Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekranizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekranizacja. Pokaż wszystkie posty

18 sierpnia 2014

Duma, uprzedzenie i zbrodnia

Uwielbiam powieści Jane Austen - nikogo chyba nie zaskoczę tym stwierdzeniem - a najbardziej "Dumę i uprzedzenie". Czytałam ją wielokrotnie, oglądałam (też nie raz) ekranizacje: serial z 1995 r. i wersję z Keirą Knigtley, znam całą historię na pamięć. Niestety stwarza to pewien problem - mam ochotę wrócić do świata Lizzie Bennet, do Pemberley, do wszystkich tych miejsc wykreowanych przez pisarkę, ale jednocześnie przeczytać coś nowego na temat bohaterów. Jednak dalsze ciągi stworzone przez innych pisarzy mnie odrzucają - nawet nie próbuję po nie sięgać, bojąc się srogiego rozczarowania (raz jedyny koleżanka wepchnęła mi w ręce sequel - nie Austen co prawda - "Tajemniczego ogrodu" i było to doświadczenie nader bolesne... ale krótkie, bo zdzierżyłam tylko dwa rozdziały trywializowania ulubionej książki z dzieciństwa).

Nawiasem mówiąc, czytałam ostatnio biografię Jane Austen pióra nieocenionej Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej (polecam!), która twierdziła, że pisarka nie bez powodu kończyła opisywanie losów bohaterów w momencie ślubu. Otóż, mimo że sama nie była zamężna, dość dobrze wiedziała, jak zwykle dla kobiety wygląda małżeństwo, nawet szczęśliwe - ciąża, poród, połóg, ciąża, poród, połóg, ciąża, poród, połóg, ciąża, poród, śmierć w połogu. Takie małżeństwa właśnie obserwowała Jane w swojej najbliższej rodzinie, tak umierały żony jej braci - Elizabeth, żona Edwarda, w jedenastym połogu, Fanny, żona Charlesa, w czwartym, Mary, żona Franka - w jedenastym. Koniec dygresji.

Prawdopodobnie nie sięgnęłabym i po najnowszą (chyba) kontynuację "Dumy i uprzedzenia" - wydaną w 2011 r. powieść "Death comes to Pemberley" P.D. James, angielskiej pisarki kryminałów, którą znam tylko z nazwiska. Tak się jednak złożyło, że najpierw zauważyłam trzyodcinkowy serial BBC z 2013 r., a dopiero oglądając, zorientowałam się, że to ekranizacja. Produkcje tej stacji oglądam w ciemno, więc bez wahania dałam reżyserowi szansę, żeby zabrał mnie na wycieczkę do świata Jane Austen. I to był bardzo dobry pomysł...


Nie mogę oceniać książki, skoro jej nie czytałam, więc opisuję wyłącznie wrażenia poserialowe.

Próby naśladowania obyczajowego pisarstwa Austen wydają mi się niestrawne, bo Austen była jedna jedyna, nad fenomenem jej nieustającej popularności wielu się biedzi, próby dorównywania są skazane na niepowodzenie. Na szczęście P.D. James  nie podjęła się prostego naśladownictwa, tylko napisała to, w czym się specjalizuje - kryminał. Może dzięki temu historia nie wydała mi się wcale naciągana, wierzę w nią bez zastrzeżeń, a do serialu chętnie powrócę.

Akcja ma miejsce w Pemberley, majątku pana Darcy'ego, około 6 lat po zakończeniu "Dumy i uprzedzenia". Pan Darcy i Lizzie tworzą udane małżeństwo - nikt w to chyba nie wątpi, prawda? Mają synka, Fitzwilliama, a wraz z nimi mieszka nadal Georgiana. Trwają akurat przygotowania do balu, przybywają pierwsi goście. Państwo Wikham nie są, rzecz jasna, zaproszeni, ale czy brak zaproszenia kiedykolwiek powstrzymał Lydię od pojawienia się na balu? Przybywają, a wraz z nimi do Pemberley zawita zbrodnia. Niejaki kapitan Denny ginie na terenie posiadłości, pierwszym podejrzanym jest Wikham, co przez bliskie koneksje rodzinne może zhańbić całą rodzinę Darcych.

Film jest, moim zdaniem, bardzo udany - pod względem fabularnym, wizualnym i aktorskim. Niestety, akurat Lizzie jest najsłabszym punktem. Gra ją Anna Maxwell Martin - bardzo dobra brytyjska aktorka, ale nie ma w sobie nic z ikry, która powinna charakteryzować drugą w kolejności pannę Bennet.
(Ale, przyznaję, dla mnie Lizzie wygląda tak...


...i tylko i wyłącznie tak, żadnej innej Lizzie nie przyjmuję do wiadomości...)
W dodatku - serialowa Lizzie ma około 27 lat, a aktorka, która ją gra niemal 10 lat więcej, i bardzo to po niej widać.  Tak wygląda Anna Maxwell Martin jako Lizzie na zdjęciu pozowanym:

 A tak na niepozowanym:


Moim zdaniem nie ma wdzięku austenowskiej bohaterki, ale gra dobrze, a akcja też nie skupia się wcale na niej, więc da się przeżyć. Pozostali aktorzy natomiast zostali dobrani wyśmienicie:

Lydia i George Wickham:

 

Państwo Bennet, rodzice Lizzie:

  

Jane Bingley:


 Georgiana Darcy:


 I na sam koniec :) pan Darcy:



A tu można podejrzeć urocze zdjęcia z planu (klik na obrazek):

http://lilypoppy.livejournal.com/179748.html

17 czerwca 2013

Filmowe wycieczki z azjatyckim mianownikiem

Jakoś tak przypadkiem wyszła mi podróż w kierunku wschodnim - dwa filmy zrealizowane przez azjatyckich reżyserów, jeden osadzony na Bliskim Wschodzie. W kolejności podobania się:

Operacja Argo, reż. Ben Affleck, 2012 (5,5/6)

Operacja Argo dostała tyle nagród, że pisanie o tym, że mi się podobało, zakrawa o banał. Nie lubiłam Bena Afflecka jako aktora, wizualnie był dla mnie amerykańskim odpowiednikiem Ibisza, ale już dawno zmieniłam zdanie. Reżyserem jest znakomitym, każdy z jego trzech filmów to perełka, mam nadzieję, że jeszcze wiele przed nim. Operacja... to oparta na faktach historia agenta CIA, który ratuje pracowników amerykańskiej ambasady, uwięzionych w ogarniętym antyamerykańską gorączką Iranie, pod zwariowaną przykrywką kręcenia filmu przygodowego. Zasługą Afflecka jest głównie wierność faktom - wizualnie aktorzy są bardzo podobni to rzeczywistych bohaterów wydarzeń, a niektóre sceny są wiernym powtórzeniem zrobionych wówczas w Teheranie zdjęć. Historia jest tak niezwykła, że broni się sama, choć oczywiście gorszy reżyser mógłby ja całkiem popsuć, kręcąc laurkę o wspaniałych akcjach amerykańskich agentów. W dalszym ciągu moim ulubionym filmem tego gatunku, który uważam za niepodważalne arcydzieło, jest "Monachium", ale obejrzenie "Operacji Argo" również gorąco polecam. Scena startu samolotu - bezcenna.



"Życie Pi", reż. Ang Lee, 2012 (4,5/6)

Ang Lee to reżyser tej klasy, że nie mógł nakręcić bardzo złego filmu, ale przyznaję, że książka podobała mi się bardziej. Trochę zbyt ckliwie wyszedł ten film, choć wydaje mi się, że twórcy bardzo się starali uniknąć taniego melodramatyzmu. Uważam, że jednak warto najpierw przeczytać książkę, a ekranizację potraktować jako ilustracje do niej. Ilustracje niezwykłe, momentami ocierające się o granicę kiczu, ale - moim zdaniem - nieprzekraczające jej. Nie każdy zachód słońca nad morzem to kicz. Niebezpiecznie piękny jest ten ocean, tygrys dostojny, Pi malowniczy w swym obszarganiu, Indie kolorowe, morskie stworzenia niepojęte, ale jednak nie zemdliło mnie od nadmiaru uroku, więc źle nie było. Może lepiej by zrobiło fabule, gdyby całość nie była taka piękna, a bardziej w klimacie "Cast Away - poza światem" ale ostatecznie historia jest jak z baśni, więc i wizualna bajkowość pasuje. Nie trzeba oglądać, ale można, najlepiej na dużym ekranie.






"Stoker", reż. Chan-wook Park, 2013 (3/6)

Czytałam bardzo wiele opinii mówiących o "Stokerze' jako arcydziele, ale - wybaczcie - dla mnie to twór czekoladopodobny opakowany w wytworny złoty papierek. Ciekawy sposób narracji, rewelacyjne zdjęcia (w tym przypadku zdecydowanie dalekie od kiczu), oryginalny montaż, bardzo dobra scenografia, świetna muzyka - to ta błyszcząca otoczka. Fabuła to przyprawiająca o ból zębów zawartość złotka.

Reżyser ponoć bardzo znany, ale to jego pierwszy amerykański film, południowokoreańskich poprzedników nie miałam okazji oglądać, więc osobiście go nie znam. Na pewno zrobił co mógł, żeby z tak fatalnego scenariusza zrobić dobre kino, ale cudów nie ma. Wyszedł thriller klasy B minus z pretensjami. Autorem scenariusza jest Wentworth Miller, którego bardzo lubię, ale wyłącznie jako aktora w jednej produkcji i - naprawdę - niech on już lepiej nakręci kolejny sezon "Prison Break" zamiast pisać. Po kilku pierwszych scenach mogłam już powiedzieć, co będzie dalej i niestety się nie pomyliłam, żadnych zagadek i tajemnic tu nie ma, a końcówka wzbudza śmiech. Te emocje pomiędzy słowami, o których czytałam, to też nie wiem, gdzie się pojawiły. Aktorów głównych jest trzech, każdy gra z jedną miną przylepioną do twarzy - Charles dostał maskę "ze zwichrowaną psychiką", Evelyn - "z problemami emocjonalnymi", a India - "ta dziwna". Nie zdejmują ich ani na moment, a jeśli jeszcze macie nadzieje, to nie, te maski nie skrywają niczego - co na wierzchu, to i w środku.  Mimo sympatii do Matthew Goode'a, Nicole Kidman i Mii Wasikowskiej nie jestem w stanie powiedzieć nic dobrego o ich aktorstwie - wyjątkowo manieryczna gra. Kidman próbowała chyba odtworzyc postać z "Innych", Wasikowska wyglądała jak krewna rodziny Addamsów, a Goode dokładnie jak Anna z serialu "V: Goście" (też narwana, bo to zły ufoludek był...).





Nie polecam, a trójka jest oceną zawyżoną, ze względu na urok wizualny.

20 lutego 2013

Do tego labiryntu nie wchodźcie! (Literatura na ekrany)

Tak, wiem, zaniedbuję bloga niemożliwie, ale sytuacja wygląda jak wygląda, czyli jak skrzyżowanie placu budowy z torem przeszkód. Remont trwa i końca przestałam już nawet wyglądać, bo i wierzyć w niego przestałam.Czy naprawdę istnieją mieszkania po których nie walają się worki z gipsem, klejem, zaprawą, pudła z kafelkami i płytkami podłogowymi, puszki z farbami, tony kartonowych pudeł (niemiłosiernie zapylonych) i kilometry zasypanej gruzem folii malarskiej? Niby widuję takie u znajomych, ale jakoś wierzyć mi się nie chce. Może oni to wszystko po prostu jakoś sprytnie chowają do szafek przed naszym przyjściem...

Udaje mi się czytać i to nawet ciekawe rzeczy, ale na pisanie już czasu brak, zresztą nieprzyzwoicie dużo go spędzam w internecie szukając fascynujących informacji z dziedzin budowlanych - jeśli kiedykolwiek sądziłam, że projektowanie wnętrz polega na doborze poduszek do koloru ścian, to już mnie życie z tego poglądu wyleczyło. Od dwóch miesięcy próbuję odpowiadać na pytania, gdzie chcę mieć rurkę, a gdzie kabelek i gniazdko, czując się zarazem boleśnie niekompetentna, a jednocześnie pod presją świadomości, że podjęte decyzje będą skutkować komfortem lub też jego brakiem przez kolejne lata.

A w temacie poniekąd książkowym:


Dwuodcinkowy miniserial na podstawie powieści Kate Mosse "Labirynt" to prawdopodobnie najgorsza ekranizacja, jaką obejrzałam w ostatnich latach i niniejszym oficjalnie jej NIE polecam. Żadnych zabaw w "sam zobacz i się przekonaj" nie zamierzam podejmować, film jest naprawdę fatalny i po prostu szkoda na niego czasu. Cały czas nie mogę się nadziwić, że zdzierżyłam tę produkcję do samego końca, mogę się wytłumaczyć tylko wyczerpaniem remontowym... Książka nie była arcydziełem - ot, takie czytadło, ale przyjemne i całkiem wciągające, zwłaszcza w swoim historycznym wątku.

Akcja i książki, i filmu rozgrywa się dwutorowo - współcześnie i w XIII wieku. Średniowieczna historia opowiada o krucjacie przeciwko katarom, których spora grupa mieszkała we francuskim mieście Carcassonne. Na pierwszy plan opowieści wysuwają się losy pięknej Alais i jej okrutnej siostry Oriane. W tle mamy trzy tajemnicze księgi i Świętego Graala.
Bohaterką współczesnego wątku jest Alice, która podczas wykopalisk natyka się na szkielety i zagadkowy pierścień - ściśle powiązane z wspomnianymi wydarzeniami sprzed kilkuset lat. Szybko okazuje się, że tajemnice sprzed lat są wiecznie żywe - a komuś bardzo zależy, by nie zostały ujawnione.

Klasyczny motyw dobrej i złej siostry - Alais i Oriane

Rozczochrani obrońcy Carcassone
W książce wątek historyczny wydawał mi się zdecydowanie ciekawszy i w filmie też wypadł lepiej. Niestety część współczesna zupełnie produkcję pogrążyła. Vanessa Kirby, która grała Alice, była ładną niebieskooką blondynką, w strojach nieco boho, w wysmakowanych błękitno-beżowych tonacjach kolorystycznych, pasujących do otoczenia i to by było na tyle, jeśli chodzi o jej wkład w kreowanie postaci. Minę miała tylko jedną, w wariacji na zamknięte i otwarte usta - Kristen Stewart mogłaby się od niej nauczyć, jak nie wyrazić mimiką absolutnie nic... Samej może nie udałoby się jej położyć całego filmu, ale miała mocne wsparcie ze strony scenarzysty. Udało mu się wydobyć z książki całą jej płytkość - sensu w wydarzeniach nie było za grosz, o ciągu przyczynowo-skutkowym nie wspominając, a złote myśli, które padały z ust bohaterów miałam chęć zapisywać, bo tyle komunałów naraz to się jednak rzadko słyszy.

Alice (Vanessa Kirby) zna tylko jedną minę
Nie będę się już dalej pastwić, wymieniając słabe strony filmu, bo trzeba mieć litość dla maluczkich. Dodam tylko, że finał godny był Monty Pythona i Świętego Graala i nie jest to komplement.
Nie oglądajcie.

I tylko Carcassone warto zobaczyć... Najlepiej na żywo
Labirynt / Labirynth, miniserial TV, reż. Christopher Smith, Niemcy, RPA, Wielka Brytania, 2012

27 stycznia 2013

Nowa przyjaźń literacka

Zaprzyjaźniłam się właśnie z panią Gaskell, a to nie byle kto, bo bliska znajoma i biografka Charlotty Bronte. Wstrzymywałam się dość długo, bo po pierwsze - dopiero niedawno wyszły w Polsce tłumaczenia jej powieści, po drugie - ich cena mnie blokowała, po trzecie - wszyscy się nimi zachwycali na blogach, i powieściami, i ekranizacjami, więc czułam przesyt. Poza tym, sama "Północ i Południe", mimo zachęcającej rekomendacji: "dla miłośników Jane Austen i sióstr Bronte", odstraszała mnie tematem. Jak słyszałam o rolniczym Południu i przemysłowej Północy, o fabrykach, maszynach, strajkach, nie mogłam jakoś pojąć uniesień. Brzmiało to jak szkolna lektura pozytywistyczna i kusiło umiarkowanie (chociaż ja w sumie pozytywizm lubiłam).

No, ale zakupiłam, przeczytałam i teraz też się już mogę zachwycać. Bo niestety niczego oryginalnego nie powiem - podobało mi się i już. To jest jednak inna proza niż sióstr Bronte czy Austen, bardziej chłodna i elegancka, nie dostrzegłam tu typowych dla tamtych pasji i namiętności. W ogóle nie pasuje mi do kategorii romansów, bo akurat "romans" to była jej najmniej udana część. Para głównych bohaterów, Margaret Hale i John Thornton, pozostali dla mnie dość nijacy - i ani się z nimi nie zaprzyjaźniłam, ani nie bardzo uwierzyłam w uczucie, które miałoby się (lub nie) między nimi rozwijać. To znaczy, owszem - zostali przez pisarkę scharakteryzowani słownie, ale ja nie "czułam" ich charakterów, moim zdaniem nie wynikały one z samej akcji. O wiele lepiej wyszło pani Gaskell tworzenie spójnych bohaterów z dalszych planów. Tak samo to, czy jakieś uczucie między parą głównych bohaterów mogło zakiełkować, pozostało dla mnie sprawa drugorzędną, wręcz nie bardzo mnie to interesowało.

A jednak, mimo tego zastrzeżenia, uważam, że jest to świetna powieść obyczajowa, temat "przemysłowy" nie powinien nikogo odstraszyć. Doskonale mi się mieszkało z rodziną Hale pod jednym dachem, czy był to dach plebanii na Południu, czy domu w robotniczym miasteczku na Północy. Siedziałam z nimi przy posiłkach, wychodziłam na spacery, spotykałam ludzi - chętnie robiłabym to jeszcze przez kolejne pół tysiąca stron.Czułam się całkowicie zadomowiona.

Swoją drogą, kiedy czytałam o robotniczym Milton, przypominały mi się wspomnienia Frances Hodgson Burnett, która jako dziecko też miała umiarkowane szczęście zamieszkiwać w przemysłowych rejonach Anglii. Najbardziej jej opis sadzy, wirującej w powietrzu, osiadającej na wszystkim dookoła, także twarzach i sukniach...

Przede mną teraz serial z 2004 r., podobno doskonały. Jako ciekawostkę dodam, że Thorntona zagrał w nim Richard Armitage, czyli Thorin Dębowa Tarcza z Hobbita :) Druga powieść, "Żony i córki", tez już czeka na półce, ale chwilowo zagłębiłam się w czytaniu cudzej korespondencji, choć to podobno brzydko (ale może mi panowie wybaczą, zarówno Tolkien, jaki i Lem z Mrożkiem), więc pani Gaskell musi chwilkę poczekać.

***

A jeśli chodzi o prywatę, to chaos totalny trwa. Remont posuwa się tempem ślimaczym, a musimy zdążyć do wiosny, optymalnie byłoby skończyć za jakieś 7 tygodni. Na razie szanse marne, zwłaszcza że środki finansowe na wyczerpaniu. Obecnie najgodniej prezentuje się toaleta, pomieszczenie niewielkie, ale jakże istotne ;) Chociaż tak całkiem skończone też nie jest. Nie najlepszy to wynik, zważywszy, że remont zaczął się trzy tygodnie temu. Na szczęście kuchnia też już ruszona, sporo przeróbek instalacyjnych trzeba tam było wykonać, żeby przemienić standardy sprzed 50 lat w dzisiejsze. Wkrótce powinni nam wymieniać okna, czekamy na to z utęsknieniem, ale pozostaję sceptyczna, jeśli chodzi o terminowość firmy - choć może mnie zaskoczą. Ocieplenie idzie, warto byłoby to wykorzystać. Na kolejny ogień pójdzie łazienka - to największe wyzwanie, zupełnie nie wiemy, jak ją ugryźć, a koszt remontu przeraża. Ale zrobienie porządku jest niezbędne, nie da się już czekać dłużej. Wrzuciłabym zdjęcia, ale mnie odrzuca na myśl, że miałabym się do niej publicznie przyznać (chociaż jej stan to nie nasza zasługa, a pozostałość po poprzednich właścicielach). Dodam je, jak już będziemy mieć wersje "przed" i "po"...
Ciężko mi się skupić na czymkolwiek, siedząc w środku tego remontu i kompletnego zagracenia, stosów paczek i mebli, wśród gruzu, pyłu, hałasu wiertarki i kucia. Żałuje, że ten jedyny w życiu czas oczekiwania na pierwsze dziecko upływa w takich okolicznościach - delektowanie się nim jest skazane na niepowodzenie. Fizycznie męczę się zastraszająco szybko, a w głowie mam chaos. Miotanie się między lekarzem a supermarketem budowlanym to taka średnia przyjemność. Ostatnio poszłam nawet dla odprężenia pod lokalną bibliotekę - mam na osiedlu aż dwie filie - czy mnie nogi zaniosą w prawo czy w lewo, zawsze dotrę do książek ;) Obejrzałam ją sobie z wierzchu, pomacałam, powzdychałam, ale nie weszłam. Znoszenie teraz do domu lektur to nie jest dobry pomysł, a nie ma szans, żebym weszła, zarejestrowała się i wyszła z pustymi rękami. To się nigdy nie zdarza...

24 stycznia 2013

Literatura na ekrany! - Śródziemie kontraatakuje


Udało mi się wreszcie dotrzeć do kina na "Hobbita", z dużym opóźnieniem, ale to i tak był nie lada wyczyn, w obliczu remontowego chaosu oraz okoliczności przyrody (parking kinowy był kompletnie zasypany, a i przetoczenie się z domu do kina łatwe nie było). Upodobania mamy proste, więc wybraliśmy wersję bez bajerów, banalne 2D z napisami (3D nas jakoś specjalnie nie kręci, a wersję 48 klatek nam odradzono, jako dającą efekt teatralny). Jak było?

Było dobrze, ale niestety - nie bardzo dobrze. Ciekawa bajka, miło się oglądało, ale zachwycić się nie zdołałam.
Po pierwsze 
Nie jestem przekonana do sensu rozbijania niezbyt długiej powieści na trzy oddzielne filmy - jeśli nie chciano za mocno przycinać akcji, może należało zrobić dylogię? Wierność książce w szczegółach nie zawsze się sprawdza, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że się zasadniczo nie sprawdza, bo film funkcjonuje na innych zasadach. (Stąd dobrze się czyta np. dialogi na piętnaście stron, ale już oglądanie przegadanego filmu bywa męczące, chyba że reżyser wybitny i potrafi.) Z powodzeniem kilka scen można by wyciąć z pierwszej połowy "Hobbita" bez żadnej straty dla widza, a i drugą przydałoby się okroić. Od razu przyznam, że nie wiem, w jakim stopniu film jest wierny książce, bazuję na opinii innych - że bardzo. Sama czytałam "Hobbita" jakieś 10 lat temu, podobał mi się średnio (za to "Władca pierścieni" mnie zachwycił), a mój egzemplarz spoczywa spakowany gdzieś w środku stosu przeprowadzkowych paczek i nie mam jak sprawdzić, choć chętnie bym to uczyniła.
Po drugie
Przeraźliwa powtarzalność akcji, co jest wynikiem punktu pierwszego. Streszczenie wyglądałoby tak:
Krasnoludy & hobbit idą, idą, idą. Znienacka pojawiają się trolle. Bitwa. Jest bardzo źle, ale w ostatnim momencie wyskakuje Gandalf i ratuje sytuację.
Krasnoludy & hobbit idą, idą, idą. Znienacka pojawiają się orkowie. Bitwa. Jest bardzo źle, ale w ostatnim momencie wyskakuje Gandalf i ratuje sytuację.
Krasnoludy & hobbit idą, idą, idą. Znienacka pojawiają się gobliny. Bitwa. Jest bardzo źle, ale w ostatnim momencie wyskakuje Gandalf i ratuje sytuację.
Krasnoludy & hobbit idą, idą, idą. Znienacka pojawiają się kamienne olbrzymy. Bitwa. Jest bardzo źle, ale wyjątkowo Gandalf nie wyskakuje, pewnie dlatego, że olbrzymy naparzają się między sobą, a krasnoludy znalazły się tam przypadkiem i dadzą radę.
Dalej schemat jest kontynuowany jak wyżej, aż do końca, dającego słabą nadzieję na jakąś odmianę w kolejnej części.
Bardzo widowiskowe było to wszystko, ale jak po raz n-ty zobaczyłam zaplutą gromadę orków, lecącą z wrzaskiem za (swoją drogą niezniszczalnymi) krasnoludami, to poczułam, że już długo nie wytrzymam. Zagęszczanie się akcji z upływem czasu polegało na skracaniu momentów spokojnych (krasnoludy idą), a wydłużaniem aktywnych (krasnoludy się biją).
Po trzecie
Nieznośny patos. Od czasu do czasu któryś z bohaterów, zdaje się, że głównie Bilbo, wygłaszał jakąś Uwagę Mądrą a Światłą i Zapamiętania Godną. Pokazywany był wtedy obowiązkowo na tle nieba, oświetlony przez słońce dramatycznie wschodzące lub zachodzące (te dwie pory dnia dominowały w całym filmie), wszystkie postaci dookoła zamierały, a w tle obowiązkowo leciał kawałek "Old Friends". Nie zwróciłam uwagi, czy mu w tym momencie wietrzyk rozwiewał loki, ale powinien. I brakowało mi już tylko łopoczącej amerykańskiej flagi...
Pomniejsze uwagi:
4. Wtórność w stosunku do "Władcy pierścieni". Jeśli ktoś bardzo chciał powrócić do tamtego świata, będzie usatysfakcjonowany, ale niczego nowego, odświeżającego nie należy si spodziewać. Ten sam sposób filmowania, taka sama muzyka, ten sam typ zdjęć (chwilami ocierający się bardzo blisko o kicz).
5. Efekty specjalne dość nierówne - rewelacyjny Gollum (widać tu rozwój przez te parę lat), a zarazem gumowato-plastelinowy Azog. Najbardziej zaniepokoiły mnie pierwsze sceny pokazujące krasnoludzkie miasto w okresie chwały - szybko przejeżdżająca kamera sprawiała, że na ekranie widać było tylko rozmyte plamy, a jedynym wyraźnym elementem były napisy. Na szczęście potem już takich efektów  nie było.
6. Mnóstwo małych irytacji, na które można przymknąć oko (jak pożar lasu rozprzestrzeniający się tylko w jednym kierunku - z dala od dobrych bohaterów - oraz tylko na poboczach, zostawiając środkiem nietknięte przejście), zwłaszcza że wiele z nich powinno być chyba skierowane do Tolkiena, a nie do Jacksona. Chociaż może Tolkien niektóre dziwne poczynania swoich bohaterów uzasadniał lepiej, a reżyser nie i przez to rażą.

Podsumowując - nie polecam jakoś szczególnie, ale fanów Tolkiena nie zniechęcam, sama pewnie i tak obejrzę dalsze części. A wkrótce zabieram się za lekturę "Listów" Tolkiena, które udało mi się nabyć po okazyjnej cenie w osiedlowej księgarni. A już się cieszyłam, że mi tak niekupowanie książek dobrze idzie...

17 stycznia 2013

Nagły atak zimy - część 2


Pozostając w temacie zimowo-szwedzkim, obejrzałam ostatnio ekranizację pierwszego tomu kryminalnej serii Asy Larsson (o trzecim tomie pisałam w poprzednim wpisie), czyli "Burzy z krańców ziemi" (oryg. Solstorm). Film produkcji szwedzkiej dostaje ode mnie od razu duży plus na początku, bo uwielbiam szwedzki język. (Po cichu powiem, że mam plany, żeby w najbliższym czasie rozpocząć naukę...). Poza możliwością posłuchania tego obłędnego akcentu oraz oglądania Kiruny na żywo, film daje także bonus w postaci Izabelli Scorupco jako prawniczki Rebeki Martinsson i muszę przyznać, że w tej roli wypadła bardzo dobrze.
Izabella Scorupco jako Rebeka Martinsson
 Nie będę już streszczać fabuły, można o tym poczytać we wpisie na temat książki (TU). W skrócie chodzi o to:

Kto zabił charyzmatycznego pastora?
Sam film jest dość przeciętny, ot taki telewizyjny "urozmaiczacz" wieczoru - przyzwoicie opowiedziana historia, przyzwoicie odegrane postaci i nieprzyzwoicie dużo śniegu. Jeżeli jednak ktoś nie jest zagorzałym fanem ekranizacji i/lub kina szwedzkiego, to polecam raczej przeczytać książkę. Jest lepsza.

Zorza nad Kiruną

24 października 2012

Obejrzane - ekranizacja "Mnicha"


Gotycka powieść grozy Matthew Gregory'ego Lewisa z XVIII wieku została zekranizowana przez Francuzów w 2011 r.* W roli tytułowej wystąpił Vincent Cassel.

Gdybym nie czytała powieści, film mógłby mi się spodobać. Niestety, twórcy zbyt daleko odeszli od pierwowzoru, żeby sprostać moim oczekiwaniom. Z powieści bądź co bądź przygodowej zrobili dramat, mocno przykrawając fabułę do tej konwencji. Postawili na główny wątek - mnicha Ambrozja wodzonego na pokuszenie - a i ten przycięli. Ambrozjo błyskawicznie przechodzi od postawy świętości do czynów okrutnych (acz za daleko nie zaszedł, w porównaniu z książką), a walka z namiętnością do Antonii nie zajmuje mu zbyt wiele czasu. Wątek Agnes zepchnięto daleko na drugi plan i skrócono do kilku krótkich scenek. Nieszczęsna Agnes skończyła jednak daleko gorzej niż w pierwowzorze literackim. Jej ukochany w filmie w ogóle nie występuje, nie wspominając prób ratowania biedaczki. Pominięto też cały wątek wyjaśniania tajemnic pochodzenia Ambrozja i nadobnej Antonii (naciągany, owszem, ale dodający jeszcze tragizmu wydarzeniom).



Rozczarowałam się, ale oglądania nie odradzam, bo - jak wspomniałam - moje uczucia spowodowane sa głównie odejściem twórców od oryginału. Film rozpatrywany jako całość jest natomiast całkiem interesujący. Niewątpliwą jego zaletą są piękne zdjęcia i dobre aktorstwo. 


 

 Mnich / Le Moine, reż. Dominik Moll, Francja 2011

* Nie jest to pierwsza ekranizacja - wcześniej powstały aż dwie, w 1972 i w 1990 roku.

24 lipca 2012

Literatura na ekrany! - "Emma" Jane Austen

Nie wiem, jak dobrze znane są ekranizacje "Emmy" w Polsce (na pewno ta z Gwyneth Paltrow), ale w Anglii na blogach i forach toczą się spore boje o to, która jest najlepsza. Oczywiście każdy jest przekonany, ze jego wybór jest jedynie słuszny. Tymczasem o gustach się nie dyskutuje i każdy sobie jedną (albo więcej, albo żadną) Emmę wybierze jako tą jedyną. Uwielbiam filmy kostiumowe, jeszcze bardziej ekranizacje XIX-wiecznej literatury, więc wszystkie obejrzałam z zainteresowaniem, ale która spodobała mi się najbardziej, zdradzę na końcu.


"Emma Woodhouse, osóbka przystojna, rozumna i bogata, posiadająca dostatni dom i obdarzona pogodnym usposobieniem, otrzymała, zda się, wszelkie dary, jakie życie ofiarować może; toteż przeżyła na świecie blisko dwadzieścia lat bez większych powodów do zmartwień i niezadowolenia". Młodsza córka zamożnego dżentelmena jest przekonana, że nigdy nie wyjdzie za mąż, bo zbyt lubi życie, jakie wiedzie w domu swego ojca - hipochondryka, ale jakże kochanego. Jest ładna, bystra i bogata, przynależy do najlepszej sfery. Ma dom, wielbiącego ją ojca, zamężną siostrę, gromadkę siostrzeńców, przyjaciół i nic jej więcej nie potrzeba. Jej życie codzienne jest jednak zbyt spokojne, jak dla tak młodej i energicznej osóbki, dlatego panna ubzdurała sobie, że doskonale zna się na ludziach i jest mistrzynią w kojarzeniu par. Na "ofiarę" wybiera pastora Eltona oraz swoją przyjaciółkę, Harriet - dziewczę ładne i naiwne, o nieznanym pochodzeniu (od dzieciństwa ktoś łoży na jej utrzymanie na miejscowej pensji dla dziewcząt i Emma wierzy, że ojciec Harriet jest nie tylko  bogaty, ale i odpowiednio urodzony) . Emma sporo namiesza, zanim uświadomi sobie rozmiar swoich omyłek, ale co ja Wam będę opowiadać... Austen zrobiła to znacznie lepiej.

"Emma" nie jest moją ulubioną powieścią Jane Austen i nie zachwyciła mnie specjalnie, kiedy ją pierwszy raz czytałam. Powrót do lektury po kilku latach okazał się znacznie bardziej udany - już wiem, że nie znajdę tu tej energii i tych emocji, co w "Dumie i uprzedzeniu", więc się ich nie spodziewam. Lubie jednak pospacerować w wolnym rytmie po wiosce Highbury i po ogrodach Hartfield, a nawet poirytować się na Emmę za jej zarozumialstwo wynikłe z młodego wieku, wysokiej pozycji i nieznajomości świata.

Emma z Dianą Fairfax (1960)
Ekranizacji powstało sporo - w latach 1940-1980 było ich sześć. Później nastąpiła 15-letnia przerwa, a od lat 90. Jane Austen znów zaczęła wracać na ekrany. Najstarsza ekranizacja, jaką udało mi się obejrzeć, to serial BBC z 1972 r., dlatego nie opowiem Wam o wcześniejszych. Znalazłam tylko informacje, że były to: "Emma" z 1948 r. z Judy Cambell w roli tytułowej (reż. Michel Barry), "Emma" z 1954 r. z Felicią Montealegre w roli tytułowej, "Emma" z 1957 r. z Sarah Churchill w roli tytułowej  i dwie ekranizacje z 1960 r. - angielska z Dianą Fairfax i amerykańska z Nancy Wickwire.





Emma, reż. John Glenister, miniserial BBC, UK 1972 (240 min, 6 odcinków)

Serial z BBC to właściwie całkiem niezła ekranizacja - zresztą od BBC trudno oczekiwać złej. Scenariusz - mimo kilku zmian w stosunku do oryginału - jest bardzo udany, dzięki czemu film oglądałam z zainteresowaniem (mimo że była to 4.  z oglądanych przeze mnie ekranizacji "Emmy"). Film jest jednak bardzo teatralny i wizualnie dość mocno się zestarzał - ma w końcu te 40 lat. W dodatku dobór głównych aktorów jest dość pechowy i chyba głównie z tego względu serial ten nie ma szans cieszyć się popularnością wśród współczesnych widzów.

Doran Godwin, która gra tytułową bohaterkę, jest - cóż - niedopasowana do obecnych kanonów urody. W ruchu wygląda lepiej niz na zdjęciach, ale kiedy zestawi się ją ze słodziutką jak karmelek Harriet Smith (Debbie Bowe), trudno uwierzyć, by ktokolwiek mógł się szczerze zainteresować Emmą. Charakterek też ma niezbyt pociagający -  nie ma w niej szczerości uczuć, manipuluje innymi raczej z nudów niż dla uszczęśliwienia ich. Pomiata biedną Harriet jak szmacianą lalką. Nie wzbudziła ani krzty mojej sympatii.
 

 Po lewej Emma, po prawej Harriet

Pan Knightley (John Karson) straszliwie mnie irytował - nie dość, że wyglądał na ojca Emmy (aktor miał 45 lat, był więc 7 lat starszy od bohatera, którego grał), to jeszcze właśnie tak się zachowywał. Nieustannie ją strofował i traktował jak głupiutkie dziecko, które trzeba pouczać na każdym kroku. Robił wrażenie obleśnego rozpustnika, który wychowuje młodziutką żonę, raczej z rozsądku niż miłości, a zdecydowanie nie taka była intencja Jane Austen. Ale w rezultacie wyrachowana Emma i przewidujący Knightley byli siebie godni, więc w sumie mogli stworzyć całkiem udany związek :)


Niezbyt spodobał mi się też ojciec Emmy, żywiutki jak młody pasikonik. Skakał to tu, to tam, zamiast przyzwoicie siedzieć w fotelu przy kominku, jak na starego hipochondryka przystało ;). Reszta aktorów była całkiem nieźle obsadzona.

Plus za uroczą staroświecką melodyjkę plumkaną na pianinie w czołówce serialu.


Emma, reż. Diarmuid Lawrence, UK 1996 (107 min.)

Dobra ekranizacja, z jedyną - jak dotąd - ciemnowłosą Emmą. Wierna książce - oczywiście w graniach możliwości, konieczne było przycięcie fabuły, by zmieścić ją w dwóch godzinach. Obejrzałam z przyjemnością, choć nie będzie to moja ulubiona ekranizacja i nie sądzę żebym kiedyś do niej wróciła.

Kate Beckinsale okazała się zaskakująco udana Emmą i moim zdaniem była najlepiej obsadzoną aktorką w tym filmie. Do reszty aktorów nie jestem przekonana - rzecz jasna, wszyscy grali dobrze, ale czegoś mi zabrakło. Po obejrzeniu serialu z 1995 r. na podst. "Dumy i uprzedzenia" nie potrafiłam już wyobrazić sobie Elizabeth Bennet inaczej niż z twarzą grającej ją aktorki. W tym przypadku nic takiego nie nastąpiło, bohaterowie filmu i książki pozostali dla mnie odrębnymi postaciami.

Nie mogłam się przekonać do Marka Stronga w roli Knightleya - to dobry aktor, ale cóż, nie można dogodzić każdemu (w tym wypadku mnie). Cały czas mi się wydawało, że tak powinien wyglądać Robespierre (czasy są zbliżone, w końcu "Emmę" wydano w 1815 r., kilkanaście lat po francuskiej rewolucji, więc może nie ma w tym nic złego, niemniej Robespierre nie wydaje mi się postacią szczególnie romansową ;)). Słodka i całkiem udana była Harriet Smith (Samantha Morton), ale Jane Fairfax (Olivia Williams) miała twarz nie do zapamiętania. Zresztą większość aktorów mogliby podmienić i nie odczułabym z tego powodu najmniejszego żalu.

Emma i Kinghtley
Jane i Frank Churchill


Emma, reż. Douglas McGrath, USA 1996 (121 min.)

Od razu wyznaję, że nie przepadam za tą ekranizacją. Obejrzałam ją po raz pierwszy lata temu, ale wydawała mi się wtedy boleśnie nudna. Teraz zrobiłam sobie powtórkę i również nie wzbudziła we mnie większych emocji.

Gwyneth Paltrow (jaka młodziutka!) bardzo pasuje mi wizualnie do roli Emmy, ale kreowanej przez nią bohaterki nie polubiłam. Irytująca panienka, która uważała się za lepszą i mądrzejszą od wszystkich, pozbawiona wdzięku, który mógłby osłodzić ten charakterek. Nie wiem, czy to wina interpretacji aktorki czy scenariusza.

 Za fatalnie obsadzoną uważam rolę Harriet. Toni Colette ma urodę... specyficzną, a Harriet miała być wdzięcznym dziewczątkiem. W dodatku charakterologicznie z milutkiej naiwnej panienki zrobiła przygłupią dziewuchę i naprawdę nie sposób pojąć, jak Emma mogła znieść dobrowolnie jej towarzystwo. Pełna rezerwy Jane Fairfax w wykonaniu Polly Walker także mnie nie zachwyciła. Wyglądała jakby nie tyle chciała trzymać innych na dystans (z ukrytych pobudek), co jakby gardziła całym towarzystwem i nie zamierzała się z nim pospolitować. Za to bardzo podobał mi się Jeremy Northam w roli Knightleya - był akurat w sam raz dojrzały, w sam raz przystojny i w sam raz sympatyczny - ale nie wystarczył bym nabrała sympatii do filmu.

Na plus należy Amerykanom policzyć, że ich ekranizacja jest wizualnie bardzo ładna. Stroje są zachwycające - w przeciwieństwie do grzybopodobnych czepków Kate Beckinsale.

Emma i Kinghtley
Jane Fairfax i Frank Churchill
(Czy Jane nie wygląda,
jakby mogła złapać Franka za kudły
i zawlec za sobą do domu?)


Emma, reż. Jim O'Hanlon, miniserial BBC, UK 2009 (240 min, 4 odcinki)

Teraz wreszcie będę się zachwycać. Romola Garai dała swojej Emmie ogromny urok osobisty. Aktorka, na zdjęciach piękna jak aniołek, zmienia się w ruchu. Jej twarz jest pełna ekspresji, mimika przebogata (aż do przesady), z jej twarzy można odczytać każdą emocję. Łatwo ją polubić, nawet jeśli ma się ochotę prać ją po głowie za zabawę ludźmi jak lalkami. Jako jedyna odtwórczyni tej roli Garai ożywiła swoją bohaterkę. Wreszcie mogłam zrozumieć, dlaczego Knightley się w niej zakochał...

Cudowna jest też Harriet, śliczna, ale niezbyt bystra - Louise Dylan idealnie pasuje do roli. Miła, uczciwa, naiwna - dobra dziewczyna, o pechowym pochodzeniu, łatwo poddająca się przewodnictwu "ważniejszej" przyjaciółki. Świetny Michael Gambon jako ojciec Emmy, jakby żywcem wyjęty z kart powieści. Zresztą - uważam każdą rolę za doskonale obsadzoną, musiałabym tu wymienić wszystkich aktorów.

Początkowo rozczarował mnie George Knightley - był dobrze zagrany, wiarygodny jako postać, widać było chemię między nim a Emmą, ale jednak był zupełnie inny niż w książce. Była to celowa decyzja twórców - pewne uwspółcześnienie tego romansu*. Dlatego nie mamy już płochej nastolatki i dojrzałego, poważnego dżentelmena, który wychowuje sobie przyszłą żonę, tylko parę przyjaciół. Dzieli ich co prawda spora różnica wieku, ale łączy wieloletnia bliska znajomość oraz bardzo młody sposób bycia Knightleya (przy jednoczesnej większej rozwadze i wiedzy życiowej niż jego uroczej przyjaciółki). Miało to swoje plusy, choć ta zażyłość między nimi, ich swobodne zachowania, nieco mi zgrzytały w kontekście początku XIX wieku. Grający Knightleya Jonny Lee Miller miał jednak tyle uroku, że nie tylko mu wszystko wybaczyłam, ale pod koniec prawie sama się w nim zakochałam.

Wielki plus za uroczą scenę balu. Tańczący wyglądają jakby naprawdę świetnie się bawili, a nie tylko odtwarzali układ choreograficzny. Scena, w której Knightley  pomaga Harriet - bezcenna. Drugi plas za fantastyczną czołówkę - złotawe wzory na szkarłatnym tle przypominały XIX-wieczna tkaninę, a muzyka obiecywała kolejny fantastyczny odcinek.

Scenariusz serialu napisała  Sandy Welch (autorka scenariusza do ekranizacji "Jane Eyre" - miniserialu z 2006 r.), więc wcale się nie dziwię, że wyszedł doskonale. Muszę jednak przyznać, że niektóre sceny i dialogi były niemal identyczne z ekranizacją z Kate Beckinsale. Zaczęłam wręcz szukać powiązań między tymi filmami, ale wersja z 1996 r. ma innego scenarzystę, więc już sama nie wiem, czy autorzy serialu "ściągali" z filmu, czy po prostu oba są aż tak wierne książce.

*W ciekawym dokumencie o kręceniu serialu twórcy przyznają, ze chcieli nakręcić "Emmę" dla współczesnego odbiorcy, stąd odeszli nieco od konwencji, co widać np. w wyraźnej gestykulacji bohaterów i mowie ich ciała (czytaj - aktorzy nie są tak sztywni, jak w pozostałych ekranizacjach). W moim odczuciu ta wzmożona gra mimiką sprawdziła się w przypadku "Emmy" doskonale.

Piknik na Box Hill


 ***************************

Kolejny raz sprawdziła się zasada, że nie da się zrobić naprawdę dobrej ekranizacji w postaci filmu - wymagane jest kilka odcinków, żeby uwypuklić wszystkie te cudowne detale, składające się na urok powieści. "Emma" z Romolą Garai trafia na półkę moich kostiumowo-ekranizacyjnych ulubieńców obok "Dumy i uprzedzenia" z 1995 r., "Jane Eyre" z 2006 r. i "Tajemnic domu na wzgórzu" z 1996 r.

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...