30 marca 2012

Czytam klasykę - Ulubione książki mojej babci

Przyznaję, że Maria Rodziewiczówna znalazła się na mojej liście klasyków do przeczytania głównie z jednego powodu - koszmarnie mi się myliła z Mniszkówną i chciałam je wreszcie zacząć rozróżniać. Żadnej do tej pory nie czytałam, ale jak się kojarzy Mniszkówna wiadomo - melodramaty, sentymenta i parodia autorstwa Magdaleny Samozwaniec. Siłą skojarzeń i po Rodziewiczównie spodziewałam się romansów okrutnych.

Niniejszym uroczyście to odszczekuję. Cudnie pisała Rodziewiczówna i współczesne pisarki mogłyby się od niej uczyć. Dramat miesza się z dowcipem, miłość z tragedią. Bohaterowie są ludzcy, żadne tam papierowe marionetki. Akcja potrafi zaskoczyć nagłym skrętem w bok. Zakończenie krzepi - jak to w lekkich powieściach, czytanych dla przyjemności, wskazane.

Zaczęłam od "Między ustami a brzegiem pucharu". Dobrze, ze miałam starsze wydanie, bo ta całująca się para na okładce odrzuciłaby mnie z pewnością. A tymczasem w treści pocałunki można policzyć na palcach jednej ręki. Chociaż ciężko mi było przebrnąć przez początek, bo zaczyna się od czułego kląskania hrabiego Wentzla i pięknej Aurory. Szybko jednak się okazuje, że to nie nowi Romeo i Julia. Aurora mężatką jest, a Wentzel to fircyk, co mężatki lubi.  Nie lubi natomiast Polaków -  pech chciał, że jego ojciec, niemiecki hrabia, ożenił się z polską dziewczyną. Ta jednak zmarła szybko, dając życie Wentzlowi i od tej pory chłopak nie miał do czynienia z polską gałęzią rodziny, a publicznie się do takiej w ogóle nie przyznawał. Za "wyzwanie" od Polaków sam wyzywał - na pojedynek.

Wszystko zmienia się jednak, kiedy poznaje piękną pannę Jadwigę, wychowankę swojej polskiej babki. Przyzwyczajony do umizgów kawaler spotyka się z lodowatym przyjęciem, a babka, która uważa go za Prusaka, nie puszcza nawet za próg. Panna zresztą jest zaręczona, więc szanse Wentzla bliskie są zeru. Jak wiadomo jednak między ustami a brzegiem pucharu wiele zdarzyć się może...


To, co mnie urzekło najbardziej to poczucie humoru pisarki. Wcale się go nie spodziewałam, a tymczasem dialogi od niego aż kipią. No i ta atmosfera dworkowa, cudowna. Ciężkie to były czasy dla Polaków, a jednak urzekająco piękne. Jeśli ktoś lubi "Nad Niemnem" (a wiem, ze są tacy i nie jestem wyjątkiem) to powinien po Rodziewiczównę sięgnąć obowiązkowo. Dobra wiadomość, że ją ostatnio wznawia, w ładnych okładkach, wydawnictwo MG (które wsławiło się przekładami - nareszcie - "Shirley" i "Lokatorki Wildfell Hall").



Zaraz po przewróceniu ostatniej strony "Między ustami..." złapałam za "Strasznego dziadunia". Opis nie zachęcał - jakiś niesympatyczny acz bogaty dziadek, dwóch dorosłych wnuków, o czym tu czytać? Wsiąkłam od pierwszej strony  nie oderwałam się dopóki nie skończyłam. Tym razem obyło się bez stosunków polsko-niemieckich. Akcja w dużym stopniu toczyła się w Petersburgu, gdzie studiował jeden z wnuków wrednego dziadka Polikarpa - Hieronim. Sierota, ale mądry i prawy, nie miał na świcie nikogo poza przyjacielem Żabbą i małą dziewczynką, wychowanką uratowaną z powodzi. Swego dziadka do bliskich nie zaliczał - ten bogaty starzec żądał od swych wnuków bezwzględnego posłuszeństwa i tylko za nie nagradzał - słuchał go drugi z wnuków, Wojciech, ale Hieronim miał własny plan na życie. Jednak plany planami a życie życiem, los miał dla Hieronima w zanadrzu okrutne niespodzianki, planując odebranie mu wszystkiego, co mu jeszcze na świecie pozostało.

"Straszny dziadunio" był powieściowym debiutem Rodziewiczówny - wygrała nim konkurs ogłoszony przez czasopismo "Świt". Wydał mi się nieco bardziej naiwny niż dojrzalsza "Między ustami...", ale nadal wart uwagi. Polecam i planuję przeczytać kolejne powieści Rodziewiczówny.

Maria Rodziewiczówna
Między ustami a brzegiem pucharu (1890)
Straszny dziadunio
(1887)

27 marca 2012

Ta, którą znałam najlepiej


Mam słabość do biografii kobiet-pisarek. Zaczęło się dawno temu, w wieku wczesnonastoletnim, od przepełnionych humorem autobiografii Joanny Chmielewskiej i Agathy Christie. Potem była długa przerwa, aż wreszcie trafiłam, nie tak dawno, na wspaniałą biografię sióstr Bronte autorstwa Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. Zaraz potem sięgnęłam po życiorys L.M.Montgomery ("Maud z Wyspy Księcia Edwarda") i upewniłam się, że mam ochotę podążać tą ścieżką. Na liście mam już całą listę biografii do przeczytania, a na półce czeka "Niezłomne serce" - biografia Jane Austen.

Na autobiografię, a dokładniej wspomnienia z dzieciństwa Frances Hodgson Burnett, autorki "Małej księżniczki" i "Tajemniczego ogrodu" trafiłam całkowitym przypadkiem. Myślałam, że "The One I Knew the Best of All" w ogóle nie zostało przetłumaczone - okazało się, że owszem, ale pod tytułem, który mi się wcale nie kojarzył, jako "Leśna Boginka". Uzasadnienie dla takiego tytułu w tekście występuje, ale moim zdaniem jest on mylący, spodziewałabym się raczej jakiejś baśni. Nadal chcę przeczytać pełnowymiarową biografię pisarki - fascynuje mnie to, że autorki ciepłych, krzepiących książek tak często cierpiały na depresję, kryzys wiary, były nieszczęśliwe w małżeństwie, traciły dzieci... Może dlatego tworzyły cudowne fikcyjne historie, żeby uciec od rzeczywistości?

Leśna Boginka / The One Knew The Best of All
Frances Hodgson Burnett
wydanie oryginalne - 1893
wydanie polskie - Nasza Księgarnia 1996


"Leśna boginka" rozpoczyna się jednym z najwcześniejszych wspomnień małej Frances - narodzinami jej niespełna trzy lata młodszej siostrzyczki, Edith. Poznajemy dziewczynkę oczyma dojrzałej, około 50-letniej pisarki, która opisuje małą-siebie w trzeciej osobie, jako Osóbkę. Dzięki temu "Leśna boginka" bardziej przypomina opowieść o pewnej małej dziewczynce niż wspomnienia. Książka kończy się wydaniem w magazynie pierwszego opowiadania, kiedy pisarka miała ok. 19 lat.

Frances Eliza była środkowym dzieckiem, miała dwóch starszych braci i dwie młodsze siostry. Kiedy matka była w ciąży z ostatnią córką, Edwiną, ojciec nagle zmarł i sytuacja finansowa rodziny znacznie się pogorszyła. Pierwsze wspomnienia pisarki wiążą się z robotniczą Anglią - choć rodzina należała do wyższej klasy. Mamy tu ciasną zabudowę, podglądane przez okna robotnicze rodziny, osiadającą wszędzie (także na ubraniach  i twarzach) sadzę, tęsknotę za zielenią. Pojawiają się pierwsze doświadczenia literackie - nauka czytania, zachwyt nad powieściami, wymyślone historie snute przed przyjaciółkami, wreszcie własne próby literackie. Jest też sporo obrazków obyczajowych - spacerujące nianie, angielskie niedziele z wyprawami do kościoła, prowadzona przez dwie młode panny szkoła - oraz poruszających wspomnień, np. pierwsze zetknięcia ze śmiercią.

To, co mnie zaskoczyło, to że Frances Hodgson (później z męża Burnett) większość życia mieszkała w Ameryce. Jej książki wydawały mi się zawsze tak angielskie, że nie mogłam w to niemal uwierzyć. Rodzina Hodgsonów przeniosła się do Stanów Zjednoczonych wkrótce po zakończeniu wojny secesyjnej, kiedy Frances miała 16 lat. Do Anglii wróciła jako znana pisarka, w okolicach 50 roku życia. W Anglii powstał dopiero "Tajemniczy ogród" - inspirowany zresztą prawdziwym ogrodem w Great Maytham Hall - a "Małą księżniczkę" wydano tam jako książkę - wcześniej była publikowana w odcinkach w gazecie jako "Sara Crewe lub Co się zdarzyło na pensji panny Minchin". Z ciekawostek - początkowo Frances pisała dla dorosłych. Pierwsze utwory dla dzieci powstały po spotkaniu z Louise May Alcott, autorką "Małych kobietek" oraz z redaktorką pewnego czasopisma dla dzieci.

"Leśna boginka" - ciepła i urocza historia - została zadedykowana zmarłemu w wieku 16 lat synowi pisarki, Lionelowi.

Recenzja zamieszczona została także na blogu "Klasyka Młodego Czytelnika".

24 marca 2012

Literatura na ekrany - Głodowe Igrzyska wreszcie w kinach


Wyjaśnijmy sobie coś od razu - jestem fanką trylogii "Igrzyska śmierci" Suzanne Collins. Nie, że ją lubię. Lubię wiele książek. Nie uważam tych powieści za najlepsze w historii - jestem od tego daleka. Jestem fanką trylogii, tak jak jestem fanką "Harry'ego Pottera", "Serii Niefortunnych Zdarzeń" i powieści Jane Austen. Objawia się to u mnie w taki dziwny sposób, że wyłączam krytycyzm. Nawet jeśli którąś książkę uważam za słabszą - i tak ją uwielbiam, bo to część cyklu. Wychwytuję jak radar wszelkie informacje w mediach na ich temat. Obejrzę każdą ekranizację i będę ją kochać, nawet jeśli uznam za marną (tak, tak - na ekranizacji "Harry'ego Pottera i Komnaty Tajemnic" regularnie przysypiam, ale i tak ją oglądam).

Nic dziwnego więc, że na ekranizację "Igrzysk śmierci" czekałam z utęsknieniem. Książki były naprawdę świetne (recenzowałam je tu, tu i tu) - trzymające w napięciu przygodówki, jednocześnie głęboko poruszające i skłaniające do myślenia, a to rzadka kombinacja. Bałam się, co też Hollywood może tam napsuć, ale trailer pozwalał mi żywić nadzieję, że nie będzie najgorzej. Dotarłam do kina tak szybko, jak się dało, czyli dzień po premierze, podekscytowana jak przed pierwszą randką. Przyzwyczajona do multipleksów (półgodzinny bloczek reklam) nie spieszyłam się nadmiernie i o zgrozo, po raz pierwszy od kilkunastu lat się spóźniłam - reklam nie było. Dużo mi nie umknęło, ale nawet tych paru minut, których nie widziałam, żałuję.

Było dobrze. Naprawdę dobrze. Jasne, że wiele wątków trzeba było skrócić, ale to, co ważne zachowano. Katniss była bardzo przekonująca (chociaż jak na głodujący dystrykt aktorka wygląda na dobrze odżywioną, ale niech już będzie), scenografia świetna, akcja trzymająca w napięciu, śmierć Rue poruszająca... T., który nie czytał trylogii, tez był zachwycony, więc to film nie tylko dla fanów. Szczerze mówiąc, najchętniej poszlabym na niego po raz drugi, a to mi się od czasów "Titanica" nie zdarzyło, więc niech to będzie dla Was rekomendacją. Ale poprawkę na "fanowanie" weźcie ;)

Gale

Katniss i Primrose

Effie i Katniss

Ważniejsi uczestnicy Igrzysk - poza planem nie wyglądają już tak morderczo ;)

21 marca 2012

Zemsta o smaku morskiej wody



Ta książka to moje całkiem przypadkowe biblioteczne odkrycie. Mało brakowało, a zostawiłabym ją na półce - brałam do ręki i odstawiałam. Wreszcie nastrojowa okładka i hiszpańskie nazwisko autora zwyciężyły - pożyczyłam. Zaczęłam czytać już na przystanku i wiedziałam, że będzie mi się podobać.

Coś takiego jest w stylu Villara, jakaś lekka melancholia, co kojarzy się z kryminałami skandynawskimi, chociaż akcja rozgrywa się w Hiszpanii. Nie jest to jednak ta pocztówkowa, słoneczna Hiszpania. Galicja, region położony na północy, ma klimat zbliżony raczej do brytyjskiego. Szaro, pochmurno, mokro. Taki obrazek miałam w głowie, kiedy bohaterowie snuli się po portowej plaży, szukając mordercy rybaka, którego ciało ze związanymi rękami wyrzuciło morze. Pogubiony w życiu prywatnym inspektor Leo Caldas wzbudził moją ogromną sympatię, tak samo jak jego zapalczywy partner Estevez. Zachwyciły mnie fantastyczne opisy małego rybackiego miasteczka i mentalności galicyjskiej ludności (ich zwyczaj unikania konkretnych wypowiedzi - "nie mówię tak, nie mówię nie" - doprowadzał Esteveza do szaleństwa). Kryminał jest osadzony w prawdziwym miasteczku Panxón i po lekturze mam wrażenie, jakbym sama już przewędrowała jego uliczki.

Matka Boska z Góry Karmel -
mozaika z kościoła w Panxón,
wspominana w książce
Port w Panxón

Plaże Panxón

No i największy plus - intryga. Nie ma tu krwawych opisów zwłok poćwiartowanych w wyrafinowany sposób, nie ma szaleńca-psychopaty, ani wyścigu z czasem zanim wyrżnie co do nogi całe miasteczko. Jest zwykła ludzka tragedia. Akcja ma bardzo spokojne tempo, a jednak ani przez chwilę nie nudzi. Nie byłam w stanie odgadnąć zakończenia, bo autor nieustannie wyprowadzał mnie w pole i to co wydawało mi się oczywiste, za chwilę okazywało się niemożliwe. Czytałam i z każdą stroną żałowałam, że niedługo skończę - a to rzadkie w przypadku kryminałów, kiedy ma się ochotę jak najszybciej dopaść ostatnią stronę i sprawdzić "kto zabił".

Bardzo gorąco polecam i żałuję, że pierwszy kryminał Villara "Los ojos de agua", z tymi samymi bohaterami, nie został przetłumaczony na język polski. Niemniej na pewno po niego sięgnę, w oryginale lub w przekładzie na angielski.

PS. A typowo hiszpańskie w tej książce były z lubością opisywane posiłki z owoców morza :) To nie Skandynawia, żeby wyciągali mrożoną pizzę i wtykali ją do mikrofali ;)

Domingo Villar
Plaża topielców
La playa de los ahogados
Wyd. Dolnośląskie 2011

19 marca 2012

Trzy kobiety w czerni

Nie wiem, czemu nazwisko Susan Hill kojarzyło mi się szalenie współcześnie, a to dama jest 70-letnia i z bogatym literackim dorobkiem. Przy okazji nowej ekranizacji jej powieści "Kobieta w czerni" zrobiło się o niej w Polsce nieco głośniej, zwłaszcza że równocześnie z filmem ukazało się polskie tłumaczenie tej powieści (wcześniej chyba niedostępne).

Chociaż horrorów nie czytuję i nie oglądam, to powieści o duchach pod to miano nie podciągam - tzw. powieści gotyckie darzę skrywaną sympatią. Prawda jest jednak taka, że za dużo porządnych powieści o duchach wcale nie ma. Z klasyki czytałam dobrego "Mnicha" Lewisa (chociaż duchów to tam malutko), "W kleszczach lęku" Henry'ego Jamesa - tą dość dawno i słabo ją pamiętam - oraz oczywiście "Opowieści niesamowite" Poe'go, choć przy całej sympatii dla autora nie mogę powiedzieć, żeby specjalnie straszyły. Przede mna jeszcze "Zamczysko w Otranto" Walpole'a i powieści pani Radcliff oraz polskiej przedstawicielki nurtu - Anny Mostowskiej. Powieść Susan Hill także rozgrywa się w XIX-wiecznych realiach, wiec tym chętniej sięgnęłam i po książkę i po obie jej ekranizacje.


Dojrzały mężczyzna, Arthur Kipp, wspomina najstraszniejsze doświadczenie swojego życia, to o którym całe życie próbował zapomnieć. Za młodu, jako początkujący adwokat został wysłany do małego miasteczka Crytin Gifford, żeby uporządkować papiery zmarłej Alice Drablow. Starsza pani żyła w ponurym odosobnieniu, bez krewnych i przyjaciół. Jest dom położony był na bagnach (zdecydowanie nie sprzyjało to utrzymywaniu kontaktów towarzyskich ;) ) - wąska grobla prowadząca przez moczary dostępna była tylko przez część dnia, podczas odpływu. Arthur z zapałem zabiera się do wypełniania obowiązków, jednak szybko dostrzega, że nazwisko Drablow wywołuje wśród mieszkańców miasteczka niechęć, a wzmianka o tajemniczej kobiecie w czerni, którą kilkakrotnie spotyka - panikę. Odizolowany w domostwie pani Drablow, Arthur odkrywa, że nie jest tam wcale sam, a bagna kryją mroczny sekret z przeszłości.

Książkę wydano w 1983 r., pierwsza ekranizacja powstała 6 lat później, w 1989 r., z Adrianem Rawlinsem w roli Arthura (ostatnio grał ojca Harry'ego Pottera w ekranizacji cyklu), a druga właśnie leci w kinach (z Danielem Radcliffem, który wcześniej grał Harry'ego Pottera). Co ciekawe, w powieści i obu ekranizacjach różny jest stan cywilny głównego bohatera, co pociąga za sobą różne zakończenie (z tego względu zaserwowanie sobie wszystkich trzech dzieł, jedno po drugim, wcale nie jest nudne) - w książce jest narzeczonym, w pierwszym filmie - mężem i ojcem dwójki dzieci, w drugim filmie - wdowcem z małym synkiem.

Pierwsza ekranizacja jest dość wierna powieści, chociaż mam wrażenie, ze akcję przeniesiono na nieco późniejszy okres. W powieści czas akcji nie jest dokładnie określony, ale w filmie wyraźnie widać, że są to lata międzywojenne. Dodano parę udziwnień, jak na przykład ówczesny dyktafon, którego w powieści nie było (tylko banalne papiery ;) ). Z nieznanych mi przyczyn zmieniono także nazwiska niektórych postaci. Poza tym jednak atmosfera jest bardzo wierna, raczej melancholijna i niepokojąca niż upiorna i jedyne do czego bym się przyczepiła, to niepotrzebnie rozwleczona końcówka.


Współczesna ekranizacja dodaje już sporo od siebie - znacznie tu więcej duchów i są one bez porównania aktywniejsze. Niektóre wydarzenia, tylko wspomniane w książce jako występujące (żeby nie spoilerować, nie powiem jakie), tu pokazane. Film uczciwie straszy, choć sugeruję, żeby wziąć poprawkę na to, że ja nie oglądam horrorów i przestraszyć mnie łatwo ;) Niby schematy - odludny dom, a coś tam skrzypi, kroki słychać albo głosy - ale na mnie działają świetnie. Do tego stopnia, że pół seansu przesiedziałam z zamkniętymi oczami, zastanawiając się, na co mi to było ;) Plusem tej ekranizacji są niewątpliwie piękne, nastrojowe zdjęcia. Minusem - niestety - Daniel Radcliffe grający główną rolę. Przy całej sympatii dla tego aktora, uważam że był zupełnie niewiarygodny jako wdowiec i ojciec. Jego chłopięca uroda sprawiała, że oczekiwałam, że sam raczej zacznie wołać tatę... Gdyby nie jego filmowy stan cywilny uważałabym jednak, że zagrał bardzo dobrze - lubię go i życzę mu jak najlepiej w dalszej karierze.


Podsumowując -  polecam i książkę, i obie ekranizacje, jeśli lubicie się bać.

16 marca 2012

Wiktoriańska intryga

Rzadko się zdarza tak wciągające czytadło! Na początku czytałam sobie spokojnie, myśląc "no, fajne fajne, przyjemnie się czyta, tylko ta intryga jakaś taka prosta". Tak mi się zdawało aż do pierwszego zwrotu akcji o 180 stopni. Przy czym nie był to zwrot ostatni...

Sarah Waters
Złodziejka
Fingersmith
Prószyński i ska  2004


Akcja rozgrywa się w doskonale odmalowanych realiach XIX-wiecznej dickensowskiej Anglii. Sue Trinder, córka przestępczyni, którą stracono w majestacie prawa, wychowała się w rodzinie "zastępczej". Jej opiekunowie trudnili się paserstwem i rozwiązywaniem problemu niechcianych dzieci, ale swą przybraną córkę kochali, przelewając na nią najwyraźniej uczucia dla własnej córeczki, która zmarła w niemowlęctwie. Pewnego dnia znajomy rodziny, oszust zwany Gentelmanem, proponuje Sue pewny zarobek. Ma wcielić się w rolę pokojówki pewnej młodej arystokratki, panny Maud, wkraść się w jej łaski i przekonać ją do ucieczki i małżeństwa z nauczycielem rysunku, owym Gentelmanem właśnie. Po ślubie panna zostanie oddana do zakładu psychiatrycznego (nie taki rzadki sposób pozbywania się niechcianych małżonek w owych czasach), a spiskowcy podzielą się jej majątkiem. Sue zgadza się, wyjeżdża do posiadłości wuja panny Maud, ale wkrótce okazuje się, że sprawy nie idą zgodnie z planem. A potem zaczynają wręcz biec w całkowicie nieprzewidywalnym kierunku...


Autorce udało się robić mnie w konia co dziesięć stron. Za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że już wiem, o co chodzi, wszystko stawało na głowie. Nawet jeśli stopień pokomplikowania intrygi jest troszkę niewiarygodny (przynajmniej w niektórych aspektach), to przymknęłam na to oko, bo czytało się fantastycznie. Z pewnością sięgnę po inne powieści pani Waters, a w planach mam także obejrzenie miniserialu z 2005 na podstawie tej książki.

13 marca 2012

O dobrych i złych bajkach

Trafiłam w necie na ciekawy wywiad z panią socjolog dr hab. Joanną Mizielińską na temat tego, jakie bajki czytać dzieciom. Wywiad można znaleźć TU. I mam mieszane uczucia. Rozumiem argument o Calineczce:

"...Calineczkę ciągle ktoś zmusza do małżeństwa: najpierw syn ropuchy, potem chrabąszcz, wreszcie kret. A gdy na końcu znajduje swego księcia, od razu rzuca się w jego ramiona.
- Mimo że on błyskawicznie przemianowuje ją na Maję, gdyż jej stare imię jego zdaniem jest brzydkie. Od razu też Calineczka przyjmuje warunki przyszłego męża: dostaje skrzydła (bo jej ukochany je nosi) i musi się przeprowadzić tam, gdzie on mieszka, bardzo daleko od swojego kraju (...)"

No, rzeczywiście, zły wzór dla dziewczyny, podobnie jak wszystkie te kopciuszki, śpiące królewny i inne Śnieżki piorące gacie bandzie krasnali. Nie wspominając o masochistycznej Małej Syrence, która dla mężczyzny oddaje własny głos i zgadza się na nieustanny ból przy chodzeniu. Kiedy pomyślę o czytaniu tych bajek własnych dzieciom, zaczynam się wahać. A jednak - ja sama się na nich wychowałam. Bardzo wcześnie nauczyłam się czytać, pod ręką miałam pełen wybór literatury, swobodnie przeplatałam mity greckie, polskimi legendami o Halszkach zamurowywanych w wieży i klasycznymi baśniami Perraulta, braci Grimm i Andersena. Rodzice nie cenzurowali moich lektur, właściwie nie kontrolowali tego, co czytam. I wyrosłam na całkowicie normalną kobietę (tak sobie pochlebiam ;) ), która nie czekała na księcia z założonymi rączkami z nadzieją, że ją na swoim białym rumaku uwiezie prosto w nowe życie. Nawet tak dosyć feministycznie wyrosłam i człowieka oceniam po wartości, a nie płci.

Dlatego zastanawiam się, czy naprawdę należy dokonywać selekcji lektur własnych dzieci  podtykać im tylko te poprawne? A może każdą bajkę okraszać umoralniającym kazaniem? Czy to jednak nie odbierze czytaniu magii? Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, żeby dziecko nie znało Kopciuszka czy Calineczki, bo to postaci mocno zakorzenione w europejskiej kulturze i  mnóstwo innych dzieł, nawet kierowanych do dorosłych, zawiera odniesienia do postaci z baśni.

Jak myślicie? Czytacie własnym dzieciom wszystko czy zwracacie raczej uwagę na zalety wychowawcze?

Calineczka według Eugenio Recuenco

12 marca 2012

Edukacja Helenki

Słyszałam o dydaktyzmie Zofii Urbanowskiej, oglądałam romansową okładkę z serduszkiem (ohydną, swoją drogą) i byłam pełna jak najgorszych przeczuć co do lektury. Tymczasem "Księżniczka" okazała się przemiłą niespodzianką. W swoich czasach zresztą była "bestsellerem" i nawet przetłumaczono ją na język francuski. Chętnie czytałabym więcej takich polskich perełek. Jane Austen i siostry Bronte wielkimi są, ale na Anglii świat się nie kończy, a polskie panienki XIX-wieczne też miewały ciekawe żywota ;)

Zofia Urbanowska
Księżniczka 
1886

Bohaterka książki, siedemnastoletnia Helenka, wychowywała się w bogatym domu. Śliczna jak obrazek dziewczyna ma dobre serce, ale przyzwyczajona jest do zbytków i zaspokajania zachcianek. Jej matka to wzór arystokratki, kobieta, której ulubionym zajęciem jest siedzenie w pozie omdlałej na szezlongu, a w swej córce wytrwale pielęgnuje ów uroczy "rys słabości", który jej zdaniem jest główną ozdobą dziewczyny. Ojciec to człowiek dobry, ale niepotrafiący gospodarować pieniędzmi, których zawsze miał pod dostatkiem. Dobre serce i nieumiejętność odmowy wpędzają go w końcu w poważne długi. Rodzina staje na skraju bankructwa.

Helenka, dotąd żyjąca głównie myślą o balach, na których właśnie zaczęła bywać, staje nagle w obliczu nieuniknionej nędzy. Matka ma dwie białe, delikatne i lewe rączki, ojciec jest stary i schorowany, a ratunku szuka w modlitwie. Helenka musi zakasać swoje muślinowe rękawki i wziąć się do pracy.

Jako "panna sklepowa" trafia do firmy ogrodniczej i domu rodziny Radliczów. Dom ten w niczym nie przypomina jej własnego. Rodzina nazywana jest przez Helenkę szyderczo "kwakrami" - ze względu na skromny i prosty styl życia. Powoli jednak rozpieszczona panienka dostrzega pielęgnowane przez Radliczów wartości i rozpoczyna długi a zwłaszcza nader bolesny proces wewnętrznej przemiany.

Obawiałam się ciężkiego przypadku romansu, ale wątek miłosny występuje tu na bardzo dalekim planie. Główną rolę odgrywa przemiana bohaterki oraz zmagania z ciężką sytuacją finansową. Walka Helenki o uratowanie rodziców przed bankructwem naprawdę wciąga. W dodatku historia pracy bohaterki nad własnym charakterem jest psychologicznie prawdziwa - żadne tam hop siup, tylko pot, łzy i wewnętrzny bunt. Poza samą fabułą powieść jest po prostu ciekawym obrazkiem obyczajowym Polski okresu rozbiorów, a także stosunków polsko-niemieckich. W dodatku to zdecydowanie pozytywistyczno-feministyczne dzieło, podkreślające rolę kobiet w społeczeństwie, a także konieczność kształcenia tychże w czymś więcej niż śpiew i haft. Książka Urbanowskiej niewątpliwie ma pełnić rolę edukacyjną, zresztą została napisana na konkurs "Tygodnika Ilustrowanego" na powieść ukazującą obraz i wzór "dojrzałej kobiety, a kobieta przedstawiona być miała na polu właściwego jej działania w rodzinie lub poza jej obrębem". Abstrahując jednak od nauk płynących z lektury, sama fabuła jest wyjątkowo wciągająca, styl uroczy, a przekazywane nauki niezmiennie aktualne.

Zachęcam gorąco i samej sobie życzę podobnych literackich odkryć.

A na koniec minimalistyczny cytacik:

"Wzrosłaś w atmosferze zbytku i nie masz pojęcia o poprzestawaniu na małym - a jednakże ono czyni ludzi szczęśliwszymi, bo im daje większą swobodę. Człowiek, nie mogący się obejść bez wielu rzeczy, staje się rzeczywiście ich niewolnikiem. Im więcej potrzeb, tym większa niewola." (s. 39)

Recenzja ukazała się także na blogu "Klasyka Młodego Czytelnika", ale jest to dobra lektura dla ludzi w każdym wieku.

8 marca 2012

Jak się włamać do cudzej głowy i jak stamtąd uciec

Po pierwsze - okładka jest zachwycająca. W naturze bardziej niż na zdjęciu obok, bo ma łagodniejsze kolory, głębię i miły w dotyku papier. Od czasu do czasu przerywałam lekturę, żeby na nią spojrzeć i pogłaskać :)

Po drugie - treść wzbudziła u mnie mieszane uczucia. Autorka jest bez wątpienia dobrą pisarką, jej stylowi nie można niczego zarzucić - czyta się gładko, ale nie bezmyślnie. W powieści pojawia się - co bardzo lubię - wiele informacji z tak niełatwych dziedzin, jak filozofia, teologia i fizyka kwantowa. Wymagało to od pisarki sporej wiedzy albo czasochłonnych poszukiwań, albo jednego i drugiego. Bohaterka wzbudziła moją sympatię - swoją niekompromisowością przypominała mi Smillę z książki Petera Hoega. Akcja wciąga. Mimo wszystko jednak nie przepadam za książkami, które wychodzą ze stricte realistycznego poziomu, żeby potem rozwinąć się w całkowicie abstrakcyjną akcję (chyba że to książki dla dzieci).

Ariel Manto pisze pracę naukową na temat, który przekracza zdolności mojego zapamiętywania (nie mam egzemplarza książki pod ręką). Tak się jednak dziwnie złożyło, że jej promotor znika, jeden z budynków uniwersyteckich zaczyna się walić, a Ariel napotyka w antykwariacie książkę, która nie ma prawa tam być. "Koniec Pana Y" XIX-wiecznego pisarza Thomasa Lumasa uznawana jest za przeklętą, bo wszyscy, którzy ją czytają, giną. na świecie istnieje tylko kilka egzemplarzy. Tymczasem Ariel dostają ją do rąk własnych i odkrywa drogę prowadzącą do świata umysłów. Czym jest Troposfera - jak się tam dostać, jak przeżyć, i jak uciec? Tego możecie dowiedzieć się z książki.

„Czy Bóg powstał z ludzkich myśli, czy to ludzie powstali z myśli Boga?” Mieszają się w tej powieści kwestie wiary, nauki, miłości, seksu oraz  podróży w czasie i przestrzeni na falach myśli. Chciałam ją przeczytać i cieszę się, że mi się to udało, ale nie jest to powieść, do której będę wracać.

Powieść była nominowana w 2008 roku do nagrody Orange Prize for Fiction.

Scarlett Thomas
Koniec Pana Y
The End of Mr. Y
Sonia Draga 2010 

5 marca 2012

Niemoc twórcza...

...ogarnęła mnie całkowita. Czytam wyjątkowo dużo, ale jakoś nie mam weny do tworzenia notek. Może to przedwiośnie albo pozimie i wszystko dlatego. W połowie lutego udało mi się przeziębić i tydzień siedzenia w łóżku pozwolił mi nadrobić poważne czytelnicze zaległości. Filmowe także. Obejrzałam cztery naprawdę świetne filmy, o których chciałam napisać. Przeczytałam kilka wciągających książek. Teraz właśnie utknęłam w połowie Iaina Pearsa "Którędy droga?". Utknęłam nie dlatego, ze złe - wprost przeciwnie, rewelacja - tylko dlatego, że nie mogę czytać tej powieści z doskoku. Za dużo się tam dzieje, zbyt wielu bohaterów, to wymaga uwagi. A od powrotu do pracy nie mam już tego luksusu. Wieczorem jestem tak umysłowo skonana, że wolę już gotować i sprzątać, byle nie musieć przyswajać żadnych informacji. W weekend też byłam zaganiana, a poza tym postanowiłam wykorzystać cudne słońce i spotkać się z nim vis a vis, zamiast oglądać je, jak zwykle, przez szybę.

Poza Pearsem poczytuję sobie "Mamy tu cudowną zbrodnię" Craig Rice - szału nie czyni, ale to taki miły kryminał retro i można go przyswajać kawałkami bez niebezpieczeństwa zagubienia się w meandrach akcji. Na Kundelku obecnie gości oryginał "Więźnia na zamku Zenda" Anthony'ego Hope'a - cudo, ale XIX-wieczna angielszczyzna też domaga się mojej uwagi i możliwości skupienia.

W kwestii zakupów trzymam się nieźle. Obiecałam sobie nie wydawać więcej niż 50 zł na miesiąc na książki. Styczeń i luty upłynęły pod hasłem allegro, gdzie udało mi się zdobyć kilka pozycji za grosze, m.in. wspomnianą Craig Rice ("Mamy tu cudowną zbrodnię" i "Róże pani Cherrington"), "Księżniczkę Dżawacha" Lidii Czarskiej - czyli kolejną powieść o pensji dla dziewcząt z początku wieku, biografię Jane Austen i pierwszy tom autobiografii Agathy Christie (drugi od dawna posiadam, a chciałam mieć komplet, bo bardzo ją lubię - i Agathę i autobiografię).  Na marzec planowałam zakupić na Amazonie gigantyczną biografię L.M.Montgomery, o której od dawna marzę ("The Gift of Wings"), ale nic z tego, bo z okazji nowego miesiąca zaszalałam w Empiku. Wcale nie poszłam tam, żeby coś kupić, ale tak jakoś wyszło. Książki Elizabeth Gilbert "Ostatni taki Amerykanin" wcale nie miałam w planach, ale otworzyłam, zaczęłam czytać i musiałam zabrać do domu. Nic na to nie poradzę, ale historie pod hasłem "nie musisz żyć tak jak wszyscy" bardzo na mnie działają. Zwłaszcza prawdziwe historie.

Marzy mi się też biografia Astrid Lindgren M. Stromstedt, ale nie da się jej dostać. Co jest, że książki, o których marzę, zawsze mają wyczerpane nakłady i brak wznowień? Kupowanie nowości to chyba dla mnie za małe wyzwanie ;)

2 marca 2012

Pióro rani ostrzej...

Ten pisarz to mój pewniak. Podobają mi się nawet te jego książki, które mi się nie podobają... ;)

Ma wspaniały styl pisania, jego proza jest chłodna, subtelna, niebanalna. Uwielbiam czytać napisane przez niego zdania, bo są po prostu piękne.  I chociaż fabularnie "Kaligraf Woltera" nie wydał mi się bardzo udany, i tak sprawił mi mnóstwo przyjemności.

Młody kaligraf trafia w służbę do (łatwo się domyślić) Woltera, ale zamiast - jak się spodziewał - spisywać dla niego listy, zostaje wysłany na detektywistyczną misję. Pewną luterańską rodzinę oskarżono o zabicie syna, który przeszedł na katolicyzm. Relikwie po zmarłym czynią cuda, a Wolter podejrzewa kościół o przemyślną intrygę. To jednak dopiero początek przygód kaligrafa...

Czego tu nie ma - przedsiębiorstwo transportu zwłok; kat, który porzucił swój zawód (ukochany zawód, dodajmy); człowiekopodobne automaty; listy spisywane na kobiecym ciele oraz burzliwe idee w przeddzień rewolucji francuskiej. Elementów jest dużo i chciałabym móc napisać, że układają się idealnie jak puzzle, ale tak nie jest. Czytając, miałam wrażenie, że autor nie potrafił nad nimi zapanować. Powieść zrobiła na mnie wrażenie chaotycznego szkicu. Są fragmenty genialne, ale nie najlepiej ze sobą połączone, większość wątków po prostu się urywa. Szkoda, bo z tego pomysłu mogła powstać rewelacyjna książka, gdyby pisarz pokusił się o rozwinięcie i uporządkowanie akcji.

Po lekturze trzech książek de Santisa nadal uważam "Przekład" za najlepszą, ale przede mną jeszcze "Tajemnice Paryża". Opinie o niej są różne, przeważa zdanie, że wcale nie jest to kryminał - a tak go reklamuje wydawca - ale ci, którzy czytają de Santisa wiedzą, że mimo tajemnic i intryg jego książki po prostu kryminałami nigdy nie miały być. Pozostają poza jakimkolwiek gatunkiem.

Pablo de Santis
Kaligraf Woltera
El calígrafo de Voltaire
Wyd. Muza 2007

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...