29 grudnia 2013

Podsumowując

No, rok to był, że hej, ten 2013. Działo się tyle, że czuję się jakbym od ostatniego Sylwestra przeżyła co najmniej 10 lat. Dokładnie rok temu wprowadziiśmy się do nowego mieszkania, nowego-starego, bo z lat 60. i właśnie na te pół wieku wyglądającego. Wnętrza rozpaczliwie krzyczały o remont, w kuchni mieliśmy przerdzewiały na wylot żeliwny zlew i jeden czynny kurek (z wrzątkiem), w łazience takież żeliwne sprzęty i buchający gazowy piecyk, o innych atrakcjach już nie będę wspominać. W pokojach piętrzyły się stosy pudeł i worków z naszymi rzeczami, które przez kolejne miesiące miały pokrywać się gipsowym pyłem. A do tego dwa koty, królik i jeden zgrabny, niemal siedmiomiesięczny ciążowy brzuszek...

Rok przeleciał (przeleciał, ha ha, raczej się po wertepach przeczołgał) i muszę przyznać, że życie zaczyna robić się jakby znośniejsze. Remont jeszcze nie dokończony, ale zostały głównie rzeczy, które można umysłem ogarnąć i nawet rozplanować. Funkcjonowanie codzienne jest już jednak całkowicie wygodne. A brzuszek przemienił się w całkiem konkretnego brzdąca, który niedługo skończy 9 miesięcy.

Rasowy krasnal
(Się pochwalę. A co!)

Czytelniczo... Cóż, czytelniczo było jakby słabiej. Czas na lekturę był raczej kradziony i pewnie przeczytałam znacznie mniej niż w roku ubiegłym. Często wybierałam też pozycje dość przypadkowe, co tam akurat pod ręką leżało. Kupowanie książek znacznie ograniczyłam (to akurat celowo), a w bibliotece nie byłam chyba ani razu (z żalem, bo uwielbiam bywać, ale też celowo wizyt unikałam). Za to pod koniec roku zintensyfikowałam akcję czytania zalegających stosików - z powodzeniem. Liczba nieprzeczytanych lektur znacznie zmalała (ale nie, nadal nie mam wolnego miejsca na półkach), a większość po przeczytaniu udała się na poszukiwania nowych właścicieli. Przyznam się, że kilka książek sprzedałam bez czytania - uznałam, że ich nabycie było pomyłką, podyktowaną różnymi przesłankami, ale nie własnymi upodobaniami czytelniczymi. PO krótkich wahaniach, pozbyłam się. Za dużo wszystkiego, za dużo, jakieś kryterium trzeba wprowadzić. Pozbyłam się więc, nie dając im nawet cienia szansy...

A z tego co przeczytałam w 2013 roku, żal przyznać, niewiele mnie powaliło na kolana, oj niewiele.
Ale przechodząc do meritum, najlepsze moje lektury to:

1. Lektura pod hasłem "z życia wzięte" ;) Bezapelacyjnie - dwa zbiory listów:



2. Lektura dająca frajdę w stanie czystym:




Dla równowagi obejrzalam jakąś gigantyczną liczbę filmów w tym roku (nie wszystkie grzecznie wynotowałam w zakładce Obejrzane). Wiele było dobrych, kilka bardzo dobrych, ale nie da się ukryć, że ten rok należał do seriali.

Najlepsze z najlepszych to:

1. Wrażenie odwrotnie proporcjonalne do długości - 5 odcinków przerabiających mózg na papkę (The Fall, sezon 1, UK 2013).


2. Dwa pierwsze sezony wersji amerykańskiej rozłożyły na łopatki i mnie, i T. Trzeci niestety był dużo słabszy, a z duńskim pierwowzorem jakoś się nie dogadaliśmy (Dochodzenie / The Killing, sezon 1 i 2, USA 2011 i 2012).


3. Ex aequo (House of Cards, sezon 1, USA 2013 oraz Homeland, sezon 1 i 2, USA 2011 i 2012):





7 grudnia 2013

Książka wędruje do...

Bardzo przepraszam za opóźnienie losowania, ale okazało się, że Mikołajki spędziłam poza domem.
Fotorelacja z losowania poniżej:
Losy:



Bezstronna maszyna losująca:

Losowanie:


Szczęśliwy los:

Małgosiu, gratuluję! Daj mi znać, na jaki adres wysłać Ci książkę (mój mail: edytamo@gmail.com).

2 grudnia 2013

Losowanie mikołajkowe

Mam do oddania książkę "Synowie boga" autorstwa M. D. Lachlana. Sama wygrałam ją u Agnes, więc przekazuję dalej w ten sam sposób. Przyznaję się od razu, że jej nie przeczytałam - chociaż próbowałam. Nie jestem wielką fanką fantastyki (chociaż dobra książka jest dobra bez względu na gatunek), przynajmniej nie - jak się okazało - w wydaniu tego autora, a sympatia do mitologii skandynawskiej zaczyna się u mnie i kończy na Chrisie Hemsworthie. Puszczam więc powieść wolno, niech sama szuka swojego fana.

Z opisu wydawcy:
"Wiedziony przepowiednią król wikingów wyprawia się porwać dziecko, gwaranta pomyślności swego ludu. Zamiast jednego, odkrywa dwa niemowlaki, bliźniaczych synów śmiertelniczki i nordyckiego boga. Jednemu pisany jest los dziedzica królewskiego rodu, drugiemu – żywot wśród wilków.
Niekonwencjonalne ujęcie mitu o wilkołaku. Ociekające krwią, pachnące żelazem. Rozbrzmiewające złowieszczymi zaklęciami i szczętem oręża.
Można powiedzieć, że akcja „Synów boga” toczy się dwutorowo: na poziomie ludzkim i nadprzyrodzonym. Wali, Feileg i osoby z ich otoczenia zostają wciągnięci w boskie manipulacje – za sznurki ciągną Odyn i Loki, a swoje trzy grosze dorzuca również królowa wiedźm Gullweig. Gdy mowa o celach i ambicjach nordyckich bóstw, nie ma czytelnych granic między dobrem a złem ocenianymi w ludzkich kategoriach. Bracia kierują się porywami uczuć i uśpionymi instynktami, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co kryje się za wydarzeniami, którym muszą sprostać i jak daleko mogą sięgać ich konsekwencje."


Wystarczy zgłosić chęć posiadania w komentarzu. Losowanie 6 grudnia.


 

16 września 2013

Czas się pożegnać

No, nie mogę. Pisanie na blogu nie wychodzi mi i nie za sprawą braku czasu, choć w nadmiarze go nie mam. Chyba straciłam do tej czynności serce i przestałam widzieć w niej jakikolwiek sens. Czytam nadal, oglądam też sporo, ale nie czuję, by moje przemyślenia były aż tak epokowe, by warto je było upubliczniać.

Nie wycofuję się całkiem z blogosfery. Nadal będę prowadzić "Klasykę Młodego Czytelnika", mam nadzieję, że nawet aktywniej niż do tej pory (przy okazji zapraszam na świeżo powstały profil tego bloga na Facebooku). Mam też zamiar umieszczać wpisy (wreszcie!) na blogu "Klasyka literatury popularnej", bo swoją akcję czytania kanonu bardzo chcę kontynuować. A że aktywnie ostatnio zwalczam zjawisko "tsundoku", zapraszam na moje aukcje allegro, gdzie będę wrzucać książki, na które zabrakło miejsca na półkach.

Do zobaczenia w innych miejscach!



Hasło "dobra literatura" zyskało ostatnio nowe znaczenie...

21 lipca 2013

Małe dziecko, wielka historia



Nietypowa rodzinna saga i świetny przykład na to, że powieść o sekretach z przeszłości nie musi zawierać kufra pełnego starych listów odnalezionego na strychu oraz tabuna staruszków o słoniowej pamięci.

Opowiadanie czworga dzieci składa się na losy rodziny uwikłanej w wielką historię - losy obejmujące sześćdziesiąt lat i kilka państw. Podróż w czasie i przestrzeni - wstecz, od czasów współczesnych do drugiej wojny światowej, z Ameryki przez Izrael do Niemiec. W 2004 r. sześcioletni Sol, przekonany że jest geniuszem i pępkiem świata, udaje się w podróż do Monachium, żeby poznać siostrę swojej prababki. W 1982 r. sześcioletni Randall wyjeżdża z rodzicami do Hajfy, gdzie jego matka prowadzi badania, a on sam przeżywa pierwszy miłosny dramat. W 1962 r. sześcioletnia Sadie, wychowywana przez dziadków, tęskni do matki, ale zaspokojenie tej tęsknoty nie przyniesie jej ukojenia. W 1944 i 1945 r., w ogarniętych szałem wojennym Niemczech, sześcioletnia Kristina dostaje nowego braciszka, ale traci własną tożsamość. Wszystkie dzieci naznaczone są znamieniem fizycznym - dziedziczoną myszką, ale także innym, nienamacalnym znamieniem, z którego nie zdają sobie sprawy, rodzinnym sekretem.

Bardzo dobra powieść, od której trudno było mi się oderwać i która, na szczęście, nie przynosi rozczarowania swoim rozwiązaniem, co niestety zdarza się zbyt często w powieściach o "trupach z szafy". Można się tylko przyczepić do języka - bardzo ładnego, ale dziwnie niekonsekwentnego. Narratorami są sześciolatki, ale ich język, a niekiedy i sposób rozumowania, bywa zbyt dojrzały - stylizacja języka często polega tylko na braku przecinków. Nie odebrało mi to jednak przyjemności z lektury (i chyba nie tylko mnie, bo książka była finalistką Orange Prize 2008).

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Dwie Siostry za możliwość przeczytania tej powieści.

Nancy Huston
Znamię
tyt. oryg. Lignes de faille
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2008

26 czerwca 2013

Uroczy domek na zdradliwych bagnach

Koniec świata, lilybeth czyta polską literaturę kobiecą i jeszcze chwali zamiast się czepiać. Specjalnie odczekałam trochę z recenzją, żeby sprawdzić, czy mi się z biegiem czasu nie przestanie podobać, ale nie - nadal uważam, że to dobra powieść. Trochę klimatem przypominała mi "Smażone zielone pomidory", a to w moich ustach komplement wielkiego kalibru.

Saga rodzinna jak się patrzy, zaczyna się u progu XX wieku i obejmuje 100 lat istnienia domu na Czerwonych Bagnach, nad którym ciąży jakaś klątwa - żaden mężczyzna nie może w nim zamieszkać, a jeśli próbuje, cóż, nie wychodzi mu to na zdrowie. Z musu dom zamieszkuje więc ród kobiecy - poczynając od pięknej Julianny, w której bez pamięci zakochał się dziedzic z sąsiedztwa, po małą Olgę  w którym prym wiedzie córka Julianny, niemal stuletnia obecnie Roza. A jak kobiety same na odludziu mieszkają, to - wiadomo - pewnie czarownice. Za pomocą czarów czy bez nich, dały sobie radę na tym pustkowiu, a przeciwności było co niemiara, żeby wspomnieć chociaż dwie wojny światowe, choć Autorka skupia się jednak na perypetiach raczej natury uczuciowej.

Nie wiem czemu, może za sprawą mrocznej okładki, spodziewałam się jakiejś poważnej, głębokiej lektury, coś o rzeczywistym ciężkim losie kobiet uwikłanych w historię, walczących ze społeczną niechęcią. Pod tym względem się rozczarowałam, bo to jednak powieść wagi lekkiej, ale życzę sobie więcej takich rozczarowań. Co prawda nie do końca zachwycił mnie współczesny wątek Kornelii - to jej rozmemłanie, irytujące na tle innych silnych bab, mogłabym wybaczyć, ale cały wątek jej romansu był dla mnie naciągany, rodem z telenoweli brazylijskiej (ale ja pragmatyczna jestem, a są takie kobiety, które lubią sobie komplikować życie) - ale wynagrodziły mi to jej przodkinie. Przywiązałam się zwłaszcza do Rozy, która silną ręką trzymała tę kruchą siedzibę, sterując nią przez wszystkie burze. Zresztą, dla każdego coś dobrego, do wyboru z plejady postaci kobiecy są jeszcze postrzelone siostry, Gabrysia i Joasia, oraz eteryczna Mimi (żeby wymienić tylko te żyjące współcześnie).

Dobrze mi się czytało, bo nie tylko bohaterki były interesujące, ale i opisane ładnym językiem, z odpowiednio odmierzoną dawką poczucia humoru. Wciąż z sympatią wspominam Czerwone Bagna. Podejrzewam, ze książka stanie się jednym z moich literackich leków na chandrę. Polecam, zresztą nie tylko ja, bo pamiętam, że na wielu blogach ukazywały się pozytywne recenzje tej książki (a ja - jak zwykle - w ogonie czytających ;) ).

24 czerwca 2013

Historyjka obrazkowa


Powodu mojego rzadkiego pojawiania się na blogu szukajcie na zdjęciu (postać druga od lewej, jeśli naszły Was wątpliwości). Rodzicielstwo pochłania czas w ilościach nie do wiary. Czytać czytam, ale jak mam coś napisać, to zawsze pojawia się dziesięć innych pilniejszych aktywności do wykonania, kiedy dziecko śpi. Niemniej obiecuję, że wpisy pojawią się lada chwila, bo trafiam ostatnio na dobre książki. To w sumie zasługa skąpej ilości czasu, jak już znajdę chwilę na lekturę, to nie chce mi się jej marnować, na coś, co może (a może nie) okaże się dobre po dwustu stronach, więc dam-mu-szansę. Mam pod ręką wystarczającą liczbę takich, co okazują się dobre od pierwszej strony.

A przy okazji ostatnich upałów przyszykowałam sobie taki oto miły zakątek do czytania:

Przepraszamy, już zajęte.

17 czerwca 2013

Filmowe wycieczki z azjatyckim mianownikiem

Jakoś tak przypadkiem wyszła mi podróż w kierunku wschodnim - dwa filmy zrealizowane przez azjatyckich reżyserów, jeden osadzony na Bliskim Wschodzie. W kolejności podobania się:

Operacja Argo, reż. Ben Affleck, 2012 (5,5/6)

Operacja Argo dostała tyle nagród, że pisanie o tym, że mi się podobało, zakrawa o banał. Nie lubiłam Bena Afflecka jako aktora, wizualnie był dla mnie amerykańskim odpowiednikiem Ibisza, ale już dawno zmieniłam zdanie. Reżyserem jest znakomitym, każdy z jego trzech filmów to perełka, mam nadzieję, że jeszcze wiele przed nim. Operacja... to oparta na faktach historia agenta CIA, który ratuje pracowników amerykańskiej ambasady, uwięzionych w ogarniętym antyamerykańską gorączką Iranie, pod zwariowaną przykrywką kręcenia filmu przygodowego. Zasługą Afflecka jest głównie wierność faktom - wizualnie aktorzy są bardzo podobni to rzeczywistych bohaterów wydarzeń, a niektóre sceny są wiernym powtórzeniem zrobionych wówczas w Teheranie zdjęć. Historia jest tak niezwykła, że broni się sama, choć oczywiście gorszy reżyser mógłby ja całkiem popsuć, kręcąc laurkę o wspaniałych akcjach amerykańskich agentów. W dalszym ciągu moim ulubionym filmem tego gatunku, który uważam za niepodważalne arcydzieło, jest "Monachium", ale obejrzenie "Operacji Argo" również gorąco polecam. Scena startu samolotu - bezcenna.



"Życie Pi", reż. Ang Lee, 2012 (4,5/6)

Ang Lee to reżyser tej klasy, że nie mógł nakręcić bardzo złego filmu, ale przyznaję, że książka podobała mi się bardziej. Trochę zbyt ckliwie wyszedł ten film, choć wydaje mi się, że twórcy bardzo się starali uniknąć taniego melodramatyzmu. Uważam, że jednak warto najpierw przeczytać książkę, a ekranizację potraktować jako ilustracje do niej. Ilustracje niezwykłe, momentami ocierające się o granicę kiczu, ale - moim zdaniem - nieprzekraczające jej. Nie każdy zachód słońca nad morzem to kicz. Niebezpiecznie piękny jest ten ocean, tygrys dostojny, Pi malowniczy w swym obszarganiu, Indie kolorowe, morskie stworzenia niepojęte, ale jednak nie zemdliło mnie od nadmiaru uroku, więc źle nie było. Może lepiej by zrobiło fabule, gdyby całość nie była taka piękna, a bardziej w klimacie "Cast Away - poza światem" ale ostatecznie historia jest jak z baśni, więc i wizualna bajkowość pasuje. Nie trzeba oglądać, ale można, najlepiej na dużym ekranie.






"Stoker", reż. Chan-wook Park, 2013 (3/6)

Czytałam bardzo wiele opinii mówiących o "Stokerze' jako arcydziele, ale - wybaczcie - dla mnie to twór czekoladopodobny opakowany w wytworny złoty papierek. Ciekawy sposób narracji, rewelacyjne zdjęcia (w tym przypadku zdecydowanie dalekie od kiczu), oryginalny montaż, bardzo dobra scenografia, świetna muzyka - to ta błyszcząca otoczka. Fabuła to przyprawiająca o ból zębów zawartość złotka.

Reżyser ponoć bardzo znany, ale to jego pierwszy amerykański film, południowokoreańskich poprzedników nie miałam okazji oglądać, więc osobiście go nie znam. Na pewno zrobił co mógł, żeby z tak fatalnego scenariusza zrobić dobre kino, ale cudów nie ma. Wyszedł thriller klasy B minus z pretensjami. Autorem scenariusza jest Wentworth Miller, którego bardzo lubię, ale wyłącznie jako aktora w jednej produkcji i - naprawdę - niech on już lepiej nakręci kolejny sezon "Prison Break" zamiast pisać. Po kilku pierwszych scenach mogłam już powiedzieć, co będzie dalej i niestety się nie pomyliłam, żadnych zagadek i tajemnic tu nie ma, a końcówka wzbudza śmiech. Te emocje pomiędzy słowami, o których czytałam, to też nie wiem, gdzie się pojawiły. Aktorów głównych jest trzech, każdy gra z jedną miną przylepioną do twarzy - Charles dostał maskę "ze zwichrowaną psychiką", Evelyn - "z problemami emocjonalnymi", a India - "ta dziwna". Nie zdejmują ich ani na moment, a jeśli jeszcze macie nadzieje, to nie, te maski nie skrywają niczego - co na wierzchu, to i w środku.  Mimo sympatii do Matthew Goode'a, Nicole Kidman i Mii Wasikowskiej nie jestem w stanie powiedzieć nic dobrego o ich aktorstwie - wyjątkowo manieryczna gra. Kidman próbowała chyba odtworzyc postać z "Innych", Wasikowska wyglądała jak krewna rodziny Addamsów, a Goode dokładnie jak Anna z serialu "V: Goście" (też narwana, bo to zły ufoludek był...).





Nie polecam, a trójka jest oceną zawyżoną, ze względu na urok wizualny.

5 czerwca 2013

Dobre, bo czeskie

Mariusz Szczygieł zawsze kojarzył mi się z chudziutkim blondynkiem w okularkach, prowadzącym jakiś talk-show. Jakiś czas temu zaczęło być o nim głośno na blogach - rzeczony Szczygieł okazał się być czechofilem i autorem kilku świetnych książek o Czechach. Zrewidowałam swoje wyobrażenia o nim - uświadamiając sobie, że moje wspomnienie odnośnie do autora dotyczy czasów raczej zamierzchłych. Obiecałam sobie sięgnąć po jego książki, bo Czesi to przecież taki uroczy temat. Krecik, Sąsiedzi, Kola, formacja Buty, Hrabal, cudny język i w ogóle...


Sięgnęłam w końcu po audiobooka, czytanego przez samego Autora, i okazało się, że Szczygieł jest nie tylko zapamiętałym czechofilem i świetnym pisarzem, ale także rewelacyjnym lektorem. A miałam obawy, bo ostatecznie pisarz ma pisać - nie musi dysponować ładnym głosem ani dobra dykcją. (Przykładowo małżeństwo Mellerów według dla mnie zamordowało własną książkę o Gruzji, czytając ją, i nie jestem nawet w stanie powiedzieć, czy mi się podobała, tak zgrzytałam zębami słuchając ich klepania.) Okazało się jednak że Szczygieł dysponuje jednym i drugim, a do tego potrafi tchnąć życie w czytany tekst i słuchało się tego, jak najlepszej opowieści. Brawo. Jestem za tym, żeby go zatrudnić do czytania także innych audiobooków, może nawet przymusić, bo dobry lektor to skarb, do tego niezwykle rzadki (a zły potrafi naprawdę zarżnąć książkę - jeśli nie lubicie audiobooków, to może właśnie dlatego, ze nie trafiliście na dobrego lektora).

Forma formą, a treść również jest wyśmienita. Mimo szczerej sympatii do narodu czeskiego niewiele o nim wiedziałam. Że tacy niespecjalnie pobożni, to mi się o uszy obiło. Ale za to z ogromnym poczuciem humoru są. I rzeźbę panów siusiających na mapę Czech kojarzyłam (nierozerwalnie związaną z tym poczuciem humoru). I to tyle by było. Teraz czuję się o wiele bardziej kompetentna. Wiem, kto jest autorem rzeczonej rzeźby (i wielu innych), wiem, jak tam z tym kościołem bywa, wiem, że Czesi nie zawsze są weseli, ale cenią 'pohodę' (w przeciwieństwie do Polaków, co to tylko "pamięć i groby"...). Poznałam też fotografa czeskiego, filozofa-poetę-fekalistę (sic!), tłumaczkę literatury polskiej,  pisarkę Pawlowską (znaną w Polsce z serii z miotłą) i wielu innych ludzi, zarówno sławnych, jak i całkiem zwyczajnych . Oprócz walorów edukacyjnych, jest to jednak po prostu szalenie przyjemna lektura. Doskonale się o jej słuchało i już zacieram rączki na myśl o innych książkach Szczygła: "Gottland" i 'Laska nebeska". A tę polecam bardzo gorąco.

Za możliwość wysłuchania audiobooka dziękuję Audeo.pl.

2 czerwca 2013

Pawia wiosna z Uną

O tej książce wspominała dawno temu Padma z Miasta Książek i od tego czasu miałam ją zapisaną w zakładce pamięci jako "do przeczytania". Jeszcze by sobie tam pewnie tkwiła, razem z tysiącem innych, ale ostatnio poznałam się z panią Rumer Godden przy lekturze "Inspektorze, na pomoc" i to mnie zmotywowało - jedno kliknięcie na Allegro, kilka złotych* i Una zamiast do Indii, przyjechała do mnie (*symboliczna opłata, bo książka ma ponad 30 lat - i o zgrozo, nigdy chyba nie była czytana, bo obwolutę ma co prawda dość zniszczona, ale w środku znalazłam dwie nierozcięte karty).

Co za urocza powieść. Przyznam bezwstydnie, że choć jestem dwa razy starsza od Uny, i pochlebiam sobie, że nieco mądrzejsza doświadczeniem życiowym (Rawiego rozgryzłam od razu ;) ), nie mogłam odłożyć lektury. Dobrze mi było w tych Indiach i nie tylko dlatego, że ciepło.


Nastoletnia Una i jej młodsza przyrodnia siostra uczą się w elitarnej angielskiej szkole. Ich ojciec, dyplomata w Indiach, postanawia jednak znienacka wezwać dziewczynki do siebie. Dla doskonałej matematyczki Uny to tragedia - w Indiach ma dalej uczyć ją jakaś guwernantka, co może przekreślić nadzieje dziewczyny na studia. Kiedy dziewczęta przybywają do Delhi, sytuacja okazuje się gorsza, niż sie Unie wydawało - piękna Alix jest nie tylko guwernantką. Coś ją wyraźnie łączy z ojcem Uny. W dodatku kobieta chyba nie do końca jest tym, za kogo się podaje... Pocieszenie Una znajduje w małej chatce pomocnika ogrodnika, którą zamieszkuje przystojny młody poeta, Rawi.

Nie spodziewajcie się prostej opowieści "dobra pasierbica kontra zła macocha", ani równie oklepanej historii pierwszej miłości (chociaż miłość jest, i do tego pierwsza). Godden potrafi doskonale odmalowywać charaktery w całe gamie szarości. Nie ma tu banalnych podziałów na czarne i białe, złe i dobre. Do tego wszystko rozgrywa się w doskonale opisanych indyjskich realiach - pisarka spędziła w Indiach wiele lat i zna je od podszewki. Mogłabym się przyczepić najwyżej do samego zakończenia - trochę autorka poszła na łatwiznę - ale w obliczu świetnych 335 stron przed zakończeniem, czepiania się odmawiam. Niebanalna akcja, gorący klimat i ładna proza - polecam.

Powstała telewizyjna adaptacja, której nie polecam, bo ograniczono się w niej właściwie tylko do wątku Uny i Rawiego, ale dla porządku wspominam. Rawiego zagrał aktor znany z serialu "Lost" -

Rumer Godden
Indyjska wiosna Uny
Iskry 1980, ss. 338 

24 maja 2013

Stal, śnieg, krew, złoto, lwy, wilki, dużo mieczy i jeden karzeł

Znów zostałam wessana w świat Westeros, czułam się jak Dorotka w Oz. Za portal posłużył czytnik ebooków. Trzeci tom pochłonął mnie bez pamięci, do tego stopnia, ze spacerując z wózeczkiem po parku miałam w głowie wyliczankę - prawie jak Arya Stark: Cersei, Jamie, Tyrion, król Joffrey, król Robb, krol Stannis, Jon Snow. Nie bardzo widziałam świat wokół, ale gdybym nagle za drzewami dostrzegła zwodzony most, wydałby mi się jak najbardziej na miejscu...

Jakiś czas temu pisałam, że drugi tom podobał mi się bardziej niż pierwszy. No to teraz trzeci podobał mi się bardziej niż drugi. Dobrze, jakby Martin utrzymał taką tendencję zwyżkową, ale slyszałam, że dalsze tomy są słabsze. Może i lepiej, bo obowiązki wzywają, dziecko wymaga wiktu i opierunku, a te tomy grube są. I czytając, czuję się taka wewnętrznie rozdarta :)

Wcale nie będę opisywać fabuły, bo jak ktos czytał, to zna. Jak nie czytał, bo go nie interesuje, to go nie zachęcę, a jak zamierza przeczytać, to niech czyta książkę, a nie moje opisy, zwłaszcza, że będę troszkę spojlerować.

W poprzedniej notce wahałam się czytać czy oglądać najpierw. Wyjaśniam, że doczekałam do serialu, ale po czwartym chyba odcinku mnie zmogło, długie okropnie przerwy między tymi odcinkami, nie mogłam tyle czekać, więc złapałam za książkę. Chciałam tylko doczytać do tego miejsca, co w serialu, nie wyprzedzać akcji, ale tak ciut-ciut wyprzedziłam, no a potem mnie Martin walnął akcją jak Ogar toporem i już nie mogłam odłożyć. Niby po pierwszym tomie już wiadomo, ze bohaterowie powieści nie są dla tego pisarza żadną świętością i nie można zakładać, że jak ważna postać, to będzie nieśmiertelna, ale takiego rozwoju wydarzeń, to się jednak nie spodziewałam.

Domyślam się, że wielu narzeka na rozbieżności miedzy filmem a książką, ale ja się czepiać nie będę. Po pierwsze wierna ekranizacja wymagałaby nakręcenia drugiej "Mody na sukces", po drugie budżet i możliwości w zakresie efektów specjalnych mają swoje granice, po trzecie wprowadzenie takiej nieprawdopodobnej liczby bohaterów drugo-, trzecio- i szesnastoplanowych, wszystkich obdarzonych zarysowanym wyraźnie charakterem, herbem, ziemią i rodziną, byłoby nie tyle niemożliwe, co śmiertelnie nudne dla odbiorcy, nic więc dziwnego, że twórcy sporo postaci wyciachali. Jeśli mam się czepiać, to niespecjalnie podobało mi sie zlanie w jedną osobę Gendry'ego i Edrica Storma. Z innej beczki - postać żony Robba jest zupełnie różna i w książce i w filmie, ale muszę przyznać, że ta filmowa przemawia do mnie bardziej. Podoba mi się też filmowa Shae, ale ta z powieści jest znacznie bardziej prawdopodobna, głupiutkie dziewczę, które myśli głównie o sukniach i klejnotach, a Tyrion jest dla niej środkiem do celu, dobrym, jak każdy inny. Nie mam tez nic przeciwko notorycznemu "postarzaniu" postaci w serialu, bo u Martina co bohaterka to ma lat 12, w porywach do 13. Rozumiem, że w kategoriach średniowiecznych jest już zdatna do ożenku, ale te lubieżne spojrzenia dorosłych mężczyzn na dwunastolatki, to mi się jednak podejrzane zdają. Zresztą w 16-letniego Robba tez jakoś nie mogę uwierzyć, jeśli chodzi o dojrzałość czynów. Gdyby Martin jednak dodał swoim młodocianym bohaterom ze 2 lata do wieku, to akurat by się zgodziło z ich postępowaniem. Ale to taki drobiazg.

Podoba mi się w serialu ograniczanie pierwiastków magicznych w porównaniu z literackim pierwowzorem - w tej części jakoś dużo tych olbrzymów, zmiennokształtnych, Innych, zielonych ludzi, co druga osoba ma jasnowidzenia, a co trzecia czyta z ognia. Dla mnie siłą tej serii są zwykli, ludzcy bohaterowie, którym pechowo się trafiło życie w ciekawych czasach.

EDIT: Zapomniałam wspomnieć, że to co podoba mi się w trzecim sezonie zdecydowanie bardziej niż w książce to Daario Naharis. Nikt mi nie wmówi, nawet Martin, że Daenerys zainteresowałaby się mężczyzną z farbowaną na niebiesko brodą i złotym zębem, odzianym w żółte koronki. Nie piętnastolatka, nie po Khalu Drogo...

19 maja 2013

Kim jest starsza pani?

To pytanie zadawała sobie Iris, kiedy zgłosili się do niej pracownicy zamykanego właśnie szpitala psychiatrycznego, pytając, czy nie chce zaopiekować się swoją niemłodą cioteczną babką, panną Euphemią Lennox. Problem w tym, że Iris nigdy nie miała ciotecznej babki. Babkę owszem, miała nawet nadal, ale podobno jedynaczkę, a że babcia Kitty chorowała na Alzheimera, niczego jej nie mogła wyjaśnić.

Z mozolnej rekonstrukcji wydarzeń prowadzonych przez Iris, ze strzępków wspomnień, które pojawiają się i znikają w głowie babki Kitty, z żywo odmalowanych scen z przeszłości, którą nadal żyje Esme, czytelnik poznaje historię kobiety zamkniętej w szpitalu psychiatrycznym przez 60 lat. Dzieciństwo w Indiach (sądzę, że nazwisko Lennox nieprzypadkowo przywodzi na myśl bohaterkę "Tajemniczego ogrodu") oraz młodość w Wielkiej Brytanii - to całe życie Esme "na wolności". Co mogło się wtedy zdarzyć? Choroba, tragedia czy spisek?




Chyba za dużo czytałam już książek opartych na tym motywie - niesprawiedliwego zamykania kobiet w szpitalach psychiatrycznych (taki wygodny sposób pozbycia się niepokornych lub niewygodnych dam dawniej stosowano, a straszne jest tylko to, że wcale nie "aż tak" dawno), żeby się ta powieścią zachwycić. Od razu nasunęło mi się wspomnienie "Tajnego dziennika", podobnego pod każdym względem, fabularnie, ale także w klimacie narracji. Jednak mimo pewnej powtarzalności, czytało mi się ją przyjemnie. Motyw wyeksploatowany, rozwiązania się domyślałam, zaczęłam zapominać treść zaraz po przewróceniu ostatniej strony - ale póki czytałam, sprawiało mi to przyjemność, nie chciałam jej wcale odłożyć, a to chyba wystarczy, żeby lekturę polecić. Nie trzeba przeczytać, ale można, czemu nie. Zajmująca lektura na jeden wieczór.

17 maja 2013

Piękna podróż przez czas i przestrzeń

Udało mi się tydzień temu dodać wpis-widmo, bardzo Was przepraszam. Nie było moim celem zaintrygowanie czytelników taką tajemniczą formą - samego tytułu bez treści poniżej. Tak się jakoś ostatnio zdarza, że kiedy zabieram się za coś w złudnym przekonaniu, że dziecię śpi i mogę zjeść/wziąć prysznic/wypić coś gorącego/napisać notkę na blogu, Eliza wyczuwa to i natychmiast otwiera oczy, a potem otwiera też paszczę i wydaje głos... I nie daje zbyt szybko kolejnej szansy ;)

A miało być o tym:

Okładka nie najgorsza, bo do treści pasująca, ale moim zdaniem  niewystarczająco piękna, jak na tak uroczą treść. Wcześniej nie miałam przyjemności z panią Brooks, a przyjemność jest to niewątpliwa i powiadam Wam, że warto. Ja zamierzam sięgnąć po kolejne jej książki. Rzadka sztuka napisać powieść, która będzie jednocześnie łatwa w czytaniu, niezwykle wciągająca i do tego głęboko satysfakcjonująca. Odłożyłam ją po przewróceniu ostatniej strony z przekonaniem, że odbyłam podróż, w którą warto się było wybrać.

Pisarka zabiera czytelnika na wyprawę przez wieki, śladami tajemniczej Księgi - a kiedy mówię "śladami", mam dokładnie to na myśli. Ilustrowana hagada, stara księga żydowska, nosi na sobie ślady poprzednich właścicieli, a nawet samych twórców - tu plamka, tam włosek - a główna bohaterka powieści, Hanna, próbuje z nich odczytać jej dzieje. Nie do końca się to jej udaje, bo może korzystać tylko z pomocy naukowych, a nawet najnowocześniejsze badania DNA włosa całej prawdy nie powiedzą. Za to czytelnik, nieograniczony przez czas i przestrzeń, zostaje przez Autorkę zabrany w szaloną podróż przez pół tysiąca lat - od współczesności, przez ogarnięte wojną Sarajewo, XIX-wieczny Wiedeń, XVII-wieczną Wenecję, dalej i dalej w przeszłość aż do momentu powstania księgi. Jednocześnie jest to podróż po kulturach i wyzwaniach, bo w historii żydowskiej księgi wplątani byli nie tylko Żydzi - chrześcijanie oraz muzułmanie odegrali bardzo ważne role.

Nie spodziewajcie się sensacji w stylu "Kodu Leonardo da Vinci", nie ma tu żadnych pościgów ani wyrafinowanych zbrodni, dużo za to ludzkich dramatów, bo kolejni opiekunowie Księgi lekko nie mieli.Tu wojna, tam wojna, a na okrasę prześladowania religijne... Dużo zwykłego ludzkiego okrucieństwa, równie dużo - bohaterstwa. Polecam.


5 maja 2013

Renklodowe lato

Ta książka jest doskonałym przykładem na to, jak można zmylić czytelnika źle dobranym tytułem i okładką. Podejrzewam wręcz jakiś ponury spisek redaktorów, którzy z nieznanych mi acz niecnych przyczyn nie chcieli, by powieść trafiła do grupy docelowej. Tytuł "Inspektorze, na pomoc!" mnie osobiście sugerowało okolice literatury bahdajopodobnej. W połączeniu z okładką nakreśliłam już w wyobraźni prawdopodobną (niezbyt oryginalną) fabułę - grupka dzieciaków na wakacjach rozpracowuje jakąś podwórkową zagadkę kryminalną. Tymczasem wątek sensacyjny jest daleko w tle, zdecydowanie nie uzasadniając tytułu (polskiego tytułu, bo tłumaczenie nijak się ma do oryginalnego "The greengage summer"). Zamiast przygodówki dla dzieci dostałam nostalgiczną opowieść o dojrzewaniu z upalnym francuskim latem w tle.

Angielska rodzina Greyów bardzo niefortunnie rozpoczyna wakacje we Francji. Matka trafia do szpitala, a gromadka jej pociech: Joss, Cecil, Vicky, Hester i Willmouse, samotnie zamieszkuje w hotelu Les Oeillets. Nie są tam mile widziani, nikt z właścicieli i obsługi specjalnie o nie nie dba, więc młodzi Greyowie spędzają dni samopas, zjadając renklody w rozgrzanym słońcem sadzie i wędrując wzdłuż plaż nad Marną. A także obserwując powikłane stosunki między właścicielką hotelu, farbowaną na rudo mademoiselle Zizi a tajemniczym Anglikiem Elliotem, który ku jej irytacji przejawia nadzwyczajne zainteresowanie dziećmi, zwłaszcza śliczną 16-letnią Joss.

Fabularnie nie dzieje się tu zbyt wiele, mogłabym streścić akcję w trzech zdaniach i byłoby to streszczenie rozbudowane. Nie o akcję jednak w tej powieści chodzi, ale o urzekający klimat, o nastrojowy opis momentu, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, że jego dzieciństwo właśnie dobiega końca, o doskonałe oddanie zachowań dorosłych obserwowanych oczyma dziecka (narratorką jest 13-letnia Cecil).

Polecam gorąco. Wpis dodałam także do Klasyki Młodego Czytelnika, bo choć nie jest to pozycja dla młodszych dzieci (raczej nie wzbudzi ich zainteresowania), to młodzieży może się spodobać. Powieść została sfilmowana w 1961 r. jako "The Greengage Summer" (w USA rozpowszechniana jako "The Loss of Innocence").

26 kwietnia 2013

Mała dziewczynka w wielkim, mrocznym domu

... czyli kwintesencja porządnej gotyckiej powieści. Polecano mi "Siostrzycę" już dawno i nawet przeglądałam ją w księgarni, ale jakoś nie mogłam się zdecydować. Trochę mnie zniechęcała okładka, całkiem ładna, ale pasowałaby mi do jakiegoś romansu i w sumie nie wiedziałam, czego się po tej powieści spodziewać - na pewno nie tego, co dostałam. Na szczęście w recenzji Marietty z Wyspy Książek znalazła sie okładka angielska, która zafrapowała mnie na tyle, że zdecydowałam się wreszcie sięgnąć po książkę. Szczęśliwie jeden z internetowych sklepów  oferował ebooka w promocji, więc nawet nie musiałam czekać. A teraz żałuję, że nie mam wersji papierowej, bo chętnie bym ją ustawiła na półce - ostatnio coraz mniej książek spotyka ten zaszczyt.

Koniec XIX wieku, w wielkim domu żyje pod opieką służby dwójka dzieci, przyrodnie rodzeństwo, 12-letnia Florence i cztery lata młodszy Giles. Formalnie są wychowywane przez wuja, ale ten przebywa daleko, więc nawet go nie znają, nie wiedzą też niemal nic o swoim pochodzeniu. Mają tylko siebie i są bardzo zżyte, więc nic dziwnego, że Florence wpada w rozpacz, kiedy mały Giles zostaje odesłany do szkoły. Ona zostaje w domu, bo wuj nie uznaje edukacji kobiet. Zdziwiłby się, gdyby wiedział, że dziewczynka zdołała już nauczyć się czytać i spędza potajemnie długie godziny w wielkiej choć zaniedbanej bibliotece rezydencji, a bystry umysł pozwala jej na zaawansowane słowotwórstwo (uwielbiam ten aspekt powieści, brawa dla tłumacza). Kiedy Giles wraca ze szkoły i wydaje się, że życie wróci do normy, w domu pojawiają się guwernantki, a wraz z nimi do domu wkradają się mroczne sekrety.


Nastrój powieści jest doskonale gotycki, autor wspaniale odmalował dziwny tryb życia dzieci, piętrzące się tajemnice i narastającą grozę. Florence, wielbicielka książek, twórczyni nowego języka, dręczona nocąchodzeniem i niepokojem o braciszka, to postać, która zapada w pamięć. Chociaż trochę się domyślałam rozwiązania, i tak świetnie się bawiłam przy lekturze.

Bardzo gorąco polecam wszystkim, z wyjątkiem świeżo upieczonych rodziców. Od książki nie można się oderwać, a niestety trudno pofolgować sobie w tym względzie z tygodniowym noworodkiem obok... Normalnie połknęłabym lekturę w dwa wieczory, a tak ciągnęłam ją dobrze ponad tydzień. Ale ogólnie z czasem na lekturę nie jest tak źle, bo w niezliczonych godzinach karmienia, bujania i trzymania na kolanach uśpionego szkraba (odłożenie do łóżeczka natychmiast wybudza z najgłębszego snu) niezastąpiony okazał się czytnik ebooków (papierową książką znacznie trudniej manewrować jedną ręką). Tak więc czytać czytam, i nawet zdumiewająco dobrze trafiam z lekturami, tylko zupełnie nie mam czasu pisać na blogu. Jak już się pojawi wolna chwila, to jest sto pilniejszych sposobów na jej wykorzystanie. Notki będą się pewnie pojawiać z dużym opóźnieniem i raczej formą nie powalą, tworzone w pospiechu. Niemniej postaram się, by się pojawiały, bo ku pamięci chciałabym sobie swoje wrażenia zapisywać.

15 kwietnia 2013

Słony zapach wodorostów

Susan Fletcher potrafi tak opisywać morze, że czuje się wszystko - zapach wodorostów, szum fal, a nawet trochę chlupania w małych zatoczkach, zimny powiew na twarzy, mokry piasek pod podeszwami stóp... Jest prawdziwym bardem (bardką?) Walii, pisze o niej tak, że marzyłabym o podróży tam, gdyby nie to, że już tam byłam. Ale dzięki temu, że byłam, mogę potwierdzić - właśnie taka jest Walia, pełna melancholijnego, poetyckiego uroku, tak jak i proza Fletcher.

Czytałam jakiś czas temu "Eve Green" tej Autorki, więc wiedziałam, czego się spodziewać, do tego 'Ostrygojady" zbierały kilka lat temu bardzo pozytywne oceny na blogach. Nie zostałam więc zaskoczona wysoką jakością tej powieści - bo takiej oczekiwałam. Ale zostałam zauroczona. Piękna proza, ciekawa fabuła, świetna charakterystyka postaci i niewiarygodnie subtelny opis miłości. Jak nie lubię romansów - co do znudzenia powtarzam - tak drugoplanowy wątek małżeństwa Mojry i Raya to majstersztyk.

Książka niemal w całości ma postać monologu (są fragmenty pisane w drugiej osobie). Główna bohaterka, młoda kobieta imieniem Mojra, opowiada o sobie. Mówi do siostry, która od kilku lat leży w śpiączce. Do siostry, której nigdy nie lubiła, której nigdy polubić nie chciała, a nawet - której istnienia sobie nie życzyła. Próbuje wyjaśnić siebie - może bardziej sobie samej, niż nieświadomej niczego Amy. Opowiada o wszystkim od niespodziewanego przyjścia na świat w łazience rodzinnego domu po próby zniszczenia własnego małżeństwa. Duża część książki rozgrywa się w szkole z internatem dla dziewcząt (wiem, że są fanki tego motywu). Mojra nie budzi sympatii i zdaje sobie z tego sprawę, zawsze była inna, mroczna, zamknięta w sobie, czarownica. Spory talent do unieszczęśliwiania siebie i innych. Czytałam, myśląc sobie, że gdybym była w stanie czuć sympatię do bohaterki, ta książka stanęłaby na półce jako jedna z ulubionych. Ale w pewnym momencie, choć sympatii nie poczułam, nauczyłam się Mojrę rozumieć. I nawet jakbym się przywiązała. I już sama nie wiem, czy chcę się z tą książką rozstawać, czy może zagości u mnie na stałe.



********

Bardzo dziękuję wszystkim za gratulacje i słowa otuchy. Powoli zaczynamy ogarniać rzeczywistość z noworodkiem, bo początki łatwe nie są, oj nie. Przeszliśmy do świata po drugiej stronie lustra i musimy się tu urządzić na nowo. Eliza chowa się zdrowo, a to najważniejsze.



8 kwietnia 2013

Panna Eliza

Ze względu na pojawienie się w naszym życiu długo oczekiwanego gościa, mogę się w najbliższej przyszłości nieco mniej udzielać na blogu. Chwilowo i tak moje lektury koncentrują się wokół "Vademecum. Matka i dziecko", "Pierwszy rok życia dziecka" oraz "Języka niemowląt" :)


Eliza nie dała nam chwili wytchnienia i zawitała na świecie dwa tygodnie przed czasem, kiedy właśnie mieliśmy nadzieję na krótki oddech poremontowy. Ale widocznie uznała, że to jest właśnie TEN moment i pewnie wiedziała lepiej. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, chociaż przeraźliwie oszołomieni, minie kilka tygodni, zanim pewniej staniemy na nogach.

1 kwietnia 2013

Skarby przeklęte

Wczoraj przypadkiem dojrzałam w telewizji informację o katastrofie w rezerwacie nosorożców w RPA - rozbił się tam helikopter z pięcioma żołnierzami chroniącymi zwierzęta. Jeszcze dwa tygodnie temu byłaby to dla mnie tylko jedna z wielu informacji, którą człowiek rejestruje na krótką chwilę, a potem szybko zapomina. I dobrze. W końcu jaką dawkę dziennych nieszczęść, na które nie mamy wpływu, możemy znieść? Umysł uczy się filtrować takie niusy albo popadamy w obłęd. Mnie jednak akurat ta wiadomość wyjątkowo zapadła w pamięć, a to przez niedawno przeczytaną książkę. Tylko co ma wspólnego reportaż o poszukiwaczach skarbów, czyli "Gorączka" Tomka Michniewicza, z rezerwatem chroniącym nosorożce?


Tomka Michniewicza poznałam przy okazji "Samsary", opisującej jego backpackerskie przygody w Azji. Autor i jego dzieło wzbudzili moja sympatię i obiecałam sobie, że po kolejną książkę też sięgnę. Dotrzymanie obietnicy trudne nie było, jako że tematem następnej książki okazały się skarby. Kto się temu oprze?

Druga wyprawa z Tomkiem (niech mi Autor wybaczy, to nie przez brak szacunku, ale ciężko mi się posługiwać jego nazwiskiem, biorąc pod uwagę, że sam podpisuje się zdrobnieniem, a do tego mam nieodparte skojarzenia z bohaterem serii Szklarskiego) okazała się równie udana, co pierwsza. Styl jest żywy, lekki i świeży. Nie należy oczekiwać poważnego reportażu i głębokiej analizy problemu wydobycia skarbów w świecie, w końcu to opis przygód własnych, niemniej Autor nie ogranicza się do przytoczenia kilku soczystych historii, ale rzetelnie sprawdza wszystkie informacje, które podaje, wiele z nich nawet na własnej skórze...

A historie są zaiste soczyste, prawie jak z Indiany Jonesa, ale prawdziwe - mamy tu i złoto z hiszpańskich kopalni, ukryte na odludziu, i zatopione statki, wypełnione po brzegi skrzyniami pełnymi bogactw, mamy szaleńców, którzy poświęcają życie (często cudze) dla zaznaczonych na starych mapach krzyżyków, normalnych ludzi, których pasja poszukiwania wpędziła w obłęd oraz profesjonalne firmy o gigantycznym budżecie, które zajmują się wyłącznie wydobywaniem skarbów. Mamy też sporo tajemnic, które Autor sygnalizuje, ale których zdradzić nie może, bo poszukiwania skarbów to proceder bardzo niebezpieczny i często nielegalny - można o tym poczytać w ciekawym wywiadzie z Tomkiem Michniewiczem TUTAJ.

Spokojnie, zaraz dojdę i do nosorożców.

Ostatnia część książki dzieje się w Afryce. Tomek i jego przyjaciel dotarli tutaj w tym samym, co powyżej, celu - czyli znaleźć poszukiwaczy skarbów i opisać ich działalność. Ale im jakoś nie wyszło. Czytając, miałam wrażenie, że ta część bardzo tematycznie nie pasuje do reszty książki, choć da się ja podciągnąć pod "gorączkę złota". Po jakimś tygodniu od skończonej lektury przyznaję jednak, że pasująca czy nie, jest to jednak ten fragment książki, który najbardziej mnie poruszył i zapadł w pamięć. Zaczyna się od wstrząsającego opisu życia we współczesnym RPA - w podróży Tomkowi towarzyszy przyjaciel, który w tym kraju spędził dzieciństwo, jeszcze za czasów "szczęśliwych białych" i zderzenie ze współczesnością jest brutalne. Niby już trochę wiem, czytałam i oglądałam, na temat sytuacji w tym państwie, ale nadal uwierzyć mi trudno, jak bardzo ludzie potrafią postarać się, żeby zorganizować sobie piekło.

Ostatnia wyprawa Autora zawiodła go do rezerwatu w Imire, w Zimbabwe. Wstrząsająca masakra, która się tu wydarzyła, sprawia, że Autor świadomie decyduje sie porzucić temat skarbów i zaangażować w całkiem inną działalność. Choć z drugiej strony - tu złotem są dzikie zwierzęta, ich kły i kości, które można przerobić na drogie pamiątki dla bogaczy albo bezużyteczne pseudolecznicze specyfiki. Można więc uznać kłusowników za miejscowych "poszukiwaczy złota" - w każdym razie zostali opętani gorączką, która odebrała im ludzkie cechy. Chwała Autorowi, że on jednak ludzkie cechy wykazał i zaangażował się w pomoc - więcej szczegółów TUTAJ. Szczegółów opisywać nie będę, sięgnijcie po książkę.

24 marca 2013

Morderczy urok Islandii

Mam ogromną słabość do tej dziwnej wyspy, o której przez wiele lat nie wiedziałam niemal nic. Zaniedbywana w edukacji szkolnej, położona gdzieś na marginesie mapy i powszechnej świadomości (choć do niej zawitała całkiem niedawno za sprawą aktywności wulkanicznej). Fascynuje mnie przedziwną przyrodą, ponurym klimatem (nie jestem wielbicielką tropików), słabym zaludnieniem, za to silnym zaowczeniem ;), polarnymi nocami, zorzami, niewymawialnymi imionami, różnymi nazwiskami dla kobiet i mężczyzn oraz muzyką Sigur Ros. Jeśli ktoś zaproponuje mi wycieczkę na Islandię, jestem gotowa spakować się w pół godziny. Nic dziwnego, że chętnie sięgam po książki, których akcja rozgrywa się właśnie tam.

A literatura islandzka wydawana w Polsce chyba głównie kryminałami stoi. Czytałam jeden, który bardzo mi się podobał - "W bagnie" Arnaldura Indridasona i postanowiłam kontynuować znajomość z ponurym jak islandzka zima detektywem Erlendurem Sveinssonem. Kolejne tomy to:



"Grobowa cisza" podobała mi się bardzo. Detektyw Erlendur próbuje rozwikłać zagadkę odnalezionych w ziemi starych ludzkich kości. Zagadka mało pilna, bo bardzo niemłoda - szczątki spoczywają w prowizorycznym grobie od kilkudziesięciu lat - ale nie daje mu spokoju. A przecież ma na głowie problemy osobiste z córką-narkomanką, która spodziewa się dziecka. Nastrój mroczny, melancholijny, fabuła rzetelnie wciąga. Polecam.

Przy "Głosie" - niestety - mój zachwyt nieco opadł. Akcja rozgrywa się tuż przed świętami Bożego Narodzenia, bardzo stacjonarnie, bo w budynku hotelu - Erlendur nawet zajmuje w nim jeden pokój (nie ma ochoty wracać do pustego mieszkania na święta), więc tkwimy tam razem z nim. W rzeczonym hotelu zostaje brutalnie zamordowany portier. Pracował tam niemal 20 lat, ale na dobrą sprawę nikt go nie znał, nikt o nim nic nie wiedział, gromadzenie informacji na temat denata idzie więc opornie. Zagadka przyzwoita, więc się nie czepiam, ale zirytowała mnie jakaś dziwna maniera, którą zauważyłam w tym tomie. Nie znam się na działalności policji w tym kraju, ale jakieś takie dziwne mi się wydawało, że przesłuchiwani na pytania śledczych często odpowiadają w sposób "A skąd pan o tym wie?" lub wręcz "Jak pan śmie o to pytać?". Wydawało mi się dotąd, że od tego jest policja śledcza, żeby wiedzieć o podejrzanych, a nawet i świadkach, potencjalnie niewygodne rzeczy, a nawet domagać się od nich poszerzania informacji. Tymczasem islandzcy śledczy w obliczu takich pytań robią się potulni i zmieniają temat... Ale może się czepiam, bo po prostu mało było Islandii w tym tomie, hotel jak każdy inny w Europie.

Dałam szansę także płci pięknej kryminalnie utalentowanej i sięgnęłam po pierwszy tom serii autorstwa Yrsy Sigurdardóttir o prawniczce Thorze Gudmundsdottir, pt. "Trzeci znak".




Tu Islandii było sporo - i geograficznie, i historycznie, więc usatysfakcjonowana jestem w pełni. Trzeba przyznać, że Autorka postawiła sobie niełatwe zadanie, bo uczyniła ofiarą zbrodni osobnika raczej antypatycznego. Jeśli trudno sympatyzować z ofiarą, łatwo o obojętność wobec wyników śledztwa - a jednak nie mogłam się oderwać. Na terenie uniwersytetu zostają odnalezione okaleczone zwłoki niemieckiego studenta, Haralda Guntlieba, który na Islandii zgłębiał temat prześladowania czarownic. Zainteresowania wykraczały poza czysto naukowe, bo i życie prywatne Haralda okazało się co najmniej ekscentryczne. Ciekawa zagadka, wciągające tło historyczne, a do tego budząca  zainteresowanie bohaterka. Poleciłabym, ale mam wrażenie, że wszyscy czytali już kilka lat temu ;) Tylko ja jak zwykle w ogonie. Ale chętnie sięgnę po kolejne tomy serii, mam nadzieję, że trzymają poziom.

21 marca 2013

Dziewczyna, która zaginęła

Właściwie żałuję, że nie zaczęłam czytać trzeciego tomu "Pieśni Lodu i Ognia", bo rodowe zawołanie Starków "Nadciąga zima" jest wyjątkowo na miejscu tej wiosny (tfu, tfu, na psa urok). Ale żałować nie powinnam, bo właśnie połknęłam nadzwyczaj przyjemną lekturę.


O "Gone Girl" przeczytałam na blogu Dabarai i poczułam się zaintrygowana, ale ostatecznie postanowiłam sięgnąć po książkę po informacji (też u Dabarai), że książka została nominowana do nagrody Women Prize for Fiction 2013. Wybrałam oryginał, chociaż powieść świeżo ukazała się w przekładzie na polski (dla wydawnictwa G+J Gruner&Jahr oklaski za tempo wydania oraz gwizdy za koszmarną okładkę). Nie wiem, jak wypada tłumaczenie, ale oryginał wyróżnia się wśród masy thrillerów naprawdę ładnym językiem.

Nick i Anna Dunne to małżeństwo z pięcioletnim stażem. Trochę razem przeszli, bo obydwoje stracili pracę, musieli porzucić swoje nowojorskie życie i przenieść się do rodzinnego miasteczka Nicka, North Carthage w stanie Missouri, żeby zaopiekować się jego ciężko chorą matką. Zmiany nie wyszły ich relacji na dobre, coś się zaczęło psuć. Dokładnie w dzień piątej rocznicy ślubu, Anna znika, a ślady w mieszkaniu sugerują, że doszło tam do jakiegoś aktu przemocy.

Fabułę poznajemy na dwa głosy - przeplatają się rozdziały opowiadane przez Nicka i przez Annę (kartki z jej pamiętnika). Na początku nie było to specjalnie odkrywcze, a że nie znoszę powieści o miłości i związkach (fajne związki są fajne do przeżywania w rzeczywistości - po co mam czytać o fikcyjnych? niefajne związki są niefajne i w życiu, i w książkach - po co mam o nich czytać?), byłam bliska odłożenia powieści na półkę. No, ale za coś ją nominowali, prawda? Więc postanowiłam wytrwać jeszcze kawałek i zostałam nagrodzona. W pewnym momencie relacje małżonków zaczęły być intrygująco rozbieżne, wciągnęłam się, a potem autorka zastosowała literacką technikę naprawdę dużego młotka, którym walnęła czytelnika znienacka w potylicę i tu już nie byłam w stanie książki odłożyć dobrowolnie.

Bardzo mi się podobało, choć mam pewne zastrzeżenia, co do zakończenia. Wydaje mi się, że Autorka tak się zaplątała w swoich intrygach, że samej jej było ciężko z nich wybrnąć. Mimo wszystko - nader satysfakcjonująca lektura. Czytałam na Kindlu i polecam to rozwiązanie, bo nie da się sprawdzić, co będzie dalej. Ale jeśli ktoś chce czytać wersję papierową, to niech nie przekartkowuje książki, nie sprawdza tytułów dalszych rozdziałów, bo sobie popsuje przyjemność.

Polecam.

Gillian Flynn, Gone Girl, Crown 2012, ss. 432
Gillian Flynn, Zaginiona dziewczyna,  G+J Gruner&Jahr 2013, ss 650

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...