29 listopada 2010

Jesteś tym, co jesz

Gillian McKeith
You are what you eat
Penguin Books 2004
ss. 224


Ostatnio jestem do tego stopnia zapracowana, że nie mam już nawet z czego kraść czasu na czytanie książek. Pozaczynane książki leżą jak wyrzut sumienia, stosik stoi jak stał. A nawet nieco się powiększył. Jedyne co udało mi się przeczytać to angielski poradnik żywieniowy, ale to tylko dlatego, że mam obsesję zdrowożywieniową* i nie przepuszczę żadnemu dziełu na ten temat. (No, dobra, obsesję jak obsesję, czytałam go zagryzając czekoladą  - ale mam ją na punkcie czytania na temat, a niekoniecznie wdrażania w życie ;) ).  

Nie zajął mi wiele czasu, bo raz - wydany jest w sposób typowo angielski, czyli całą grubość robią zdjęcia, gramatura papieru i fikuśny układ tekstu**, dwa - naprawdę czytałam i wiem sporo na ten temat, a sięgałam do bardziej konkretnych publikacji (dot. pięciu przemian, ajurwedy i makrobiotyki, mam nawet podręcznik dla żywieniowców, chociaż z moim wykształceniem nie ma to nic wspólnego), więc nie musiałam jakoś przesadnie długo analizować treści.

Dr. Gilian McKeith jest, można powiedzieć, celebrytką, bo prowadzi w Anglii telewizyjny program You Are What You Eat, w którym - jak zdołałam zrozumieć - wprowadza zmiany na lepsze w jadłospisie i trybie życia ludzi dotychczas obarczonych licznymi chorobami i otyłością, z pozytywnym skutkiem. Poza byciem gwiazdą jednakże pani McKeith ma także doktorat z żywienia holistycznego, oraz doświadczenia z własnej młodości dotyczące właśnie poprawy zdrowia dzięki zmianie diety, co czyni ją dla mnie osobą wiarygodną.

Zasady, które prezentuje w swojej książce, są naprawdę zdroworozsądkowe, nie ma tu żadnych wielkich rewolucji i nowych teorii: warzywa, owoce, zwłaszcza surowe, zdrowe tłuszcze, ryby, woda, ograniczenie czerwonego mięsa. Chociaż może jest to rewolucja dla Anglików. Ze swojego pobytu w Anglii zapamiętałam potężne zamrażarki w supermarketach zapełnione gotowymi daniami do odgrzania w mikrofalach. Jeśli ktoś je na śniadanie doughnouts, na lunch czipsy z octem, a na obiad danie z mikrofali, to przerzucenie się na warzywa i owoce 5xdziennie może być szokiem dla organizmu. W każdym razie każdy, kto do tej pory nie przywiązywał wagi do tego, co w siebie pakuje, a chciałby to zmienić, może skorzystać z porad dr. McKeith. Poradnik ma przejrzysty układ, zasady, co jeść i czego unikać, są wyraźnie wypunktowane, łatwo znaleźć potrzebne informacje, a wszystko jest okraszone krzepiącymi historyjkami z życia pacjentów, którzy dietę stosowali.  Mnie osobiście zainteresował jednodniowy detoks, dla wspomożenia wątroby, który pewnie wypróbuję. Bardzo spodobał mi się też rozdział o znakach, jakie daje nam organizm, kiedy czegoś mu brakuje, a których często nie rozpoznajemy lub wręcz uznajemy za objawy choroby i próbujemy leczyć farmakologicznie. Wiele może powiedzieć  wygląd np. naszego języka, paznokci, skóry czy włosów. Udało mi się tu znaleźć kilka informacji, których do tej pory bezskutecznie poszukiwałam.

Nie spodobała mi się zbyt wielka miłość do suplementów. W przypadku konkretnych dolegliwości lub niedoborów podawane są nie tylko potrawy, które powinno się jeść, ale także suplementy, które powinno się (lub można) łykać. Ja akurat jestem wyjątkowo niechętna wrzucaniu w siebie kolorowych pigułek, ale podejrzewam, ze wielu czytelników może wybrać drogę na skróty i zamiast ograniczać śmieciowe żarcie, dorzuci sobie do niego odpowiednie tabletki. Drugi minus - za informację, że witamina B12 występuje w algach. Na razie nie ma na to żadnych dowodów, chociaż wegetarianie modlą się o to gorąco - wszystko wskazuje raczej na to, że w algach są nieaktywne formy tej witaminy, a jak ktoś naukowo wykaże inaczej, to sama go ozłocę.

Podejrzewam, że prędzej czy później program i książka trafią też na polski rynek (jeśli dotąd się to jeszcze nie stało, w kwestii telewizji jestem zupełnie niezorientowana), ale póki co zachęcam do czytania w oryginale wszystkich zainteresowanych (język jest bardzo przystępny, powinien być zrozumiały także dla tych, którzy dopiero przymierzają się do literatury po angielsku).


* Poza tym, że mam obsesję, mam też to szczęście, że z natury lubię rzeczy uznawane za zdrowe (owoce i warzywa), a takie np. chrupki, chipsy i frytki nigdy mi nie wchodziły, w związku z tym czytanie o zdrowym jedzeniu = czytanie o dobrym jedzeniu dla mnie :). (Czekolada jest oczywiście wyjątkiem, ale hej, przecież czekolada jest zdrowa - endorfiny podnosi i tak dalej).
** Nie jest to krytyka - całość prezentuje się naprawdę ładnie, kolorowo i ma szansę przetrwać dłuższe użytkowanie.

25 listopada 2010

Miłość od kuchni

 Laura Esquivel
Przepiórki w płatkach róży
tyt. oryg. Como agua para chocolate
tłum. Elżbieta Komarnicka
Zysk i ska 1999

Ach, jak bardzo okładka tej książki nie oddaje nieprawdopodobnej urody zawartości.

Historia, która wciąga od pierwszego zdania,  niezwykła mieszanka cielesnego naturalizmu z magicznym realizmem  i aromatycznymi przyprawami, oto literatura południowo-amerykańska w najlepszym wydaniu. Pełnokrwiści bohaterowie, upał, ostra kuchnia i gorąca miłość. Jeśli lubicie Allende i Marqueza, to i Esquivel powinna Wam przypaść do gustu.

Tita kocha Pedra. Z wzajemnością. Niestety w jej przyszłości nie ma dla niego miejsca, ani zresztą dla żadnego innego mężczyzny. Tita jest najmłodszą córką i zgodnie z rodzinną tradycją jest zobowiązana pozostać w domu i opiekować się matką. Pedro poślubia więc siostrę Tity, Rosaurę, by pozostać blisko swojej ukochanej. Niewyrażone emocje Tity znajdują  ujście w twórczości kulinarnej. Potrawy, które przygotowuje miewają skutki nie do przewidzenia, a niekiedy i nie do poskromienia - mają autentyczną moc zmieniania losu.

Nie lubię książek o miłości (tu mi się przypomina zdanie z "Kubusia Fatalisty," że wszystkie książki są o miłości, ale dyskusja o tym może innym razem), ale to szczęśliwie nie jest powieść romantyczna o małżeńskim trójkącie, ani o zawiedzionych młodzieńczych marzeniach, tylko szatańska mieszanka pełna pasji. Poza tym to klasyka literatury "kuchennej" - każdy rozdział powiązany jest z konkretną potrawą (przepisy są podane -  oryginalne meksykańskie dania, całkowicie awykonalne, ale fascynujące). Polubiłam bardzo główną bohaterkę, która na szczęście nie idealizuje swego Romea, tylko potrafi trzeźwo nazwać go mięczakiem (za jakiego i ja go uważam). Polubiłam nawet bezwzględną Mamę Elenę, która rządzi farmą i rodziną twardą ręką, nie oglądając się na cudze uczucia, ale za to potrafi powstrzymać najazd rebliantów. Esquivel jest mistrzynią kobiecych portretów - mężczyźni zdecydowanie schodzą na drugi plan.

Jedyny minus (dla mnie) to zakończenie - wolałabym inne. Poza tym straszliwie nie lubię  w fabule nagłych przeskoków w czasie. Gdyby autorka zechciała opisać te brakujące lata,  zamiast je skrótowo wspomnieć, powieść byłaby zdecydowanie grubsza, a ja mogłabym spędzić z bohaterami znacznie więcej czasu, czego bardzo bym sobie życzyła.

22 listopada 2010

Witajcie w Ankh-Morpork

Jak wspominałam w poprzednim wpisie, ostatni tydzień upłynął mi na zgłębianiu tajników ekranizacji Pratchetta - przy czym mam na myśli tylko te filmowe, nie animowane. Z tego co wiem, powstało takowych dzieł trzy: "Kolor magii", "Wiedźmikołaj" i najnowsze "Piekło pocztowe" (jeśli się mylę, proszę mi to wytknąć w komentarzach, bo chętnie obejrzałabym więcej). Słyszałam o nich do tej pory dość mierne opinie, wiec nie nastawiałam się na zbyt wyrafinowaną rozrywkę i zostałam przyjemnie zaskoczona, bo bawiłam się naprawdę dobrze.


Tu chciałam zaznaczyć, że: po pierwsze,  nie oczekuję od ekranizacji ścisłej wierności literackiej fabule - wydarzenia nie muszą się w stu procentach pokrywać, mogą być dowolnie przemiksowane, skrócone, wydłużone itd. byleby pozostawały w zgodzie z duchem oryginału. Po drugie - Pratchett jest wyjątkowo ciężki do zekranizowania, bo cały jego urok mieści się nie w fantastycznym stworzonym przez niego świecie, nie w przygodowej fabule i nawet nie w rewelacyjnych, ukrytych tu i ówdzie, odniesieniach do naszej rzeczywistości, ale przede wszystkim w fenomenalnej zdolności operowania językiem. Umiejętność ta uwidacznia się w narracji, didaskaliach, celnych komentarzach akcji, oczywiście w dialogach też, ale nie przede wszystkim, w związku z czym film, na ogół narratora pozbawiony, stoi z góry na straconej pozycji.
Biorąc to pod uwagę, uważam, że twórcom ekranizacji udało się wybrnąć z powierzonego im zadania całkiem przyzwoicie.
Zaczynając od plusów:
- filmy są trzy, ale wszystkie mają postać dwuodcinkowych miniseriali, co oznacza, że można sobie nimi wypełnić sześć wieczorów :) ;
- ostatnia część jest najlepsza - jest nadzieja, że tendencja zwyżkowa się utrzyma, więc kolejne filmy, jeśli powstaną, rokują dobrze;
- większość aktorów została naprawdę świetnie dobrana, prym wiedzie Marc Warren jako psychopatyczny skrytobójca Teatime z Wiedźmikołaja - uczciwie przeraża. Równie doskonały jest Richard Coyle jako Moist von Lipwig w Piekle pocztowym, a Claire Foy jako Adora Belle Dearheart jest wręcz lepsza niz pierwowzór literacki. Zachwycił mnie też Vetinari z Piekła pocztowego, grany przez Charlesa Dance'a (za to zupełnie nie spodobał mi się w tej roli Jeremy Irons w "Kolorze magii", nawet jeśli był wierniejszy oryginałowi). Warto też wspomnieć Seana Astina, czyli hobbita Sama z Władcy Pierścieni, w roli Dwukwiata;
Minus:
- filmy powstały dla telewizji Sky One i jako produkcje telewizyjne mają ograniczony budżet, co niestety niekiedy widać - Śmierć w "Kolorze magii" jest zdumiewająco drętwa, (dziwne, biorąc pod uwagę, jak doskonała była w "Wiedźmikołaju"), a golem Pompa 19 w "Piekle pocztowym" wyszedł... cóż... gliniano ;) Ogólnie najgorzej, według mnie, wypadł "Kolor magii" i byłam szczerze zaskoczona, kiedy zobaczyłam datę produkcji, bo myślałam, że to wczesne lata 90.

Wiedźmikołaj / The Hogfather
reż. Vadim Jean
2006

Zamierzam ponownie obejrzeć "Wiedźmikołaja" w okresie bożonarodzeniowym, bo to najlepszy film świąteczny, jaki widziałam w ostatnich latach. Szczerze :)

Fabuła
W Ankh-Morpork nie ma Bożego Narodzenia, ale jest Noc Strzeżenia Wiedźm, a w jej wigilię Wiedźmikołaj wyrusza na swoich saniach zaprzężonych w hmmm.... dzikie świnie, żeby przez kominy włazić do domów i zostawiać dzieciom prezenty. Jednak nie tego roku. Komuś zależy na tym, żeby Wiedźmikołaj został wyeliminowany ze świata, a wypełnienia tego zadania podejmuje się najlepszy skrytobójca gildii - Teatime (po polsku Pan Herbatka). Jednak sam Śmierć, który po latach obcowania (dość jednostajnego) z człowiekiem wyrobił sobie pewien rodzaj sympatii dla rasy ludzkiej, przebiera się w czerwony płaszcz, przyprawia sztuczną brodę i leci ratować magię świąt. Natomiast wnuczka Śmierci (sic!), Susan, obecnie niania dwójki przeuroczych maluchów, podejmuje walkę ze skrytobójcą.


Ocena
Czy ta fabuła nie brzmi dla Was, jak coś przeraźliwie zamotanego? Bo taka jest właśnie. A nawet nie wspomniałam o Audytorach, Bogu Kaca, Zębowej Wróżce i potencjalnym końcu świata... Przyznaję, że Wiedźmikołaj nie jest moją ulubiona częścią cyklu, więcej - jest jedną z niewielu, których nigdy nie doczytałam do końca - zbyt wiele tu skomplikowanych i nader wymyślnych teorii mających uzasadnić pomysł zgładzenia Wiedźmikołaja, a potem wybrnięcie z niego. Niemniej film jest naprawdę zaskakująco udany, z tym, że zdecydowanie lepsza wydała mi się pierwsza część, gdzie następowało zawiązanie akcji niż druga - gdzie reżyser próbował się z całego galimatiasu jakoś wyplatać (niemniej podobnie jest w wielu książkach Pratchetta - pod koniec zaczyna być po prostu wszystkiego za dużo). Muszę jeszcze raz podkreślić, że bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Pan Herbatka - rewelacyjnie zagrany - w sposób niewinnie szatański.

Kolor magii / The Colour of Magic
reż. Vadim Jean
2008 

"Kolor magii" powstał na podstawie dwóch pierwszych części cyklu, czyli Koloru magii i Blasku fantastycznego

Fabuła
Do słynnego na całym Dysku Ankh-Morpork przybywa pierwszy turysta, Dwukwiat. Charakteryzuje go ogromna ciekawość świata i jeszcze większa naiwność, więc podróż mogłaby się dla niego źle skończyć, gdyby nie jego podręczny bagaż - czyli kufer z myślącej gruszy - który sam porusza się na licznych nóżkach oraz jest bardzo przywiązany do właściciela, co przekłada się m.in. na pożeranie jego wrogów. Przewodnikiem Dwukwiata zostaje przypadkiem Rincewind - najgorszy mag Niewidocznego Uniwersytetu, który nigdy nie zdołał opanować żadnego zaklęcia, z wyjątkiem jednego... , które  właściwie  opanowało jego. Dwukwiat z entuzjazmem dziecka i wycelowanym aparatem pcha się w każde możliwe niebezpieczeństwo i już to wystarczyłoby, żeby Rincewind osiwiał do reszty, ale dzieje się znacznie więcej. Naukowcy chcą zbadać, jakiej płci jest Wielki A'Tuin* (w czym nasi bohaterowie odegrają doniosłą acz niedobrowolną rolę), do dysku zbliża się z ogromna prędkością rozgrzana do czerwoności gwiazda, wielka magiczna księga Oktawo, trzymana w podziemiach Niewidocznego Uniwersytetu, zaczyna zachowywać się (sic!) w bardzo niepokojący sposób, a jeden z magów ma duże ambicje by zostać nadrektorem - a może i najpotężniejszym człowiekiem na dysku.


Opinia
Seria o Rincewindzie należy do moich ulubionych, więc trudno byłoby twórcom dosięgnąć wysoko ustawionej poprzeczki. Nie było aż tak źle, jak mogłoby być, ale to jednak najsłabsza filmowa część cyklu - w mojej opinii. Z fabułą poszło nieźle, gorzej z charakterystycznym dla Pratchetta humorem. No i ta małpa... jak oni to mogli tak popsuć... a to jeden z moich ulubionych bohaterów jest, Bibliotekarz, znaczy (kto czytał, ten wie).

*Dla niewtajemniczonych - Wielki A'Tuin to żółw, który sunie przez kosmos z czterema słoniami na grzbiecie, a z kolei na grzbietach słoni spoczywa Dysk.

Piekło pocztowe / Going postal
reż. Jon Jones
2010

Bardzo lubię tę część cyklu, mimo ogólnych na nią narzekań (cudzych,  ja nie narzekam), i jestem niezwykle szczęśliwa, że nie tylko ktoś ją nakręcił, ale jeszcze do tego nie spaprał.

Fabuła
Moist von Lipwig doskonale sobie radzi jako tzw. con man, czyli po prostu oszust - przynajmniej do chwili, kiedy Lord Vetinari (zarządca Ankh-Morpork) nie postanowi go powiesić... Dostaje jednak od losu drugą szansę, która polega na odbudowaniu potęgi ankhmorporiańskiej poczty. Nie jest to proste zadanie, bo władzę nad komunikacją międzymiastową przejęły sekary (ichni telegraf), własność bezwzględnego Reachera Gilta. Poczta leży w ruinie, przywalona milionami nigdy nie dostarczonych listów, do pomocy Moist ma jedynie starego młodszego poczmistrza oraz jego niezbyt rozgarniętego pomocnika (no i golema Pompę 19, który jest jednocześnie strażnikiem Moista, pilnującym by ten wypełnił powierzone mu zadanie), a w dodatku jego poprzednicy na stanowisku zginęli wyjątkowo niesympatyczną śmiercią. Tymczasem Gilt wydaje mu wojnę, Moist poznaje niezwykłą kobietę, Adorę Belle Dearheart, która zdaje się szczerze go nienawidzić, odkrywa straszną prawdę o swojej przeszłości, na poczcie wybucha pożar, a potem – w iście hitchcockowskim stylu – wszystko zaczyna się komplikować…


Opinia
"Piekło pocztowe" jest dla mnie ekranizacją niemal idealną. Czepiać bym się mogła tylko niezbyt udanego wizualnie golema i ogólnie zredukowanej jego roli w filmie. Poza tym, mimo znacznego przerobienia oryginalnej fabuły, film był autentycznie pratchettowaty, wizualnie uroczy, wciągający i bardzo zabawny, zarówno dla mnie - fanki książki, jak i dla T., który jej nie czytał. Z chęcią do niego wrócę i to pewnie nie raz. Ogromny plus za doskonale dobranych aktorów.

19 listopada 2010

Co robi słomiana wdowa?

Słomiana wdowa, rzecz jasna, wałęsa się po bibliotekach. W planach ma tylko oddanie książek, ale jej stęsknione serce potrzebuje pociechy, więc od wejścia rzuca się na półkę z nowościami, co wywołuje u niej natychmiast nader przyjemny skok poziomu endorfiny i ogólnej ekscytacji. Nie baczy na to, że podobny numer wykręciła w zeszłym tygodniu (znaczy, recydywa), przy okazji wizyty w innej bibliotece, w celu jak wyżej, co skończyło się również jak wyżej, aczkolwiek wtedy nawet nie miała żadnego usprawiedliwienia. Udało jej się także wyrzucić z pamięci fakt, że w domu czeka już nieco pozycji pożyczonych (od koleżanek), które tłoczą się na półce, niecierpliwie przytupując stronami i wymownie zerkając w kalendarz.

W ten sposób utworzyła (ta wdowa) pocieszaczowy stosik, na widok którego każde zziębnięte serce mola rozgrzeje sie natychmiast:

Serce świata Bakera jest przyjemnie grube i o prawdziwej egzotycznej podróży w poszukiwaniu mitycznej krainy, co brzmi wystarczająco kusząco. Brooklyn Tobina przyciągnął mnie tematem emigracji do Stanów, na co mam chęć po świetnej "Wyspie klucz". Do Axelsson nie planowałam tak szybko wracać, ale Ta którą nigdy nie byłam stała na półce bibliotecznej taka biedna, opuszczona, nie miałam serca zostawić - to wzięłam ;) Na Zapach cedru MacDonald czaję się od dawna. Grzędowicza Pan Lodowego Ogrodu - miałam sobie najpierw przypomnieć tom pierwszy, bo czytałam go kilka lat temu, ale pierwszego nie było, a taka dzielna nie byłam, żeby się wstrzymać i drugiego nie brać. Burza z krańców ziemi to kolejny skandynawski kryminał, o którym czytałam m.in. tu (pozdrawiam :) ). Dziecko w czasie wyrwałam koleżance, bo czytam właśnie "Pokutę" i jestem tak zachwycona, że zamierzam poznać wszystko, co McEwan napisał. Mendozy Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa - bo uwielbiam jego trylogię, a niczego więcej dotąd nie czytałam. Zugzwang Bennetta jest kryminałem czy też thrillerem, rozgrywającym się w Rosji w 1914 r., co może być pewną odskocznią od nadmiaru Skandynawii. Tokarczuk Gra na wielu bębenkach - kto czytał mój post o Biegunach, ten wie. Kolejny skandynawski kryminał Mężczyzna na balkonie - już zrecenzowany. A na koniec, jak wisienka na torcie czerwieni się zwariowana książka dla dzieci, czyli 35 maja Kastnera.

Następnie przez cały słomiany tydzień, niestety intensywnie wypełniony pracą, pocieszałam się klasyka dziecięcą w postaci książki Kastnera na przemian z ekranizacjami Prachetta (o których niedługo napiszę), czyli nie robiłam nic poważnego poza tym, że poważnie tęskniłam.

Obecnie stosik pokrywa się kurzem w kącie, ja piekę ciasto czekoladowe na powrót Lubego, a jutro, zamiast delektować się jego ramionami, wstaję o świcie i wypuszczam się do stolicy uczyć się śpiewu białego (co może być wyzwaniem, jako że ostatnio śpiewałam jakieś 15 lat temu - trzymajcie kciuki za mnie i za tych, co mnie będą musieli słuchać). Warsztaty trwają cały weekend, więc chyba sobie nie poczytam...

15 listopada 2010

Klasyka kryminału skandynawskiego

Tak słyszałam i czytałam. Ponoć od tej pary szwedzkich pisarzy - Maj Sjowal i Pera Wahloo - wszystko się zaczęło. Można powiedzieć, że byli Agatami Christie skandynawskiego kryminału (płci obojga) ;D

Boom na północne zimnokrwiste zbrodnie zapoczątkowali w latach 60. XX w. 10-tomową serią, której bohaterem jest komisarz Martin Beck. Powieść "Mężczyzna na balkonie" jest trzecia z kolei. Wcześniejszych nie miałam okazji czytać, tę upolowałam w bibliotece i postanowiłam osobiście poznać pana Becka.

Maj Sjowall, Per Wahloo
Mężczyzna na balkonie
tłum. Halina Thylwe
Amber 2008

Powiem tak - nie jest to "zła" książka, w sensie źle napisanej, skonstruowanej, o marnej zagadce. Jest poprawna, zagadka jest naprawdę ciekawa, ale... Cóż, może za dużo już tych kryminałów przeczytałam, pewnie pół wieku temu to rzeczywiście musiało być coś nowego i odkrywczego. Teraz po prostu uczniowie dawno już przerośli swoich mistrzów i współcześni policjanci z rejonu Skandynawii biją swoich przodków na głowę.

Styl jest rzeczywiście bardzo chłodny, opisy skąpe - dla mnie zbyt skąpe. Nie poznałam komisarza Becka ani trochę, jego koledzy też słabo mi się rysują w wyobraźni. Jeden łatwo się wkurzał, drugi miał żonę w ciąży i to w sumie tyle. Właściwie fabula skupiała się przede wszystkim na rozwiązaniu zagadki. Dialogi wydawały mi się dość sztywne i nienaturalne, tak że czasem ciężko mi się je czytało, nie mogłam na nich skupić uwagi, chociaż nie wykluczam, że swój udział w tym miała moja wzrastająca temperatura... Irytował mnie czasem sposób zachowania bohaterów, niektórym policjantom  wyraźnie brakowało umiejętności interpersonalnych, przez co nie dogadywali się z tymi, którzy mieli informacje, a to pozwalało sztucznie przedłużyć akcję o kilka stron.

Co do samej zagadki - została ciekawie poprowadzona i dla niej doczytałam książkę do końca. Jedyny mój zarzut (chociaż nie wiem, czy do końca można to uznać za zarzut) to fakt, że ofiarami są małe dziewczynki. Doceniam, kiedy autor nie idzie na łatwiznę i nie wybiera ofiary budzącej największe współczucie u czytelnika, ale z drugiej strony - w latach 60. to pewnie nie było tak oklepane jak teraz.

Jeśli chodzi zaś o sam zarys fabuły, da się go streścić w dwóch zdaniach: W sztokholmskim parku znalezione zostają zwłoki małej dziewczynki. Komisarz Beck stara się jak najszybciej odnaleźć mordercę, słusznie podejrzewając, że może on nie poprzestać na jednej ofierze.

13 listopada 2010

Podróż nieskończona

Jeśli Lessing dostała Nobla, to nie wiem, co powinna dostać Tokarczuk*. Trzeba by dla niej specjalnie wymyślić jakąś nową nadrzędną nagrodę literacką, superNobla. Tak, dobrze zgadujecie, uwielbiam tę Autorkę. Poznałam ją całkiem niedawno. Najpierw przeczytałam "Annę In w grobowcach świata" - fantastyczną i poetycką wersję mitu o bogini Innanie, która pozostawiła mnie pozbawioną tchu z zachwytu. Potem była równie cudowna "E.E.", a teraz zatonęłam w "Biegunach". Te 450 stron połknęłam w dwa wieczory, żałując, że nie ma ich dwa razy więcej. Cieszę się, że przede mną jeszcze tyle jej dzieł. Do tej pory wszystkie pożyczałam z biblioteki (na szczęście jako członkini polskiego panteonu literackiego jest tam obficie reprezentowana), ale zamierzam nabyć na własność i regularnie się nimi delektować. Wszystkie jej książki, które przeczytałam, można właściwie otworzyć w dowolnym miejscu i zacząć czytać od środka, przeżywając poszczególne akapity, hipnotyzujący urok języka i znajdując nowy sens w tym, co już się pozornie poznało.

"Bieguni" to książka niezwykle trudna do streszczenia. Mówi o podróżach - w przestrzeni i w czasie, podróżach przez wieki i podróżach przez życie, o podróżnikach z natury, ludziach, którzy nie rozumieją osiadłego trybu życia, bo kto tkwi w miejscu, ten po trochu umiera, a także - o tym przedziwnym wehikule do podróży przez życie, jakim jest ludzkie ciało.

Książka nie ma linearnej fabuły. To poszarpane historie, które nie splatają się ze sobą, ale w pewien sposób zazębiają. Nie lubię opowiadań, niemal nigdy ich nie czytuję, bo przywiązywanie się do bohatera na zaledwie kilkanaście stron, irytuje mnie. Tutaj jednak pojawianie się i znikanie bohaterów zupełnie mi nie przeszkadzało. Przez strony powieści przewija się mężczyzna, którego żona znika podczas urlopu w Chorwacji, XVII-wieczny holenderski naukowiec, marynarz Eryk, umierający Szopen i narratorka w podróży oraz wielu innych. Jedna opowieść płynnie przechodzi w drugą, niespokojnie jak stukot kół pociągu, jak obrazy przesuwające się nieubłaganie za oknem - czasem chciałoby się czemuś przyjrzeć bliżej, dowiedzieć więcej, ale nie można, bo już się jest ileś kilometrów dalej i ogląda się całkiem nowy widok.

Cudowna książka, magiczna, jedyna w swoim rodzaju. Mój własny egzemplarz stanie na półce obok Stasiuka "Jadąc do Babadag" i "Hebanu" Kapuścińskiego, bo obaj są/byli biegunami.

Olga Tokarczuk
Bieguni
Wyd. Literackie 2007
ss.451


Kiedyś, dawno temu, car próbował zreformować świat i wpadł prosto w objęcia antychrysta. Bóg, ten prawdziwy, ten dobry, został ze świata wygnany, naczynia z boską mocą zostały rozbite, a ona wsiąkła w ziemię i zniknęła w głębinach. Lecz, gdy przemawiał szeptem ze swojego ukrycia usłyszał go pewien sprawiedliwy człowiek, żołnierz o imieniu Eufemiusz, i zapisał sobie te słowa w umyśle.  W nocy odrzucił precz karabin, zdjął mundur, odwinął onuce i zsunął buty. Stanął pod niebem nagi jak go Pan Bóg stworzył, a potem zbiegł w lasy i przyodziawszy wierzchnie okrycie wędrował od wioski do wioski, głosząc tę mroczną nowinę. Uciekajcie, ruszajcie z domów, idźcie, bieguni, bo tylko w ten sposób można się ustrzec przed pułapkami antychrysta. Jakakolwiek otwarta z nim walka będzie z góry przegrana. Zostawcie to, co posiadacie, porzućcie ziemię i ruszajcie w drogę.

Bo wszystko, co ma swoje stałe miejsce w tym świecie, każde państwo, kościół, rząd ludzki, wszystko, co zachowało formę w tym piekle, jest na jego usługach. Wszystko, co określone, co odtad-dotąd, co ujęte w rubryki, zapisane  w rejestrach, ponumerowane, zewidencjonowane, zaprzysiężone; wszystko, co zgromadzone, wystawione na widok, zaetykietowane. Wszystko, co zatrzymuje: domy, fotele, łóżka, rodziny, ziemia, sianie, sadzenie, doglądanie jak rośnie.  Planowanie, czekanie na rezultaty, wykreślanie rozkładów, pilnowanie porządków. Dlatego odchowaj swoje dzieci, skoro juz je nieopatrznie urodziłaś, i ruszaj w drogę; pochowaj rodziców, skoro już niebacznie powołali Cię do istnienia - i idź. Wynieś się daleko, poza zasięg jego oddechu, poza jego kable i przewody, anteny i fale, niech cię nie namierzą jego czułe instrumenty.

Kto się zatrzyma – skamienieje, kto przystanie, zostanie przyszpilony jak owad, jego serce przebije drewniana igła i stopy będą przedziurawione i przybite do progu i powały.(…).

To dlatego tyrani wszelkiej maści, piekielni słudzy, mają we krwi nienawiść do nomadów - to dlatego prześladują Cyganów i Żydów, to dlatego przymusowo osiedlają wszystkich wolnych ludzi, naznaczają adresem, który dla nas jest wyrokiem.

Chodzi im o zbudowanie zastygłego porządku, o uczynienie czasu pozornym. O to, żeby dni stały się powtarzalne i nie do odróżnienia, o zbudowanie wielkiej machiny, w której każde stworzenie będzie musiało zająć swoje miejsce i wykonywać pozorne ruchy. Instytucje i biura pieczątki, okólniki, hierarchia i szarże, stopnie, podania i odmowy, paszporty, numery karty, wyniki wyborów, promocje i zbieranie punktów, kolekcjonowanie, wymienianie jednych rzeczy na drugie. (...)

Ruszaj się, ruszaj. Błogosławiony, który idzie.



*Przy recenzji książki Lessing znalazłam rekomendację Tokarczuk, która napisała, że dla niej jest to wielka pisarka. Jak widać po poprzednim wpisie, mnie Lessing rozczarowała, ale jeśli Tokarczuk ją poleca, to chyba sięgnę po inne książki - może po prostu nie trafiłam z pozycją.

11 listopada 2010

Czytając Noblistkę

Doris Lessing
Alfred  i Emily
tłum. Anna Kolyszko
Wydawnictwo Literackie, 2009
ss. 320

Czytając Noblistkę, powinnam prawdopodobnie zapłonąć stosownym zachwytem, ale to zjawisko (samozachwytozapłon) niestety nie wystąpiło. Szczerze mówiąc, poczułam się raczej rozczarowana. Bardzo możliwe, że po prostu nie jest to najlepsza książka tej autorki, bo czytałam wiele doskonałych opinii o "Piątym dziecku" (którą zresztą nadal bardzo chcę przeczytać) i nie chce mi sie wierzyć, żeby tyle osób się myliło. Mimo wszystko, wydaje mi się, że Nobel zobowiązuje i pewien poziom Autorka powinna trzymać.

"Alfred i Emily" to na pewno książka oparta na ciekawym pomyśle. Doris Lessing przedstawia w niej historię swoich rodziców, ale nie w formie prostej biografii. Pierwsza część powieści jest fikcyjna - to alternatywna wersja dziejów Alfreda i Emily, w której nie pobierają się ze sobą, za to spełniają się marzenia z ich prawdziwego życia - matka realizuje się w charytatywnej fundacji, ojciec mieszka z żona i dziećmi na angielskiej farmie. Druga część opisuje historię tak, jak potoczyła się ona naprawdę - Alfred i Emily biorą ślub, a później wraz z dziećmi przenoszą się na farmę do Afryki, gdzie bez powodzenia próbują się dorobić, a ojciec Autorki dodatkowo zmaga się ze wspomnieniami wojennymi i ciężką chorobą.

Pomysł więc, jak widzicie, niczego sobie, ale gdybym go z góry nie znała, rzuciłabym książkę w kąt, zanim w ogóle dotarłabym do drugiej części. Uznałabym, że to marnie napisana i dość nudna powieść obyczajowa, stworzona przez kogoś, kto nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Fikcyjna historia jest bowiem niezwykle nijaka - nie skupia się specjalnie ani na życiu wewnętrznym bohaterów, ani na przebiegu ich zmyślonego życia, ani na otaczającym ich świecie. Nie znalazłam tam żadnej głębszej analizy psychologicznej. Akcja toczy się w interesujących czasach (zaczyna się w roku 1902) i dotyka ciekawych spraw, takich jak możliwości zawodowe kobiet w czasach przedwojennych, organizacja szkół dla dzieci biedoty przez organizacje charytatywne czy reakcje społeczne na wojnę serbsko-turecką. Wszystko to jednak opisane jest dziwnie powierzchownie i chaotycznie, nie pozwalając zyskać większej wiedzy na te tematy, o przywiązaniu sie do bohaterów nie wspominając. Brnąc przez tę część, myślałam poirytowana, że widać książek Noblistów nie wypada redagować, więc mogą pisać w sposób dowolnie niezorganizowany i nikomu nic do tego, gdyż to wielcy pisarze są.

Druga część wypada lepiej, czytałam ją ze znacznie większym zainteresowaniem, chociaż i ona jest dziwnie chaotyczna. Bynajmniej nie zostały w niej opisane dokładne dzieje Emily i Alfreda - są streszczone, ale niezbyt drobiazgowo. Porównanie rzeczywistych kolei ich losów z tym, jak mogłyby się potoczyć, pozwala jednak docenić nieco bardziej część pierwszą. Niemniej, najwięcej miejsca zajmuje opis życia w Afryce, na podstawie wspomnień Autorki z dzieciństwa i młodości (np. o tubylczej służbie i składnikach posiłków), a także - przede wszystkim - opis konfliktu matka-córka. Doris Lessing nie ukrywa bowiem nienawiści do matki i jest to dla niej, zdaje się, trauma tak wielka, że nieplanowo wycieka spomiędzy akapitów, dominując treść.

Podsumowując - rozczarowałam się, bo spodziewałam się znacznie więcej. Warte przeczytania były dla mnie głównie fragmenty poświęcone życiu kolonistów w Afryce, w drugiej części, bo to jest temat, który mnie akurat zawsze bardzo interesował. Poza tym jednak sądzę, że nie będę zbyt długo pamiętać treści tej pozycji.

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...