29 stycznia 2012

Z literacką wizytą we Wrocławiu

Jak to jest, że mnie się zawsze wszystko podoba na odwrót niż innym? Niech mi to ktoś wyjaśni. Nie zachwyciła mnie Majgul Axelson, którą chwalą wszędzie (dobra pisarka, ale czarnowidząca, więc nie, dziękuję). "Cukiernię pod Amorem" zakończyłam w połowie (nie wciągnęła mnie), a "Dom sióstr" Link uważam za ciężkiego gniota (wybaczcie, tak już mam). Nie boli mnie ta odmienność gustów, ale jednak zastanawia...


Przy poniższym zbiorku opowiadań nie było inaczej. Po lekturze rzuciłam się na recenzje, których sporo pojawiło się na blogach kilka tygodni temu, i odkryłam, że u mnie znowu wszystko stoi na głowie... Chwalony Chwin znudził mnie tak, że porzuciłam książkę w połowie jego opowiadania i przez parę tygodni nie mogłam się zmusić, żeby do niego wrócić. Skończyłam opowiadanie, kartkując i krzywiąc się, bo mnie rozbolały zęby od zderzenia banałów i nieprawdopodobieństwa oraz udźganych na siłę nazw ulic i innych zakamarków Wrocławia. Zachwalana jako najlepsza "Oddana" Łukasza Orbitowskiego była dobra, po prostu dobra, ale dla mnie za bardzo wydumana. Kuczoka skwitowałam skrzywieniem jak po cytrynie, jak nie ma, o czym pisać, to najlepiej o seksie, a żeby było bardziej oryginalnie to jeszcze dorzućmy profanację - zupełnie jak w polskim kinie. Braki w fabule najlepiej uzupełnia się rozebraną aktorką. Ech... Ale od początku.


Wrażenie pierwsze
A na początku zauważyłam okładkę, na której zepsuto ciekawy pomysł (w dolnej połowie) koszmarnym typograficznie tytułem - "hej, właśnie nauczyłem się używać Worda i umiem zrobić taki kolorowy napis", co z tego, że pasuje jak sól do herbaty. Ale nie oceniajmy po okładce, przejdźmy do treści...


Wrażenie drugie
A zbiorek rozpoczynał się niestety, ach niestety, tym niefortunnym Chwinem, porzuconym w połowie (opowiadania ułożono alfabetycznie wg nazwisk autorów i moim zdaniem nie był to dobry pomysł). Banalna strona opowiadania mówiła o małżeństwie, które się pokłóciło o pierdoły i rozstało, a nieprawdopodobna o bałkańskich szczudlarzo-hakero-prawieaniołach, co to im postanowili wiarę w miłość wzajemną przywrócić. No, nie zachwyciło mnie.

Na drugi ogień poszła Iwasiów, która na szczęście znacznie lepiej opowiadała o poszukiwaniach informacji o pewnej miłości z dawnych lat, która się rozegrała we Wrocławiu. Niemniej także i to opowiadanie pozostawiło mnie letnią i raczej znudzoną.

Wrażenie trzecie
Dalej było już lepiej. Karpowicz, którego byłam bardzo ciekawa, nie rozczarował. Napisał opowiadanie, które bez marudzenia przeczytałam od początku do końca. Zaciekawił, ale pozostawił bez irytującego niedosytu. O kobiecie, która zakochuje się w nastolatku, krótko mówiąc.
Potem, niestety, nastąpiły zgrzyty w wykonaniu Kuczoka, czyli opowiadanie o doggingu we wrocławskim kościele, oraz Malickiego - o pisarzu, który  miesza fikcję z rzeczywistością (nudno).
Za to dalej dobra "Oddana" Orbitowskiego - mroczna historia dziewczyny porwanej przez rzekę. I oddanej... Ciekawy debiut Joanny Pachli "Stacz", o zakochaniu z wzajemnością, ale w jak się okazuje, niewłaściwym człowieku. Wizualizacja spaceru o północy w Wigilię z mężczyzną przebranym za zebrę - bezcenna. Drugie, po Karpowiczu, opowiadanie, które uczciwie przeczytałam od początku do końca, nie mając nawet przez chwilę chęci przeskakiwać wzrokiem akapitów.
Pasewicz w roli zaskoczenia tomu - opowiadanie o miłości homoseksualnej jakoś mnie nie pociągało, a połknęłam je, nagrodzona przewrotnym, a jednak życiowym zakończeniem.
Dalej Pilipiuk, za którym jakoś szczególnie nie przepadam, naprawdę dobrze rozprawił się z konwencją kryminalną i chociaż motywy zbrodni odkryłam za szybko, to i tak bawiłam się dobrze tym makabrycznym opowiadaniem o samobójstwie poprzez... mumifikację.
Równie mocno spodobał mi się utwór Marty Syrwid, pozornie banalna historia "podrywu", ale świetnie opowiedziana, cudownie prawdziwym (aż do bólu) i giętkim językiem. Jedyna autorka, po której "pełnowymiarowy" utwór chcę po tym wrocławskim doświadczeniu sięgnąć (wydała powieść "Zaplecze").
Trio Grin-Grzegorzewska-Świetlicki, zjechani równo we wszystkich recenzjach, nie wydali mi się aż tacy źli. Teatrzyk absurdu, a ja lubię ten gatunek. Może nie było to mistrzostwo świata (ech, "Dialogi na cztery nogi"...), ale nie bolało. 
Krzysztof Varga nawiązuje do Śniadania u Tiffany'ego. Znów jestem wyjątkiem, bo Holly Golightly mnie wyłącznie drażni (w książce, filmu nie widziałam), ale opowiadanie niezłe. I wreszcie dość udane dziełko Andrzeja Ziemiańskiego - po twórcy "Achai" nie spodziewałam się sympatycznego realizmu z akcentem magicznym.


Polecam zainteresowanym (miłością, Wrocławiem, opowiadaniami), nie jest to lektura obowiązkowa, ale ja cieszę się, że ją przeczytałam. Początkowo miałam czarne przeczucia, więc zbiorek zaskoczył mnie pozytywnie. Sięgnęłam po niego głównie dlatego, że mało czytam polskich autorów, wielu kojarzę tylko z nazwiska i uznałam to za dobrą okazje do ekspresowego zapoznania się z ich stylem. W efekcie, na pewno zapamiętam Karpowicza, Syrwid i Pasewicza, a może sięgnę też po "Wampira z M3" Pilipiuka (którego znałam wcześniej, ale nie przepadałam za nim - za Pilipiukiem, nie za wampirem ;)).

28 stycznia 2012

Nowe, nowsze, najnowsze - co w wydawnictwach piszczy

Zamiar niekupowania książek (w każdym razie - nie hurtowo) nie oznacza, że przestaję zaglądać do księgarni. Masochistycznie zrobiłam przegląd zapowiedzi wydawniczych i wybrałam kilka pozycji (byłby ładny stosik), które mnie zainteresowały i planuję zdobyć (kiedyś):

  



Laurent Gaudé, Huragan, Wydawnictwo WAB 2012 
Notka wydawnictwa (stąd): Tę historię sprzed sześciu lat zna niemal każdy. Huragan Katrina z potężną siłą uderzył w Nowy Orlean, pozbawił życia blisko dwa tysiące ludzi, pozostałym odebrał dach nad głową i dorobek całego życia.
W powieści o nadciągającym huraganie i mającej nastąpić tragedii opowiada kilka osób. Bliski obłędu ksiądz próbujący pomóc tym, którzy nie mają szansy wydostać się z miasta, więźniowie z zakładu karnego przeczuwający nadchodzące niebezpieczeństwo, życiowy rozbitek, który postanawia przemierzyć ogromny dystans, by odnaleźć ukochaną mieszkającą w zagrożonym mieście, stara kobieta, która czeka na katastrofę, twierdząc, że i tak nie ma nic do stracenia...
Druzgocąca siła natury jest w Huraganie mrocznym i gwałtownym tłem dla ukazania tego, co w obliczu dramatu dzieje się w naszych sercach i umysłach - bo przecież nie chodzi tylko o mieszkańców Nowego Orleanu.

(Premiera: marzec 2012.)

Mariusz Wollny, Kacper Ryx i król alchemików, Wydawnictwo Otwarte 2012
Czwarty tom przygód Kacpra Ryxa.
Notka wydawnictwa (stąd): Nobilitacja, ślub z Janką, stracenie Samuela Zborowskiego – Kacper Ryx może wreszcie odetchnąć i cieszyć się życiem. Nic bardziej mylnego. Przeszłość powraca w najmniej oczekiwanym momencie. Ryx musi po raz kolejny użyć swych inwestygatorskich talentów, by udaremnić spisek różokrzyżowców, odnaleźć księgę mistrza Twardowskiego, ocalić rodzinę i uniknąć śmierci.
(Premiera: luty 2012.)

Susan Hill, Kobieta w czerni, Wydawnictwo Amber 2012
Przyznam, że czekałam na film, a nie wiedziałam, że to będzie ekranizacja. I teraz mam dylemat - najpierw czytać czy oglądać? Wolę najpierw czytać, ale pewnie nie uda mi się zdobyć książki przed premierą.
I uwaga na temat okładki - może w rzeczywistości wygląda lepiej, bo na miniaturze Daniel Radcliffe ma minę, jakby miał zaraz wybuchnąć płaczem i nie robi to zbyt zachęcającego wrażenia.
Notatka wydawnictwa (stąd): Spowity mgłą i tajemnicą Dom na Węgorzowych Moczarach góruje nad omiatanymi przez morskie wichry bagnami,odcięty od świata i niedostępny, gdy fale przypływu pochłoną Ławicę Dziewięciu Topielców – jedyną drogę, jaka łączygo z lądem.
Arthur Kipps, młody notariusz z Londynu, przyjeżdża na pogrzeb samotnej właścicielki domu, by uporządkować pozostawione przez zmarłą papiery. Nie wie jeszcze, co wydarzyło się przed laty w domu i na otaczających go bagnach. Nie wie, kim jest kobieta w czarnej sukni, która ukazuje mu się z oddali. Lecz wkrótce odkryje przerażający sekret Domu na Węgorzowych Moczarach i pojmie, jak straszliwą zapowiedzią jest pojawienie się kobiety w czerni…
(Premiera: luty 2012.)

Claire Dederer, Pozerka. Moje życie w dwudziestu trzech pozycjach jogi, WAB 2012
Notatka wydawnictwa (stąd): O dobroczynnościach jogi wie tu każdy. Lekarz, kasjer w supermarkecie a nawet bezdomny, sprzedający na ulicy gazety. Tylko trzydziestoletnia Claire, żona Bruce'a, matka rocznego bobasa podchodzi do sprawy z dystansem. Jednak gdy zaczynają się jej trząść ręce, a silny ból pleców zmusza do odstawienia od piersi żarłocznej Lucy, wybiera się do księgarni, gdzie kupuje kasetę z jogą dla początkujących. Wieczorem zamyka się w pokoju, włącza telewizor i... szybko orientuje się, że bez pomocy nauczyciela nic z tego nie będzie. Jej ciało nijak nie chce przybrać prezentowanej na ekranie pozycji. Gdy trafi wreszcie na zajęcia jogi niedaleko domu, jej życie powoli, acz zdecydowanie zacznie się zmieniać. Niestety okaże się również, że wyłamanie się z obowiązujących w Seattle reguł bycia doskonałą matką i żoną - jest trudniejsze niż się wydawało!
Dederer pisze lekko i z humorem. Bez ślepego zachwytu kulturą Wschodu. Z dystansem i przymrużeniem oka snuje refleksję na temat związków, rodziny i idei zdrowego stylu życia.
Akurat ta notatka nie zachęciła mnie jakoś szczególnie, ale na podlinkowanej wyżej stronie jest też zamieszczony fragment książki, który bardzo mi się spodobał i nabrałam ogromnej chęci na poznanie całości. Zastanawiam się, czy nie wrócić do jogi, wiec będzie bardzo na czasie...
(Premiera: luty 2012.)

Apsley Cherry-Garrard, Na krańcu świata. Najsłynniejsza wyprawa na biegun południowy, Zysk i ska 2012
Co ciekawe oryginalny tytuł brzmi "Najgorsza podróż świata" (The Worst Journey In the World), ale wydawnictwo uznało widać, że najgorsza to synonim najsłynniejszej...
Notka wydawnictwa (stąd): Najlepsza w historii książka podróżnicza według „National Geographic Adventure”! Przygody, które mrożą krew w żyłach. Ludzie, którzy wzbudzają podziw.
"Na krańcu świata" to przejmująca relacja z heroicznej wyprawy na biegun południowy w latach 1910-1913, którą kierował kapitan Robert Scott – jeden z ostatnich wielkich odkrywców geograficznych. Nie da się zapomnieć tej opowieści widzianej oczami najmłodszego uczestnika ekspedycji, Apsleya Cherry’ego-Garrarda. Doświadczył on wraz z towarzyszami najbardziej srogiego klimatu na Ziemi: skrajnie niskich temperatur, wielotygodniowych ciemności, potwornych śnieżyc czy zapadających się lodowych nawierzchni.
"Na krańcu świata" to historia fascynującej podróży do paszczy rozszalałego żywiołu i próby sił w obliczu bezlitosnej potęgi natury!
(Premiera: marzec 2012.)

Virginia C. Andreas, Kwiaty na poddaszu, Świat Książki 2012 
Poszukuję tej książki odkąd kiedyś wspomniała o niej Padma z Miasta Książek. Wreszcie ktoś ją wznowił!
Notka wydawnictwa (stąd): Wciągająca opowieść o rodzinnych tajemnicach i zakazanej miłości. Szczęśliwą z pozoru rodzinę Dollangangerów spotyka tragedia - w wypadku samochodowym ginie ojciec. Matka z czwórką dzieci zostaje bez środków do życia i wraca do swego rodzinnego domu. Niezwykle bogaci rodzice mieszkający w ogromnej posiadłości, wyrzekli się córki z powodu jej małżeństwa z bliskim krewnym, a narodzone z tego związku dzieci uważają za przeklęte. W tajemnicy przed dziadkiem rodzeństwo zostaje umieszczone na poddaszu, którego nigdy nie opuszcza. Dzieci żyją w ciągłym strachu, a odkrycie, jakiego dokonuje najstarszy brat, stawia rodzeństwo w obliczu nieuniknionej katastrofy.
(Premiera: luty 2012.)

25 stycznia 2012

Gdzie jest Brian?

Dlaczego w brutalny sposób zabito młodą Amy Mills, opiekunkę do dziecka?
Dlaczego w wąwozie odnaleziono ciało starszej pani?
Dlaczego przystojny interesujący mężczyzna oświadcza się Gwen, kobiecie zupełnie nijakiej, której najwyraźniej nie kocha?
Co stało się z małym Brianem Sommervillem?

Akcja rozgrywa się w Anglii, na dwóch płaszczyznach czasowych.
Współcześnie, komisarz Valerie Almond musi rozwikłać zagadkę dwóch morderstw - młodej studentki i starszej pani. Czy coś je łączy, poza podobnym sposobem popełnienia zbrodni?
Siedemdziesiąt lat wcześniej, w czasie II wojny światowej, 11-letnia Fiona zostaje ewakuowana z bombardowanego Londynu i trafia na uroczą farmę. Omyłkowo jednak, wraz z nią zamieszkuje tam mały niedorozwinięty chłopiec, tytułowe drugie dziecko, sierota, o którym nikt nie pamięta. Po pewnym czasie Fiona wraca do matki, a Brian zostaje - ale po kilku latach słuch po nim ginie...

Marne doświadczenia z "Domem sióstr" nie zraziły mnie do Charlotte Link, bo dwa jej kryminały, które czytałam wcześniej, bardzo mi się podobały ("Przerwane milczenie" i "Ostatni ślad"). Niestety "Drugie dziecko" jakoś mnie nie zachwyciło. Nie było złe, przyzwoity kryminał i historia rodzinnych tajemnic, ale obyło się bez fajerwerków. To, co najmocniej mnie zirytowało, to zauważalny już schematyzm - odgadnięcie winnego było banalnie proste, jeśli czytało się poprzednie kryminały. Nie napiszę dlaczego, bo nie chcę psuć niespodzianki tym, którzy jednak gotowi są przeczytać książkę. Nie chcę jednoznacznie zniechęcać do lektury, bo w sumie czytało się dobrze, postaci są wielowymiarowe i z solidną psychologiczną podbudową (jak zwykle u Link), historia raczej wiarygodna, więc wielbicielom pisarki powinno się spodobać. Mnie zabrakło świeżości, ale oceniam ją, powiedzmy, na jakieś 4/6.

A propos ACTA powiem tylko tyle: książkę pożyczyłam od koleżanki, więc za nią nie zapłaciłam - można uznać, że przeczytałam ją nielegalnie. Nie wiem, czy to już nie podpada pod jakiś paragraf...

24 stycznia 2012

Sherlock w przebraniu, kot w butach, a dziewczyna z tatuażem

W kolejności oglądania:

Sherlock Holmes: Gra cieni


Ten, kto czytał dawno temu moje wrażenia z pierwszego "Sherlocka Holmesa", powinien wiedzieć, że jestem niepoprawną fanka adaptacji Guya Ritchiego. Kto chce, niech wiesza psy, że filmowy detektyw nijak ma się do pierwowzoru literackiego i zamiast siedzieć w szlafroku i grać na skrzypcach biega po świecie i cudem unika wybuchów. Ja byłam wniebowzięta i zachwycona jeszcze bardziej niż na części pierwszej. Uwielbiam Sherlocka granego przez Roberta Downeya Jra, uwielbiam Watsona w wykonaniu Jude'a Law (chociaż nie przepadam za tym aktorem), uwielbiam wspaniałą scenografię, muzykę, humor, akcję - wszystko. W tej części była jeszcze, w roli wisienki na torcie, Noomi Rapace, czyli Lisbeth Salander ze szwedzkiej wersji "Millenium".

W tej części Sherlock Holmes musi zmierzyć się ze swoim największym wrogiem - profesorem Moriartym - i z pomocą przyjaciół zapobiec wybuchowi wojny. Temat mroczny, ale rozrywka przednia. Scena z Sherlockiem w damskiej sukni - bezcenna. Polecam.



Kot w butach


Kot w butach, który wielkimi ślepiami skradł show Shrekowi, doczekał się własnej filmowej "biografii". Jego twórcy postanowili widać skorzystać z fali popularności "Shreków" - niestety nie udało im się dorównać poziomem historii zielonego ogra. Bajka jest dość przyzwoita, bez rewelacji, ale za to z dużym ładunkiem nie do końca chyba zamierzonego absurdu. Widać, że twórcy z jednej strony bardzo chcieli być oryginalni, a z drugiej wykorzystać shrekowy schemat, czyli pożonglować różnymi motywami z bajek.

Wyszedł z tego dziwaczny miszmasz - kot w butach, Humpty Dumpty, magiczna fasola, gęś znosząca złote jajka, odrobina Zorro plus klasyczna męska opowieść o dwóch przyjaciołach z dzieciństwa, z których jeden zszedł na złą drogę. Bajka o magicznej fasolce znana jest raczej w świecie anglojęzycznym, Humpty Dumpty kłania się ze stron "Alicji w Krainie Czarów", kot w butach ze swoim literackim pierwowzorem ma wspólne jedynie obuwie - dziwne to wszystko jakieś i zgrzyta. Warto obejrzeć głównie dla scen tańca (ech, latino), zwłaszcza tej końcowej, i dla uroczych kotków drugoplanowych. Ale nie trzeba.



Dziewczyna z tatuażem

Uwielbiam książkę (całą trylogię), bardzo podobała mi się szwedzka ekranizacja, miałam poważne obawy co do wersji zamerykanizowanej, bo wiadomo, co Hollywood potrafi zrobić z najlepszą książką. Na szczęście obawy były bezpodstawne, a Fincher po raz drugi po "The Social Network" udowodnił, że dobrym reżyserem jest.

Bardzo lubię Daniela Bonda Craiga, idealnie pasował wizualnie do roli (wg moich wyobrażeń, rzecz jasna), zagrał świetnie, ale i tak został zaćmiony przez naprawdę fantastyczną Rooney Marę, Lisbeth wcieloną. Szwedzka Lisbeth była świetna, ale dopiero ta wyglądała i zachowywała się, jakby zeszła z kart książki wprost na ekran. Jestem pod jej ogromnym wrażeniem, bo przecież to była niezwykle ciężka rola pod względem emocjonalnym, ale też zmian wyglądu, autystycznego zachowania, nagości. I cieszę się bardzo, ze producenci nie przeforsowali pomysłu zatrudnienia do roli jakiejś gwiazdy - znana twarz położyłaby tą rolę. Najbardziej poronioną kandydaturą była Scarlett Johansson.

Poza Lisbeth warto też zwrócić uwagę na piękne, klimatyczne zdjęcia. Akcja toczy się wartko, zupełnie nie czuć długości filmu. Zakończenie zostało zmienione w porównaniu z książką, ale w niezbyt bolesny sposób. Czekam z utęsknieniem na kolejne części, a wszystkim wielbicielom Larssona - polecam.



20 stycznia 2012

Zamek, guwernantka, tajemnica, zbrodnia


Nie udało mi się znaleźć zdjęcia polskiej okładki tej książki, a sama wysłuchałam jej w postaci oldschoolowego audiobooka, jeszcze z czasów kasetowych. Gdybym obejrzała wcześniej okładki polskich wydań powieści Mary Stewart pewnie bym po nią nie sięgnęła, bo większość robi wrażenie ciężkich przypadków harlequinów i nie spodziewałabym się znaleźć wśród nich takiego literackiego Hitchcocka. Niby nic się nie dzieje, a napięcie rośnie...

Mary Stewart
Tajemnica zamku Valmy
Nine Coaches Waiting (1958)
KAW 1995
audiobook czyta Elżbieta Kijowska

Kiedy młoda Angielka Linda Martin dostaje pracę guwernantki we francuskim zamku de Valmy, wydaje jej się, ze szczęście wreszcie się do niej uśmiechnęło. Wcześnie straciła rodziców, wychowywała się w sierocińcu, od jakiegoś czasu utrzymywała się z nauczania, ale nie była w tej pracy szczęśliwa. Z radością więc udaje się do Francji, by zająć się małym hrabią Filipem de Valmy, którego rodzice zginęli tragicznie w wypadku, a on sam został oddany pod opiekę wuja Leona i jego żony Heloizy. Opiekunom zależy, by guwernantka Filipa była Angielką, Linda woli więc ukryć fakt, że w dzieciństwie wychowywała się we Francji i doskonale zna język.

Kiedy przybywa do zamku, wszystko wydaje się idealne, a podopieczny uroczy. Co prawda Leon de Valmy jest człowiekiem dość oschłym, ale może winna jest temu jego niepełnosprawność - jeździ na wózku inwalidzkim. Wkrótce pojawia się także Raul, przystojny syn Leona,  i zawraca dziewczynie w głowie. Jednak powoli Linda uświadamia sobie, że pod tą uroczą podszewką kipią mroczne emocje, a małemu Filipowi może grozić śmiertelne niebezpieczeństwo.

To książka dla wielbicieli "Rebeki" Du Maurier, o podobnej narracji. Kiedy jej słuchałam, niemal widziałam w głowie czarno-biały film w hitchcockowskim klimacie. Szkoda, że nie została zekranizowana. Może to przez to, że historia jest dość prosta? Ale też w tej prostocie siła. Podświadomie wiemy, do czego zmierza akcja, i z drżeniem czekamy, aż coś strasznego się przydarzy. Scena w sypialni Filipa to  majstersztyk, miałam serce na ramieniu i żałowałam, że audiobooka nie da się "czytać" szybciej. 

Mogę jej zarzucić co najwyżej nieco przegadane zakończenie, w którym autorka próbowała doprowadzić wszystkie wątki do końca. Ale zarzucać nie będę, bo już dawno nie bawiłam się przy lekturze tak dobrze. Może to czytadło, ale jedno z najlepszych w swojej klasie. Polecam. 

18 stycznia 2012

Hej ho i butelka rumu! (Czytam klasykę)

Niektóre książki się nie starzeją.

Robert Louis Stevenson
Wyspa Skarbów
Treasure Island


Kiedy w tawernie "Admiral Benbow" zjawia się stary pirat Bill Bones, młody Jim Hawkins nie podejrzewa nawet, że niedługo całe jego życie zmieni się o 180 stopni. Pirat umiera, w dramatycznych okolicznościach, a Jim zdobywa pozostawioną przez niego mapę prowadzącą do ukrytych skarbów. Przekazuje ją doktorowi Livesey'owi, a ten przy pomocy miejscowego dziedzica organizuje morską wyprawę na wyspę skarbów. Jim trafia na statek jako chłopiec okrętowy i wkrótce odkrywa, że nie wszyscy zaokrętowani marynarze godni są zaufania.  Długi John Silver, kucharz okrętowy z drewnianą nogą, pozornie przyjacielski, podburza kamratów i spiskuje przeciwko kapitanowi. Livesey, dziedzic i Jim mają po swojej stronie tylko kilku ludzi. Jeśli chcecie się dowiedzieć, czy uda im się ujść z życiem ze statku, który właśnie zamienił się w pułapkę, trafić na wyspę i odnaleźć skarb, przeczytajcie. Świetna zabawa gwarantowana.

Klasyka powieści przygodowej - wciągnęła mnie tak samo, jak mojego tatę pół wieku wcześniej. Zachwyciła mnie nie tylko akcja, ale i doskonale odmalowane postaci piratów. Tak mnie wciągnął świat nieokrzesanych wilków morskich, że aż ciężko mi było zejść ze statku ;)

Książki wysłuchałam w postaci audiobooka po polsku, ale polskie okładki tej powieści są tak marne, że zamieszczam jako ilustrację starą i piękną angielską wersję.

Z ciekawostek, pomysł na tę książkę pojawił się, kiedy Robert Louis Stevenson narysował swojemu pasierbowi, Lloydowi, mapę do zabawy i opowiedział krótką historyjkę o piratach. Wkrótce zaczął tworzyć powieść, która najpierw ukazywała się w odcinkach w czasopiśmie "Young Folks" (1881-1882), a w 1883 została wydana w formie książkowej. Swoją drogą chciałabym usłyszeć ten szum, który by się podniósł teraz, gdyby w czasopiśmie dla dzieci zamieszczano tak krwawą opowieść...

17 stycznia 2012

Sanditon

To już ostatnia z nieukończonych powieści Jane Austen. Tym razem pisarka nie porzuciła prac z własnej woli - przerwała je śmierć. Pisanie rozpoczęła w styczniu 1817 r., zmarła w lipcu. Początkowo książka nosiła tytuł The Brothers (Bracia), dopiero później rodzina Jane Austen zmieniła go na Sanditon.

Sanditon to nadmorskie angielskie miasteczko, które za sprawą starań kilkorga z mieszkańców ma się przekształcić w kurort. Na razie nie przynoszą one wielkiego efektu i turystów jest raczej niewielu. Jedną z przyjezdnych osób jest młoda panna Charlotta - główna bohaterka książki - która trafiła do Sanditon właściwie przypadkiem, a gości u rodziny Parkerów.

Rzecz jasna, szykuje się jakiś romans - jako głównego amanta obstawiam Sidneya Parkera - ale poza tym Sanditon jest książką bardzo oryginalną. Zamiast skupienia się na rodzinie, mamy obraz całego miasteczka i jego mieszkańców. Pojawia się wśród gości panna, która jest Mulatką z zachodnich Indii. Na główny plan wysuwa się satyryczny obraz społeczeństwa. Mamy doskonale oddanego pana Parkera, zafiksowanego na swojej dość utopijnej misji przekształcenia Sanditon w uzdrowisko. Jego dwie siostry to rozkoszny przykład hipochondryczek, a najmłodszy brat - lenistwa i samopobłażania. Większość bohaterów narysowana jest bardzo odważną kreską. Sama Charlotta zaś, jak zwykle subtelna i urocza, jest jednak z gatunku panien raczej rozsądnych niż romantycznych.

Powstało wiele kontynuacji rozpoczętego Sanditon, z których najbardziej znana jest chyba wersja Marie Dobbs - ukazała się jako Sanditon, by Jane Austen and "another lady. W Polsce wydało ją wyd. Prószyński i ska w 1999 r. Tym razem chyba się złamię i sięgnę po nią, jeśli uda mi się znaleźć w bibliotece.

15 stycznia 2012

Mam dwa latka, dwa i ...

...dwa i już :)

Dwa lata temu, 15 stycznia 2010 r. założyłam blog Jedz, tańcz i czytaj na bloksie, a po pół roku przeniosłam go na bloggera (i nie żałuję). Cieszę się, że wytrwałam tak długo, chociaż  chwil zwątpienia w sens poświęcania sporej ilości czasu na opisywanie swoich lektur miałam i mam mnóstwo. Ale postanowiłam płynąć z prądem ;)

Nie podejmowałam żadnych noworocznych książkowych postanowień, ale urodziny są na to równie dobrym momentem. Zeszłoroczne udało mi się zrealizować w dużym stopniu. Obiecywałam sobie, że:
- ograniczę liczbę kupowanych książek: mogę robić zakupy tylko w miesiącach z literką "R" - udało się, może raz czy dwa się złamałam, ale nabytków było znacznie mniej i nawet kiedy mogłam w danym miesiącu zaszaleć, nie robiłam tego;
- będę czytać więcej klasyki - przeczytałam 8 pozycji, więc nie za dużo, ale znacznie więcej niż poprzednio;
- nie będę przystępować do wyzwań - udało się, powstrzymałam się od zobowiązywania się, że będę czytać określone książki w określonym czasie. Za to założyłam drugi blog, raczej projekt niż wyzwanie, z klasyką literatury dziecięcej.

Na najbliższy rok istnienia bloga (a przynajmniej mojego życia czytelniczego) też mam kilka planów:
1. Nadal będę oszczędnie nabywać książki. Wczoraj zrobiłam stosikowe porządki, okazało się, że mam ponad 70 pozycji czekających na przeczytanie, nie licząc pożyczonych z bibliotek lub od kogoś. O audiobookach nie wspominając. Musiałabym czytać półtorej książki tygodniowo, żeby je przez rok "przerobić". Marne szanse na to przy ilości czasu, jaka mogę poświęcić na przyjemności. Dlatego w tym roku obiecuje sobie, że nie wydam miesięcznie więcej niż 50 zł na książki (co może oznaczać zarówno jedną drogą, ale upragnioną książkę, jak i stos czytadeł z antykwariatu).

2. Będę czytać jeszcze więcej klasyki - przynajmniej jedną pozycję miesięcznie, a więc za rok powinnam mieć przynajmniej 12 lektur za sobą.

3. Postaram się, przy współudziale innych chętnych blogowiczów, utrzymać przy życiu Klasykę Młodego Czytelnika.

4. Postaram się ograniczyć korzystanie z bibliotek do czasu, kiedy pozbędę się zapasów na półkach.

13 stycznia 2012

Inna Emma Watson

Watsonowie to druga z niepublikowanych za życia autorki powieści Jane Austen - szeroko zakrojona, ale nigdy nie ukończona.

Bohaterka, 19-letnia Emma Watson, powraca do rodzinnego domu po 14 latach (!) nieobecności. Jako pięciolatka została oddana na wychowanie swojej bezdzietnej ciotce (można się domyślać, że było to po śmierci jej matki, która w powieści się nie pojawia). Ta jednak właśnie powtórnie wyszła za mąż i wyjechała do Irlandii, Emma powraca więc do niemal nieznanego ojca i rodzeństwa. Ma trzy siostry: Elżbietę, Margaret i Penelopę, oraz dwóch braci - Roberta, już żonatego, i Samuela. Emma zaczyna nawiązywać z nimi powoli kontakt, odkrywając, że nie wszyscy budzą w niej sympatię należną rodzinie.

Powieść rozpoczyna się od wyprawy Emmy na bal, na którym poznaje bogatą rodzinę Osbournów oraz uwielbianego przez kobiety Toma Musgrave'a, a także wychowawcę lorda Osbourne'a - pastora Mr. Howarda, który - jak możemy się domyślać - miał stać się ukochanym bohaterki. Jak zwykle jest tu kilka świetnych charakterystyk bohaterów, choćby fircyka Toma i przewrotnej Margaret. Główna bohaterka jednak jest, w zachowanym fragmencie, dość nijaka - ładna, grzeczna i wychowana znacznie lepiej niż jej rodzeństwo.

Powieść urywa się zdecydowanie zbyt szybko, może po zaledwie 1/4 całości. Rękopis zachował się w zbiorach siostry Jane - Cassandry - i dzięki niej wiadomo też, jakie miały być dalsze losy bohaterów. Po latach książka została dokończona przez pisarkę Joan Aiken, jednak nie miałam okazji jej czytać i nie wiem, czy się tego podejmę. Rozpoczęta powieść jest ciekawa, ale nie wyróżnia się szczególnie oryginalną fabułą i chyba wystarcza mi do szczęścia informacja o niezrealizowanych planach pisarki.

Jeśli ktoś z Was lubi czytać tzw. "dalsze ciągi" czy powieści inspirowane twórczością Jane Austen, to polecam stronę  Jane Austen Centre, na której opisane są wszystkie (?), które powstały.

Książka została wydana po polsku w zbiorku zawierającym także "Lady Susan" i "Sanditon".

12 stycznia 2012

Kokietka

Bardzo podoba mi się ta okładka, bo idealnie oddaje szkicowy charakter tej pierwszej powieści Jane Austen. Lady Susan powstała ok. 1795 r. i za życia autorki nie została opublikowana. Jako kolejne Austen stworzyła w latach 1795-1799: Elinor i Marianne, Pierwsze wrażenia i Susan, które później dopracowała i wydała pod tytułami: Rozważna i romantyczna (w 1811), Duma i uprzedzenie i Opactwo Northanger*.

Powieść ta jest bardzo nietypowa dla Austen.

Po pierwsze - bohaterka.
Zamiast młodego, uroczego dziewczęcia, któremu czytelnicy gotowi są kibicować, mamy wyrachowaną kokietkę, w wieku ok. 35 lat, matkę nastoletniej córki, ale nadal piękną i powabną. Kobieta ta, niedawno owdowiała, bynajmniej nie pogrąża się w rozpaczy po śmierci męża, ale spiskuje, intryguje i korzysta ze wszystkich uroków życia. Zatrzymuje się u rodziny zmarłego męża, gdzie próbuje uwieść brata pani domu, nie bacząc na to, że ma już jednego kochanka. Swoją córkę, Fryderykę - słodką choć zahukaną szesnastolatkę, której nie kocha - stara się wydać bogato za mąż. Protesty córki, która nie znosi swego przyszłego narzeczonego, zupełnie jej nie obchodzą.

Po drugie - forma.
Powieść ma formę epistolarną, całej historii dowiadujemy się z listów wymienianych między bohaterami fabuły - Lady Susan, jej przyjaciółki, jej szwagierki, rodziców tejże szwagierki i innych. Przypominało mi to lekturę "Niebezpiecznych związków", zwłaszcza biorąc pod uwagę charakterek bohaterki. Dobrze się czytało, chociaż początkowo nie mogłam się połapać w ogromnej liczbie panów i pań de Courcy oraz panów i pań Vernon. Minus - taka forma nie pozwoliła pisarce na rozwinięcie swego największego daru - obserwacji. Styl listów dostosowany jest do światopoglądu osoby piszącej, trudno więc oczekiwać w nich typowych dla Austen smaczków życia codziennego i błyskotliwych charakterystyk. Niemniej przewrotny charakter głównej bohaterki został świetnie oddany dzięki konfrontacji listów pisanych przez nią samą i obserwatorów jej zachowania.

Po trzecie - treść.
Przyznam, że zaskoczyły mnie w tej książce wymieniane wprost zdrady, romanse pozamałżeńskie, rozwody i związki z wyrachowania. Niby w innych książkach też można się doczytać podobnych treści (multum ślubów dla pieniędzy, seksu przedmałżeńskiego, znaczy tych... 'uwiedzeń'..., a w rezultacie i nieślubnych dzieci), ale wszystko to jest bardziej w tle, nie dotyczy bezpośrednio głównych bohaterek. Tutaj natomiast wskakujemy w sam środek bałaganu - lady Susan uwodzi nie tylko żonatego mężczyznę dla siebie, ale też cudzego narzeczonego, którego następnie chce ożenić z własną córką...

Ciekawa, choć niestety krótka lektura - polecam wielbicielom talentu Jane Austen.

* Wg Wikipedii.

9 stycznia 2012

Historia pewnego dzbana

L.M.Montgomery całe życie pragnęła napisać prawdziwą powieść dla dorosłych. Jednak obie, które stworzyła dla tego odbiorcy - Błękitny zamek i W pajęczynie życia - koniec końców trafiły na półki z literaturą młodzieżową.


 


O starym dzbanie Darków opowiadano tuzin historii. Ta będzie prawdziwa. (s. 7)

Jedyna powieść L.M. Montgomery, której aż do tej pory nie czytałam ma budowę dla tej autorki nietypową. Nie ma tu jednej bohaterki, której losy śledzimy. Jest cały klan spowinowaconych ze sobą rodzin Penhallowów i Darków. Na czele klanu stoi ciotka Becky, złośliwa staruszka. Nie stoi jednak za długo, bo już na wstępie powieści umiera, zostawiając po sobie w spadku zabytkowy holenderski dzban, rodzinną pamiątkę, o posiadaniu której marzą pozostali członkowie klanu. Kto go dostanie? Może słodka, radosna i szczęśliwie zakochana Gay, a może przez nikogo nie kochana Margaret? Może jeden z Samów, emerytowanych marynarzy, Duży lub Mały? Może Joscelyn, która z nieznanych powodów porzuciła swego męża kilka godzin po ślubie i od 10 lat z nim nie rozmawia? Może mały osierocony Brian, zawsze głodny  zmarznięty, albo owdowiała Donna? Nie wiadomo, bo ciotka Becky kazała wszystkim czekać aż rok na ujawnienie swej woli. Przez ten czas każdy będzie się starał zasłużyć na zdobycie "relikwii", wprowadzając zmiany w swoim życiu. Zmiany, które mogą okazać się ważniejsze niż jakiś tam dzban...

Widać, że powieść została napisana dla innej grupy wiekowej niż Anie i Emilki. Mnogość wątków, doroślejsze emocje, a nawet wzmianka o "niczym nie osłoniętych wdziękach kobiecych" - odróżniają "Pajęczynę" od pozostałych dzieł. Nie zmienia to jednak faktu, że jakoś mnie ta powieść nie zachwyciła. Bardzo przypominała mi jej opowiadania - za którymi nie przepadam - tylko splecione wspólnym wątkiem dzbana. Każdy z bohaterów opisany jest dość powierzchownie, więc do nikogo nie udało mi się przywiązać, a tym samym głębiej zainteresować jego/jej losem. W dodatku wszystkie fabularne rozwiązania (poza podstawową kwestią dzbana) były zupełnie jasne dla każdego fana twórczości tej pisarki - już po pierwszym rozdziale byłam pewna, kto się z kim zejdzie, a kto rozstanie i nie pomyliłam się ani razu.

Cieszę się, że "nadrobiłam" tę powieść, żałuję, że żadnej nie ma już przede mną, ale pozostanę wielbicielką jej powieści "dziewczęcych".

 
P.S. To kolejna książka, która na polskim rynku funkcjonuje pod dwoma zupełnie różnymi tytułami. Oryginalnie nazwana "A Tangled Web", w Polsce została wydana najpierw jako "W pajęczynie życia", a później - "Dzban ciotki Becky".

Recenzja ukazał się także na blogu "Klasyka Młodego Czytelnika".

L.M.Montgomery, W pajęczynie życia, Novus Orbis, 1995

4 stycznia 2012

Klasyka Młodego Czytelnika ruszyła :)

Z radością informuję, że blog z klasyka literatury dziecięcej pn. Klasyka Młodego Czytelnika został dziś uroczyście otwarty :) Zapraszam do odwiedzin, a przede wszystkim - do wzięcia udziału w zabawie.

Przypominam, że blog jest otwarty dla wszystkich chętnych - każdy może dodawać posty z recenzjami książek, także te same, które umieszcza lub umieścił wcześniej na swoim "zwykłym" blogu. Chodzi po prostu o stworzenie w sieci jednego miejsca, który będzie "skarbnicą" dawnej literatury dla dzieci.


Wszystkie szczegóły i informacje znajdziecie tutaj.





Zapraszam :)

Jeśli chcecie wziąć udział lub po prostu pomóc mi rozpropagować pomysł, proszę, zamieście w bocznej szpalcie swojego bloga banerek:


<a href="http://klasykadlamlodych.blogspot.com/"><img
src="http://4.bp.blogspot.com/-ZkFVs7PBRzc/TwSyu96e2bI/AAAAAAAAB8I/Bwx3uk7H438/s240/KMCz%2Bkolor.jpg"
alt="Klasyka Młodego Czytelnika" /></a>

3 stycznia 2012

Trzech panów z telewizji

Kiedy kilka lat temu byłam w UK, zadziwiło mnie pewne książkowe zjawisko. Półki w księgarniach pełne były mianowicie nie powieści, ale autobiograficznych "dzieł" celebrytów, czyli ludzi znanych z tego, że są znani. Królowała książka niejakiej Jordan, kobiety słynnej z dużego i sztucznego biustu, plastikowej urody i dziwnie nazwanych dzieci. Zaraz za nią plasowały się biografie uczestników Big Brothera. Patrzyłam na to z osłupieniem i przyznaję, że przez to do dziś dość krytycznie podchodzę do rzekomego zaawansowanego czytelnictwa na wyspach. Czytają tam dużo, ale co czytają, to już inna sprawa...


Ostatnio ta moda dotarła też do nas, i zamiast ze szklanego ekranu, niektórzy ludzie zaczęli gapić się na nas nas z księgarnianych półek. A to Rock-Mann, a to Niedźwiedzki, a to Pani Prezydentowa. Chyba działa tu znana zasada, że ludzie najbardziej lubią to, co już znają, więc nazwiska słyszane wielokrotnie i znane twarze przyciągną ich nawet do księgarnianych półek.

Sama ostatnio sięgnęłam po dwa dzieła stworzone przez ludzi o nazwiskach spoza literackiego panteonu. Panami M. podzieliła się ze mną znajoma osoba, a Kutz zaatakował z bibliotecznej półki. W obu przypadkach wrażenia są dość mieszane.

Piwne opowieści

Książka Manna i Materny wydana jest jak marzenie - gruby matowy papier, pancerna okładka, kolorowe zdjęcia, pomysłowy skład. Wiekopomne to dzieło ma szansę przetrwać stulecie. Żeby tak Szekspira wydawali,ale nie... (pewnie nie zasłużył ;) ) Inna sprawa, że stylistyka miejscami zgrzyta, więc nie wiem, czy na redakcję językową poświęcono dostatecznie dużo czasu, bo chyba autorzy nie są aż takimi literatami, żeby pewnych niezgrabności nie można było wygładzić.

Co z treścią? Wyobraźcie sobie wieczór ze znajomymi przy piwie, pomiędzy którymi dwaj panowie M. snują opowieści zaczynające się od "A pamiętasz...". Jest miło, wesoło, co prawda niczego nowego się nie dowiadujecie, ale przynajmniej wieczór szybko płynie. Tu kabarecik na "Batorym", tam zmagania szarego człeka PRLu z amerykańskim hotelem pięciogwiazdkowym. Sympatyczna gawęda, tylko po wyjściu nie możecie sobie przypomnieć ani słowa. Taki to typ książki mniej więcej.

Autorzy opisują kilka swoich podróży, czasem wspólnych, czasem nie, zarówno służbowych, jak i prywatnych. W różnych krajach bywali, więc trochę anegdot się uzbierało, a miejsca pomiędzy nimi wypełnili całą masą kompletnie nieistotnych szczegółów. Da się to czytać bezboleśnie i nawet jest to czynność relaksująca. Znośna lektura pomiędzy poważniejszymi książkami, ale w żadnym wypadku nie obowiązkowa.

Ciekawy cytat - dlaczego powstała ta książka:
"Uczciwie stawiając sprawę, napisaliśmy ją z powodu kasy. [...] To nie jest elegancki powód, ale prawdziwy" (s. 248).
"Poza tym wszyscy, którzy nie mieli o czym napisać książek, już je napisali. Nie mamy zamiaru wlec się w ogonie" (s. 253).
 Za szczerość - gorące oklaski.


Wódka i śledzik

Opowieść Kutza jest znacznie bardziej mięsista, więc i napoje poważniejsze są wymagane do jej wysłuchania ;) W porównaniu z książką duetu na M. "Piąta strona..." wypada znacznie lepiej. Napisana jest ładnym literackim językiem. Przybliża świat niby nam znany, a jednak całkiem obcy - pozwala sobie uświadomić do jakiego stopnia Śląsk jest krainą odległą od Polski. Szczególne brawa za rozpoczęcie w gwarze, szkoda, że dość szybko zaczyna ona zanikać i tylko od czasu do czasu pojawia się mimochodem jakieś słówko.

Wspomnienia o tym świecie, nadal odrębnym, ale jednak zanikającym, są warte poznania. Kutz opisuje swoje dzieciństwo i młodość, rodzinę, sąsiadów, przytacza anegdoty o przodkach i bolesne historie wojenne. I niby wszystkie składowe są takie, jakie lubię, i do niczego nie mogę się przyczepić, ale jednak była to nużąca lektura. Dość chaotyczne skakanie po temacie męczyło mnie i ciężko mi się było skupić na treści. Czytałam ją długo i z doskoku. Chętnie sięgnęłabym teraz za to po "Czarny ogród" Małgorzaty Szejnert, bo wiem, że od jej książki na zbliżony temat nie mogłabym się oderwać.

Zrażał mnie też trochę wyzierający spomiędzy wierszy szowinizm autora. Nic agresywnego, ale traktowanie kobiet jako uroczego dodatku do ludzkości właściwej nie budzi mojego szczególnego entuzjazmu.

Wydanie ponownie zasługuje na oklaski - bardzo staranne, piękny żółtawy papier (łatwiej się czyta niż z białego), wysmakowana okładka. Doskonały pomysł, z umieszczaniem słowniczka śląskiej gwary na marginesach - nie trzeba było przerywać lektury, żeby zrozumieć "obce" słowa.

Polecam zainteresowanym tematem.

Ciekawy cytat - o książkach:

"Dzięki pojawieniu się Kamila Sienickiego w Szkole Powszechnej numer 6 w Roździeniu, a co za tym idzie, dostępności biblioteki jego matki, stawaliśmy się na naszym pogranicznym polsko-niemieckim zadupiu domorosłymi inteligentami. Bo człowiek w połowie bierze się z książek" (s. 111).

1 stycznia 2012

Na dobry początek

Z okazji nastania całkiem nowego, świeżego, nieużywanego roku
życzę wszystkim molom książkowym
fantastycznych literackich odkryć,
fabularnych podróży po nieznanych dotąd światach
i spotkania bohaterów, z którymi zaprzyjaźnicie się na zawsze.

***
Na stronie "Wyborczej" znalazłam ciekawy post pt. "Najlepsze książki 2011 roku". Jak każde takie zestawienie, jest subiektywne i można z nim polemizować, ale kilka mnie zaciekawiło, a nie słyszałam o nich wcześniej, więc może i Was zaciekawi. Na liście znalazły się:

"Cmentarz w Pradze" Umberto Eco
"Czarna bezgwiezdna noc" Stephen King
"Dom żółwia. Zanzibar" Małgorzata Szejnert
"Drwal" Michał Witkowski
"Dzienniki t. III, 1964-1980" Jarosław Iwaszkiewicz
"Higieniści" Maciej Zaremba Bielawski
"Kocha, lubi, szanuje..." Alice Munro
"Korczak. Próba biografii"Joanna Olczak-Ronikier
"Książka" Mikołaj Łoziński
"Marzenia i tajemnice" Danuta Wałęsa
"Mapa i terytorium" Michel Houellebecq
"Miłosz. Biografia" Andrzej Franaszek
"Parrot i Olivier w Ameryce" Peter Carey
"Skrzydła gołębicy" Henry James (pierwszy polski przekład)
"W pośpiechu" Tadeusz Konwicki
"Wada ukryta" Thomas Pynchon
"Włoskie szpilki" Magdalena Tulli
"Wolność" Jonathan Franzen
"Złote żniwa" Jan Tomasz Gross i Irena Grudzińska-Gross
"Źle ma się kraj" Tony Judt


Druga ciekawostka to wpis (trudno nazwać to artykułem) pt. Najbardziej literackie miasta świata. Na liście sporządzonej przez National Geographic znalazły się:
Edynburg (zwiedzanie śladami "Trainspotting" Welsha czy kryminałów Iana Rankina),
Dublin (śladami bohaterów "Ulissesa" Joyce'a),
Londyn (od Sherlocka Holmesa, przez Harry'ego Pottera po Dickensa i Szekspira),  
Petersburg (śladami Raskolnikowa ze "Zbrodni i kary" Dostojewskiego), 
Paryż (cmentarz Pere-Lachaise, gdzie leży m.in. Oscar Wilde, oraz muzea Hugo i Balzaka),  
Sztokholm (śladami "Millennium" Stiega Larssona), 
Santiago de Chile (śladami Pablo Nerudy), 
Waszyngton (śladami poetów Walta Whitmana i Langstona Hughesa) 
Melbourne i amerykańskie Portland, chwalone za świetne biblioteki i wydarzenia literackie.

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...