej książki dla dorosłych - dwie które wydała ("Błękitny zamek" i "Dzban ciotki Becky") nie zaspokoiły jej ambicji - zresztą i one obecnie uważane są z literaturę młodzieżową. Wreszcie sama przed sobą przyznała, że nie potrafi tego zrobić i być może nigdy jej się nie uda. Pisała i publikowała także poezję - nie była to jednak twórczość wybitna i Maud zdawała sobie z tego sprawę. Tworzyła też mnóstwo opowiadań do gazet, często na zamówienie i miernej jakości. Część z nich opublikowano potem w książkach, chociaż Autorka była temu zdecydowanie przeciwna (choćby "Pożegnanie z Avonlea" - do swego przyjaciela pisała: "niech Pan tego nie czyta".)

Sama biografia pióra Mollie Gillen nie zaspokoiła mojego apetytu. Jest za krotka, za mało szczegółowa, do tego treść podana jest w dość chaotyczny sposób - nie jest to dzieło na miarę biografii sióstr Bronte, a szkoda. Maud przez dwadzieścia lat prowadziła bogatą korespondencję z dwoma przyjaciółmi, pozostało po niej wiele źródeł, w tym pamiętniki i autobiografia, więc myślę, że jej biografia mogłaby być pełniejsza. Mimo to, cieszę się, że mogłam bliżej poznać Lucy Maud Montgomery i z pewnością będę szukać innych książek o niej. Bardzo chciałabym sięgnąć po jej opublikowane pamiętniki. Polubiłam ją tak samo mocno, jak Anię i Emilkę. A może nawet mocniej - miała w końcu swoją ciemną stronę, której jej bohaterki były pozbawione.


Mollie Gillen
Maud z Wyspy Księcia Edwarda
Nasza Ksiegarnia 1975
ss. 204














Twórczość L.M. Montgomery

Powieści
Seria o Ani:
1908: Ania z Zielonego Wzgórza (cz. 1)
1909: Ania z Avonlea (cz. 2)
1915: Ania na Uniwersytecie (cz. 3)
1917: Wymarzony dom Ani (cz. 5)
1919: Dolina Tęczy (cz. 7)
1921: Rilla ze Złotego Brzegu (cz. 8)
1936: Ania z Szumiących Topoli (cz. 4)
1939: Ania ze Złotego Brzegu (cz. 6)

Seria o Sarze Stanley - Historynce:
1911: Historynka (cz. 1) (inny tytuł: Wakacje na starej farmie)
1913: Złocista droga (cz. 2) (inny tytuł: Złoty gościniec)

Seria o Emilce:
1923: Emilka ze Srebrnego Nowiu (cz. 1) (inny tytuł: Emilka z Księżycowego Nowiu)
1925: Emilka dojrzewa (cz. 2) (inny tytuł: Emilka szuka swojej gwiazdy)
1927: Emilka na falach życia (cz.3) (inne tytuły: Emilka szuka szczęścia, Dorosłe życie Emilki)

Seria o Pat:
1933: Pat ze Srebrnego Gaju (cz. 1)
1935: Pani na Srebrnym Gaju (cz. 2) (inny tytuł: Miłość Pat)

Inne:
1910: Dziewczę z sadu (inne tytuły: Kilmeny ze starego sadu, Kilmeny z kwitnącego sadu)
1926: Błękitny zamek
1929: Czarodziejski świat Marigold (inny tytuł: Czary Marigold)
1931: W pajęczynie życia (inny tytuł: Dzban ciotki Becky)
1937: Jana ze Wzgórza Latarni (inne tytuły: Jane z Lantern Hill, Janka z Latarniowego Wzgórza, Jane ze Wzgórza Latarni)

Zbiory opowiadań (Za życia pisarki ukazały się dwa pierwsze zbiory. Kolejny, wydany w 1974 r., obok już znanych zawierał w większości utwory niepublikowane i odnalezione przez jej syna, Stuarta MacDonalda. Wszystkie następne zbiory zawierały opowiadania wyłącznie znane, publikowane oddzielnie, m.in. w czasopismach [za wikipedią]):
1912: Opowieści z Avonlea
1920: Pożegnanie z Avonlea
1974: Spełnione marzenia
1979: Panna młoda czeka
1988: Takie jak Ania
1989: Zapach wiatru (Ślady na piasku)
1990: Biała magia
1991: After Many Days: Tales of Time Passed
1993: Against the Odds: Tales of Achievement
1994: At the Altar: Matrimonial Tales
1995: Święta z Anią i inne opowiadania na Boże Narodzenie
1995: Across the Miles: Tales of Correspondence
2009: Ania z Wyspy Księcia Edwarda (uzupełniona o brakujące strony wersja książki Spełnione marzenia)

Poezje:
1916: The Watchman & Other Poems
1987: The Poetry of Lucy Maud Montgomery, selected by John Ferns and Kevin McCabe


Literatura faktu:
1934: Courageous Women (z Marian Keith i Mabel Burns McKinley)


Autobiografia i pamiętniki:
1917: The Alpine Path: The Story of My Career
1985: The Selected Journals of L.M. Montgomery, Vol. I (w Polsce wydany jako: Krajobraz dzieciństwa i Uwięziona dusza – 1996 r.)
1987: The Selected Journals of L.M. Montgomery, Vol. II
1993: The Selected Journals of L.M. Montgomery, Vol. III
1998: The Selected Journals of L.M. Montgomery, Vol. IV
2004: The Selected Journals of L.M. Montgomery, Vol. V

14 czerwca 2011

Niezwykłe kobiety III - Co by tu jeszcze wymyślić?

Pewnego pochmurnego dnia, w mieście Chicago, pod koniec XIX w., pani Josephine Cochran, wdowa, spojrzała za zlew wyładowany brudnymi naczyniami i doszła do wniosku, że po prostu jej się nie chce. NIE CHCE. Że byłoby cudownie mieć jakąś magiczną maszynę, która weźmie te gary i pozmywa za nią. Wzięła kartkę i zaczęła szkicować - tu byłaby komora, nad nią pojemniki z wodą i mydłem... Od kreski do kreski i maszyna nie tylko była zaprojektowana, ale i opatentowana, a potem wyprodukowana. Automaty pani Cochran zaczęły trafiać do restauracji, a dziś jedna, prapraprawnuczka prototypu stoi nawet w mojej kuchni.

No, dobra, może to nie było całkiem tak, z tymi brudnymi garami, niemniej pani Cochran rzeczywiście wynalazła zmywarkę do naczyń. Inne panie w dawnych wiekach radziły sobie równie dobrze z pozostałymi uciążliwościami gospodarstwa domowego, wynajdując pralkę, automaty do czyszczenia kominów, sprawniejsze lampy gazowe, ulepszając termę do podgrzewania wody itp. itd. Podczas kiedy mężczyźni majstrowali swoje fordy, kobiety pracowały nad uczynieniem znośniejszym życia codziennego. Co ciekawe - wiele tych wynalazków poczyniły i opatentowały zwykłe gospodynie domowe. Czasem przesadzały (nie była to wcale domena kobiet, panowie tez wynajdowali rzeczy bezużyteczne) projektując np. "maszynę do krojenia chleba i smarowania go masłem", podczas gdy przyrząd zwany nożem jest znany od wieków, spełnia obie te funkcje równie dobrze i wymaga akurat takiego samego zachodu przy użyciu, jak ów automat.

Kobiety nie ograniczały się wcale do usprawniania własnych prac - miały ogromne zasługi w zakresie projektowania sprzętów domowych (od tarki do gałki muszkatołowej po manekina na suknie, który jednocześnie miał słuzyć do... ewakuacji przez okno w czasie pożaru), wystroju wnętrz (łózko, które po złożeniu zmieniało się w biurko), strojów (wygodniejsze gorsety) i opieki nad dziećmi (przedszkole Montessori, akcesoria do nauczania i... pływająca mechaniczna kaczuszka), ale wynalazły też przedmioty o o wiele szerszym zastosowaniu, od wycieraczki do szyb tramwaju przez kamizelkę ratunkową po ulepszoną konstrukcję mostu.

Z ciekawostek - na początku XX w. po raz pierwszy zaczęto produkować gadżety związane z postaciami literackimi. Było to również zasługą kobiety, a konkretnie Beatrix Potter, która napisała pierwszą niemoralizatorska książeczkę dla dzieci, w dodatku prześlicznie i własnoręcznie ilustrowaną. Podbiła nią serca czytelników do tego stopnia, że w sprzedaży pojawił się wkrótce pluszowy Piotruś Królik, a potem gra planszowa z bohaterami książeczek.

O tych wszystkich kobietach i ich pomysłach (oraz wielu, wielu innych) możecie poczytać w książce Niezwykłe kobiety. Od nalewki na szafranie do latających maszyn. Lojalnie uprzedzam, ze nie jest to pozycja lekka i łatwa. Deborah Jaffe potraktowała temat poważnie, oparła się na rzetelnych źródłach, jednak ubrała całość w nieco zbyt sztywny naukowy język. Trudno się w tej książce "zatopić", ale ja byłam na tyle zainteresowana tematem, że dałam radę, chociaż podczytywałam ją w odcinkach. Zdecydowanie rola kobiet w budowaniu świata w jego współczesnym kształcie jest mocno niedoceniana i warto to zmienić. Kobiety zajmowały się nie tylko bujaniem dzieci w kołyskach - czasem także te kołyski projektowały :)

12 kwietnia 2011

Zagubione w rzeczywistości

Skoro nie narzekacie na to, że na blogu książkowym pojawiają się wpisy filmowe, to ja to teraz niecnie wykorzystam. Trzy produkcje (2 filmy i 1 miniserial), które ostatnio zrobiły na mnie spore wrażenie - z motywem przewodnim, jak w tytule posta.


Temple Grandin, reż. Mick Jackson, USA 2010 (6/6)

Temple Grandin to prawdziwa postać, która doskonale pasuje do mojego cyklu "Niezwykłe kobiety". Mimo autyzmu została profesorem na Uniwersytecie stanu Kolorado - specjalizuje się w zachowaniach zwierząt, ale także upowszechnia wiedzę na temat autyzmu.
Temple miała typowe cechy autystyka. Jej funkcjonowanie wśród ludzi było wyraźnie upośledzone -  nie znosiła kontaktu fizycznego, nie potrafiła odczytywać cudzych emocji, miała problemy z odnalezieniem się w świecie niedopowiedzeń i metafor. Rzeczy powiedziane nie wprost były dla niej niezrozumiałe. Jednocześnie potrafiła doskonale wczuć się w sposób myślenia zwierząt - szczególnie upodobała sobie krowy. Do tego miała umysł, który działał jak najlepszy komputer - przeliczał, projektował i zapamiętywał w sposób fotograficzny.


Temple wiele zawdzięczała determinacji swojej matki, która nie posłuchała lekarzy, radzących oddać córkę do zakładu dla psychicznie chorych. Dzięki niej skończyła szkołę, a potem college. Spotkała na swojej drodze wielu ludzi, którzy pomagali jej "przejść przez kolejne drzwi" - czyli przekroczyć bariery, które stawały na drodze (jako osoby chorej, ale także jako kobiety, która wie, czego chce), ale równie wiele takich, które podcinały jej skrzydła. Nie poddała się.

 Ponieważ potrafiła intuicyjnie pojąć funkcjonowanie krów w stadzie, zajęła się poprawą losu tych zwierząt, modernizując hodowle i rzeźnie, tak żeby były środowiskiem zbudowanym zgodnie z naturalnymi odruchami zwierząt (np. chodzenie po kole jest naturalne, a prostym korytarzem już nie) i przysparzały im jak najmniej stresu.



Film jest naprawdę doskonale zrealizowany - oglądałam go z ogromnym zachwytem, choć tematyka zarzynania zwierząt do moich ulubionych nie należy. Reżyser doskonale oddał sposób funkcjonowania umysłu Temple i rozumienia przez nią niektórych informacji (np. na wiadomość, że ciocia i wujek chodzą spać z kurami, widziała ich zasypiających na grzędzie). Główna rola została fenomenalnie zagrana przez Claire Danes (pamiętna Julia z "Romea i Julii" i Yvaine z "Gwiezdnego pyłu"), która miała tu szanse pokazać cały swój kunszt i powinna dostać za tę rolę wszystkie nagrody świata (dostała Złoty Glob i parę nominacji).

Gorąco polecam.

Prawdziwa Temple Grandin

*******************************



W Krainie Czarów (Phoebe in Wonderland), reż. Daniel Barnz, USA 2008 (5/6)

Do tej historii przyciągnęła mnie odtwórczyni głównej roli - jedna z sióstr Fanning, genialnych dziecięcych aktorek, Elle (starsza, Dakota, wyrosła już z wieku dziecięcego). Drugim wabikiem był tytuł nawiązujący do Alicji z Krainy Czarów, a wszystko, co się wiąże z Alicją, to ja po prostu muszę...

Dziewięcioletnia Phoebe zaczyna mieć coraz większe problemy z funkcjonowaniem wśród rówieśników. Czasem bywa po prostu nieznośna, choć jednocześnie jest słodką, bystrą dziewczynką. Matka obwinia siebie - za niedostateczną cierpliwość w opiece nad córkami. Siostra jej unika, bo uważa Phoebe za dziwaczkę. Dzieci w szkole nie chcą się z nią bawić. Wizyty u psychologa nie przynoszą rozwiązania. Ratunkiem okazuje się teatr - do szkoły przybywa nowa nauczycielka, która chce z dziećmi wystawić przedstawienie na podstawie "Alicji w Krainie Czarów". Phoebe marzy, żeby zagrać główną rolę, nauczycielka dostrzega jej talent, a jest przy tym osobą nietuzinkową. Wydaje się, że gra może być dla Phoebe wybawieniem... Ale może też doprowadzić do tragedii.






W połowie filmu przeraziłam się, że skręci on w kierunku ulubionym przez Amerykanów, czyli - bo matka nie kochała wystarczająco, wszystkiemu winna trauma wyniesiona z domu. Na szczęście wyjaśnienie okazało się znacznie ciekawsze. Elle Fanning potwierdziła swoją klasę jako aktorka, ale warto zobaczyć film nie tylko z jej powodu.


Polecam!

*******************************


Zagubiony pokój (The Lost Room), miniserial, USA 2006 (6/6)

A teraz coś z zupełnie innej bajki - trzyodcinkowy miniserial dla wielbicieli klimatów "Lost" i "Flashforward". Znalazłam ten film całkowitym przypadkiem, sprawdzając filmografię Elle Fanning po obejrzeniu "Phoebe in Wonderland", potem poczytałam zachwyty nad nim na forach, a potem zaczęłam oglądać... Nie będzie niespodzianką, jeśli powiem, że trzy odcinki nie wystarczyły mi nawet na dwa dni, bo musiałam, ale to MUSIAŁAM się dowiedzieć, co będzie dalej.


Joe Miller to detektyw i ojciec walczący z byłą żoną o prawo do opieki nad córką. W wyniku prowadzonego śledztwa w jego ręce trafia klucz... Klucz okazuje się mieć zadziwiające właściwości. Otwiera każde drzwi, ale za nimi zawsze znajduje się ten sam pusty pokój motelowy. Okazuje się, że takich dziwnych przedmiotów jest więcej, a niektórzy ludzie nie cofną się przed niczym, żeby je zdobyć.  
Kiedy córka Joe, Anna, wchodzi do pokoju i znika, ojciec musi wyjaśnić zagadkę tajemniczego pokoju. A to wiąże się z pewnym opustoszałym motelem, bogatym kolekcjonerem, groźną organizacją i tragedią sprzed kilkudziesięciu lat...


Doskonały film -  świeży pomysł, świetnie zrealizowany, trzyma w napięciu od początku do końca. Jedyne, co mogę mieć twórcom za złe, to  że nie nakręcili tego więcej i więcej. Tak z dziesięć sezonów może by mnie usatysfakcjonowało. Ale może wtedy by to spaprali, tak jak ostatni sezon Lost? W każdym razie jesienią ma się ponoć ukazać komiks twórców serialu z dalszym ciągiem opowieści. Czekam niecierpliwie.

I zazdroszczę tym, którzy oglądanie serialu mają jeszcze przed sobą.

25 marca 2011

Niezwykłe kobiety II - Idealna księżniczka

Historia zaczyna się tak, jak powinna się zaczynać każda porządna baśń. Daleko stąd, na magicznej wyspie, żyła księżniczka cudnej urody. Była nie tylko piękna, ale także mądra, silna i wszechstronnie utalentowana. A wszystko to działo się dawno dawno temu, zanim jeszcze USA postanowiły, że Hawaje powinny należeć do nich. Szkoda tylko, że ta baśń należy do tych tragicznych, pozbawionych happy endu.
Pełne nazwisko księżniczki Ka'iulani brzmiało Victoria Ka‘iulani Kawekio I Lunalilo Kalaninuiahilapalapa Cleghorn - pierwsze imię otrzymała na cześć brytyjskiej królowej Wiktorii. Urodziła się jako siostrzenica rządzącego króla, z matki Hawajki (utalentowanej kompozytorki) i ojca Szkota. Jej dzieciństwo było w istocie bajkowe, kształcona przez brytyjskie guwernantki była jednak wolna jak ptak na rajskiej wyspie - tańczyła, śpiewała, malowała i ku przerażeniu opiekunek wypływała wpław daleko w morze. Jej dom był otwarty dla międzynarodowych gości, więc nie była bynajmniej odcięta ani od zachodniej, ani dalekowschodniej cywilizacji (planowano jej zaręczyny z japońskim księciem).



Pierwszym cieniem na tym słodkim obrazku była śmierć ukochanej matki. Później wydarzenia potoczyły się już lawinowo - w wieku 13 lat Ka'iulani została wysłana (wraz z przyrodnią siostrą) na rok do Anglii. Jednocześnie na Hawajach doszło do przewrotu - król został zmuszony do podpisania  konstytucji znacznie ograniczającej jego władzę.

Ka'iulani w Anglii chodziła do szkół, podróżowała, poznawała świat - po roku jej siostra została odesłana na Hawaje, ale Ka'iulani (w Anglii używała imienia Wiktoria) musiała pozostać. Rok zamienił się w cztery niełatwe, ale owocne lata. Tymczasem jej wuj, król Hawajów, zmarł, władza przeszła w ręce jego żony, która na swoją następczynię wyznaczyła właśnie Ka'iulani. Jednak wtedy właśnie doszło do kolejnego przewrotu - królowa została obalona i zamknięta w domowym areszcie, a Hawaje stały się częścią Stanów Zjednoczonych. Według nowej konstytucji prawo głosowania, a więc władza, należało do właścicieli ziemskich. Czy należy tłumaczyć, że rodowici Hawajczycy na ogół nie posiadali ziemi, a większość znajdowała się w rękach białych osadników?

Zaledwie 17-letnia Ka'iulani nie pozostała obojętną na krzywdę swoich ludzi. Jej odezwę zamieściła brytyjska prasa, a sama księżniczka popłynęła do Ameryki, by spotkać się z prezydentem Clevelandem. Następnie powróciła na Hawaje, gdzie nie była już uznawana (przez rządzących) za osobę mającą jakiekolwiek prawa do decydowania o losie Hawajczyków. Mimo to, dzięki ogromnej determinacji, udało jej się płynąć na poprawę losu swoich poddanych - prawo głosu zostało przyznane wszystkim mieszkańcom Hawajów.

Księżniczka nie cieszyła się długo tym sukcesem. Zmarła w wieku 23 lat z niewyjaśnionych przyczyn. Mówiono, że sytuacja jej narodu złamała jej serce.

To aż nie do wiary, że tak romantyczne losy zostały na 100 lat zapomniane. Na szczęście ostatnio przywołano je na światło dzienne w filmie "Princess Ka'iulani". Cieszę się, że mogłam je poznać, zwłaszcza że bardzo interesuję się kulturą Hawajów (ale tą prawdziwą, niezamerykanizowaną kulturą, która jest mało znana, ale głęboka i fascynująca.)

Sam film jest dość przyzwoitą biografią, o walorach głównie poznawczych, chociaż wydaje mi się, że pominięto zbyt wiele - choćby fakt istnienia trzech przyrodnich sióstr Ka'iulani - a skupiono się na jej romansie podczas pobytu w Wielkiej Brytanii (nie wiem nawet, czy jest prawdziwy).



Jeszcze w ramach ciekawostek - aktorka grająca główną rolę, Q'Orinka Kilcher, jest przykładem współczesnego pomieszania kulturowego. Urodzona w Niemczech z ojca Peruwiańczyka i matki Szwajcarki, wychowywała się na Hawajach, ale nie jest rodaczką Ka'iulani. Jako aktorka dała się poznać w filmie o innej egzotycznej postaci kobiecej - Pocahontas (The New World, 2005).


Princess Ka'iulani, reż. Marc Forby, USA, UK 2009.

24 marca 2011

Niezwykle kobiety I - To nie jest miejsce dla damy

Wydaje Wam się, że kobiety zaczęły na własna rękę podróżować dopiero w XX w., kiedy wyswobodziły się spod władzy ojców i mężów? Że Pawlikowska i Wojciechowska to nie wiadomo jakie pionierki, bo samotnie przedzierają się przez egzotyczne lądy? Ja w to do niedawna wierzyłam, ale zostałam wyprowadzona z błędu.

W myśl złotej zasady, że gdzie diabeł nie może tam babę pośle, XIX-wieczne damy przedzierały się na wielbłądach przez pustynie, konno przez Syberię i Antypody i na słoniach przez Indie. Niektóre w długich sukniach wspinały się na piramidy, inne przebierały się w strój męski (o zgrozo), a niektóre nawet przywdziewały egzotyczne szaty. Bardzo popularna była literatura podróżnicza pisana przez kobiety. Panie miały niekiedy przewagę nad mężczyznami - np. na Bliskim Wschodzie pozwalano im zwiedzać haremy, co skwapliwie czyniły. (Nawiasem mówiąc, w Europie bardzo popularnym do zwiedzania miejscem były kostnice.)

Panie czasem towarzyszyły mężom, ale równie często wybierały się w podróż samotnie - tylko w towarzystwie służących lub w gronie innych kobiet. Nie obce im były egzotyczne romanse nawiązywane z tubylczymi przewodnikami. Niektóre podejmowały podróże turystycznie - dla podziwiania zabytków Włoch czy Egiptu, ale były tez pośród nich podróżniczki z krwi i kości, które przemierzyły świat wszerz i wzdłuż.

Isabella Bird
"Isabelle Bird podróżowała po Azji, mając za całe towarzystwo jednego zaledwie tłumacza i czasami tragarzy. W ten sposób zwiedziła Japonię i Koreę, popłynęła w górę rzeki Jangcy i próbowała dotrzeć do Tybetu." (s. 160)
Dodajmy, że Isabella Bird (1831-1904) zaczęła swoje podróże na dobre dopiero w wieku 41 lat (wczesniej była tylko w Ameryce Płn.) i przemierzyła Australię, Oceanię, Bliski i Daleki Wschód, Maroko, w wieku 60 lat podróżowała po Indiach, a niedługo przed śmiercią planowała drugą wyprawę do Chin.
 "Zapytano ją, czy nie chciałaby pojechać na Nową Gwineę, « O tak, ale teraz jestem zamężna, a to nie jest miejsce, do którego można by zabrać mężczyznę » !" (s. 162)

Ida Pfeiffer
Podobny był los innej podróżniczki - Idy Pfeiffer, Austriaczki urodzonej pod koniec XVIII w. Ona tez rozpoczęła podróże dopiero po czterdziestce, kiedy już odchowała dzieci. Zwiedziła Bliski Wschód, Włochy, Skandynawie i Islandię, Daleki Wschód, Amerykę Południową, Tahiti, Madagaskar  i Afrykę Południową. Do jej śmierci w 1858 r. przyczyniła sie prawdopodobnie malaria.



Ale XIX wiek wcale nie był początkiem kobiecych podróży, chociaż nastąiło wówczas znaczne zintensyfikowanie tego zjawiska. Warto wspomnieć niezwykłą kobietę, jaka była pochodząca z Frankfurtu Maria Sybilla Merian (1647-1717) - malarka i przyrodniczka, pionierka entomologii.
« W młodości zajmowałam się poszukiwaniem owadów. Zaczęłam od jedwabników w moim rodzinnym mieście Frankfurcie. Następnie ustaliłam, że z innych gąsienic rozwijało się wiele pięknych motyli lub ciem, tak jak z gąsienic jedwabników. To przywiodło mnie do zbierania wszystkich gąsienic, jakie mogłam znaleźć, aby obserwować ich przemianę. » (Metamorphosis insectorum Surinamensium, przedmowa) 

W wieku 50 lat, wraz z dwudziestoletnią córką, wyprawiła się do Surinamu (Gujana Holenderska), gdzie przez dwa lata badała tropikalne owady. Po powrocie do Europy opublikowała swoje największe dzieło - Metamorfozy owadów Surinamu (kilka książek wydała jeszcze przed podróżą).

Zaskoczyła mnie skala tego zjawiska, jakim była turystyka, w XIX w. i wcześniej, biorąc pod uwagę dostępne środki lokomocji. Nie da się zaprzeczyć, że warunki podróży były o wiele cięższe niż dziś i wiele podróżniczek zachorowało lub skończyło żywot przedwcześnie właśnie przez swoją pasję. Panie podejmujące takie wyzwanie musiały mieć nie tylko sporo pieniędzy, ale też odwagi i hartu zarówno ciała, jak i ducha.
"Wczorajsze podróżniczki wyśmiałyby dzisiejsze kobiety, które obawiają się podróżować z powodu ciąży. Anne Blunt nie pozwoliła, by stan odmienny i co najmniej dwa poronienia - jedno w Algierii, drugie w Arabii (nie wspominając kilku w Europie), przeszkodziły jej w podróżowaniu. (...) Ann Fanshawe, zależnie od źródeł, rodziła czternaście, siedemnaście czy osiemnaście razy, mniej więcej tyle, ile odbyła podróży." (s. 153)
Jest jeszcze tyle fascynujących postaci, o których chciałabym Wam opowiedzieć: Isabella Godin des Odonais, która jako jedyna przeżyła morderczą przeprawę przez amazońską puszczę; Mary Kingsley, która nigdy nie chodziła do szkoły, ale stworzyła ponad sześciusetstronicowe dzieło na temat Afryki Zachodniej; Szwajcarka Isabbelle Eberhardt, która zamieszkała w Algierii, zgoliła głowę, nosiła męskie tubylcze szaty, przeszła na islam i zginęła w wieku 28 lat na skutek powodzi. Była też tancerka, kochanka króla i oszustka, Lola Montez, bywalczyni najlepszych hoteli; Susie Carson Rijnhart, której mąż zaginął, kiedy we dwoje przeprawiali się przez Tybet, co nie zraziło jej do podróży po tym kraju; dwudziestokilkuletnia Alexine Tinne, która wyprawiła się do Egiptu z matką, ciotką i dwoma służącymi, a powróciła w towarzystwie czterech trumien czy Kate Marsden, która na podróż po Rosji spakowała 18 kg ciasta śliwkowego. Ale zamiast czytać moją recenzję, po prostu sięgnijcie po książkę, bo naprawdę warto.

Mary Kingsley w podróży po rzecze Ogowe
Bardzo żałuję, że ta lektura nie była 4 razy grubsza i nie opowiadała o losach podróżniczek bardziej szczegółowo. Udało jej się natomiast zainteresować mnie tematem na tyle, że będę szukać podobnych pozycji - chętnie sięgnę też do dzieł spisywanych przez wspomniane podróżniczki, które w swoich czasach uchodziły za bestsellery.

Jeśli chodzi o polskie wydanie - nie będę czepiać się okładki, bo została zaprojektowana przez Autorkę (aczkolwiek moim zdaniem w oryginale zastosowano lepsza typografię). Przyczepię się natomiast do zbyt wielu literówek oraz marnego klejenia, które sprawia, że z książką należy obchodzić się ostrożnie, a i tak chyba nie przetrzyma zbyt intensywnego użytkowania. Papier jest bardzo gruby i liczne ilustracje prezentują się na nim świetne, ale wskazane byłoby jednak zastosowanie szycia.

Barbara Hodgson
Krynolinę zostaw w Kairze
No place for a lady

tłum. Irena Stąpor
Wyd. Twój Styl 2004
ss. 212

2 marca 2011

Cud, miód i orzeszki

Ach i och! Tyle tylko jestem w stanie z siebie wykrzesać tuż po przewróceniu ostatniej strony "Na plebanii w Haworth". Dawno już żadna książka nie wzbudziła we mnie tak jednoznacznego zachwytu - delektowałam się każdą stroną. Nie potrafię wymienić żadnej jej słabości - ta książka nie ma wad.

Anna Przedpełska-Trzeciakowska stworzyła arcydzieło i jedyne, co mogę jej zarzucić, to że napisała tylko jedną książkę. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o Autorce, to polecam ten artykuł. A jeżeli chcecie wiedzieć WSZYSTKO o rodzeństwie Bront
ë, to przeczytajcie "Na plebanii w Haworth" - koniecznie.

Normalnie nie lubię biografii i ich nie czytuję - autobiografie to co innego. W autobiografii człowiek mówi, o tym, kogo zna najlepiej, czyli o sobie samym. Jeśli nawet kłamie, to i tak czegoś się o nim możemy w ten sposób dowiedzieć. Natomiast interpretacja szczątkowych źródeł, zwłaszcza na temat osoby żyjącej wieki temu, zawsze wydawała mi się mało wiarygodna, a jej rezultat nudny. Tych uwag zupełnie nie można jednak odnieść do biografii rodziny Brontë.

Rodzeństwo Brontë było niepospolite, bez wątpienia. Wystarczy przeczytać rozdział o ich dziecięcym świecie z wyobraźni, który stworzyli w najdrobniejszych szczegółach, zaludnili bohaterami i - dosłownie - żyli w nim przez wiele lat, tak, że był dla nich bardziej prawdziwy niż rzeczywistość. Poza tym uwielbiam powieści sióstr, więc byłam bardzo zainteresowana ich biografią. Jednak zasługą pisarki jest stworzenie świata, który jest niesamowicie żywy, kolorowy i prawdziwy. Po przeczytaniu książki czuję się tak zżyta z jej bohaterami, jak nigdy wcześniej. Do tego - chociaż jest to rzetelna biografia z licznymi odwołaniami do źródeł - czyta się ją jak najlepszą powieść, po prostu nie można się oderwać.

Jeśli jeszcze nie czujecie się zachęceni, to pozwólcie, że Wam przedstawię rodzeństwo Brontë:

Charlotte Brontë
(rys. G. Richmond)
Autorka "Jane Eyre" - biedna chudziutka, malutka, krótkowzroczna i chorobliwie nieśmiała Charlotte, której los nie oszczędził, odbierając jej niemal wszystkich bliskich, a dopiero potem wynagrodził na krótko literackim uznaniem i miłością. Całe życie borykała się z przeświadczeniem o własnej brzydocie - zresztą także i jej współcześni uznawali ją za nieładną. Nie mogę tego pojąć. Na rysunku obok widać, że nie pasuje do ówczesnych kanonów urody, ale ma zdecydowanie interesującą twarz, a na zdjęciu (zrobionym już u schyłku jej życia - tzn. w okolicach czterdziestki) wygląda uroczo. Tymczasem Charlotte uważała swoją powierzchowność za "odrażającą" i twierdziła, że ludzie odwracają od niej spojrzenie ze wstrętem.


Charlotte Brontë
(fot. 1854)


Charlotte siłą rzeczy wysuwa się na pierwsze miejsce w biografii (zwłaszcza w drugiej połowie), jako że pozostawiła po sobie najwięcej źródeł pisanych - pamiętniki z młodości i późniejszą dość obfitą korespondencję.


Emilie Brontë
Emilie, uznawana za najbardziej utalentowaną, miała też najsilniejszy charakter. Wszystkie trzy siostry były nieśmiałe - stroniły od ludzi, a wychowywane na odludziu nie nabyły towarzyskiej ogłady. Emilię jednak cechowało zdecydowanie i upór. Nikt nie mógł jej przekonać do czegoś, na co nie miała ochoty (co być może przyczyniło się do jej śmierci). Pozostawiła po sobie tylko jedną powieść (istnieje podejrzenie, że druga - nieukończona - została zniszczona przez Charlotte) i bardzo dobre poezje. Jej dzieła cechowały ogromna namiętność i pasja - wielu nie wierzyło, że słabo wykształcona córka pastora może napisać taką powieść jak "Wichrowe wzgórza".

Anne Brontë
(rys. Charlotte Brontë)

Anne była przez wszystkich określana jako łagodna i spokojna. Wiadomo o niej najmniej - urodziła się ostatnia i umarła pierwsza. Cechowała ją najmniejsza wyobraźnia (ale nie najmniejszy talent), swoje książki opierała najmocniej na doświadczeniach własnych. Ponoć "Agnes Grey" jest dość wiernym zapisem jej własnych przeżyć jako guwernantki, zaś jej druga i ostatnia jej książka "The Tenant of Wildfell Hall" oparta jest na smutnym końcu Branwella.

Wreszcie jedyny brat - Branwell. Niezbyt urodziwy, niski i rudy, ale bardzo towarzyski, brylował w pobliskiej gospodzie. Najmniej uzdolniony, nie spełnił się ani na polu literatury, ani malarstwa - nawet pozycji zawiadowcy stacji (sic!) nie utrzymał zbyt długo. Jego ambicje wykraczały znacznie ponad talent, a bezpodstawne zarozumialstwo było nawet większe niż ambicje. Skończył w przykry dla wszystkich członków rodziny sposób, nigdy nie spełniając pokładanych w nim oczekiwań. 

Rodzenstwo Brontë (rys. Branwell Brontë)
Teraz tylko mam problem, co czytać. Tak mocno związałam się ze światem Haworth, że nie mam ochoty przenosić się do innego...

Bibliografia sióstr Brontë:

Charlotte Brontë
Jane Eyre (Dziwne losy Jane Eyre)
Shirley
Vilette (Vilette)
Professor

Emilie Brontë
Wuthering Heights (Wichrowe wzgórza)

Anne Brontë
Agnes Grey
The Tennant of Wildfell Hall

Anna Przedpełska-Trzeciakowska, Na plebanii w Haworth, Świat Książki 2010, ss. 512

30 sierpnia 2010

Dziewczyna z Bullerbyn

Vladimir Oravsky, Kurt Peter Larsen i Autor anonimowy
Od Astrid do Lindgren
Powieść biograficzna
Wyd. Czarne, Wołowiec 2009
ss. 160

"- (...) Jak tam się wspaniale żyło! Nie tylko nam z rodzeństwem, ale również córce pastora i... - ciągnęła Astrid, nie słuchając niczego innego prócz własnych myśli.
- Zjadłaś wczoraj ostatniego sucharka?
- A propos: bułeczki i sok na plebanii! Jak cudnie! Świetnie się bawiliśmy, my, czyli dzieciarnia! I Sowie Drzewo - przypomniała sobie i się uśmiechnęła. (...)
- Bułeczki pasowałyby też tutaj, i to teraz, zaraz - stwierdziła Zarah (...).
- I wszystkie te nasze pomysły, figle, psikusy! Jedna wielka hałastra bawiących się i dokazujących dzieci! I jeszcze Sowie Drzewo...
- Nie odmówiłabym plastra szynki - westchnęła Zarah i usiadła na łóżku, chowając podbródek w dłoniach.
- A potem przyłączała się Ingegerda, mała ślamazara! Kochany dzieciak! Pamiętam dokładnie dzień, w którym się urodziła. Taka śliczna, krucha, tak jak Lasse! Mówię ci, Zarah..
- Przestań już - przerwała współlokatorka. - Jeszcze słowo i zwymiotuję!
- A propos wymiotów: kiedy Gunar, Stina i ja...
- Jeśli usłyszę coś jeszcze na temat tego hałaśliwego Bullerbyn, to zacznę krzyczeć!
- To właściwie Vimmerby... - poprawiła Astrid.
- Na jedno wychodzi i nie żartuję!"

Ta zbeletryzowana biografia obejmuje niewielki wycinek z życia sławnej pisarki, dokładniej trzy lata jej młodości, na długo zanim zaczęła być TĄ Astrid Lindgren. Młoda Astrid Ericsson, córka pastora, musi opuścić ukochane Vimmerby i swoich najbliższych, oficjalnie po to, by uczyć się w Sztokholmie, nieoficjalnie - by ukryć przed ojcem nieślubną ciążę. Osamotniona w wielkim mieście, Astrid musi poradzić sobie ze znalezieniem jako tako płatnej pracy i znośnego lokum, co dla samotnej panny w latach 20. XX w. nie było prostym zadaniem. Pracuje jako stenotypistka i nawet w jej wyobraźni nie pojawia się wizja kariery pisarskiej. Jedyne o czym marzy, to by wziąć w ramiona syna. Niestety, skazana jest na rozstanie z nim, bo nie stać ją na samodzielne wychowywanie swojego dziecka. Nawet w najcięższych chwilach nie traci jednak poczucia humoru, skłonności do figli i wiary w lepszą przyszłość.

To niewielka książeczka i czyta się ją błyskawicznie. Jest miła, sympatyczna, ciekawa (ten epizod z życia Astrid był mi zupełnie nieznany), napisana z poczuciem humoru (ach, te jędzowate gospodynie domów z pokojami do wynajęcia) i niewiele więcej ponad to. Nie odznacza się jakimiś nadzwyczajnymi walorami literackimi. Jej podstawową zaletą jest krzepiący wydźwięk historii, a efektem ubocznym - rozbudzenie u mnie dzikiej chęci zapoznania się z pełnowymiarową biografią Astrid Lindgren.

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...