Pokazywanie postów oznaczonych etykietą realizm magiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą realizm magiczny. Pokaż wszystkie posty

14 marca 2014

Co przeczytałam, jak mnie nie było - część 1.


 
 


Całkiem niezły wynik, moim zdaniem, biorąc pod uwagę moje nieustanne narzekanie na brak czasu (a nie uwzględniłam lektur na Klasykę Młodego Czytelnika oraz dwóch czytadeł Mary Stewart wchłoniętych przez uszy). Mam zresztą wrażenie, że było ich więcej, ale

O lekturach w kolejności okładek (która to kolejność przypadkową jest):

1. "Crimen" Józef Hen, Wydawnictwo Erica, 2011

To zdecydowanie mój hicior roku, majstersztyk powieści historyczno-przygodowej, jedna z tych książek, które celowo czyta się w ślimaczym tempie, aby się za szybko nie skończyły. Skończyło się zresztą, niestety, ale rzuciła się na poszukiwanie innych książek pisarza, bom zauroczoną niezwykle. Dawno się nie zdarzyło, żebym się zakochała w bohaterze... Obowiązkowa lektura dla wszystkich wielbicieli klimatów z serii o Kacprze Ryksie, powieści "Którędy droga" Iana Pearsa lub sienkiewiczowskiej trylogii. Czytając, cały czas miałam wrażenie, że to nowość, chyba przez niezwykłą świeżość narracji, a to książka starsza ode mnie, bo już czterdziestoletnia - za to wielokrotnie wznawiana. Nawet serial na jej podstawie nakręcono, o którym nigdy nie słyszałam, a co z tego wynika - nie widziałam, i nie wiem, czy zobaczę. Uwielbiam wszelkie ekranizacje, a jednak tym razem nie wierzę, że nawet najlepszy film mógłby tej książce dorównać (a na pewno nie taki, w którym Tomasza gra Bogusław Linda).

Rzecz dzieje się na początku XVII wieku, gdzieś około 1620 roku, na terenie Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Młody, ale dość już przez życie i wojnę doświadczony szlachcic, Tomasz Błudnicki, powraca do domu, by dowiedzieć się, że jego ojciec zmarł w tajemniczych okolicznościach, a majątek niemal przestał istnieć. Nikomu nie może ufać, bo nie wiadomo, kto wróg, kto przyjaciel i czy to nie najbliższy sąsiad ojca jest odpowiedzialny za tytułowy crimen*. A może nie on, tylko jeden (lub wielu) z gniazda zbójów Rosińskich. A może infamis poznany po drodze, a może wioskowy przygłup, mąż ojcowskiej kochanki, a może... Tomasz ma dojmujące poczucie braku sensu (współcześnie powiedzieliby - depresja), ale równie silne poszanowanie dla honoru rodu i śmierć ojca chce pomścić, zaczyna więc śledztwo, a śmierć czyha za każdym zakrętem...
Tak o książce pisał sam Autor:
Pisząc Crimen żyję równolegle drugim życiem. W Sańsku i okolicach, w początkach siedemnastego wieku, pośród postaci, które obdarzyłem życiem, kocham się naraz w Urszuli i Jewce, bardziej w Urszuli, choć i Jewka mnie kusi, biorę cięgi, ale zachowuję postawę wyprostowaną wraz z moim bohaterem Tomaszem Błudnickim. (…) A kiedy wprowadzę do tej mojej krainy czytelnika, będziemy mieć tę nową przestrzeń jako obszar wspólny i wspólnych znajomych: wspaniałego Ligęzę, zadziwiającą sektę ariańską z niezłomnym bratem Gabrielem, tragicznego Tatara Rachmeta, gniazdo zbójeckie Rosińskich, starostę jurydycznego, który tropi zbrodnię jak nowoczesny detektyw, teorbanistę, śpiewającego o niej na jarmarku i wielu innych.

* łac. zbrodnia.

2. "Śnieżna pantera" Peter Matthiessen, Wydawnictwo Zysk i ska, 1999

O tej książce naprawdę nie wiedziałam wiele, kiedy po nią sięgałam. Tyle, że polecali ją blogerzy, którym ufam. Góry, śnieg, sens życia, a czytanie jej to coś, co z angielska zwą life-changing experience.

Peter Mathhiesen ruszył na wyprawę w Himalaje wraz z biologiem, Georgem Schallerem. Schaller szukał błękitnych owiec, żeby badać ich obyczaje godowe. Matthiessen sam nie wiedział, czego szuka. Tytułowej śnieżnej pantery, buddyjskiego przewodnika duchowego, ukojenia, a może sensu życia? Jego żona niedawno zmarła po ciężkiej chorobie, to takie wydarzenie, po którym pytania o sens tego wszystkiego stają się wręcz palące. No, więc ruszył Mathhiessen pod górę, po śniegu i stromych zboczach, przez odludne i niebezpieczne urwiska, ale i przez liczne zamieszkane przez tubylców wioski. Szedł i szedł, a sensu nie było, tak jak i nie było śnieżnej pantery. Na ogół bywało chłodno i głodno, do domu i dzieci daleko. Szedł, cierpiał niewygody, obserwował miejscowych oraz tragarzy, którzy jakoś nie cierpieli mimo tychże niewygód, obserwował góry, dziką przyrodę, ale przede wszystkim sam siebie. Nie będę Wam psuć lektury, więc wniosków nie ujawnię. Powiem tylko, że warto się zastanowić, czy spotkanie śnieżnej pantery jest warte gorączki oczekiwania na ten fakt. A może jej niespotkanie jest równie ważnym wydarzeniem życiowym, które należy docenić?

Nie było to dla mnie doświadczenie, które odmieniło moje życie, może dlatego, że sporo już czytałam o buddyźmie i innych filozofiach wschodu, a także filozofii dobrowolnej prostoty, w związku z czym wnioski Autora nie były dla mnie odkryciem. Początkowo zresztą czytając, czułam się lekko zawiedziona, bo to miała być lektura życia przecież. Tak podczytywałam, podczytywałam, zawód jakoś bladł, w pewnym momencie okazało się, że tak mi się jakoś dobrze z z Matthiessenem po tych górach wędruje. Cieszę się, że miałam okazję tę podróż odbyć i na pewno będę książkę polecać innym szukającym sensu. A jeden cytat zamierzam sobie umieścić w miejscu, na które będę stale spoglądać: "Oczywiście, że jestem szczęśliwy!  Tu jest cudownie! Zwłaszcza, że nie mam wyboru!"*.

* Peter Matthiessen Śnieżna pantera, Wydawnictwo Zysk i ska, wyd. 2, Poznań 1999, s. 230.

3. "Portret w sepii" Isabel Allende, Wydawnictwo Muza, 2005

Czego NIE należy robić, kiedy się zalega w łóżku z gorączką, ogólnym rozbiciem i obolałym gardłem? Nie należy fundować sobie szaleńczej podróży przez kilka krajów i sto lat historii w postaci rodzinnych sag, czytanych jedna po drugiej, bez chwili oddechu pomiędzy, a każda po około 500 stron tekstu. Potem się kończy z takim mętlikiem w głowie, że człowiek (rzeczony, z gorączką) ma problem z przypomnieniem sobie nazwisk własnych krewnych. (Na swoje usprawiedliwienie mam tylko fakt, że przy małym dziecku jedynie angina pozwala poświęcić się całkowitej czytelniczej orgii.) Błąd ten jednak poczyniłam i zaczęłąm właśnie od Chile z początku XX w. "Portret w sepii" to właściwie druga część trylogii Isabelle Allende, ale doskonale sprawdza się w czytaniu jako zupełnie osobna książka, jeśli się pozostałych tomów nie zna. (*Z ciekawostek - ta trylogia napisana została od tyłu, to jest od tomu trzeciego, "Domu duchów", który przez lata - od 1982 r - wcale nie był żadnym tomem, tylko całkiem niezależną powieścią solo. Przestał występować solo 20 lat później, kiedy około roku 2000 zostały dopisane dwa wcześniejsze tomy. Trylogia pisana była od tyłu i ją też od tyłu czytam, a między tomami robię odstępy około dziesięcioletnie, "Dom duchów" czytałam chyba na studiach, teraz, po jakichś 10 latach przeczytałam drugi, to do pierwszego mi jeszcze hoho i jeszcze trochę zostało.)

Bohaterką jest Aurora de Valle, wnuczka Elizy Sommers i Pauliny de Valle (bohaterek "Córki fortuny"), której życiorys zaczął się komplikować właściwie od poczęcia, a to za sprawą bardzo pięknej lecz niezbyt bystrej matki, która uległa miejscowemu don Juanowi, zamiast wybrać dobrego i zakochanego w niej Severa de Valle. Śledzimy losy małej Aurory od owego poczęcia, przez dramatyczne narodziny i kilka lat szczęśliwego dzieciństwa w rodzinie Sommersów, o których wspomnienia zostają następnie starannie wymazane przez drugą babkę Paulinę de Valle, przez wyprowadzkę ze Stanów Zjednoczonych do Chile, dorastanie, naiwne uczucie, małżeńską pomyłkę, pasję fotograficzną, aż osiągniemy ten moment, kiedy - zdaniem autorki - możemy już spokojnie bohaterkę porzucić... Ciekawe, drobiazgowo opisane losy, bardzo multikulturowe, a wręcz multirasowe - mamy tu północnych i połudnowych Amerykanów, ale także Chińczyków. Tylko jakoś nic z nich nie wynika, przeczytałam, odfajkowałam i przeszłam do kolejnej lektury.

To dobra książka. Czytało mi się lekko, łatwo i przyjemnie - styl bardzo allendowski, mnóstwo pobocznych wątków i postaci, wplecionych rzeczywistych wydarzeń historycznych, trochę realizmu magicznego, ale jednak bardziej realizmu. Zgrabne powiązanie z fabułą "Domu duchów". Obyło się jednak bez fajerwerków i tego wrażenia, jakie zrobił na mnie wspomniany "Dom..." (chociaż dawno czytałam, może teraz bym się nie zachwycała?) Przeczytałam, nie żałuję, ale do historii już nie wrócę, książka powędrowała do ludzi. Nic jej właściwie nie mam do zarzucenia, wiec może ja po prostu nie jestem wielbicielką sag? Możecie polecić jakąś absolutną sagową rewelację, którą po prostu trzeba przeczytać i która mnie zwali z nóg?



28 czerwca 2011

Przeczytane z szybkością pragnienia

Cóż, trzeba przyznać, że moje pragnienie, żeby przeczytać kolejną książkę Laury Esquivel, zostało zrealizowane całkiem szybko, co interesująco współgra z tytułem powieści. Niestety, o ile Przepiórki w płatkach róży wzbudziły u mnie zachwyt, o tyle Z szybkością pragnienia zaowocowało dość mieszanymi uczuciami.

Laura Esquivel
Z szybkością pragnienia
Zysk i ska, 2003
ss. 160

Zaczęło się ciekawie. Akcja rozgrywa się w gorącym Meksyku - magicznym, dzięki atmosferze typowej dla pisarzy Ameryki Południowej - w pierwszej połowie XX w. Głównym bohaterem jest Jubilo - człowiek, który miał dar przynoszenia ludziom radości oraz odczytywania ich prawdziwych myśli niczym najczulszy odbiornik.

"Miłosne przesłanie może obyć się bez słów. Potrzebuje tylko czułych odbiorników, a Jubilo z pewnością był takim właśnie odbiornikiem. Urodził się już z owa wrażliwością: od samego początku miał w sercu zainstalowany precyzyjny detektor cudzych uczuć. Potrafił odebrać każdy komunikat, byleby tylko pochodził z czyjegoś serca. Nadawca nie musiał się troszczyć o ubranie go w słowa. Jubilo rozumiał przekaz, zanim ten zdołał przyjąć językowa postać." (s. 25-26)

Poznajemy jego losy, kiedy sam bohater leży umierający i niezdolny porozumieć się z otoczeniem, pod troskliwą opieką córki. Żona nie chce go widzieć. Jak to możliwe, że człowiek tak obdarzony przez los zniszczył swoje małżeństwo?

"Umiejętność ta nieraz przysparzała mu kłopotów. Ludzie nie zwykli ujawniać swych prawdziwych intencji. (...) Mówi się jedno, a robi co innego. Prości ludzie, którzy na ogół wierzą słowom, czują się zupełnie zbici z tropu, gdy czyny przeczą deklaracjom. Fałsz wpędza ich w pomieszanie, lecz co najdziwniejsze, wolą być oszukiwani, niż gdy ktoś przed nimi zdemaskuje kłamstwo. Nikt nie chciał wierzyć Jubilowi, kiedy odsłaniał on czyjeś prawdziwe intencje. Jubilo zdążył się już przyzwyczaić, że jeśli mówi prawdę, wszyscy i tak nazywają go kłamcą." (s. 26)

Życie Jubila poznajemy dzięki wspomnieniom jego samego, jego córki Lluvii, przyjaciół z czasów młodości. Dzieciństwo, poznanie ukochanej Marii Luz, zwanej Luchą, narodziny dzieci. Powoli odkrywamy tajemnice, które pozostawały uśpione przez wiele lat. Chociażby - dlaczego na zdjęciu zrobionym dwa lata przed urodzeniem córki Lucha jest w ciąży?

Początek podobał mi się bardzo: cudowne dziecko, babka z rodu Majów, klimat Meksyku z początku wieku. Potem niestety mój zachwyt oklapł. Po pierwsze - komplikacje w życiu Jubila coraz bardziej przypominały mi południowoamerykańską telenowelę. Po drugie - szalona miłość Jubila i Luchy objawiała się tylko w namiętnym seksie, do którego Autorka z upodobaniem nawracała co trzy akapity (bez szczegółowych opisów). W Przepiórkach w płatkach róży fizyczna namiętność też miała ogromne znaczenie, ale czuło się ją w atmosferze, a tym razem występowała jedynie w irytujących powtórzeniach. Po trzecie, Esquivel nieustannie podkreślała cudowny talent Jubila do odczytywania uczuć, ale jakoś nie widać było, żeby choć odrobinę rozumiał, o co właściwie chodzi jego żonie. Bądźmy konsekwentni - skoro pisarz przypisuje bohaterowi jakąś cechę, to niech się ona przejawia w działaniach, a nie w samych opisach.

Podsumowując - zachęcam do przeczytania Przepiórek..., a Z szybkością pragnienia polecam tylko bardzo zainteresowanym twórczością Laury Esquivel oraz wielbicielom realizmu magicznego.

Na zakończenie jeszcze jeden cytat, który mi się spodobał (ostatnio pcha mnie w stronę minimalizmu) - mam wrażenie, że Autorka przemyciła do książki mnóstwo własnych poglądów.

Jubilo "zawsze uważał, że posiadanie zbyt wielu rzeczy - ubrań albo mebli - nie daje szczęścia, bo jest autentyczną niewolą. Człowiek powinien dobrze pomyśleć, zanim coś sobie kupi, bo posiadane rzeczy wymagają troski i z czasem lubią zmieniać się w tyranów: trzeba je chronić przed amatorami cudzej własności i utrzymywać w należytym stanie. Posiadanie wiąże się z pewnym uzależnieniem, a Jubilo czuł się zbyt wolny, by własnymi pieniędzmi płacić za niewolę." (s. 54)

3 czerwca 2011

Szumią wierzby, szumią

Nigdy wcześniej nie czytałam żadnej książki tej Autorki, piszącej po francusku Chinki. Jednak opisy mnie tak zainteresowały, że zakupiłam hurtem trzy - zwykle mi się to nie zdarza. Na pierwszy ogień poszedł zbiór czterech opowiadań, chociaż zasadniczo wielbicielką krótkiej formy nie jestem.

Shan Sa
Cztery życia wierzby
Muza 2004
ss. 176

Urzeczona. Tak właśnie czułam się po lekturze. Jakbym wynurzyła się z rysowanego subtelną kreską chińskiego pejzażu. Cztery opowiadania, złączone motywem wierzby, to najkrótsza z możliwych podróż przez  historię Chin.

Najbardziej spodobały mi się dwa pierwsze utwory, dziejące się w najdalszej przeszłości. Pierwszy za Cesarstwa, drugi na początku XX w. Zafascynowały mnie swoją delikatną bajkowością, jakbym czytała azjatyckich braci Grimm. A jednocześnie, przy całej magii, dawały duże pojęcie o kulturze i obyczajach tamtych czasów.

Trzecie opowiadanie to czasy rewolucji kulturalnej. Pierwszy raz "widziałam" ją z tak bliska. Jedyne, co mogę zarzucić temu utworowi, to odrobinę schematyczności - od połowy domyślałam się, jak potoczą się losy bohatera. Było to jednak dość zrozumiałe, bo miało ilustrować los jednostki zaplątanej w tryby wielkiej historii.

Rozczarowało mnie tylko ostatnie opowiadanie - współczesne, ale dziejące się właściwie we śnie/bajce. Było króciutkie i wyglądało jak dopisane na siłę, żeby zamknąć cykl, bez pomysłu. Ale zajmowało jakieś 3% całości, więc wybaczam. Z drugiej strony, w tym opowiadaniu najłatwiej było mi, człowiekowi Zachodu, dojrzeć symbolikę wierzby, która w Chinach oznacza śmierć i odrodzenie.

Subtelny, chłodny i oszczędny styl nie każdemu musi przypaść do gustu, niemniej polecam tym, którzy interesują się Dalekim Wschodem, a sama rzucam się na kolejne dzieła Shan Sa.

25 listopada 2010

Miłość od kuchni

 Laura Esquivel
Przepiórki w płatkach róży
tyt. oryg. Como agua para chocolate
tłum. Elżbieta Komarnicka
Zysk i ska 1999

Ach, jak bardzo okładka tej książki nie oddaje nieprawdopodobnej urody zawartości.

Historia, która wciąga od pierwszego zdania,  niezwykła mieszanka cielesnego naturalizmu z magicznym realizmem  i aromatycznymi przyprawami, oto literatura południowo-amerykańska w najlepszym wydaniu. Pełnokrwiści bohaterowie, upał, ostra kuchnia i gorąca miłość. Jeśli lubicie Allende i Marqueza, to i Esquivel powinna Wam przypaść do gustu.

Tita kocha Pedra. Z wzajemnością. Niestety w jej przyszłości nie ma dla niego miejsca, ani zresztą dla żadnego innego mężczyzny. Tita jest najmłodszą córką i zgodnie z rodzinną tradycją jest zobowiązana pozostać w domu i opiekować się matką. Pedro poślubia więc siostrę Tity, Rosaurę, by pozostać blisko swojej ukochanej. Niewyrażone emocje Tity znajdują  ujście w twórczości kulinarnej. Potrawy, które przygotowuje miewają skutki nie do przewidzenia, a niekiedy i nie do poskromienia - mają autentyczną moc zmieniania losu.

Nie lubię książek o miłości (tu mi się przypomina zdanie z "Kubusia Fatalisty," że wszystkie książki są o miłości, ale dyskusja o tym może innym razem), ale to szczęśliwie nie jest powieść romantyczna o małżeńskim trójkącie, ani o zawiedzionych młodzieńczych marzeniach, tylko szatańska mieszanka pełna pasji. Poza tym to klasyka literatury "kuchennej" - każdy rozdział powiązany jest z konkretną potrawą (przepisy są podane -  oryginalne meksykańskie dania, całkowicie awykonalne, ale fascynujące). Polubiłam bardzo główną bohaterkę, która na szczęście nie idealizuje swego Romea, tylko potrafi trzeźwo nazwać go mięczakiem (za jakiego i ja go uważam). Polubiłam nawet bezwzględną Mamę Elenę, która rządzi farmą i rodziną twardą ręką, nie oglądając się na cudze uczucia, ale za to potrafi powstrzymać najazd rebliantów. Esquivel jest mistrzynią kobiecych portretów - mężczyźni zdecydowanie schodzą na drugi plan.

Jedyny minus (dla mnie) to zakończenie - wolałabym inne. Poza tym straszliwie nie lubię  w fabule nagłych przeskoków w czasie. Gdyby autorka zechciała opisać te brakujące lata,  zamiast je skrótowo wspomnieć, powieść byłaby zdecydowanie grubsza, a ja mogłabym spędzić z bohaterami znacznie więcej czasu, czego bardzo bym sobie życzyła.

22 października 2010

Słodko-gorzka czekolada


 Joanne Harris
Czekolada
org. Chocolat
Prószyński i S-ka, 2001
ss. 368


Film "Czekolada" nie należy może do moich najnajulubieńszych, niemniej podobał mi się i obejrzałam go więcej niż raz. Po książkę sięgnęłam dopiero teraz i przyznaję, że okazała się ogromnym zaskoczeniem. Pamiętając akcję filmu, spodziewałam się miłej, słodkiej (ZWŁASZCZA słodkiej) opowieści o czekoladowej wróżce, którą wiatr przywiewa do małego miasteczka, gdzie ludzie są szarzy, spięci i nieszczęśliwi. Wróżka wprowadza ferment, ludziom otwierają się oczy, zaczynają się uśmiechać i dalej wszyscy żyją długo, szczęśliwie i czekoladowo. Nic z tych rzeczy, no, prawie nic, bo ferment się zgadza. Jednak o ile film był czekoladą mleczną z nadzieniem truskawkowym, to literacki pierwowzór jest raczej czekoladą gorzką i mocną, parzoną jak espresso, o aromacie odurzającym, a smaku niekiedy trudnym do przełknięcia.
Vianne przybywa do Lansquenet nie wiadomo skąd. Pewnego dnia po prostu się pojawia, kobieta o tajemniczej przeszłości, panna z sześcioletnią córeczką, tajemnicza, czarnowłosa, niezależna. W dawnej piekarni otwiera chocolaterie - sklep z czekoladą, w której sprzedaje oszałamiające smakiem własnoręczne wyroby. Szybko zdobywa sympatię początkowo nieufnych mieszkańców - choć nie wszystkich. Wielu nie może jej przebaczyć jej tolerancji dla Cyganów, przyjaźni z dręczoną przez męża kleptomanką, a szczególnie tego, że nie chodzi do kościoła.  Vianne staje kościstą czekoladką w gardle miejscowemu księdzu, który jest na równi z nią bohaterem książki. Powoli, z mglistych wspomnień Vianne oraz z monologów księdza wyłania się zagmatwana przeszłość ich obojga, wyjaśniając łączące ich więzy, na które składają się: lęk, nienawiść i cudze grzechy.
Tymczasem pod wpływem czarodziejskiego smaku czekoladek Vianne życie wielu mieszkańców ulega niespodziewanym zmianom. Ale czy ona sama znajdzie szczęście? Dla fanów filmu zakończenie może być zaskoczeniem.
Jestem bardzo ciekawa innych książek Harris. Bardzo mi się spodobał piękny poetycki język i subtelny sposób rysowania narracji. Możecie się spodziewać recenzji drugiej części "Czekolady", czyli "Rubinowych czółenek".

26 września 2010

Dziecko w krainie czarów

Mam chyba pięć czy sześć zaległych książek do zrecenzowania, niektóre czekają już naprawdę długo, a ja co robię? Recenzuję kolejne filmy. Ale to są BARDZO DOBRE filmy.

Oglądanie kilku filmów ze zbliżonego gatunku pod rząd pozwala wyłapać pewne podobieństwa. W przypadku komedii romantycznych były to schematyczne fabuły. Tym razem padło na dość niszowe filmy z dziecięcymi lub młodocianymi bohaterami. O schematyzmie nie ma mowy, natomiast, może z powodu mojego uwielbienia dla tej książki, nasunęły mi się we wszystkich przypadkach nieodparte skojarzenie z "Alicją w Krainie Czarów". Spokojnie, nie ma tam żadnych otwartych nawiązań, więc jeśli dla kogoś była to znienawidzona lektura, może bezpiecznie oglądać. To, co wywołało u mnie skojarzenie, to doskonale ujęta perspektywa dziecka, jego sposób patrzenia na świat, który nie jest przystosowany do zakresu pojmowania małego człowieczka. Trudno się odnaleźć w miejscu, w którym wszyscy są "szaleni" - postępują według sobie znanych zasad, na ogół niezrozumiałych dla małego umysłu, nie wiadomo, czego można się po nich spodziewać. Małych bohaterów łączy to, że są pozostawieni samym sobie, na własną rękę muszą borykać się z życiem, odnajdywać w nim swoje miejsce. Pozbawiono ich przewodnictwa kogoś starszego i mądrzejszego. Nie umieją jeszcze sami przewidywać konsekwencji swoich czynów, nie rozumieją praw rządzących światem i mają poczucie, że świat nie rozumie ich.
Jednocześnie, przy trudnej tematyce, żaden z tych filmów nie jest ciężki i dołujący, za to każdy ma w sobie element baśniowości.



 










Gdzie mieszkają dzikie stwory / Where the wild things are
reż. Spike Jonez
USA, 2009
Film na podstawie powieści Maurice'a Sendaka

Nie czytałam oryginału książkowego, więc nie mogę porównać. Przyznaję, że film był dla  mnie sporym zaskoczeniem, zupełnie nie tego spodziewałam się po amerykańskim kinie. Poetyka o lata świetlne odległa od Disneya, bliższa raczej braciom Grimm i skandynawskim legendom o trollach.
Nadpobudliwy, a przez to samotny i wyobcowany, bo - nie ukrywajmy - ciężki do zniesienia chłopiec, imieniem Max, ucieka z domu i trafia na wyspę zamieszkana przez tytułowe dzikie stwory. Wielkie, włochate, wyglądają sympatycznie, ale uwaga! - to nie ulica Sezamkowa. Stwory gotowe są zjeść chłopca, ale ten wybrnie z sytuacji i nie tylko zostanie członkiem tej bandy, ale wręcz stanie na jej czele. Jednak Max, chociaż równie dziki jak współtowarzysze, mimo zapału, nie potrafi współpracować w grupie, a to może mieć dla wszystkich przykre konsekwencje.
To nie jest łatwa bajka z oczywistym happy endem, ale właśnie to stanowi o jej wartości. Ma przepiękne zdjęcia i muzykę, tytułowy Max jest rewelacyjnie zagrany, a trolle jak żywe. Zostałam zupełnie oczarowana.




Rusałka/Rusalka
reż. Anna Melikyan
Rosja, 2007

To chyba najtrudniejszy film do streszczenia, trzeba go po prostu zobaczyć. Mała Alisa urodziła się nad morzem. Mieszka z matką i babką, tęskni za nieznanym ojcem. W wyniku pewnego wydarzenia decyduje się nie odezwać więcej nawet słowem, co komplikuje jej i tak niezbyt wesołą sytuację. Nikt nie poświęca jej zbyt wiele uwagi i nie wie, że Alisa ma sekret - potrafi spełniać życzenia. Dar ten jednak okazuje się czasem być przekleństwem. Gdy rodzina przenosi się do Moskwy, Alisa musi odnaleźć się w nowym, obcym, ale fascynującym świecie. Jest dziewczyną niepodobna do żadnej innej, rusałką i jej poczynania także nie będą standardowe.
To piękny film - baśń, ale zupełnie nie disneyowska, tylko nieco mroczna, słowiańska. Dla mnie doskonały pod każdym względem: fabularnym, aktorskim, wizualnym, muzycznym. Trzeba zobaczyć.





Nad jeziorem Tahoe / Lake Tahoe
reż. Fernando Eimbcke
Meksyk, 2008

Pewnego słonecznego dnia nastoletni Juan pakuje swój wóz na słup.  Wokół nie ma żywego ducha, więc wysiada z samochodu i idzie szukać pomocy. Spotyka najróżniejsze ludzkie typy, między innymi młodą matkę, Lucię, palącą jak smok i marzącą, żeby pójść na koncert oraz Davida - fana karate i Bruce'a Lee. Początkowo wydaje się, że brakująca część do samochodu to jedyny problem chłopaka, ale jego krótkie wizyty w domu powoli rysują przed widzem coś znacznie poważniejszego.
To kino niezwykle minimalistyczne - krajobrazy są puste, ujęcia statyczne, bohaterowie często milczą lub mówią półsłówkami. Film ma piękne klimatyczne zdjęcia, snuje się wolno, ale wciąga, jest w nim mnóstwo niedopowiedzeń, ale układanka w końcu składa się w całość. Nie dla fanów kina akcji.

  
Italianiec / Italianetz
reż. Andrei Kravchuk
Rosja, 2005

Mały Wania wychowuje się w domu dziecka. Uśmiecha się do niego szczęście i zostaje "sprzedany" do adopcji sympatycznemu włoskiemu małżeństwu. Chłopiec boi się jednak, że kiedy on będzie w słonecznej Italii, jego prawdziwa mama, której nie zna, będzie próbowała go odnaleźć. Zdeterminowany, postanawia sam jej poszukać.
Film mnie zachwycił, jest wzruszający, ale optymistyczny i przede wszystkim - świetnie nakręcony. Realia rosyjskiego sierocińca oddano doskonale, a co ciekawe, poza głównym bohaterem, dzieciaki grane były przez prawdziwych wychowanków domu dziecka. Żeby u nas dzieci tak grały...

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...