30 marca 2011

Ojciec i syn

Mąż
Peter Karena i jego najstarszy syn, Llewelyn

"What I do for the living? I live for the living"

Peter Karena jest Europejczykiem, ale wychował się w Nowej Zelandii - w dzieciństwie został adoptowany przez Maoryską rodzinę. Jego przybrany ojciec nigdy nie zaakceptował go do końca i stosunki miedzy nim a Peterem są bardzo napięte. Jednak sam Peter jest wspaniałym ojcem dla własnych dzieci - a ma ich sześcioro. Jest dla mnie wręcz encyklopedycznym wzorem ojca - mądrym, silnym, kochającym. Potrafi zapewnić rodzinie byt, dostarczyć pożywienie, zbudować dom, okazać uczucia. Daje dzieciom wolność i miłość, uczy samodzielności.


Film jest dokumentem - twórcy przez cztery lata obserwowali i filmowali losy rodziny. Stworzyli fascynujący portret ludzi, którzy we współczesnym świecie nie zagubili tego co najważniejsze. Żyją w bliskim kontakcie z przyrodą i sobą nawzajem. Przedmioty materialne nie mają dla nich wielkiego znaczenia. Dają sobie radę nawet wtedy, gdy tracą dom (prawdopodobnie wskutek knowań ojca Petera). Kiedy im się przyglądałam czułam tęsknotę za takim życiem - za wypisaniem się z nieustannej gonitwy, która trwa we współczesnym świecie, znalezieniem swojego miejsca na ziemi i życiem według prostych zasad.


Poza tym, przyznaję, szalenie zazdroszczę takiego dzieciństwa dzieciom Petera. Ponieważ czasu się nie cofnie, mam nadzieję, że chociaż uda mi się stworzyć namiastkę takiego świata moim dzieciom.


This way of life
reż. Thomas Burstyn
Kanada, Nowa Zelandia 2009



Trailer dla chętnych.






Wdowiec
 

11-letni Boy także żyje w Nowej Zelandii, ale jego dzieciństwo różni się znacząco od świata rodziny Karena. Mieszka z młodszym bratem Rockym (który wierzy, że posiada supermoce), babcią, która się nimi opiekuje i rozlicznym kuzynostwem. Matka chłopców nie żyje, ojciec siedzi w więzieniu. Boy właściwie go nie zna, ale wierzy, że tata do niego wróci.


Czasem marzenia się spełniają... I podobno jest to takie chińskie przekleństwo... Alamein, ojciec chłopców, wraca do domu akurat pod nieobecność babci i przewraca życie dzieciaków do góry nogami. Idealizujący go Boy nie potrafi krytycznie ocenić jego poczynań - dla niego tata jest takim samym bożyszczem jak Michael Jackson (czy wspomniałam, że akcja toczy się w latach 80.?). Zresztą chłopiec kłamie tak dobrze, że nawet siebie samego potrafi długo oszukiwać...


The Boy to komedia wyciskająca łzy z oczu albo dramat z przymrużeniem oka - ja szlochałam pod koniec jak głupia. Nie jest to smutny film, ale silnie działa na emocje (Amerykanie mogli by się na tym przykładzie uczyć, jak wywoływać łzy bez choćby grama patosu). Całość jest naprawdę świetna i fenomenalnie zagrana. Dzieciaki zasłużyły na wszystkie filmowe nagrody świata, a Taika Waititi (reżyser, scenarzysta i aktor grający ojca dzieci) jest tak przekonujący w swojej roli, że wręcz nie potrafię go sobie wyobrazić jako dojrzałego odpowiedzialnego człowieka. Gorąco polecam.

The Boy
reż. Taika Waititi
Nowa Zelandia 2009



Trailer dla chętnych.







Rozwodnik

 
Pewnego razu piękna Włoszka spotkała nie mniej urodziwego Meksykanina (wyglądającego jak skrzyżowanie latynoskiego Jezusa i pirata z Karaibów). Roberta i Jorge zakochali się w sobie, pobrali, spłodzili syna. I wszystko byłoby pięknie, gdyby wkrótce nie odkryli, że więcej ich dzieli niż łączy, a ich wizja przyszłości znajduje się na przeciwległych biegunach. Po kilku latach separacji zdecydowali się na ostateczne rozstanie. Roberta postanowiła wrócić wraz z synkiem do Rzymu. Jorge, który przekładał życie bliskie naturze nad uroki cywilizacji, zdecydowany był zostać.

Tak mogłaby się zaczynać opowieść o ostrej walce o dziecko toczonej przez rodziców, ze wszystkim obrzydliwymi zagrywkami... Na szczęście, mimo rozczarowania wspólnym życiem, Jorge i Roberta nie znienawidzili się i nie postanowili walczyć ze sobą. Uznali filozoficznie, że widocznie przeznaczone im było się spotkać właśnie po to, żeby stworzyć tak cudowne dziecko, jak ich synek Natan.


Przed wyjazdem Natana z matką do Europy, Jorge zabrał małego na wyprawę, by pokazać mu część jego dziedzictwa. Na rafie koralowej, w drewnianym domu na palach wyrastających wprost z Morza Karaibskiego, z krokodylem przepływającym obok - to chyba najbardziej niezwykłe wakacje na jakie może liczyć kilkulatek.



Kolejny magiczny dokument, pokazujący życie w symbiozie z dziką przyrodą, a jednocześnie hymn na cześć miłości ojcowskiej. Możemy obserwować ją w dwóch przejawach - relacji Jorge ze swoim ojcem i jego relacji z Natanem.

To białe to dziki ptak, którego Jorge i Natan oswajają

Ten film najmocniej uzmysłowił mi rolę, jaka może odegrać ojciec w życiu dziecka - pokazując mu świat, oswajając z niebezpieczeństwem. Moja kobieca natura podczas oglądania podszeptywała mi nieustannie - przecież coś go ugryzie w te bose stópki, ukąsi go jakiś wąż, pożre krokodyl, wypadnie z tej łodzi, ten ptak go zaraz dziobnie, ten dom nie ma żadnej barierki, on zleci do wody itp. itd. (Ile znacie kobiet, które uczyłyby dziecko pływać na środku morza?  I jakbyście się zachowały, gdyby podpływał do niego krokodyl? Taka już chyba natura matki, żeby we wszystkim wypatrywać najpierw ewentualnego zagrożenia dla potomstwa.)

Nie muszę chyba dodawać, że dzieciak przeżył, cały, zdrowy i szczęśliwy.




Piękny film, spokojny, wręcz medytacyjny, a jednak nie sposób się od niego oderwać.

Alamar (Nad morzem)
reż. Pedro González-Rubio
Meksyk 2009


Trailer dla chętnych







W obu dokumentach bardzo podobał mi się sposób wychowywania dzieci. Nikt z dorosłych nie organizował im czasu - dzieciaki zajmowały się same sobą, bawiły z innymi dziećmi i pomagały dorosłym. I nie marudziły, że muszą im pomagać - raczej były z tego dumne, uznając to za wyróżnienie. Stare, dobre zapomniane relacje. Może to klucz do tego, by dziecko czuło się kochane i zadbane, nie uważając zarazem, że jest pępkiem wszechświata.

29 marca 2011

Wordless... tuesday

Tak, wiem, że powinna być "wordless wednesday", ale zdjęcie tak mnie zauroczyło, że muszę się z Wami podzielić. Poza tym nie lubię iść za tłumem ;)

Glaucus atlanticus - Blue Sea Dragon

28 marca 2011

Niemożebnie dobra powieść łotrzykowska


Kacper Ryx - sierota i podrzutek, student medycyny, dzięki swem rozlicznym talentom zostaje pierwszym w dziejach Inwestygatorem Jego Królewskiej Mości. Szczęście, że się taki mędrek trafił, bo zagadki mnożą się niemożebnie. Najsampierw skradziona zostaje pieczęć królewska, potem odnajdują się zwłoki młodej kobiety, zasztyletowanej, a jakby tego było mało - imć Twardowski, alchemik królewski, któren ważną informację posiada, znika, a jego tropem podąża okrutna postać w czerni. Ergo - Ryx ma pełne ręce roboty.*

Czego tu nie ma - przygody, poezja, konne pościgi i ścinane głowy, gospody i królewskie komnaty, kostnice i lupanary, romanse, ukryte skarby i zasadzki w lasach, skorumpowane władze miasta i bunt żaków. Jednym słowem - powieść łotrzykowska idealna. Akcja nie ustaje ani na chwilę i trudno się oderwać od czytania. Doskonale został oddany świat XVI-wiecznego Krakowa z jego wyglądem, obyczajami i językiem. Postaci fikcyjne i historyczne przeplatają się bardzo zgrabnie. Jeśli komuś nazwiska Jana Kochanowskiego i Mikołaja Sępa Szarzyńskiego kojarzą się wyłącznie z boleśnie nudną lekcją, a analizowana na historii Unia Lubelska przyprawia o mdłości, powinien sięgnąć po Kacpra Ryxa. Autorowi należą się oklaski, bo pokazał, że "Polacy nie gęsi" i historię mają taką, że tylko brać i opisywać -  nie trzeba muszkieterów, żeby stworzyć pasjonującą powieść przygodową.

Bardzo gorąco polecam i obowiązkowo siegnę po dwa kolejne tomy.

Mariusz Wollny
Kacper Ryx
Otwarte 2007
ss. 584

* To miał być język stylizowany na czasy Kacpra Ryxa, ale wyszedł mi raczej pan Muldgaard ;)

26 marca 2011

Najdziwniejszy oddział w Świecie Dysku

To najsmutniejsza książka Pratchetta, jaką dotąd czytałam. Tak, tak, wiem - Pratchett to wesołek, jakże by on mógł napisać smutną książkę. Cóż, żeby się dowiedzieć, wystarczy zajrzeć pod podszewkę, zebrać gęsta pianę kpin i odsunąć fantastyczną zasłonkę. Pod spodem, jak zawsze u tego Autora, znajdzie się gorzka prawda o bezsensie ludzkiego postępowania.

Potworny regiment mówi o wojnie. Wojnie bezsensownej, toczonej nie wiadomo z jakiej przyczyny i w jakim celu. Szans na pokój nie widać, bo sytuacja jest patowa, a po obu stronach cierpią najbardziej zwykli ludzie. Mamy tu wioski, w których nie został już ani jeden młody mężczyzna, cywilów uciekających z domów z całym dobytkiem, wlokące się po drogach kolumny kalek i rannych. 

Drugim ważnym tematem jest skostniała religia, w której liczne zakazy i nakazy same się nakręcają, nie mając już praktycznie żadnych podstaw w oryginalnej wierze. Obostrzenia są często tak absurdalne, że nie da się ich przestrzegać, więc wszyscy tylko udają, ale zachowują pozory - bo przecież tak należy, co z tego, że to bez sensu. A największą Obrzydliwością według tej religii (i wielu rzeczywistych w naszym swiecie) jest kobieta, która chciałaby byc samodzielna, uciec od garów i dzieci, a nie daj (tu wpisz imię dowolnego boga), chciałaby mieć te same przywileje, co mężczyzna.

No, a poza tym, uciekając od tonu minorowego, mamy też dzielną Polly, która zaciąga się do wojska, żeby odnaleźć brata i odkrywa, że w przedziwnym regimencie, którego jest częścią, nikt nie jest tym, za kogo się podaje. Nawet Maladict - wampir, który należy do Towarzystwa Wstrzemięźliwości (nie pije ludzkiej krwi), ale za to jest uzależniony od kawy. Nawet Karborund - gigantyczny troll o wyglądzie omszałego głazu i z trawą pod paznokciami. Nawet Igor - chociaż on akurat pozszywany jest z tylu osób, ze w sumie trudno powiedzieć. Każdy, ale to każdy mundur skrywa niespodziankę.

Świetna książka, polecam - zabawna, mądra, z lekką nutą goryczy.

Terry Pratchett
Potworny regiment
Monstrous regiment

tłum. Piotr W. Cholewa
Prószynski i S-ka 2003
ss. 336

A jeśli mogę Wam coś poradzić - czytujcie Pratchetta w oryginale. Większość jego dowcipów jest trudna lub niemożliwa do przełożenia. Podziwiam tłumacza za podjęcie się tak katorżniczego zadania, ale wielu miejscach dało się wyczuć, że chyba czegoś się jednak przełożyć nie dało.

Przeczytaj dziś, zanim nadejdzie Jutro

Notkę poniżej zamieszczam na prośbę Wydawnictwa Znak. 

A słowem wstępu  - bardzo mi się ich akcja podoba. Czego Jaś się nie nauczy, czym skorupka nie nasiąknie itd. - jeśli nie wyrobimy w młodzieży upodobania do czytania, to nie łudźmy się, że wyrosną na moli (bywają takie przypadki, ale to raczej odstępstwo od reguły). A łatwiej zachęcić do czytania podsuwając im wciągające książki przeznaczone dla młodzieży niż Słowackiego i Mickiewicza. Większość dzieciaków, które właśnie nauczyły się czytać, jest od razu rzucana na głęboka wodę twórczości wieszczy - bynajmniej nie pisanej z myślą o nich. I nic dziwnego, że się zrażają. 

Ja uwielbiałam czytać i miałam swoje książki już w przedszkolu, ale zaczynałam od książeczek "Poczytaj mi mamo", a mękę brnięcia przez pierwsze szkolne lektury pamiętam do dziś (i do dziś np. mam odruch wymiotny na hasło "Sierotka Marysia" i "Porwanie w Tiutiurlistanie" - a w tym samym czasie z radością czytywałam na własną rękę "Dzieci Kapitana Granta" i "W pustyni i w puszczy", bo to były dla mnie książki przygodowe). 

Jasne, o edukację literacką powinni dbać rodzice, ale nie oszukujmy się - większość z nich (jak wskazało badanie) sama nie czyta. Niech więc chociaż w szkołach nauczyciele pokażą im, jak wielką przygoda może byc czytanie, a potem mogą kierunkować uczniów na bardziej ambitne lektury i kształtować gusta.


Tak, wiem, to utopia. Ale spróbować nie zaszkodzi ;)


Ostanie badania czytelnictwa potwierdzają tezę, że Polacy przestają czytać. Szkoła – najbardziej naturalne miejsce – nie wyrabia nawyków czytelniczychco trzeci uczeń i student nie sięgnął w ubiegłym roku po książkę.

Musimy to zmienić! Znak, jako wydawnictwo gromadzące wokół siebie środowisko wybitnych pisarzy, filozofów i naukowców, czuje się szczególnie zobowiązany do promocji kultury czytania. Dlatego przed zbliżającym się Światowym Dniem Książki rozpoczniemy akcję wspierającą czytelnictwo wśród młodzieży Przeczytaj dziś, zanim nadejdzie Jutro.

Zainspirowały nas działania, jakie przeprowadzono w Szwecji w ramach Läsrörelsen [Ruch Czytelnictwa]. Jego twórcy uznali, że wysoki poziom kultury czytania jest niezbędnym warunkiem istnienia demokracji. Początkowo była to inicjatywa intelektualistów i edukatorów, jednak z czasem akcja nabrała rozpędu i włączyły się w nią kolejne instytucje, ministerstwa i rząd Szwecji.

Dzieci i młodzież poproszono o wybranie książek, które mają największe szanse, by zachęcić ich rówieśników do czytania. Jutro Johna Marsdena znalazła się w tym zestawieniu jako jedyna książka spoza Szwecji. Właśnie dlatego zdecydowaliśmy się rozpocząć akcję w momencie wydania tej książki w Polsce.
Akcję przeprowadzono także w miejscach niekojarzonych dotąd z czytaniem – wybrane tytuły były między innymi dołączane w McDonald's do zestawów Happy Meal. Łącznie rozdano 1,2 mln egzemplarzy książek.

Przedstawiliśmy nasz projekt uczniom i nauczycielom. Rozmawialiśmy z młodzieżą o tym, co podoba im się w książkach. Dyskutowaliśmy z pedagogami o tym, jak mogą wykorzystać Jutro do rozmowy o uniwersalnych wartościach. Chcemy pokazać, że można o tych wartościach mówić współczesnym, przystępnym językiem. Że lektury szkolne nie muszą być nudne, a czytanie może być po prostu fajne.
W ramach akcji chcemy przekazać każdemu gimnazjum i szkole ponadgimnazjalnej zestaw materiałów edukacyjnych, egzemplarz  powieści Johna Marsdena Jutro oraz materiały informujące o konkursie dla uczniów – przesłane materiały stanowić będą komplet narzędzi potrzebnych do przeprowadzenia lekcji.
Kontaktujemy się już ze szkołami, które bezpośrednio zapraszamy do wzięcia udziału akcji – skontaktowaliśmy się już z ponad dwoma tysiącami gimnazjów.

Wszystkie osoby, które chciałyby zgłosić swoją szkołę do udziału w akcji, prosimy o kontakt mailowy: jutro@znak.com.pl
Wkrótce ruszy również oficjalna strona www.seriajutro.pl

25 marca 2011

Niezwykłe kobiety II - Idealna księżniczka

Historia zaczyna się tak, jak powinna się zaczynać każda porządna baśń. Daleko stąd, na magicznej wyspie, żyła księżniczka cudnej urody. Była nie tylko piękna, ale także mądra, silna i wszechstronnie utalentowana. A wszystko to działo się dawno dawno temu, zanim jeszcze USA postanowiły, że Hawaje powinny należeć do nich. Szkoda tylko, że ta baśń należy do tych tragicznych, pozbawionych happy endu.
Pełne nazwisko księżniczki Ka'iulani brzmiało Victoria Ka‘iulani Kawekio I Lunalilo Kalaninuiahilapalapa Cleghorn - pierwsze imię otrzymała na cześć brytyjskiej królowej Wiktorii. Urodziła się jako siostrzenica rządzącego króla, z matki Hawajki (utalentowanej kompozytorki) i ojca Szkota. Jej dzieciństwo było w istocie bajkowe, kształcona przez brytyjskie guwernantki była jednak wolna jak ptak na rajskiej wyspie - tańczyła, śpiewała, malowała i ku przerażeniu opiekunek wypływała wpław daleko w morze. Jej dom był otwarty dla międzynarodowych gości, więc nie była bynajmniej odcięta ani od zachodniej, ani dalekowschodniej cywilizacji (planowano jej zaręczyny z japońskim księciem).



Pierwszym cieniem na tym słodkim obrazku była śmierć ukochanej matki. Później wydarzenia potoczyły się już lawinowo - w wieku 13 lat Ka'iulani została wysłana (wraz z przyrodnią siostrą) na rok do Anglii. Jednocześnie na Hawajach doszło do przewrotu - król został zmuszony do podpisania  konstytucji znacznie ograniczającej jego władzę.

Ka'iulani w Anglii chodziła do szkół, podróżowała, poznawała świat - po roku jej siostra została odesłana na Hawaje, ale Ka'iulani (w Anglii używała imienia Wiktoria) musiała pozostać. Rok zamienił się w cztery niełatwe, ale owocne lata. Tymczasem jej wuj, król Hawajów, zmarł, władza przeszła w ręce jego żony, która na swoją następczynię wyznaczyła właśnie Ka'iulani. Jednak wtedy właśnie doszło do kolejnego przewrotu - królowa została obalona i zamknięta w domowym areszcie, a Hawaje stały się częścią Stanów Zjednoczonych. Według nowej konstytucji prawo głosowania, a więc władza, należało do właścicieli ziemskich. Czy należy tłumaczyć, że rodowici Hawajczycy na ogół nie posiadali ziemi, a większość znajdowała się w rękach białych osadników?

Zaledwie 17-letnia Ka'iulani nie pozostała obojętną na krzywdę swoich ludzi. Jej odezwę zamieściła brytyjska prasa, a sama księżniczka popłynęła do Ameryki, by spotkać się z prezydentem Clevelandem. Następnie powróciła na Hawaje, gdzie nie była już uznawana (przez rządzących) za osobę mającą jakiekolwiek prawa do decydowania o losie Hawajczyków. Mimo to, dzięki ogromnej determinacji, udało jej się płynąć na poprawę losu swoich poddanych - prawo głosu zostało przyznane wszystkim mieszkańcom Hawajów.

Księżniczka nie cieszyła się długo tym sukcesem. Zmarła w wieku 23 lat z niewyjaśnionych przyczyn. Mówiono, że sytuacja jej narodu złamała jej serce.

To aż nie do wiary, że tak romantyczne losy zostały na 100 lat zapomniane. Na szczęście ostatnio przywołano je na światło dzienne w filmie "Princess Ka'iulani". Cieszę się, że mogłam je poznać, zwłaszcza że bardzo interesuję się kulturą Hawajów (ale tą prawdziwą, niezamerykanizowaną kulturą, która jest mało znana, ale głęboka i fascynująca.)

Sam film jest dość przyzwoitą biografią, o walorach głównie poznawczych, chociaż wydaje mi się, że pominięto zbyt wiele - choćby fakt istnienia trzech przyrodnich sióstr Ka'iulani - a skupiono się na jej romansie podczas pobytu w Wielkiej Brytanii (nie wiem nawet, czy jest prawdziwy).



Jeszcze w ramach ciekawostek - aktorka grająca główną rolę, Q'Orinka Kilcher, jest przykładem współczesnego pomieszania kulturowego. Urodzona w Niemczech z ojca Peruwiańczyka i matki Szwajcarki, wychowywała się na Hawajach, ale nie jest rodaczką Ka'iulani. Jako aktorka dała się poznać w filmie o innej egzotycznej postaci kobiecej - Pocahontas (The New World, 2005).


Princess Ka'iulani, reż. Marc Forby, USA, UK 2009.

24 marca 2011

Niezwykle kobiety I - To nie jest miejsce dla damy

Wydaje Wam się, że kobiety zaczęły na własna rękę podróżować dopiero w XX w., kiedy wyswobodziły się spod władzy ojców i mężów? Że Pawlikowska i Wojciechowska to nie wiadomo jakie pionierki, bo samotnie przedzierają się przez egzotyczne lądy? Ja w to do niedawna wierzyłam, ale zostałam wyprowadzona z błędu.

W myśl złotej zasady, że gdzie diabeł nie może tam babę pośle, XIX-wieczne damy przedzierały się na wielbłądach przez pustynie, konno przez Syberię i Antypody i na słoniach przez Indie. Niektóre w długich sukniach wspinały się na piramidy, inne przebierały się w strój męski (o zgrozo), a niektóre nawet przywdziewały egzotyczne szaty. Bardzo popularna była literatura podróżnicza pisana przez kobiety. Panie miały niekiedy przewagę nad mężczyznami - np. na Bliskim Wschodzie pozwalano im zwiedzać haremy, co skwapliwie czyniły. (Nawiasem mówiąc, w Europie bardzo popularnym do zwiedzania miejscem były kostnice.)

Panie czasem towarzyszyły mężom, ale równie często wybierały się w podróż samotnie - tylko w towarzystwie służących lub w gronie innych kobiet. Nie obce im były egzotyczne romanse nawiązywane z tubylczymi przewodnikami. Niektóre podejmowały podróże turystycznie - dla podziwiania zabytków Włoch czy Egiptu, ale były tez pośród nich podróżniczki z krwi i kości, które przemierzyły świat wszerz i wzdłuż.

Isabella Bird
"Isabelle Bird podróżowała po Azji, mając za całe towarzystwo jednego zaledwie tłumacza i czasami tragarzy. W ten sposób zwiedziła Japonię i Koreę, popłynęła w górę rzeki Jangcy i próbowała dotrzeć do Tybetu." (s. 160)
Dodajmy, że Isabella Bird (1831-1904) zaczęła swoje podróże na dobre dopiero w wieku 41 lat (wczesniej była tylko w Ameryce Płn.) i przemierzyła Australię, Oceanię, Bliski i Daleki Wschód, Maroko, w wieku 60 lat podróżowała po Indiach, a niedługo przed śmiercią planowała drugą wyprawę do Chin.
 "Zapytano ją, czy nie chciałaby pojechać na Nową Gwineę, « O tak, ale teraz jestem zamężna, a to nie jest miejsce, do którego można by zabrać mężczyznę » !" (s. 162)

Ida Pfeiffer
Podobny był los innej podróżniczki - Idy Pfeiffer, Austriaczki urodzonej pod koniec XVIII w. Ona tez rozpoczęła podróże dopiero po czterdziestce, kiedy już odchowała dzieci. Zwiedziła Bliski Wschód, Włochy, Skandynawie i Islandię, Daleki Wschód, Amerykę Południową, Tahiti, Madagaskar  i Afrykę Południową. Do jej śmierci w 1858 r. przyczyniła sie prawdopodobnie malaria.



Ale XIX wiek wcale nie był początkiem kobiecych podróży, chociaż nastąiło wówczas znaczne zintensyfikowanie tego zjawiska. Warto wspomnieć niezwykłą kobietę, jaka była pochodząca z Frankfurtu Maria Sybilla Merian (1647-1717) - malarka i przyrodniczka, pionierka entomologii.
« W młodości zajmowałam się poszukiwaniem owadów. Zaczęłam od jedwabników w moim rodzinnym mieście Frankfurcie. Następnie ustaliłam, że z innych gąsienic rozwijało się wiele pięknych motyli lub ciem, tak jak z gąsienic jedwabników. To przywiodło mnie do zbierania wszystkich gąsienic, jakie mogłam znaleźć, aby obserwować ich przemianę. » (Metamorphosis insectorum Surinamensium, przedmowa) 

W wieku 50 lat, wraz z dwudziestoletnią córką, wyprawiła się do Surinamu (Gujana Holenderska), gdzie przez dwa lata badała tropikalne owady. Po powrocie do Europy opublikowała swoje największe dzieło - Metamorfozy owadów Surinamu (kilka książek wydała jeszcze przed podróżą).

Zaskoczyła mnie skala tego zjawiska, jakim była turystyka, w XIX w. i wcześniej, biorąc pod uwagę dostępne środki lokomocji. Nie da się zaprzeczyć, że warunki podróży były o wiele cięższe niż dziś i wiele podróżniczek zachorowało lub skończyło żywot przedwcześnie właśnie przez swoją pasję. Panie podejmujące takie wyzwanie musiały mieć nie tylko sporo pieniędzy, ale też odwagi i hartu zarówno ciała, jak i ducha.
"Wczorajsze podróżniczki wyśmiałyby dzisiejsze kobiety, które obawiają się podróżować z powodu ciąży. Anne Blunt nie pozwoliła, by stan odmienny i co najmniej dwa poronienia - jedno w Algierii, drugie w Arabii (nie wspominając kilku w Europie), przeszkodziły jej w podróżowaniu. (...) Ann Fanshawe, zależnie od źródeł, rodziła czternaście, siedemnaście czy osiemnaście razy, mniej więcej tyle, ile odbyła podróży." (s. 153)
Jest jeszcze tyle fascynujących postaci, o których chciałabym Wam opowiedzieć: Isabella Godin des Odonais, która jako jedyna przeżyła morderczą przeprawę przez amazońską puszczę; Mary Kingsley, która nigdy nie chodziła do szkoły, ale stworzyła ponad sześciusetstronicowe dzieło na temat Afryki Zachodniej; Szwajcarka Isabbelle Eberhardt, która zamieszkała w Algierii, zgoliła głowę, nosiła męskie tubylcze szaty, przeszła na islam i zginęła w wieku 28 lat na skutek powodzi. Była też tancerka, kochanka króla i oszustka, Lola Montez, bywalczyni najlepszych hoteli; Susie Carson Rijnhart, której mąż zaginął, kiedy we dwoje przeprawiali się przez Tybet, co nie zraziło jej do podróży po tym kraju; dwudziestokilkuletnia Alexine Tinne, która wyprawiła się do Egiptu z matką, ciotką i dwoma służącymi, a powróciła w towarzystwie czterech trumien czy Kate Marsden, która na podróż po Rosji spakowała 18 kg ciasta śliwkowego. Ale zamiast czytać moją recenzję, po prostu sięgnijcie po książkę, bo naprawdę warto.

Mary Kingsley w podróży po rzecze Ogowe
Bardzo żałuję, że ta lektura nie była 4 razy grubsza i nie opowiadała o losach podróżniczek bardziej szczegółowo. Udało jej się natomiast zainteresować mnie tematem na tyle, że będę szukać podobnych pozycji - chętnie sięgnę też do dzieł spisywanych przez wspomniane podróżniczki, które w swoich czasach uchodziły za bestsellery.

Jeśli chodzi o polskie wydanie - nie będę czepiać się okładki, bo została zaprojektowana przez Autorkę (aczkolwiek moim zdaniem w oryginale zastosowano lepsza typografię). Przyczepię się natomiast do zbyt wielu literówek oraz marnego klejenia, które sprawia, że z książką należy obchodzić się ostrożnie, a i tak chyba nie przetrzyma zbyt intensywnego użytkowania. Papier jest bardzo gruby i liczne ilustracje prezentują się na nim świetne, ale wskazane byłoby jednak zastosowanie szycia.

Barbara Hodgson
Krynolinę zostaw w Kairze
No place for a lady

tłum. Irena Stąpor
Wyd. Twój Styl 2004
ss. 212

20 marca 2011

Jeszcze w temacie czytelnictwa - tym razem w obrazkach

Jakby w odpowiedzi na mój ostatni post na świetnym blogu Artliterii pojawiły się takie oto plakaty:



"To read is to live many lives" - nic dodać, nic ująć..

18 marca 2011

Co nas kręci w czytaniu

Kiedyś pokłóciłam się straszliwie z koleżanką na temat sensu czytania. Nie pamiętam już o jaką książkę nam poszło, jej się podobała, mnie nie, ale był to tylko pretekst do dyskusji. Koleżanka mianowicie stwierdziła, że dzięki tej lekturze dowiedziała się bardzo wiele o sobie i że dla niej to podstawowa zaleta czytania książek. Więcej - jeśli książka nie daje jej tematu do przemyśleń na własny temat, to nie widzi sensu w jej czytaniu, bo dla rozrywki zna lepsze sposoby spędzania czasu.

Wiedziałam wtedy, że się z nią nie zgadzam, ale nie potrafiłam znaleźć konkretnych kontrargumentów. Jasne, czytam dla przyjemności, oderwania się od rzeczywistości, możliwości ucieczki w cudzy świat - ale ona pewnie też. Po prostu nie wiedziałam, czego właściwie szukam w książkach, dlaczego jedna mnie kręci, a druga nie, nawet jeśli obie są teoretycznie równie dobre. Nie widzę nic złego w szukaniu prawd o sobie, ale to nigdy nie było moim celem (mam na myśli czytanie beletrystyki rzecz jasna, a nie poradników), nie po drodze mi z dramatami psychologicznymi, romansami i szeroką pojętą literaturą mówiącą o subtelnych odcieniach związków międzyludzkich.

Prowadzenie bloga rozwiązało mój problem. Więcej czasu poświęconego przemyśleniom na temat własnego czytelnictwa zaowocowało jasnym wnioskiem. To, czego szukam w książkach, to szansa odbycia podróży w czasie i przestrzeni. Dlatego właśnie chętnie sięgnę po romans z XIX-wiecznej Anglii, ale od współczesnego mnie mdli, chyba, że rozgrywa się na Sri Lance. Dramat w Nigerii? Z radością. W Polsce - hmmm, niekoniecznie. Doceniam możliwość podejrzenia miejsc, których nigdy nie widziałam - zarówno odległych geograficznie, jak i czasowo. Nie ma znaczenia, czy książka mówi o XVII w., bo wtedy została napisana, czy ktoś napisał ją współcześnie w oparciu o źródła (byle była dobra, rzecz jasna). Ostatnio w ogóle coraz bardziej doceniam informacyjną rolę książek, nie tylko przyjemność, którą dają (starość czy co).


Od każdej reguły są wyjątki, oczywiście. A dla odprężenia chętnie sięgam po dobry i niezbyt krwawy kryminał (epatowanie makabrą nie pociąga mnie zupełnie) albo książkę przygodową - wtedy szukam tylko wciągnięcia z kretesem w wir wydarzeń.

A co Was kręci? Może ktoś z Was lubi właśnie "krwawe" książki albo dołujące dramaty i potrafi mi wyjaśnić ten fenomen?

16 marca 2011

Personalizuję się

Jak, mam nadzieję, widać na załączonym obrazku.

Odczuwałam silną potrzebę, żeby ten mój literacki kąt uczynić jeszcze bardziej moim. Teraz czuję się jak u siebie :) Bałagan, literatura porozrzucana wszędzie... Jest nawet Nuka zżerająca książki - ech, jak w domu. Ten uroczy nagłówek wykonał T., Mój Utalentowany Cud, któremu niniejszym dziękuję bardzo, ale to bardzo.

15 marca 2011

Jak wyhodować lepszego człowieka

Nicolas d'Estienne d'Orves
Sieroty zła
WAB 2009
ss. 502


Dramatyczny tytuł i swastyka na okładce nie są dla mnie literackim wabikiem - raczej powodują mój szybki odwrót. Tym razem jednak książka została mi wręczona przez koleżankę z rozkazem przeczytania. Ponieważ wcześniej widziałam rzeczoną koleżankę, jak podczytywała tę lekturę pod biurkiem w pracy, nie mogąc się oderwać, dałam się przekonać. 

Dobry thriller nie jest zły, a nazwisko autora gwarantowało, że przynajmniej nie będzie to książka o dzielnym amerykańskim profesorze, który umie rozwikłać wszelkie europejskie tajemnice (nie czepiam się Dana Browna, ale powtarzalność tego schematu jest męcząca). Poza tym temat książki jest zaiste frapujący. Książki o nazizmie, przynajmniej te, z którymi się stykam, dotyczą najczęściej problemu Holocaustu i cierpień ludności cywilnej. Zdumiewająco mało lektur natomiast zostało poświęconych samym nazistowskim ideom (które stały za powyższym) stworzenia nowej rasy panów, które przebijają literacką fikcję zrodzoną w głowie najbardziej płodnego autora. Tak szczerze - gdybyście przeczytali w książce o Austriaku z czarnymi włosami i krzywym nosem, jak zdobywa władzę, głosząc, że na świecie powinni panować niemieccy blondyni (optymalnie - z prostymi nosami), a wszyscy go oklaskują,  nie uznalibyście, że to straszliwy kit?

Lebensborn - wokół którego d'Estienne d'Orves oplótł swoją fabułę - istniał naprawdę. Kliniki, w których "aryjskie" kobiety zapładniane przez "aryjskich" mężczyzn, zwykle z SS, miały rodzić czyste rasowo dzieci ku chwale Niemiec - to brzmi jak fikcja, ale fikcją nie było. Podobnie jak, na podbitych ziemiach, odbieranie rodzicom dzieci o odpowiednim typie urody, ich wywożenie i germanizacja. Ośrodki Lebensbornu powstawały w całej Europie - największy w Polsce znajdował się pod Łodzią. Rzeczywiste (chociaż brzmią fantastycznie) były też prowadzone przez nazistów wykopaliska archeologiczne, podczas których szukano niemieckich "przodków" - Arian, rasy panów. 

Oczywiście sporo w "Sierotach zła" historical fiction, ale ostatecznie nie jest to dokument, więc można na to przymknąć oko, bo  zaletę ma niewątpliwą - nie sposób się oderwać od czytania. Co prawda, styl autora nie do końca mi odpowiadał i przez pierwszą część dość ciężko było mi się wciągnąć w akcję, ale za to potem odmawiałam wypuszczenia lektury z ręki.

Akcja rozgrywa się w kilku planach czasowych - współcześnie, w latach 80. i w czasie II wojny światowej. Bohaterów też jest kilku, chociaż na pierwszy plan wysuwa się Anais - młoda Francuzka o nietypowej przeszłości. Przyjmuje intratne zlecenie, które polega na napisaniu wraz z pewnym fascynatem nazizmu książki na temat Lebensbornu. Niby temat bezpieczny, bo historyczny, ale zadanie okazuje się nie takie proste. Pracodawca jest postacią bardzo skomplikowaną, a pewne wydarzenia - samobójstwa i porwania - wskazują, że nie wszystkim zależy na ujawnieniu faktów. Świadkowie tamtych czasów nadal przecież żyją.
Ta historia przeplata się ze śledztwem prowadzonym w latach 80. przez francuskiego komisarza - na terenach posiadłości francuskiego mera zostają odnalezione spalone zwłoki. W czasach wojennych natomiast śledzimy historię małej dziewczynki, Leni, która wychowuje się na odludnej skalistej wyspie w Norwegii, pod opieką tajemniczego wujka Ottona.

Książkę polecam, fabuła trzyma w napięciu, a temat daje do myślenia (oraz skłania do gorących modlitw, by już nigdy nie pojawili się na świecie przywódcy o tak poronionych pomysłach). Jeżeli jednak ktoś chce przeczytać, to polecam nie wczytywać się w notkę na merlin.pl - jest krótka, ale ujawnia zdecydowanie za dużo. Blurb na okładce jest natomiast wyjątkowo niegroźny.

8 marca 2011

Date a girl who reads - znalezione w sieci

 "Date a girl who reads. Date a girl who spends her money on books instead of clothes. She has problems with closet space because she has too many books. Date a girl who has a list of books she wants to read, who has had a library card since she was twelve.

Find a girl who reads. You’ll know that she does because she will always have an unread book in her bag. She’s the one lovingly looking over the shelves in the bookstore, the one who quietly cries out when she finds the book she wants. You see the weird chick sniffing the pages of an old book in a second hand book shop? That’s the reader. They can never resist smelling the pages, especially when they are yellow.

She’s the girl reading while waiting in that coffee shop down the street. If you take a peek at her mug, the non-dairy creamer is floating on top because she’s kind of engrossed already. Lost in a world of the author’s making. Sit down. She might give you a glare, as most girls who read do not like to be interrupted. Ask her if she likes the book.

Buy her another cup of coffee.

Let her know what you really think of Murakami. See if she got through the first chapter of Fellowship. Understand that if she says she understood James Joyce’s Ulysses she’s just saying that to sound intelligent. Ask her if she loves Alice or she would like to be Alice.

It’s easy to date a girl who reads. Give her books for her birthday, for Christmas and for anniversaries. Give her the gift of words, in poetry, in song. Give her Neruda, Pound, Sexton, Cummings. Let her know that you understand that words are love. Understand that she knows the difference between books and reality but by god, she’s going to try to make her life a little like her favorite book. It will never be your fault if she does.

She has to give it a shot somehow.

Lie to her. If she understands syntax, she will understand your need to lie. Behind words are other things: motivation, value, nuance, dialogue. It will not be the end of the world.

Fail her. Because a girl who reads knows that failure always leads up to the climax. Because girls who understand that all things will come to end. That you can always write a sequel. That you can begin again and again and still be the hero. That life is meant to have a villain or two.

Why be frightened of everything that you are not? Girls who read understand that people, like characters, develop. Except in the Twilight series.

If you find a girl who reads, keep her close. When you find her up at 2 AM clutching a book to her chest and weeping, make her a cup of tea and hold her. You may lose her for a couple of hours but she will always come back to you. She’ll talk as if the characters in the book are real, because for a while, they always are.

You will propose on a hot air balloon. Or during a rock concert. Or very casually next time she’s sick. Over Skype.

You will smile so hard you will wonder why your heart hasn’t burst and bled out all over your chest yet. You will write the story of your lives, have kids with strange names and even stranger tastes. She will introduce your children to the Cat in the Hat and Aslan, maybe in the same day. You will walk the winters of your old age together and she will recite Keats under her breath while you shake the snow off your boots.

Date a girl who reads because you deserve it. You deserve a girl who can give you the most colorful life imaginable. If you can only give her monotony, and stale hours and half-baked proposals, then you’re better off alone. If you want the world and the worlds beyond it, date a girl who reads.

Or better yet, date a girl who writes."

Rosemary Urquico

Zachwyciło mnie to :)

7 marca 2011

Czarny kot na cmentarzu w noc burzową

Jako że nie samymi arcydziełami literatury człowiek żyje, a ostatnie moje trzy lektury tematykę miały poważną, postanowiłam sięgnąć dla równowagi po coś lekkiego. Padło na gotycką powieść dla młodzieży. Do Zafona miałam dotąd stosunek nieuregulowany, fifty-fifty można powiedzieć. Czytałam dwie książki: "Cień wiatru" podobał mi się bardzo, "Gra Anioła" - nieszczególnie. Ciekawa byłam, na którą stronę przechyli szalę "Marina", bo o niej będzie mowa.



Carlos Ruiz Zafón
Marina
Muza 2009
ss. 304

Miło mi zawiadomić, że "Marina" przechyliła szalę na plus dla Autora.



Książka zawiera wszystkie elementy w powieści gotyckiej niezbędne, czyli:
  • stare opuszczone domostwa, w których słychać podejrzane trzaski i szelesty (sądząc po tej lekturze - Barcelona składa się wyłącznie z wymarłych osiedli),
  • zarośnięte ogrody, w których na pewno coś się między zielskiem czai,
  • wiekowe, zapomniane cmentarze, na których groby aż proszą się o rozkopanie,
  • zakapturzone tajemnicze postaci pojawiające się znienacka i takoż rozpływające w powietrzu,
  • ludzi o mrocznej przeszłości, którą chętnie się podzielą z głównym bohaterem, po czym padną martwi w niewyjaśnionych okolicznościach,
  • bladolice piękności o tragicznych losach,
  • i rzecz jasna - czarnego kota.

Tak, tak, wiem, że zabrzmiało to odrobinę ironicznie, ale ja naprawdę doskonale bawiłam się przy lekturze i nie mogłam się oderwać aż do ostatniej strony. W końcu bez tych wymienionych elementów - chociaż oklepanych - to nie byłaby wcale powieść gotycka. W dodatku mogę też Autorowi na plus policzyć zgrabny morał (nie warto bawić się w Boga) oraz nawiązane do pewnej znanej powieści grozy (patrz: nazwisko jednej z bohaterek). Jeśli potraficie lekko przymrużyć oko na te wszystkie mrożące krew w żyłach okoliczności - będziecie się bawić równie dobrze jak ja.

6 marca 2011

Englishman in New York

A właściwie Irish woman, ale nie bądźmy drobiazgowi ;)

Colm Tóibín
Brooklyn
Rebis 2009
tłum. Jerzy Kozłowski
ss. 256

Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że z Bookerem mi nie po drodze. To już druga powieść, po "Tajemnicy rodu Hegartych", która została nominowana do tej nagrody, a we mnie nie wzbudziła kompletnie żadnych emocji.

Dwudziestoparoletnia Eilis mieszka w Irlandii z matką i starszą siostrą, Rose. Eilis jest bezrobotna i bez większych szans na posadę - dom utrzymuje Rose i częściowo bracia, którzy za pracą wyjechali do Anglii. Tymczasem przed Eilis otwiera się możliwość emigracji do Stanów Zjednoczonych, gdzie ma obiecaną pracę i pomoc zaprzyjaźnionego księdza. Podejmuje wyzwanie i wyjeżdża - początkowo czuje się fatalnie i marzy o powrocie, ale powoli wrasta w nowe otoczenie, zwłaszcza kiedy poznaje sympatycznego Tony'ego. Jednak los szykuje dla niej przykrą niespodziankę i przed dziewczyną staje konieczność powrotu do Irlandii...

Sięgnęłam po "Brooklyn", bo po rewelacyjnej "Wyspie klucz" miałam chęć na coś więcej o imigrantach w Ameryce. Niestety, tym razem nie byłam zachwycona, chociaż wiedza mi się odrobinkę poszerzyła. "Brooklyn" przypominał mi szkolną lekturę - można by go analizować na ładnych paru lekcjach, zadając pytania w stylu "Jak wyglądała sytuacja na irlandzkim rynku pracy?", "Jakie były szanse emigracji zarobkowej i dokąd?", "Jak wyglądała podróż do Stanów?", "Jak wyglądały kontakty między imigrantami różnych narodowości?" itp. Wszystkie odpowiedzi da się bez wysiłku znaleźć w tekście. Można też zrobić uczniom sprawdzian na temat dylematu bohaterki, która musi zdecydować między samodzielnością na emigracji a powrotem do ciepłego domu. Bardzo to ciekawe jest, niestety nie porywa i to podstawowa (dla mnie) wada książki. 

Jeśli Toibin miał na celu drobiazgowe opisanie sytuacji imigrantów irlandzkich w Stanach, to naprawdę mógł na tym, skądinąd interesującym, tle umieścić ciekawszą, mniej telenowelowatą historię. Jeżeli natomiast chodziło mu tak naprawdę o wspomniany dylemat głównej bohaterki, to całość jest za długa o pierwsze 200 stron, które robią wrażenie wstępu do właściwej akcji. Do tego styl jest suchy i kanciasty (nie jest zły, ale nie należy do tych, które tygrysy lubią najbardziej), a bohaterowie nie robili na mnie wrażenia istot z krwi i kości - nie byłam w stanie zżyć się z żadnym.

Moim zdaniem - można przeczytać, ale nie trzeba. Podejrzewam, że za tydzień nie będę już o tej książce pamiętać.

5 marca 2011

Pokuta

Ian McEwan
Pokuta
tłum. Andrzej Szulc
Albatros 2008
ss. 400


Świetna książka, przez którą przedzierałam się chyba pół roku... Jak to w ogóle możliwe?

Powieść zachwyciła mnie od pierwszego zdania - atmosferą, językiem, intrygą. Zaczęłam od słuchania audiobooka i to nie było dobrym pomysłem. Zacięłam się najpierw na opisie budzącej się między bohaterami miłości (no, ale już taka obrzydliwie pragmatyczna jestem, że od opisów romantycznych porywów, zwłaszcza pierwszych, mam mdłości), mimo że go pod względem literackim doceniłam, a potem na części wojennej. Jednak w słuchaniu lepiej sprawdzają się książki lekkie, łatwe, przyjemne i przygodowe. Na szczęście, całkiem ostatnio przy wizycie w bibliotece (kiedy to tradycyjnie miałam tylko oddać, a wyszłam z czterema dziełami) zauważyłam na półce z "niedawno oddanymi" czekającą na mnie wersję drukowaną, więc pożyczyłam - i skończyłam ją w dwa dni.


Zaczyna się w latach 30. XX wieku w posiadłości państwa Tallis, gdzie 13-letnia Briony, dziewczę o ambicjach literackich, przygotowuje się właśnie do wystawienia swojej sztuki. Nie wie, że zostało jej już tylko kilka dni dzieciństwa - jedna fałszywa interpretacja i przekonanie o własnym sprycie wystarczą, żeby wszystko zmienić. Swoim lekkomyślnym postępowaniem skrzywdzi dwoje bliskich sobie ludzi i przez resztę życia będzie próbowała za ten czyn odpokutować.

Filmowa Briony w ekranizacji z 2007 r.
 

McEwan jest mistrzem nastroju. Pierwsza część jest gorąca, podszyta ukrytą namiętnością i niepokojem. Druga -  brudna, zakrwawiona, wojenna. Trzecia - ta pokutna właśnie - gorączkowa i pełna oczekiwań. Czwarta - nostalgiczna. Każda w swoim rodzaju, ale razem tworzą spójną całość.

Zaraz po skończeniu książki obejrzałam ekranizację i muszę przyznać, że jest wyjatkowo wierna (oczywiście, są pewne skróty, ale niezbędne przy przenoszeniu powieści na ekran). Wydaje mi się jednak, że nieco "uckliwiono" tę historię - w każdym razie część wojenna polega głównie na wzdychaniu głównego bohatera do ukochanej, zamiast na walce o przetrwanie. Niemniej, film ma piękne zdjęcia i świetną Saoirse Ronan w roli małej Briony. Majstersztykiem jest muzyka idealnie zgrana z akcją, nic dziwnego, że film zgarnął za nią Oskara. Ogląda się z przyjemnością, choć pewnie większą, jeśli nie zna się z góry zakończenia ;)

2 marca 2011

Cud, miód i orzeszki

Ach i och! Tyle tylko jestem w stanie z siebie wykrzesać tuż po przewróceniu ostatniej strony "Na plebanii w Haworth". Dawno już żadna książka nie wzbudziła we mnie tak jednoznacznego zachwytu - delektowałam się każdą stroną. Nie potrafię wymienić żadnej jej słabości - ta książka nie ma wad.

Anna Przedpełska-Trzeciakowska stworzyła arcydzieło i jedyne, co mogę jej zarzucić, to że napisała tylko jedną książkę. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o Autorce, to polecam ten artykuł. A jeżeli chcecie wiedzieć WSZYSTKO o rodzeństwie Bront
ë, to przeczytajcie "Na plebanii w Haworth" - koniecznie.

Normalnie nie lubię biografii i ich nie czytuję - autobiografie to co innego. W autobiografii człowiek mówi, o tym, kogo zna najlepiej, czyli o sobie samym. Jeśli nawet kłamie, to i tak czegoś się o nim możemy w ten sposób dowiedzieć. Natomiast interpretacja szczątkowych źródeł, zwłaszcza na temat osoby żyjącej wieki temu, zawsze wydawała mi się mało wiarygodna, a jej rezultat nudny. Tych uwag zupełnie nie można jednak odnieść do biografii rodziny Brontë.

Rodzeństwo Brontë było niepospolite, bez wątpienia. Wystarczy przeczytać rozdział o ich dziecięcym świecie z wyobraźni, który stworzyli w najdrobniejszych szczegółach, zaludnili bohaterami i - dosłownie - żyli w nim przez wiele lat, tak, że był dla nich bardziej prawdziwy niż rzeczywistość. Poza tym uwielbiam powieści sióstr, więc byłam bardzo zainteresowana ich biografią. Jednak zasługą pisarki jest stworzenie świata, który jest niesamowicie żywy, kolorowy i prawdziwy. Po przeczytaniu książki czuję się tak zżyta z jej bohaterami, jak nigdy wcześniej. Do tego - chociaż jest to rzetelna biografia z licznymi odwołaniami do źródeł - czyta się ją jak najlepszą powieść, po prostu nie można się oderwać.

Jeśli jeszcze nie czujecie się zachęceni, to pozwólcie, że Wam przedstawię rodzeństwo Brontë:

Charlotte Brontë
(rys. G. Richmond)
Autorka "Jane Eyre" - biedna chudziutka, malutka, krótkowzroczna i chorobliwie nieśmiała Charlotte, której los nie oszczędził, odbierając jej niemal wszystkich bliskich, a dopiero potem wynagrodził na krótko literackim uznaniem i miłością. Całe życie borykała się z przeświadczeniem o własnej brzydocie - zresztą także i jej współcześni uznawali ją za nieładną. Nie mogę tego pojąć. Na rysunku obok widać, że nie pasuje do ówczesnych kanonów urody, ale ma zdecydowanie interesującą twarz, a na zdjęciu (zrobionym już u schyłku jej życia - tzn. w okolicach czterdziestki) wygląda uroczo. Tymczasem Charlotte uważała swoją powierzchowność za "odrażającą" i twierdziła, że ludzie odwracają od niej spojrzenie ze wstrętem.


Charlotte Brontë
(fot. 1854)


Charlotte siłą rzeczy wysuwa się na pierwsze miejsce w biografii (zwłaszcza w drugiej połowie), jako że pozostawiła po sobie najwięcej źródeł pisanych - pamiętniki z młodości i późniejszą dość obfitą korespondencję.


Emilie Brontë
Emilie, uznawana za najbardziej utalentowaną, miała też najsilniejszy charakter. Wszystkie trzy siostry były nieśmiałe - stroniły od ludzi, a wychowywane na odludziu nie nabyły towarzyskiej ogłady. Emilię jednak cechowało zdecydowanie i upór. Nikt nie mógł jej przekonać do czegoś, na co nie miała ochoty (co być może przyczyniło się do jej śmierci). Pozostawiła po sobie tylko jedną powieść (istnieje podejrzenie, że druga - nieukończona - została zniszczona przez Charlotte) i bardzo dobre poezje. Jej dzieła cechowały ogromna namiętność i pasja - wielu nie wierzyło, że słabo wykształcona córka pastora może napisać taką powieść jak "Wichrowe wzgórza".

Anne Brontë
(rys. Charlotte Brontë)

Anne była przez wszystkich określana jako łagodna i spokojna. Wiadomo o niej najmniej - urodziła się ostatnia i umarła pierwsza. Cechowała ją najmniejsza wyobraźnia (ale nie najmniejszy talent), swoje książki opierała najmocniej na doświadczeniach własnych. Ponoć "Agnes Grey" jest dość wiernym zapisem jej własnych przeżyć jako guwernantki, zaś jej druga i ostatnia jej książka "The Tenant of Wildfell Hall" oparta jest na smutnym końcu Branwella.

Wreszcie jedyny brat - Branwell. Niezbyt urodziwy, niski i rudy, ale bardzo towarzyski, brylował w pobliskiej gospodzie. Najmniej uzdolniony, nie spełnił się ani na polu literatury, ani malarstwa - nawet pozycji zawiadowcy stacji (sic!) nie utrzymał zbyt długo. Jego ambicje wykraczały znacznie ponad talent, a bezpodstawne zarozumialstwo było nawet większe niż ambicje. Skończył w przykry dla wszystkich członków rodziny sposób, nigdy nie spełniając pokładanych w nim oczekiwań. 

Rodzenstwo Brontë (rys. Branwell Brontë)
Teraz tylko mam problem, co czytać. Tak mocno związałam się ze światem Haworth, że nie mam ochoty przenosić się do innego...

Bibliografia sióstr Brontë:

Charlotte Brontë
Jane Eyre (Dziwne losy Jane Eyre)
Shirley
Vilette (Vilette)
Professor

Emilie Brontë
Wuthering Heights (Wichrowe wzgórza)

Anne Brontë
Agnes Grey
The Tennant of Wildfell Hall

Anna Przedpełska-Trzeciakowska, Na plebanii w Haworth, Świat Książki 2010, ss. 512

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...