30 sierpnia 2010

Dziewczyna z Bullerbyn

Vladimir Oravsky, Kurt Peter Larsen i Autor anonimowy
Od Astrid do Lindgren
Powieść biograficzna
Wyd. Czarne, Wołowiec 2009
ss. 160

"- (...) Jak tam się wspaniale żyło! Nie tylko nam z rodzeństwem, ale również córce pastora i... - ciągnęła Astrid, nie słuchając niczego innego prócz własnych myśli.
- Zjadłaś wczoraj ostatniego sucharka?
- A propos: bułeczki i sok na plebanii! Jak cudnie! Świetnie się bawiliśmy, my, czyli dzieciarnia! I Sowie Drzewo - przypomniała sobie i się uśmiechnęła. (...)
- Bułeczki pasowałyby też tutaj, i to teraz, zaraz - stwierdziła Zarah (...).
- I wszystkie te nasze pomysły, figle, psikusy! Jedna wielka hałastra bawiących się i dokazujących dzieci! I jeszcze Sowie Drzewo...
- Nie odmówiłabym plastra szynki - westchnęła Zarah i usiadła na łóżku, chowając podbródek w dłoniach.
- A potem przyłączała się Ingegerda, mała ślamazara! Kochany dzieciak! Pamiętam dokładnie dzień, w którym się urodziła. Taka śliczna, krucha, tak jak Lasse! Mówię ci, Zarah..
- Przestań już - przerwała współlokatorka. - Jeszcze słowo i zwymiotuję!
- A propos wymiotów: kiedy Gunar, Stina i ja...
- Jeśli usłyszę coś jeszcze na temat tego hałaśliwego Bullerbyn, to zacznę krzyczeć!
- To właściwie Vimmerby... - poprawiła Astrid.
- Na jedno wychodzi i nie żartuję!"

Ta zbeletryzowana biografia obejmuje niewielki wycinek z życia sławnej pisarki, dokładniej trzy lata jej młodości, na długo zanim zaczęła być TĄ Astrid Lindgren. Młoda Astrid Ericsson, córka pastora, musi opuścić ukochane Vimmerby i swoich najbliższych, oficjalnie po to, by uczyć się w Sztokholmie, nieoficjalnie - by ukryć przed ojcem nieślubną ciążę. Osamotniona w wielkim mieście, Astrid musi poradzić sobie ze znalezieniem jako tako płatnej pracy i znośnego lokum, co dla samotnej panny w latach 20. XX w. nie było prostym zadaniem. Pracuje jako stenotypistka i nawet w jej wyobraźni nie pojawia się wizja kariery pisarskiej. Jedyne o czym marzy, to by wziąć w ramiona syna. Niestety, skazana jest na rozstanie z nim, bo nie stać ją na samodzielne wychowywanie swojego dziecka. Nawet w najcięższych chwilach nie traci jednak poczucia humoru, skłonności do figli i wiary w lepszą przyszłość.

To niewielka książeczka i czyta się ją błyskawicznie. Jest miła, sympatyczna, ciekawa (ten epizod z życia Astrid był mi zupełnie nieznany), napisana z poczuciem humoru (ach, te jędzowate gospodynie domów z pokojami do wynajęcia) i niewiele więcej ponad to. Nie odznacza się jakimiś nadzwyczajnymi walorami literackimi. Jej podstawową zaletą jest krzepiący wydźwięk historii, a efektem ubocznym - rozbudzenie u mnie dzikiej chęci zapoznania się z pełnowymiarową biografią Astrid Lindgren.

29 sierpnia 2010

Zagubiona w czasie

Jeanette Winterson
Dom na krańcu czasu
Wyd. Znak, Kraków 2008
ss. 273 

"- Od czasów rewolucji przemysłowej, która (...) rozpoczęła się od wynalezienia przez Jamesa Watta maszyny parowej w roku 1769, nasz świat porusza się coraz szybciej. Przez większą część swej historii człowiek poruszał się z prędkością własnych nóg, a najwyżej z prędkością konia, którego dosiadł.  Teraz potrafi przelecieć samolotem z jednego końca świata na drugi w ciągu kilku godzin. Jego fabryki wytwarzają w godzinę więcej towarów, niż dawny rzemieślnik mógł ich wyprodukować przez całe życie. Nie wystarczają nam już powolne przemiany pór roku. Teraz hodujemy żywność w sztucznym świetle, nasze kury znoszą jajka przez cały rok, bo nie wiedzą, kiedy jest zima. (...).
To dziwne, bo choć wiek maszyn i komputerów obiecywał śmiertelnikom więcej czasu, w rzeczywistości mamy go jakby coraz mniej. Za szybko zużywamy czas, podobnie jak inne bogactwa Ziemi.
Ludzie nie rozumieją Czasu, ale nim manipulują. W efekcie czas nie jest już taki jak dawniej. Nie można już na niego liczyć.
- To co będzie?
- To się okaże (...)."

Czas przestał nadążać za tempem życia na Ziemi. Zaczął się rwać i giąć. Planetę nawiedzają tornada czasu - zawirowania, w których znikają ludzie, a zamiast nich pojawiają się czasem zjawy z dawnych epok, a czas staje lub gwałtownie przyspiesza. Lepiej nie wychodzić z domu. Zwłaszcza jeśli jest to taki dom, jak Tanglewreck - potężne domostwo zbudowane przez prawie pięciuset laty. Lata świetności ma już jednak za sobą. Jego właścicielka - 11-letnia Silver - nie ma zbyt wiele do powiedzenia, bo o wszystkim decyduje jej okropna ciotka, pani Rokabye, która nie lubi ani domu, ani swej podopiecznej. Rodzice Silver i jej siostrzyczka zniknęli w Pętli Czasu. Życie dziewczynki jest już wystarczająco żałosne - głoduje, a jej opiekunka wykorzystuje ją do najcięższych robót. Jednak los szykuje dla niej jeszcze gorszą niespodziankę. Oto do Tanglewreck przybywa Abel Darkwater, tajemniczy typ, który szuka zegara zwanego Czasomierzem - potężnego narzędzia, które pozwala kontrolować Czas, a które ponoć znajdowało się pod opieką przodków Silver. Po piętach depcze mu demoniczna Regalia Mason alias Maria Profetessa. Silver będzie musiała stawić czoła tym dwojgu i odnaleźć swoje dziedzictwo - podróż, która rozpocznie się w Londynie, będzie wiodła po miejscach, których istnienia nie podejrzewała, od podziemnego świata po odległą planetę...

 Jeanette Winterson jest autorką książek dla dorosłych (których nie znam), a to, według informacji na okładce, jej pierwsza powieść dla młodzieży. Niestety, moim zdaniem, niezbyt udana. Zaczyna się interesująco, ale w rozwinięciu akcji autorka przekombinowała. Próbowała w jedną niezbyt grubą książkę wrzucić taką masę fascynujących przygód, że w pewnym momencie fabuła zamieniła się w kompletny chaos. Czego tam nie ma: dom połączony tajemną więzią z bohaterką, dziwny lud, mieszkający w kanałach po Londynem wraz z mamutem (!), inne planety, szpital psychiatryczny, w którym przeprowadza się eksperymenty, piraci królowej Elżbiety, tajemnice z przeszłości wiodące od Egiptu przez Rzym do Londynu, pałac pełen papieży, przerażająca czarownica-bizneswomen, Czarna Dziura i Droga Mleczna, tajemna prastara organizacja Tempus fugit, potężna firma Quanta i jej knowania z rządem...

Atmosfera początkowo przypomina nieco Mroczne Materie Pullmana, Silver to odpowiednik Lyry, Regalia Mason - Pani Coulter, zaś miejsce Willa zajmuje Gabriel. Jednak tam wszystkie pomysły były zgrabnie połączone, a tu się rozłażą, bohaterowie są dziwnie niespójni. Po pewnym czasie byłam zmęczona tym całym galimatiasem bardziej niż bohaterka. Doczytałam książkę do końca, ale nie odczuwam z tego powodu większej satysfakcji. Nie czuję się też zachęcona do sięgnięcia po pozostałe pozycje tej autorki.

24 sierpnia 2010

Wróciłam, ale gdzie indziej

Wróciłam z wakacji - fizycznie jakiś czas temu, wirtualnie dopiero teraz. Pobyt w krainie z gatunku sielsko-anielskich ukoił nieco moją ostatnio zmaltretowaną psychikę i naprawił zepsuty humor. Ciekawe, że czasem rozwiązania i odpowiedzi same do nas przychodzą wtedy, kiedy ich potrzebujemy, chociaż ich nie szukamy. Ja na przykład musiałam pojechać na drugi koniec Polski, do zabitej dechami wsi, za którą już nic nie ma, tylko góry i lasy, do losowo wybranej kwatery (która zresztą okazała się cudownym miejscem i ciągle do niego tęsknię), żeby tam znaleźć przybite na ścianie ukojenie, którego się bynajmniej nie spodziewałam. Ukojenie to miało postać Dezyderaty, autorstwa Maxa Ehrmanna - tekst jest dość znany, ale jakimś cudem nigdy wcześniej się z nim nie zetknęłam. Był gotową odpowiedzią na wiele moich rozterek. Oczywiście sam tekst nie rozwiąże życiowych problemów, ale może wzmocnić tą jedyną osobę, która jest zdolna tego dokonać, w tym wypadku - mnie.  To dobry drogowskaz. Przytaczam go pod postem - może komuś też pomoże.

Tymczasem stosik książek do zrecenzowania urósł niepokojąco, zwłaszcza że zapisałam się do nowej biblioteki, która dysponuje większą liczbą nowości niż poprzednia. Dotąd jakoś nie mogłam się zebrać do pisania, tym bardziej, że najpierw chciałam przenieść swój blog na blogspot, który robi na mnie wrażenie miejsca przyjaźniejszego niż blox (dla niewtajemniczonych - poprzednie zapiski mojego bloga można znaleźć pod adresem:  http://pagina.blox.pl/html) i mam nadzieję, że tu już się zadomowię. A przede wszystkim, po powrocie wpadłam po uszy w Wasze blogi, starając się nadrobić stracone recenzje. Wkrótce się poprawię i dodam parę zaległych notek, a tymczasem wrzucam kilka urlopowych zdjęć:



DEZYDERATA
Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech, i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy.

O ile to możliwe, bez wyrzekania się siebie bądź na dobrej stopie ze wszystkimi. Wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie, wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoja opowieść.
Unikaj głośnych i napastliwych - są udręką ducha.
Porównując się z innymi możesz stać się próżny i zgorzkniały, bowiem zawsze znajdziesz lepszych i gorszych od siebie.

Niech twoje osiągnięcia zarówno jak plany będą dla Ciebie źródłem radości.
Wykonaj swą pracę z sercem - jakakolwiek byłaby skromna, ją jedynie posiadasz w zmiennych kolejach losu.
Bądź ostrożny w interesach, na świecie bowiem pełno oszustwa.
Niech Ci to jednak nie zasłoni prawdziwej cnoty; wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu.

Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia.
Ani też nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa. Przyjmij spokojnie co Ci lata doradzają z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości.

Rozwijaj siłę ducha, aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu.
Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.
Obok zdrowej dyscypliny bądź dla siebie łagodny.
Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj.
I czy to jest dla ciebie jasne, czy nie - wszechświat bez wątpienia jest na dobrej drodze.

Tak więc żyj w zgodzie z Bogiem, czymkolwiek On ci się wydaje, czymkolwiek się trudzisz i jakiekolwiek są twoje pragnienia, w zgiełkliwym pomieszaniu życia zachowaj spokój ze swą duszą.
Przy całej swej złudności, znoju i rozwianych marzeniach jest to piękny świat.
Bądź pogodny. Dąż do szczęścia.
Max Erhmann, 1927 

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...