11 listopada 2014

Wsi spokojna, wsi wesoła... ("Wnuczka do orzechów" - Małgorzata Musierowicz)

Przetrzymała mnie Autorka okrutnie w oczekiwaniu na dwudziesty tom Jeżycjady. Zapowiedź "Wnuczki do orzechów" pojawiła się już w poprzednim tomie, "McDusi", który ukazał się w październiku 2012 r. I tak sobie czekałam i czekałam, tracąc powoli nadzieję na doczekanie się*. A jednak stało się, "Wnuczka..." wyszła i pobiegła prosto w me ramiona ;) Zaczęłam czytać wczoraj wieczorem, wbrew planom zarywając część nocy, skończyłam dziś rano.




Wyjaśniam od razu, że jestem nieuleczalną fanką Jeżycjady. Więc nieważne, jak bardzo pogarszać się będzie jakość kolejnych tomów, nieważne, jak bardzo będę narzekać na tzw. Neojeżycjadę, i tak będę sięgać po kolejne tomy, będę je czytać, będę narzekać, a potem wytrwale czekać na następne. Wykreowani przez Małgorzatę Musierowicz bohaterowie już dawno przestali być dla mnie postaciami literackimi - są ludźmi z krwi i kości, odwiedzam ich z każdym kolejnym tomem jak dawno niewidzianych znajomych, pomimo że dorobili się ostatnio dość irytujących cech charakteru oraz równie irytującego potomstwa.

Tym razem jednak narzekać aż tak bardzo nie będę. "Wnuczka do orzechów" podobała mi się znacznie bardziej niż "McDusia", a nawet niż "McDusia", "Sprężyna" i "Czarna polewka" razem wzięte. Akcji tu nie za dużo co prawda, całość można by streścić w trzech zdaniach, ale obrazki rodzajowe bardzo piękne.

Autorka postawiła tym razem na niespodzianki. Dużo było przy ostatnich tomach narzekania, że każdy kolejny tom kręci się, li i jedynie, wokół Borejków, a zwłaszcza dzielnej (acz dzielność ta dość dyskusyjną jest) Gabrieli i jej progenitury oraz potomstwa Idy Pałys. W kółko siedzimy (czytelnicy) na Roosevelta 5, no ileż można. Autorka wzięła sobie chyba te narzekania do serca...

Pierwszy plus
Tym razem akcja toczy się wcale nie w Poznaniu lecz na podpoznańskiej wsi.  Na Jeżyce zaglądamy tylko na chwilę, a w dodatku nie przypominają one wcale dotychczasowego borejczanego raju.

Drugi plus
Bohaterką główną, uwikłaną w sercowe rozterki, jest postać całkiem nowa - Dorota Rumianek, hoża blondynka, dziarski i wesoły promyczek, no, istne Słoneczko, jak z Buyno-Arctowej. Borejkowie się pojawiają, a jakże, ale na plan pierwszy wysuwa się Ida Pałys. Gabriela jest, ale bardziej w tle, co powieści wychodzi zdecydowanie na dobre. Ida, ostro krytykowana przez czytelników za chamskie wyskoki w "McDusi", pokazuje w tym tomie zdecydowanie ludzką twarz. Nie zdradzę wiele (bo chyba wystarczy rzut oka na tył okładki, by to stwierdzić), jeśli wyjawię, że męskim bohaterem romantycznym jest syn Idy, Józef, świeżo po maturze.

Trzeci plus
Mniej patosu, więcej humoru. Powieść jest momentami naprawdę zabawna, mnie przynajmniej chichot bulgotał w trzewiach, zwłaszcza podczas czytania emaili Idy. Oczywiście elementy umoralniające także są, ale jakoś tak strawniej podane, bez łopatologii.

Czwarty plus
Borejkowie z przyległościami pokazani są także na tle wiejskim, wszyscy (niemal) goszczą w domu Patrycji (jest upalne lato), zamiast jak zawsze kisić się w swoim poznańskim mieszkanku. Poza seniorami i Gabrysią pojawiają się dotąd lekceważeni Natalia-Matalia z Robrojkiem i jej synowie. Irytująca Łusia została (na szczęście) wysłana na wakacje, bo jej dywagacji gramatycznych bym nie zdzierżyła, zaś irytujący Ignaś został pokazany z lekkim przymrużeniem oka, co mu zdecydowanie na dobre wyszło. Ucieszyłam się także z usunięcia poza fabułę McDusi - nie tyle irytującej, co nijakiej. Jak na bohaterkę całego tomu 19. (oraz jak na córkę uroczej pary, czyli Kreski i Maćka Ogorzałki), dziewczyna ta jest zdumiewająco pozbawiona charakteru. Moim zdaniem Autorka nie bardzo miała na nią pomysł i mam nadzieję, że lepiej ją przemyśli, zanim (jeśli) ją sprowadzi z powrotem.

Piąty plus
Fabuła jest lepiej osadzona w rzeczywistości. Wieś niebogata, Dorotka i jej babki-opiekunki borykają się z problemami finansowymi, jest i wątek emigracji zarobkowej. Korespondencja mailowa funkcjonuje doskonale. Młodzież reprezentowana jest nie tylko przez chłopców wzniosłych i szlachetnych, recytujących poezję oraz - na przeciwnym biegunie - kiboli. Są także młodzieńcy tkwiący pod sklepem z butelką piwa i pretensjami do świata ;)

Minusy też są, ale czepiać się za bardzo nie zamierzam.

Minus pierwszy, główny
Podobnie jak "McDusia" - powieść jest nudnawa. Jako obrazek rodzajowy - urocza, ale żebym jakoś specjalnie przeżywała wątki główne i poboczne, to nie. Raczej nie miałam wątpliwości, jak się to wszystko potoczy i zakończy. Nie sądzę, żebym wciągnęła się w akcję, gdybym zupełnie nie znała Jeżycjady. Taką "Pulpecję" czy "Brulion Bebe B." można było czytać solo, a to już jest raczej produkcja dla fanów serii.

Minus drugi, powiązany z pierwszym
Zdecydowanie lepiej zrobiłoby fabule, gdyby miłość między głównymi bohaterami rodziła się jakoś inaczej niż od pierwszego wejrzenia. Albo gdyby akcja skupiła się na tym, jak to uczucie rozwija się przy wejrzeniach kolejnych. A tak, mamy tu powtórkę wątku Laury i Adama, co to spojrzeli sobie w oczy, zakochali i już było im wszystko wiadomo. A potem się oczywiście okazało, że są dla siebie stworzeni. Raz - nieprawdopodobne (przypadek pojedynczy, niech będzie, ale drugi raz to samo, to już za dużo), dwa nudne - obcy sobie ludzie spotkali się przypadkiem, zobaczyli w oczach swych cały wszechświat i to właściwie koniec uczuciowych rozterek w tym tomie. Może ja jestem dziwna, ale nie umiem wyczytać drugiemu człowiekowi wyłącznie z oczu całej szlachetności jego charakteru... W dodatku nastolatką będąc, to chętnie tę szlachetność przypisywałam co urodziwszym przedstawicielom płci przeciwnej...

Szczęśliwie, ja już wyrosłam z wieku, kiedy mnie uczuciowe rozterki wieku nastoletniego poruszały, więc cieszyłam się w powieści nie tyle fabułą, co jej tłem. Ale jeśli ktoś Jeżycjady nie czytał, a chciałby, niech raczej zacznie od pierwszych tomów.

Małgorzata Musierowicz, Wnuczka do orzechów, Łódź 2014.

PS Minus trzeci, o którym zapomniałam napisać - w pierwszej scenie mamy udzielanie pierwszej pomocy, do której to sceny powinien być chyba jakiś przypis uświadamiający, że tak się tego NIE robi. Bo inaczej jeszcze się ktoś z czytelników zasugeruje i spróbuje wdrożyć...

*Aż się boję myśleć, kiedy ukaże się tom 21, którego zapowiedź - owszem - znalazła się w tomie obecnym (ma mieć tytuł "Feblik"). 


Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...