3 maja 2017

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ależ to poniewiera człowieka), po której płynnie przeszliśmy do kolejnych katarków. Czworo nas jest, dwoje dorosłych, dwoje dzieci, więc zarażając się od siebie wytworzyliśmy zasmarkane perpetuum mobile, a jak tylko udaje nam się stanąć na osłabione nogi, córka przynosi świeżą dostawę przedszkolnych zarazków. Przedszkole, dodam, wyspecjalizowało się w rozpowszechnianiu bakterii i wirusów, kisząc maluchy przez pół roku w salach o temperaturze ponad 25 stopni i nie wyprowadzając ich nigdy na dwór, bo przecież mogłyby się przeziębić. Dzieci będą wychodzić, oczywiście. Jak będzie ciepło. Biorąc pod uwagę, ze mamy maj i nadal nie jest ciepło, prawdopodobnie wyjdą na dwór w okolicach lipca. A, nie, wtedy przedszkole jest zamknięte. Mogłabym też napomknąć o zdrowym przedszkolnym żywieniu, polegającym na popijaniu napompowanych cukrem pseudosoczków i mlecznych deserków. Ale nie wspomnę, bo mi ciśnienie skacze.




Walcząc o odzyskanie choćby śladowej odporności, rzuciłam się na lekturę książki "Zdrowy jak japońskie dziecko". Teraz się zastanawiam, czy nie podrzucić jej przedszkolankom. Japońskie dzieci nie zawdzięczają dobrego zdrowia nadprzyrodzonej kombinacji genów, a zdroworozsądkowym zasadom - jedzą zdrowe posiłki, oparte na tradycyjnych przepisach, zawierające mnóstwo świeżych warzyw, oraz mają zapewnioną dużą dawkę aktywności fizycznej. Takie to proste. Książka skupia się na zapobieganiu otyłości u dzieci, co nas nie dotyczy, bo moje maluchy są chude jak szczypiorki. Jednak chociaż otyłość i związane z nią choroby cywilizacyjne chwilowo nam nie grożą, to stosowanie zasady jedz-zdrowo-i-ruszaj-się-dużo doskonale też wpływa na odporność.


Nie zachwycałabym się specjalnie tym poradnikiem, gdyby ograniczał się on tylko do powtarzania rzeczy oczywistych. Na szczęście znalazły się w nim także bardzo ciekawe fragmenty o tym, jak zacząć zdrowo odżywiać dziecko, które odmawia wzięcia do paszczy warzywa. Mam akurat dwa egzemplarze odporne na zdrowe żywienie - córka odmawiała dotąd próbowania jakichkolwiek warzyw poza pięcioma, które zna i lubi (konsekwentnie od początku nie chciała np. spróbować sałaty, twierdząc, że sałatę jedzą króliki), syn odmawia spróbowania wszystkiego, co nie jest kaszą lub mięsem. Na syna, niespełna dwulatka, niewiele jeszcze działa, ale na córce przetestowałam opisaną w książce metodę naukowego przekupstwa naklejkowego... I nastąpił cud - w ciągu dwóch tygodni spróbowała więcej rzeczy niż przez cały ostatni rok, a teraz już bez dodatkowej zachęty zgadza się kosztować nowych potraw. Pod warunkiem, ze nie ma w nich zielonych liści...

Książka promuje także spójny styl życia całej rodziny - nie wystarcza namawiać dzieci do zdrowego żywienia i ćwiczeń, nie wystarcza nawet dawanie dobrego przykładu, trzeba po prostu (ekhem, żeby to takie proste było) prowadzić zdrowy styl życia, którego dzieci staną się częścią w naturalny sposób. To jest właśnie to, o co będę walczyć w najbliższym czasie.

A bonusem jest spory wybór przepisów japońskiej kuchni (podano lokalne zamienniki), przy lekturze których obśliniłam się jak mops.

Naomi Moriyama, Wiliam Doyle, Zdrowy jak japońskie dziecko, Muza 2017.

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...