Telenowela na Jeżycach ("McDusia" M. Musierowicz)


Cztery lata wierni czytelnicy Jeżycjady odczekali się na przyjazd Magdusi do Poznania. Ja też czekałam.  Oczekiwanie dłużyło mi się niemiłosiernie, zwłaszcza, że nowy tom zapowiadany był już w poprzedniej "Sprężynie", a i samo dziewczę wjechało na poznański peron w 2008 roku (wtedy rozgrywała się akcja ostatniego tomu).

Należę do tej frakcji wielbicieli "Jeżycjady", która uważa ostatnie tomy za - niestety-niestety - coraz słabsze. Brak w nich tego doskonałego dawniej wyczucia komizmu i trafnych obserwacji, które Autorka zastąpiła podwójną porcją moralizatorstwa i obficie podlała patosem. Krzewienie wartości dobra rzecz, ale pod warunkiem, że nie wsuwa się w powieści na plan pierwszy. Bohaterowie też coraz bardziej przypominają karykatury samych siebie -szczególnie irytują: święta Gabryjela z dzielną grzywką, wzór cnót wszelakich, i natchniony starzec ucieleśniony-wzorzec-staropolskich-mądrości Ignacy Borejko. Rozkoszne dzieci (Bobcio z pisankami czy Tomcio i Romcia żujący balonówę) zmieniły się w małych starców, mądrych od kołyski i - co najgorsze - zostały wysunięte na plan pierwszy. Pierwotnie "Jeżycjada" była kierowana do nastolatków (choć czytywana przez pełne spektrum odbiorców), których życie uczuciowe dziesięciolatka niekoniecznie interesuje najbardziej.

Nic dziwnego, że "McDusi" oczekiwałam z poważnymi wątpliwościami, których nie rozwiewało nieustanne przesuwanie premiery. Wczoraj wreszcie wyczekiwane wydarzenia nastąpiło. Zanim udało mi się rzucić do księgarni, dorwałam się do forum fanów Musierowicz na gazeta.pl, gdzie spojlerowanie trwało w najlepsze. Opinie były - ach, niestety - mocno krytyczne. Poczytałam, podłamałam się (zwłaszcza cytatami) i popędziłam na zakupy. Nikogo chyba nie zdziwi, że książkę połknęłam w jeden wieczór. I co?

Nie jest tak źle, jak się obawiałam.
Nie jest tak dobrze, jak na to liczyłam.

Wspomniane forum fanów jest nader krytyczne i sporo ich opinii uważam za zwykle czepialstwo (do którego mają prawo, ale ja osobiście nie zamierzam robić rozbioru każdego zdania powieści). Jeden zarzut jest jednak nie do podważenia - "McDusia" jest po prostu nudna. Nie będę tu streszczać fabuły - wielbiciele będą chcieli mieć niespodziankę, a ci, którzy "Jeżycjady" nie czytują i tak się nie połapią w licznych bohaterach. Nawet gdybym jednak chciała akcję streszczać, to nie mogę - bo jej tam po prostu nie ma. Magdusia Ogorzałkówna przyjeżdża do Poznania uporządkować rzeczy po pradziadku. Laura przygotowuje się do ślubu, który w końcu bierze. Koniec. Nic więcej się nie dzieje.

Mamy za to pełen przegląd postaci z poprzednich tomów - pojawiają się choć na ułamek sekundy albo przynajmniej ktoś wspomina, co się z nimi dzieje. Powieść rozgrywa się w ostatnim tygodniu grudnia 2009 r., a jest to okres sprzyjający zgromadzeniom, nawet i bez ślubów. Miło było dowiedzieć się, co u wszystkich słychać, odwiedzić stare kąty, wygrzać się w cieple borejkowskich... kaloryferów ;) Niemniej mam wrażenie, jakbym obejrzała 20 odcinków telenoweli. Zajęło to sporo czasu (powieść liczy 300 stron), ale właściwie nic się nie wydarzyło. Jeden bohater popatrzył na drugiego, drugi pomyślał coś o trzecim... Wątek uczuciowy z główną bohaterką niby jest, ale jest to wątek najmniej udany ze wszystkich, kompletnie niewiarygodny, upchnięty na siłę, bo tradycji musi stać się zadość i pierwszoplanowe dziewczę musi być na koniec szczęśliwie zakochane.

Kolejny minus to przesłodzenie powieści. Jest miło, dobrze, krzepiąco, wszyscy mają w oczach łzy wzruszenia, wybaczają dawnym wrogom, którzy ułatwiają to, gorąco się kajając. Wroga właściwie jest sztuka jedna. Reszta konfliktów już dawno roztopiła się w cieple borejkowskich serc. To jedyna we wszechświecie tak wielka rodzina, która nie generuje absolutnie żadnych sporów (przynajmniej od czasu spacyfikowania drapieżnego Tygryska i przemienienia go w uroczą syrenkę). Wszyscy się kochają i stoją ramie przy ramieniu - oni kontra ten okropny współczesny świat. Naprawdę, jakiś przyjemny dramacik, np.na linii mąż Róży - teściowa (która w końcu może mu mieć sporo za złe), ubarwiłby znacznie powieść. Niestety, Fryderyk jako postać średnio krzepiąca jest obecnie tylko cieniem na ścianie, przesuwającym się gdzieś w tle.

Było tez kilka mniejszych irytacji. Kilka tomów temu pojawiła się pewna nieznośna maniera - i niestety została utrzymana. Co drugie zdanie bohaterów, to zwrotka jakiegoś wiersza. Nie przypominam sobie, żeby np. w domu Żaczków ("Szósta klepka") przerzucano się nieustannie poezją lub żeby w stanie wojennym Kreska pocieszała się recytując sobie cichcem "Pana Tadeusza" ("Opium w rosole"). Nie mam nic przeciwko wieszczom narodowym, ale bardziej wierzę w rodzinę rzucającą przy stole hasłem "kto mlaszcze, dostanie w paszczę" niż dławiącą się na patriotycznych strofach, recytowanych między zupą a drugim daniem.

I wreszcie - paskudne ilustracje. Dawniej bardzo lubiłam rysunki bohaterów, wykonywane przez Autorkę. Chyba jednak nie radzi sobie ona z postarzaniem swoich bohaterów (czy to w "Sprężynie" był cudowny Baltona w charakterze starego obleśnego dziada?). Aurelia Bittner w postaci postarzonej pacynki jest po prostu upiorna*, przypomina postać z horroru i nie wiem, jakim cudem nikt w wydawnictwie nie zaprotestował. Od ilustracji, na samym początku książki, przedstawiającej licealistów Ignacego Grzegorza i Magdusię, nie mogłam się długą chwilę oderwać, bo nie rozumiałam, co właściwie widzę - początkowo myślałam, ze coś się ze skalą popsuło. Ignaś wyglądał jak dziesięciolatek, ale w powiększeniu, a Magdusia jak kwadratowy krasnalek, sięgający mu do pasa. Nie znalazłam w treści wzmianki o tym, że Ignacy wyrósł na dwa metry, ani że Magdusia liczyła sobie zaledwie metr trzydzieści wraz z fryzurą, więc chyba po prostu coś się posypało z proporcjami ciała. Utwierdziłam się w tym przekonaniu, kiedy na kolejnych rysunkach zobaczyłam bohaterów z zagadkowo krótkimi rączkami, po wyprostowaniu sięgającymi najwyżej bioder. Jedyna Laura się Autorce udała.

Podsumowując, jako fanka oczywiście ustawie "McDusię" na półce i pewnie kiedyś do niej wrócę, tak jak się wpada w odwiedziny do dobrych znajomych. Może trochę chętniej niż od ostatnich tomów, ze względu na nieobecność irytujących przemądrzałych dziesięciolatków (trochę się tylko Gramatyczna Łucja popisuje, ale niezbyt często). Ale jeżeli ktoś chciałby zaczynać przygodę z Musierowicz - to zdecydowanie nie od tego tomu.

*Inna sprawa, że żadna kobieta z "Jeżycjady" nie zmienia fryzury od ukończenia 16 roku życia. Jednej Idzie włosy odrosły po brutalnym strzyżeniu. Hasło, że "kobieta zmienną jest" to w tym kontekście jakiś dowcip. Mężczyźni za to zapuszczają wąsy. Nie wiem, czy to jakiś fetysz aktorki, ale mam wrażenie, że wąsy nie są najpopularniejszym obecnie atrybutem czterdziestolatka. Żeby chociaż broda, ale nie! - styl Piasta Kołodzieja dominuje.

Komentarze

  1. Świetna recenzja! Pozwoliłam sobie podlinkować ją na facebookowej stronie mojego bloga :)

    Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tylu negatywnych recenzji. Może jednak nie będzie tak źle, "Sprężyna" też była krytykowana, a ja mimo wszystko bardzo polubiłam tę część (ostatnio sięgnęłam po nią kolejny raz). Swoją "McDusię" będę mieć dopiero za dwa tygodnie, ale już nie mogę się doczekać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Każdy inaczej na pewno oceni książkę. Zawsze tak było - nawet ze starymi dobrymi tomami. Ja na przykład uwielbiałam "Brulion Be B.", a często spotykałam się z jego krytyką.

      Usuń
    2. Anonimowy15.10.12

      My chyba wszyscy zapominamy, że inaczej się czytało ksiązki kilkanaście lat temu bo wtedy i my byłyśmy młodzsze!!!

      Usuń
    3. Myślę, że wszyscy o tym pamiętamy. Ale co to ma do rzeczy?
      Dobre książki są zawsze dobre, bez względu na wiek czytelnika. Stare części Jeżycjady podobały mi się, kiedy miałam lat 16 i podobają mi się teraz, kiedy mam 30 i czytam je po raz kolejny. Mój odbiór się nie zmienił. Sentyment nie ma tu nic do rzeczy, bo zdarza mi się czytać książkę, którą kilkanaście lat temu uwielbiałam, i myśleć, "rany, co ja w tym widziałam". A stara Jeżycjada nadal mnie bawi i wzrusza.
      Nowa mnie głownie irytuje. Ale ze względu na sentyment przymykam oczy na wady i kontynuuję czytanie.

      Usuń
    4. Anonimowy6.11.12

      Chyba zapomnieliśmy, że pani Musierowicz ma obecnie lat około 60 i nie jest już młodą pisarką, którą była pisząc np. Kwiat kalafiora. Może stąd to męczące moralizatorstwo, patos i oderwanie od rzeczywistości. Stare części Jeżycjady kochałam, nowe ledwie toleruję i nie wiem, czy kolejne części będę nadal kupować.

      Usuń
  2. Ja uwielbiałam Jeżyciadę, ale tak mniej więcej do "Tygryska i Róży" - im dalej w las, tym jakoś mniej tego "prawdziwego" klimatu odnajdywałam w kolejnych tomach. Tych ostatnich to nawet nie miałam okazji przeczytać. Może kupię kiedyś córce i sama jej wpierw wyrwę ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popieram. Najfajniejsze były te początkowe tytuły. Miało się poczucie ciepła rodzinnego,a później jakoś tego nie było.

      Usuń
    2. Karolina - ja też złego słowa bym na cykl nie powiedziała aż do "Tygrysa i Róży". Przełomowa była moim zdaniem "Kalamburka". Nie tylko ze względu na nietypową budowę. Po niej jakoś wszystko zaczęło się sypać, pojawiła się właśnie ta propaganda nacjonalistyczno-religijno-moralna. Chociaż to jeszcze bym wybaczyła, gdyby same historie nie zaczęły tracić uroku.

      Gośka - właśnie, a co ciekawe, im bardziej nachalnie jest podkreślane ciepło rodzinne Borejków (w tym tomie co drugie zdanie jest o tym, jak cudowną są rodziną), tym mniej się je odczuwa.

      Usuń
    3. Anonimowy3.11.12

      Świetna recenzja, mam dokładnie te same odczucia. Tytułowa bohaterka wcale nie jest główną i właściwie się zastanawiam po co się pojawiła. Chyba tylko po to, by poinformować o śmierci Dmuchawca. Szkoda. Dopóki dzieje Borejków były jedynie tłem dla problemów nowych bohaterek (bohaterów), cykl był po prostu lepszy. A co do oderwania od świata, zastanawiam się czemu mają służyć takie, a nie inne imiona nadawane najmłodszemu pokoleniu: Józef, Kazimierz (!). Może to moje subiektywne odczucie, ale dla mnie to kolejny ogródkowy kamyczek, którego z sentymentu dla Autorki staram się nie dostrzegać.

      Usuń
    4. Dla mnie te imiona są całkowicie normalne :)

      Usuń
    5. Anonimowy17.3.13

      Bardzo dobra recenzja! Wlasnie przeczytalam McDusie i... no coz. Po pierwsze, brak glownego tematu w ksiazce - nie wiadomo do konca czy to dalsze losy Laury, czy Ignasia czy moze tej Magdusi, ktora jest bo jest, ale niczego nie wnosi. Nawet bohaterowie, z wyjatkiem Ignasia, wysylaja o niej niepochlebny przekaz (glupiutka, plytka, kochliwa, troche zmanierowana nastolatka, ktora nic nie obchodzi), wiec ciezko ja polubic lub utozsamic sie z jej postacia. I nawet w przypadku Ignasia, jego zauroczenie zdarza sie jakby bez powodu, ot bo Magdusia taka fajna, malutka. Nie ma miedzy niby cienia porozumienia, wspolnych zainteresowan, pogladow, chemii.
      Laura - wiecznie egzaltowana jak zawsze, przeslodko zakochana w kims kogo zna od roku, przepisowo i po katolicku ze soba nic przed slubem i szybko, szybko trzeba ja wydac 'w koncu' za maz..
      Jozef - jedyna postac z krwi i kosci. Jednak watek urwany nagle bez sensu.
      Reszta - swieci i blogoslawienii, dzielni, rozmnazajacy sie w dzikim tempie, przemadre dzieci, kochajace gramatyke, majace w pogardzie tv, wspolczesna muzyke i w ogole nie z tego swiata.
      Podsumowujac - rozczarowanie. Malo realne dialogi, troche na sile, brak pomyslu, urwane zakonczenie, bardzo powierzchownie napisane.

      Usuń
    6. Anonimowy12.6.16

      No i dobrze, że Laura i Adam "nic przed ślubem". Myślisz, że nie ma takich ludzi? Otóż wyobraź sobie, że są. A u Borejków to różnie z tym czasem przed ślubem bywało. Święta Gabriela Poznańska i jej poczciwa córka Róża przybyły do domu w nieślubnej ciąży. Niechże chociaż ta krnąbrna Laura ma jakieś zasady!

      Usuń
  3. Nie znam autorki, a sama okładka pachnie starością. Te typu okładki były kiedyś modne, ale dzisiaj wydawnictwo mogłoby się postarać i wydać coś co przyciąga uwagę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystkie okładki cyklu (który rozpoczął się w latach 70. XX wieku) są utrzymane w tym samym stylu, na wszystkich są rysunki wykonane przez Autorkę. Nie sądzę by planowano zmianę szaty graficznej, zwłaszcza że cykl ma stałych fanów, przywiązanych do tej oprawy (w tym mnie). "Starość"? Czy ja wiem, powiedziałabym raczej "staroświeckość", która jest miła i dobrze oddaje ducha treści.

      Usuń
    2. Anonimowy13.10.12

      Też jestem fanką Jeżycjady, ale ta okładka powaliła mnie z nóg. Co to za potwór z bokobrodami, rogami i brwiami jak u Fridy Kahlo? O matko....

      Usuń
    3. Mnie akurat ta konkretna okładka tez nie powaliła na kolana, ale niektórym akurat Magdusia się podoba.

      Usuń
  4. Aj...spodziewałam się pewnych zgrzytów...No cóż, może czas Jeżycjady się kończy? Dla mnie to zawsze będzie jedna z najważniejszych serii. Nic nie jest w stanie mnie do niej zniechęcić. Nie mogłam się powstrzymać i przeczytałam twoją recenzję, chociaż obiecałam sobie, że najpierw sama przeczytam:):)Dobrze, że jak przystało na dobrą recenzję, mało miejsca poświęciłaś samej treści "McDusi".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie też to jedna z najważniejszych serii. Cały cykl stoi na półce, na pewno się go nie pozbędę, jest zaczytany doszczętnie, a biografie bohaterów znam niemal na pamięć ;) I nadal będę kupować kolejne części, mimo że uważam je za coraz słabsze.

      Usuń
  5. Magdusie pokochalam patrzac na okladke. Zadna inna bohaterka Jezycjady na okladce nie wywolala we mnie tyle czulosci co ona. Lubie jej buntownicze spojrzenie, ladne usta, ciekawa fryzure, te czerwona apaszke i brwi a'la angielski niestrzyzony trawnik. (Sama mam podobne ;)) Czy ona lubi literature szkocka? Burnsa, McCall Smitha? Stawialam ze stad tytul :D

    Na sama ksiazke musze jeszcze poczekac, choc planuje nekanie telefoniczne ksiegarni.

    Moze i dobrze ze recenzje takie negatywne. Nie nastawie sie na jakies cudo epickich proporcji i bedzie czysta przyjemnosc. Ja bardzo lubie styl Musierowicz. Chocby dla niego bede czytala. Sa poza tym takie ksiazki, ze niewiele sie w nich dzieje, ale i tak nie sposob sie oderwac. Trudno nazwac Jezycjade telenowela, bo Musierowicz wykorzystuje wlasnie rozne zabiegi warsztatowe, rozne triki fabularne - pod wzgledem konstrukcyjnym kazda ksiazka ma w sobie cos innego. To nie jest tak, ze wszystkie odcinki na jedno kopyto. Dla mnie to nie telenowela tylko saga ;)

    Natomiast rzeczywiscie niepokoja mnie ilustracje. Mam wrazenie ze kreska Musierowicz w jej rysunkach robi sie coraz bardziej niepewna, niekiedy mialam wlasnie wrazenie, ze drzala autorce reka. Baltony nie moge zapomniec (nie chodzi o to, ze sie postarzal. Z tym nie mam najmniejszego problemu. Ale te jego ramiona obwisle i nadajace mu wyraz rozmemlania, ktory stal w jawnej sprzecznosci z opisem, gdzie Baltona jest porownywany z niedzwiedziem. Niedzwiedz jest owszem duzy i moze sprawiac wrazenie niezdarnego, ale sila tam powinna byc a nie rozlazlosc).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hannah - niestety, Magdusia nie lubi literatury szkockiej. Lubi McDonalda i stąd zwana jest McDusią lub wręcz McDonaldusią... Mnie się okładka nieszczególnie podoba, choć na podstawie opisu Musierowicz jestem sobie w stanie wyobrazić uroczą dziewczynę.

      Nie nazwałam cyklu telenowelą. Telenowelowata jest ta konkretna część. Ciągnie się długo, pokazując jak jeden bohater patrzy na drugiego zadumanym wzrokiem, myśli o życiu (to te same myśli, co w poprzednich częściach, nic odkrywczego), prowadzi rozmowy o wszystkim i niczym. Pierwsze 200 stron wszyscy mówią o ślubie, na ostatnich stu on reszcie następuje (przy czym ta część jest najlepsza). Koniec. Naprawdę nigdy nie narzekałam na brak akcji w Jeżycjadzie, a żadna część nie była wybuchowa, to taka literatura familijna przecież. Ale tym razem - po raz pierwszy - po kilkudziesięciu stronach miałam uczucie, że jestem w stanie odłożyć niedoczytaną książkę bez żalu i nie będę ciekawa, co dalej. rzeczywiście są takie książki, "ze niewiele sie w nich dzieje, ale i tak nie sposob sie oderwac", ale ta do nich nie należy. Tu po prostu zabrakło pomysłu.

      Baltony nie mogę autorce wybaczyć (również i po tej części). Nie wiem, dlaczego uważa, że mężczyźni po czterdziestce dziadzieją i zapuszczają sumiasty wąs. Czy żaden nie może pozostać po prostu przystojny? W końcu szpakowate skronie mogą mężczyźnie jeszcze dodać uroku.

      Usuń
  6. Zapraszam do oceny : http://potomekprzeznaczenie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Należę do tej części wielbicieli Jeżycjady, którzy uważają, że najlepszy okres twórczości jej autorka ma już dość dawno za sobą. Tak pięknie byłoby zakończyć cykl "Kalamburką"!
    Kiedyś myślałam, że może już po prostu wyrosłam z Musierowicz i dlatego jej najnowsze powieści mi się nie podobają.
    Chyba nie o to jednak chodzi. Autorka tak koloryzuje teraz rzeczywistość, że mdło mi sie robi od tych różnobarwnych tęcz, po których skaczą jednorożce.
    Kiedyś Borejkowie mieli problemy jak wszyscy inni ludzie dookoła, ale czytało się o nich chętnie, bo sobie z tymi problemami radzili na swój uroczy, nieporadny sposób.
    A dzisiaj oni nie mają problemów! Wszyscy odnajdują swoje drugie połówki, realizują się zawodowo, mają pieniądze, dzieci się rodzą, nikt się nie kłóci, nikt nie wyjeżdża. To mnie tak bardzo drażni w tych ostatnich książkach cyklu - są kompletnie oderwane od rzeczywistości, pani Musierowicz chyba nie zdaje już sobie sprawy z tego, jak wygląda "normalny" świat wokół niej i nie przekłada tego na język książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tej części Musierowicz udowadnia, że wie jak wygląda "normalny" świat - pokazuje bójki kibiców na ulicach, młodzież umawiającą się na randki w McDonaldach, rzucającą petardy w Sylwestra, pijaną, naćpaną. I podkreśla, że ten świat nie budzi jej sympatii, przeciwstawiając im uroczo staroświecką rodzinę Borejków. Ogólnie idea mi się podoba, staroświeckość mi sie podoba, ciepło rodzinne na tle brzydkiego świata mi się podoba, ale niestety Autorka troszkę przegina. To nieszczęsne cytowanie poetów co drugie zdanie jest dobrym przykładem. Borejkowie przestali być realni, a kiedyś byli, bardzo, mimo że też się wyróżniali od reszty świata.
      A i jeszcze wyjazdy się pojawiły, sporo bohaterów się rozjechało po świecie, a i sami Borejkowie się trochę rozproszyli. Laura po ślubie się - o zgrozo Gabrieli - wyprowadza, zamiast ulokować męża w zielonym pokoju ;) Róża mieszka nie wiadomo gdzie, może nadal w UK, umknęło mi to. Robrojkowie w Poznaniu chyba, ale osobno, Górscy gdzieś pod Kostrzyniem. Nie jest z tym tak źle.
      Ale rzeczywiście - zupełny brak problemów finansowych (a przecież kiedyś Borejkowie byli rodziną biedną, a cztery córki nieprzyzwoicie rzucały się w towarzystwie na jedzenie) izoluje ich kompletnie od współczesnego świata. Ale myślę, że i Musierowicz jest od niego wyizolowana, kiedyś może się gnieździła w mieszkanku z czwórką szkrabów i wiedziała jak to jest. Teraz tworzy historie z głowy.

      Mimo wszytko cieszę się, ze Autorka nie zakończyła na Kalamburce. Może jest coraz słabiej, ale nadzieja wiecznie żywa, a ja tak strasznie nie lubię, jak cykle się kończą. Może jednak pisarka dobrze by zrobiła, gdyby choć w jednym tomie nie pisała o Borejkach, może jakaś potomkini Żaczków wyszłaby na pierwszy plan? Albo bliźniaczka Magdusi - Marysia (ulokowana z daleka od Roosevelta)?

      Usuń
    2. Mniej więcej o ten brak "realności" mi chodzi. ;-)
      Nie czytałam najnowszej książki (nie wiem nawet, czy to zrobię), więc nie mogę się odnieść do tego, co piszesz na temat problemów współczesnego świata tu pokazywanych ;), ale może nie wyraziłam się wcześniej dostatecznie jasno - właściwie nie chodziło o to, że w ogóle tych problemów u Borejków nie ma. Jakieś były - ciąża i wyjazd Róży, wypadek Gabrysi, by przypomnieć te, które mi najbardziej zapadły w pamięć. Chodzi raczej o to, że szybko się rozwiązują i właściwie nijak mają się do rzeczywistości, która nas otacza. A kiedyś był i stan wojenny, i problemy z zaopatrzeniem, i internowanie Ignacego, i mnóstwo innych rzeczy po prostu bliższych życiu.

      Swoją drogą, rodzina Żaków zawsze wydawała mi się przesympatyczna, chętnie bym o ponownie poczytała.

      Serdeczności.

      Usuń
  8. Genialna recenzja :D

    Ja McDusię na pewno przeczytam, ponieważ fanką Jeżycycjady jestem od lat, jednak twoja opinia jakoś ostudziła mój zapał i chyba z kupnem jeszcze się wstrzymam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niestety jestem uzależniona, nie jestem w stanie wstrzymać się z zakupem nawet pięciu minut ;)

      Usuń
  9. właśnie dzisiaj przyszła do mnie "McDusia", więc sama będę mogła się przekonać co z tego wyszło ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem ciekawa Twoich wrażeń :)

      Usuń
  10. Lubiłam Jeżycjadę jako nastolatka, ale potem jakoś kolejne tomy serii mi umykały. Ostatni jaki czytałam, to chyba "Tygrys i Róża". Miałam szczery zamiar nadrobić, polubiłam Laurę, ale skoro wyrwali jej pazurki... no to nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, Laura niby zawsze będzie mniej zrównoważona niż reszta Borejków, ale głównie siedzi przy pianinie i śpiewa klasyków. No i wyszła za wcielonego anioła, więc obawiam się, że ostatnia postać z krwi i kości już jest bez reszty stracona.

      Usuń
  11. Tak a propos fryzur to chyba jeszcze Laura była raz ścięta na bardzo krótko ("Język Trolli"?), a potem zapuściła. Ale zasadniczo faktycznie masz rację ;)

    Ja też uważam, że Jeżycjada się psuje już od jakiegoś czasu. To już nie to samo, atmosfera nie ta, bohaterowie faktycznie przerysowani i często wkurzający. No ale przeczytam "McDusię" na pewno, wciąż jestem jednak wierna Musierowicz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, zapomniałam o Laurze :) Ale to był okres błędów i wypaczeń, który Laura zakończyła i zmieniła fryzurę na ostateczną :)

      Ja na pewno przeczytam każdy kolejny tom, który się ukaże, żeby nie wiem, jak był zły. Zresztą, jak wspomniałam - ten nie był AŻ TAK zły. Nie irytował mnie tak, jak poprzednie, te o romansach małego Ignasia, małego Józinka i przeżyciach wewnętrznych Łusi.

      Usuń
  12. Ja też uwielbiam te stare, peerelowskie części Jeżycjady - były tak klimatyczne i Musierowicz pisała o tych czasach (nieznanych mi oczywiście z autopsji) tak pięknie, że aż chciało się do nich cofnąć, choć komunizm, choć zniewolenie i wcale tak pięknie nie było. I mimo że przez tyle przeczytanych stron też mocno zżyłam się z bohaterami i lubię do nich wracać, podobnie jak Mila uważam że "Kalamburka" byłaby najwspanialszym zwieńczeniem cyklu. Brzmi zupełnie jak podsumowanie i pożegnanie. Nie wiem, czemu te nowsze części to już nie to samo, może zmęczenie materiału... Moim zdaniem i tak już zapisała się złotymi literami w historii polskiej literatury młodzieżowej (i nie tylko młodzieżowej, bo choćby mój tata również zaczytuje się w jej książkach).

    A Twoje doniesienia o obecnym stanie rysunków pani Musierowicz przyjęłam ze smutkiem - uwielbiałam te jej starsze prace, z "Szóstej klepki", "Kwiatu kalafiora" czy "Kłamczuchy". Tworzyły w dużej mierze urzekający klimat książek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie - "Kalamburka" byłaby pięknym podsumowaniem cyklu i domknięciem całości (zawsze wzruszałam się, czytając o narodzinach Mili).
      Problem wielu autorów (nie tylko pisarzy zresztą) polega na tym, że nie wiedzą, kiedy skończyć. ;-)

      Usuń
    2. Naia - kiedy czytałam po raz pierwszy któryś ze starszych tomów, najczęściej zaczynałam właśnie od obejrzenia ilustracji. Próbowałam zgadywać, kto na nich jest itd. Nadal lubię to sprawdzanie, jak wyglądają bohaterowie, jak się zmienili od ostatniego tomu. Ale widzę zbyt wiele usterek technicznych, niestety.

      Mila - "Kalamburka" miała być, o ile pamiętam zwieńczeniem cyklu, ale Autorka uległa naciskom czytelników.

      Usuń
    3. To jej moim zdaniem nie usprawiedliwia. ;-)

      Usuń
  13. Ach, muszę się wypowiedzieć. Na wstępie powiem, że Jeżycjadę uwielbiam i wracam do niej regularnie co jakiś czas. Także, hm, jestem "wierną fanką". Ale jestem też człowiekiem wymagającym. Także - zgadzam się ze wszystkim, co napisałaś. Tzn. tym dotyczącym poprzednich ostatnich tomów, jak i coraz bardziej pogarszającego się stylu Jeżycjady. Też długo na McDusię czekałam, teraz wcale mi się nie spieszy. Zgadzam się, że ostatnie tomy są coraz nudniejsze, że dziesięciolatkowie nic a nic mnie nie interesują (a już szczególnie 10-latkowie zakochani w 15-latkach) i że moralizatorstwo i patos leją się strumieniami. Teraz moja myśl na ten temat. Autorka się starzeje. Niestety jeszcze nie spotkałam fajnej starszej osoby. Każdy kto przekracza pewien próg (w zasadzie to ile ona ma lat?), zaczyna się wymądrzać, zaczyna wyolbrzymiać wszystko to, co kiedyś było myślą, teraz czyni z tego myśl przewodnią. Nie wiem jak to ująć. Najlepiej na przykładzie. Pani Musierowicz zawsze lubiła moralizatorstwo, podkreślanie jakie to wiedza, historia, łacina, stare zasady itd. są wspaniałe, ale ostatnio pobija samą siebie. Przestaje być lekko, zabawnie i uroczo, ale inteligentnie, a zaczyna być nudno jak na wymuszonej herbatce u nielubianego dziadka (tak, znam z autopsji ;)). Doskonale widać to po bohaterach, np. takim Ignacym Borejko, którego już nie widzę inaczej jak żylastego dziadka w papuciach wiecznie gadającego o tym jaki to jest mądry i jak to trzeba dzisiejszą młodzież oświecić. Pani Musierowicz za bardzo się zamknęła w swoim świecie pełnym łacińskich powiedzeń, nie dopuszczając do siebie świata współczesnego. I to niestety widać. Ostatnie tomy nijak się nie mają do tych przewspaniałych pierwszych, z których nie wiem, który wolę bardziej, tak mi się wszystkie podobają. W ostatnich tomach szczególnie widać dysonans pomiędzy współczesnymi ludźmi (młodymi) a tymi, których stara się wykreować. Nie wiem, czy ktoś to kiedykolwiek zauważył - ona w ogóle nie pisze o współczesnej muzyce. A jak pisze to w stylu "wyłącz ten okropny hałas - powiedział Ignacy do Laury". To mnie szczególnie rani, bo muzyka jest częścią życia i po tym najlepiej widać, jak bardzo jej nie wychodzi ;). A szkoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jak pamiętam z początkowych tomów - młodzież miewała w zwyczaju tańczyć przy muzyce z radia. Teraz to już tylko Mozart albo opera. Żeby chociaż ta Laura śpiewała soul, ale nie, też pienia syrenie z siebie musi wydawać. A Ignacy Borejko był kiedyś kompletnie niezaradnym, oderwanym od życia facetem, który ani za bardzo na rodzinę nie potrafił zarobić, ani zaopiekować się dziećmi, kiedy żona trafiła do szpitala. Tym bardziej robienie z niego pomnika z brązu bardzo mi nie pasuje.
      Myślę, że można spotkać sporo "fajnych" starszych osób, pewnie Musierowicz też w kontakcie osobistym jest fajna, ale ma już (wg wikipedii) dobrze ponad 60 lat, więc może rzeczywiście nie jest już w stanie wczuć się w umysły współczesnych nastolatków. A że wspołczesny świat jej się nie podoba, to próbuje swoimi książkami "nauczać", niestety ze szkodą dla jakości powieści.

      Usuń
  14. Anonimowy5.10.12

    Niezła recenzja, bo obiektywna. Książka nie zachwyca, ale jest lepsza od chociażby od "Czarnej Polewki" czy "Języka Trolli".
    Brak wartkiej akcji - no cóż to nic nowego w Jeżycjadzie i mnie osobiście nie przeszkadza.
    Dobrze oddany klimat smutku i straty w opustoszałym mieszkaniu Dmuchawca.
    Minus - dalszy ciąg wdeptywania w ziemię Pyziaka.
    Plus - może zniknie wątek 'fatalnego zauroczenia' Józinka Trollą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, ale uważam, że nie istnieje coś takiego jak "obiektywna recenzja". Odbiór dzieła zawsze zależy od odbiorcy.
      Mnie to przeszkadzało w tym przypadku, bo w żadnym poprzednim tomie na brak akcji nie narzekałam.
      Trolli też już miałam serdecznie dosyć, mam nadzieję, że więcej nie powróci.

      Usuń
  15. Ech... Że sobie wzdychnę, pozwolisz.
    Po pierwsze, zazdroszczę jak nie wiem co, że Ty już czytałaś. Do mnie "McDusia" jest wysłana, idzie, ale dojść nie może za Chiny. Cóż, czekamy...

    Szkoda, że znów dla wielu rozczarowanie. Jednak przyznam Ci w sekrecie, że kiedyś, dawno temu, gdy czytałam "Żabę" podobała mi się. I że strasznie ją polubiłam. I że liczę, że z "McDusią" będzie tak samo.
    Tylko ten nieodżałowany Grzegorz. Od Noelki nie mogę go znieść. Przypałętał się tam nie wiadomo po co. Ale nic. Przeżyłam tyle lat to i teraz przeżyję;)

    Bo po zobaczeniu Bobcia w wielu lat kilkudziesięciu płakać mi się chciało. To jest ten wymarzony Baltona??? Jednak, ok, nie będę się czepiała, bo inni jak dla mnie byli na prawdę ładnie wyrysowani (w tych 18 tomach które miałam okazję czytać).

    I to wiesz, chyba na tyle mojego wzdychania. A jakoś na marudzenie, że Trolla, że cośtam, nie mam czasu i ochoty. McDusiu, przybywaj, zobaczymy, czy się polubimy!!!

    PS.Wszystkiego co najlepsze, Kochana. Nawet bez tej sukni za 4 tys. Jak zwykle spóźniona, ale z całego serca.
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy ma swoje sympatie i antypatie w Jeżycjadzie (tzn. każdy jej czytelnik). Ja nie mogłam znieść Żaby - drażniła mnie niesłychanie. Za to uwielbiam Grzegorza od pierwszego jego pojawienia się w cyklu :) To akurat moim zdaniem autorce dobrze wyszło - pokazanie, że małżeństwo z samcem beta jest zasadniczo fajniejsze (i łatwiejsze) niż z samcem alfa. Chociaż nie wiem, czy to był jej cel ;) A może? Przecież i przystojny artysta Filip został zastąpiony przez sympatycznego ciaputka Robrojka ;) A idąc tym tropem, Baltona, żeby się nadal do trwałego związku, musiał zostać przekształcony z wilka w misia :) Swoją drogą dewastacja postaci Baltony pogłębiła się w tym tomie... Na szczęście oszczędzono nam chociaż kolejnego portretu.

      P.S. Bardzo dziękuję :) ślub za tydzień, więc jeszcze nie jesteś spóźniona :)

      Usuń
  16. nie czytałam jeszcze, bo muszę zdobyć, u mnie to dłużej idzie ze względu na miejsce zamieszkania, ale na pewno 'zaposiadam'.
    Dzięki ci za tę recenzję, szczerą i wyważoną, wiem, czego się spodziewać, uśmiechnęłam się tu i ówdzie, ale mnie nie zniechęciłaś, a to wielka sztuka. Tak jak i Ty, nie jestem tym typem fanki, która rzuca się do gardła, kiedy ją idolka pisarka zawodzi, co najwyzej będzie mi smutno. Ale i tak przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się nie zniechęcać, bo po co - każdy niech sobie sam spróbuje i wyrobi własną opinię. Przecież to że mnie nie zachwyca, nie znaczy, że innym nie może się spodobać :)
      Jestem wytrwała w "fanowaniu", dużo trzeba, żeby mnie zniechęcić (choć Chmielewskiej się udało) - nawet jak będę krytykować, to i tak będę wracać na Roosevelta 5.

      Usuń
  17. Fuksja8.10.12

    Twój wpis to pierwsza recenzja "McDusi", na którą natknęłam się w poszukiwaniu wymiany wrażeń po lekturze i od razu zauważyłam, że wiele z dawnych fanek Jeżycjady ma wobec autorki te same zarzuty. Drażnią uczuciowe zawiłości dziesięciolatków, drażni izolacja od społeczeństwa (swoją drogą, brak problemów finansowych w rodzinie, w której dominują pracownicy naukowi, to kuriozum), drażni konkretyzacja (katolickiego) światopoglądu, zwłaszcza jeśli sprowadza się do okrzyków wściekłej Laury brzmiących "masz szczęście, że jestem już po spowiedzi!" We wcześniejszych książkach religijność bohaterów nie była ostentacyjna, co oczywiście nie dziwi w przypadku tomów wydanych w czasach PRLu. W tomach współczesnych jednak Borejkom i spółce coraz bliżej do katoholizmu, niż do KIKu. A szkoda, bo zamiast krzepiącej wiary jest nachalna katecheza. Może takie podejście nie pozwala autorce spojrzeć realnie na rzeczywistość?
    Nie mogę się zgodzić z opinią, że "McDusia" ukazuje zrozumienie, czy przynajmniej dostrzeganie problemów realnego świata. Bójki kibiców czyhających na niewinnych chłopców w stylu Ignasia nie są chyba aż tak powszechnym złem naszych czasów (mieszkam w mieście o złej sławie futbolowej, a nie pamiętam, kiedy ostatni raz słyszałam o pobiciu kogoś postronnego przez kibiców). Alkohol pojawia się w formie kremu Choco, a randki w McDonaldach wydają mi się mocno wysiloną stylizacją na przeciętność.
    Jeżeli zaś chodzi o samą treść McDusi, to nie mogę również zgodzić się z Tobą, że niewiele się dzieje. Mam wręcz przeciwne wrażenie - dzieje się strasznie dużo, by w końcu doprowadzić do zamknięcia w dwóch zdaniach, co zresztą bardzo trafnie uczyniłaś w swoim poście. Komplikacji okołoślubnych miałam bardzo szybko dosyć, wszystkie rozbite głowy były zbędne, Magdusia w swoim wiecznym zauroczeniu bardzo jednowymiarowa, a najciekawszy moim zdaniem wątek - pojawienie się Janusza Pyziaka na ślubie - został zamknięty jego odjazdem, z wyraźną sugestią, że tym razem na zawsze zginęła siła nieczysta. Niemniej jednak to jego obecność w książce i niepewne stąpanie po obcym gruncie najbardziej mnie poruszyły i zmusiły do refleksji. Nie wiem, czy to było celowe, czy autorka po prostu nie potrafiła przedstawić go jako złego człowieka: było mi Janusza po prostu żal.
    Bardzo się cieszę, że nie tylko mnie drażnią wąsy u wszystkich mężczyzn, którzy mają uchodzić za wzór cnót ojcowskich. Śmieszy mnie też pragnienie posiadania wąsów przez Józinka, nijak mające się do jego piłkarskiego stylu bycia. Drażni mnie też przedstawienie warkocza jako jedynej fryzury przystającej przyzwoitej, normalnej dziewczynie i podejrzewam, że moje nastoletnie szwagierki na tego typu stwierdzenie zareagowałyby raczej śmiechem, niż przytaknięciem.
    Niemniej jednak na każdą książkę Małgorzaty Musierowicz czekam, "McDusię" przeczytałam szybko i wracam do Jeżycjady chyba właśnie dlatego, że tak jak kiedyś była lustrem rzeczywistości, tak teraz jest coraz bliższym baśni realizmem nieco magicznym - na szczęście jeszcze nie surrealizmem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam treściwe komentarze :)
      Odnosząc się do treści Twojej wypowiedzi:
      @ katolicyzm - chociaż manifestacja religijności nie jest mi bliska, to nie razi mnie jakoś bardzo. Zawsze u Borejków były rodzinne wyprawy na pasterki i "pielgrzymki" wielkanocne z palemkami i zawsze o traktowałam jako taki folklor. Oni tak robią, wiele rodzin tak robi, ale nie czuję się zmuszana. Okrzyki Laury miały mieć chyba wydźwięk humorystyczny - tak je odebrałam.
      @ realizm - nie twierdzę, że powieść jest mocno osadzona we współczesnym świecie, ale mam wrażenie, że Musierowicz stara się sygnalizować (chyba na skutek zgodnej krytyki czytelników), że coś tam z tego świata współczesnego do niej dociera. A że widzi go w czarnych barwach (standardowa postawa "za moich czasów wszystko było lepiej", a teraz to syf, malaria i degrengolada), to tak go przedstawia. Uderzył mnie w "McDusi" bardzo silny pesymizm bohaterów co do świata współczesnego - i trochę zdołował. Takie "ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie".
      @ akcja - "dzieje się strasznie dużo, by w końcu doprowadzić do zamknięcia w dwóch zdaniach" - no właśnie, czyli w moim odczuciu nic się nie dzieje. Obfitej akcji nie da się sprowadzić do dwóch zdań. Nic na tyle ważnego, żebym to pamiętała po zamknięciu książki. Są tylko dwa rachitycznie, nieciekawie prowadzone wątki. Po przeczytaniu np. "Noelki" czy "Pulpecji" miałam w głowie mnóstwo scen, a w sercu mnóstwo emocji. Po "McDusi" nie zostało mi prawie nic. Ja i tak wolałam komplikacje okołoślubne (zwłaszcza, że jest to tematyka obecnie bardzo mi bliska) niż kompletnie nijaką Magdę.
      @ Pyziak - mam wrażenie, że czytelnicy sobie sami robią kuku. Naczytałam się mnóstwo krytyki na forach, że postać Pyziaka tak zniknęła i że co się z nim dzieje, i że dlaczego nie próbuje nawiązać kontaktu po latach. No to się Autorka zajęła mozolnym wykańczaniem tego wątku, na co chyba nie miała ani specjalnej ochoty, ani pomysłu. I teraz w kółko czytam krytyki, że ten Janusz to nie tak wygląda, nie tak się zachowuje, powody odejścia miał głupie i w ogóle po co on tam. Niespecjalnie mi się podobał comeback tej postaci po latach w "Języku Trolli" (zupełnie jak w telenoweli, gdzie w odcinku 345. wprowadza się bohatera, który został rozjechany w odcinku 78.) i mam szczerą nadzieję, że już nie powróci. I bardzo zgrzytnęła mi scena, w której Gabrysia odprowadzając na dworzec mężczyznę świeżo po udarze (czy w każdym razie właśnie wypisanego ze szpitala) proponuje mu spacer zamiast taksówki, a kiedy ten się nie zgadza, myśli "no tak, on zawsze musi mieć inne zdanie". Ale żal mi go nie było. Miło, ze na starość odkrył, że ma emocjonalną skazę, szkoda, że po drodze musiał tyle ludzi skrzywdzić. Podsumowując - autorka nie powinna się sugerować tym, co czytelnikom się podoba, a co nie, o czym by chcieli przeczytać, a o czym nie, bo każdemu się nie dogodzi. Jednego wątek zachwyci, drugiego zbrzydzi, reguły nie ma.
      @ warkocz - ostatnio to bardzo modna fryzura jest, Autorce się nawet udało wpasować w trendy :D Chociaż nie pamiętam, czy była też modna na przełomie 2009/2012. Aktualnie, po premierze "Igrzysk śmierci", widuję na ulicy wiele dziewczyn z fryzura a la Katniss, czyli asymetrycznym warkoczem, który zaczyna się przy lewym uchu i spada na prawe ramię :) Nie wydaje mi się jednak, by warkocz był jakoś szczególnie gloryfikowany przez pisarkę. Każda z bohaterek Jeżycjady miała inną fryzurę - Idusi urodę odkryto, kiedy ją ostrzyżono prawie na zero, więc reguły nie ma. Magda miała fikuśne węzełki i nie było podkreślane, że to zła fryzura jest ;) A trudno, żeby Laurze narzeczony upiął szybkiego koka, to by dopiero niewiarygodne było.

      Ja też czekam. I na "Wnuczkę.." będę czekać, żeby nie wiem, jak zła była.

      Usuń
  18. Świetna recenzja, czytałam z przyjemnością. A po książkę zapewne sięgnę, może wcześniej, może później, ale zamknąć cykl trzeba, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No przecież, że się nie da tak przerwać w połowie ;)

      Usuń
  19. Anonimowy10.10.12

    O dwumetrowym Ignasiu w książce jest jedno zdanie. "I to już chyba dotyczyło zdjęć Ziemi, a nie wąsatego, dwumetrowego miągwy tonącego w macierzyńskich objęciach". Tyle że z kolei na ilustracjach jest dwumetrowy, ale nie wąsaty...

    Melomanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O mamo, dobrze, że mi to umknęło. Rozumiem, że ta wąsatość to taki pierwszy zarost, ale czy oni w domu nie maja żadnej golarki? Senior Borejko zawsze był gładko ogolony.
      A jak na dwumetrowego, to i tak mi te proporcje nie do końca grają...

      Usuń
  20. Anonimowy10.10.12

    Książkę przeczytałam w jeden wieczór. Miło było, nawet gdzieś tam mi się łzy polały przy końcu. Każda książka powyżej Kalamburki podoba mi się dopiero za drugim czytaniem.

    Zastrzeżenia, które mam;
    - przede wszystkim za dużo cytatów, dużo za dużo...jest to męczące,
    - chciałabym zobaczyć te dzieci, których pasją jest gramatyka i wszelkie "zagwostki" języka polskiego oraz recytowanie z pamięci książek, niebywałe, że 10-latki rozmawiają o poezji z dorosłymi,
    - rozumiem rodzinne chodzenie na pasterki, itp. ale jakoś razi mnie ta coraz większa religijność bohaterów,
    - Ignacy przestał być niezaradnym i roztargnionym mężczyzną- przestało być zabawnie,
    - Janusz Pyziak- co to za wyjaśnienie "nigdy nie kochałem", po prostu nie jest to dla mnie wiarygodne, tym bardziej, że w którymś wcześniejszym tomie jest wzmianka o pobycie w więzieniu. Uważam , że powinien wytłumaczyć się raz a konkretnie ze swojej nieobecności przez tyle lat. Podczas ślubu Róży raczej był miło przyjęty, a teraz znowu odwrót. Jak Gabrysia może cokolwiek wybaczyć skoro tak naprawdę nie zna powodów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dzieci z tomu na tom robią się coraz mniej prawdziwe. A co do Pyziaka - mam wrażenie, że pisarka już się sama pogubiła w tych wcześniejszych wzmiankach i zamiast je jakoś ułożyć, postanowiła je uciąć. Inna sprawa, że może rzeczywiście nigdy nie kochał. Wyjaśnienie godne nastolatka, ale niektórzy mężczyźni dojrzewają parę lat po śmierci, a Pyziaczek już za młodu był bawidamkiem ;)

      Usuń
  21. Anonimowy13.10.12

    Zgadzam się z całą recenzją w 100%

    OdpowiedzUsuń
  22. Anonimowy14.10.12

    Byłam wczoraj na spotkaniu z autorką w Empiku w Toruniu i jestem świeżo po przeczytaniu McDusi. Uważam za niesłuszne zarzuty o tym że Borejkowie mają "za dużo ciepła". Sama wczoraj się przekonałam, że po prostu sama autorka taką osobą jest i dlatego tak opisuje tą rodzinę. Widziałam jak rozmawiała z czytelnikami, praktycznie dla każdego miała kilka ciepłych słów i ogólnie wszyscy czuli się jak na spotkaniu rodzinnym.

    A w sprawie bogactwa u Borejków - nie rozumiem dlaczego wszyscy mają być biedni? Uważam, że jej bohaterowie to osoby wykształcone, ale i również zaradne (np. Bernard), które nie rozbijają się drogimi samochodami ani nie wydają pieniędzy na jakieś kosztowności. Czy kupno książki to szczyt luksusu? Ja też nie odliczam niecierpliwie do pierwszego i nie czuję się z tego powodu jakimś kosmitą, a jestem tylko nauczycielem i to nawet nie akademickim, którzy mają jednak wyższe stawki.

    Dla mnie minus - nierealne zachowanie Laury (egzaltacja, przymierzanie welonu..) i te związki dzieci, gdy zazwyczaj dziewczyna jest starsza- jak teraz Ignaś prawie 16 (1. klasa liceum) a Magdusia 17 (czyli pewnie prawie 18), a przecież jeszcze robiła podchody do gimnazjalisty Józefa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pisałam, że Borejkowie maja "za dużo ciepła", wprost przeciwnie - rodzinne ciepło zawsze było ich największą zaletą. Mówiłam o tym, że powieść jest przesłodzona - a to nie to samo. W cudzych recenzjach skarżono sie raczej na niedobór owego ciepła - zamiast niego pojawily się scenki z nieuprzejmą krytyka Idusi, wrzaskami Józinka na dwuletniego braciszka i szarpaniem Magdusi za kark. Ale ja sie do tego nie odnosiłam w recenzji.

      Bogactwo czy biedota - tego też w recenzji nie poruszałam. Przy ogólnej sytuacji w Polsce mało prawdopodobne, żeby absolutnie wszyscy liczni bohaterowie (nie tylko Borejkowie) nie mieli nigdy problemów z pieniędzmi i pracą. Zwłaszcza że w pierwszych częściach Jeżycjady było dość biednie - bohaterowie prezentowali przeciętny poziom zarobkowy i często starczało im na książki, ale nie na jedzenie. Nie jest to jednak watek, który mnie jakoś szczególnie drażni przy czytaniu.

      Zachowanie Laury - czy ja wiem, mnie raczej nie przeszkadzało, a wahania przedślubne sama przezywałam ostatnio, więc spędzanie kilku tygodni na analizie tego, co sobie wpiąć we włosy mnie nie dziwi. Związki młodzieżowe - z młodości pamiętam, że rok w tą, czy w tą nie robi wielkiej różnicy, ale drażniło mnie to w wątku Józinka i Trolli, zwłaszcza tym początkowym. O ile rozumiem szczenięce zaślepienie chłopaka, to nie wierzę w nastolatkę cierpliwie i wyrozumiale poddającą się tym umizgom. Trolla nie miała wad i chyba dlatego nie zyskała sobie sympatii czytelnikow (choć są wyjątki).

      Usuń
  23. Droga Lilibhet! Ja swego czasu byłam fanką Jeżycjad. Mój stan zachwytu trwał tak mniej więcej do książki Tygrys i Róża. Niestety potem Autorka zaczęła tracić moją sympatię, choćby przez wady, o których wspomniałaś. Powyższa recenzja zdecydowanie potwierdziła moje obawy, niestety! Generalnie Chwała Ci Panie Boże, że swoją przygodę z kupowaniem tomów zakończyłam na Tygrysie i Róży. Późniejsze tomy czytałam dzięki uprzejmość zaprzyjaźnionych pa bibliotekarek i w sumie żałuje... Od Kalamburki trwało już, zbytnio duże nagromadzenie irytujących wątków, bohaterów i stacji. Rysunki kolejny in minus, co też ta ukochana Autorka zrobiła ze swoimi bohaterami?? Toż to satyra, parodia z dawną Jeżycjadą nie ma nic wspólnego! Wątek Jasia Pyziaczka, zawsze mnie ździebko irytował.Mam wyrażenie, że pani M.M sama, w pewnym momencie nie wiedziała, co z nim zrobić? Tu wypomnienie o więzieniu, tam o nowej rodzinie i co? Gdzie ta nowa rodzina? Przepadła w pomroce dziejów? Autorka o nich zapomniała? Bodaj w Sprężynie jest wspominany przyjazd Pyziaka do Poznania, jeśli mnie pamięć nie myli i tam ani słówka po nowe rodzinie Pyzaka, czy przyrodnim rodzeństwie Pyzy i Tygrysa. Hmm zdecydowany niesmak mam w wielu tematach. Polityka i to kolejne rzeczy religia,które zaczęły mnie razić w ostatnich tomach... Podsumowując, dzięki za ostrzeżenie! Recenzja jest rozsądna i uważam, że mi pomogła w przemyśleniu najważniejszych wątpliwości. Dziękuję i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy17.10.12

      Sorki,ale chyba nie Jasia a jeśli już to Januszka Pyziaczka:)

      Usuń
    2. Anonimowy17.10.12

      Zgadzam sie. Przeczytalam i niestety, trudno bylo dobrnac do konca. Meczy to ciagle moralizowanie o przebaczaniu, wznoszeniu sie na wyzyny wspanialomyslnosci, wbrew swym uczuciom w wykonaniu Gabrysi. Meczy pseudo psychologia i moim zdaniem niezrozumienie mechanizmow rzadzacych rozwojem psychicznym dzieci, ze niby dzieci takie dziwne sa i trzeba je naprostowac. Nie ma tu zadnej refleksji, ze gdzies sie tego nauczyly, cos te ich skrzywienia spowodowalo. Na tym tle niewiarygodnie wypada przemiana Tygrysa. Meczy opisywana w dowcipny sposob agresja slowna i fizyczna Idy wobec dzieci i mlodziezy. Cigle jej krytyczne komentarze i docinki, zachowania histeryczne. Mnie zezlilo szczegolnie uciszenie dwuletniego Ziutka "recznie", razi to zwlaszcza w domu pelnym kultury i milosci blizniego. Nie nauczy sie zachowania dziecka przez lanie w tylek. Ale za to tlumaczy ciagle kuksance i razy wymieniane miedzy Jozkiem i Ignacym.
      Serdecznie odradzam :)

      Usuń
    3. Alutka - a propos Pyziaczka, to jak pisałam w komentarzu powyżej, mam wrażenie, że pisarka sama pogubiła się we wcześniejszych wzmiankach i zamiast je jakoś ułożyć, postanowiła je uciąć.

      Anonimowy - myślę, że i w najcieplejszym i najlepszym domu chłopcy będą wymieniać kuksańce. Chłopcy po prostu zawsze będą chłopcami. Przemiana Tygrysa mnie tez nie zachwyca. Zwłaszcza sugestie jakoby uleczyła ja magia miłości. Spotkała Naszpana Anioła w nauczycielskiej skórze i od razu się przemieniła, błędy zrozumiała i teraz już będzie inna i pewnie się nauczy gotować. A w następnej części już pewnie będzie w ciąży, bo na co tu czekać. Naszpan w ogóle mi sie nie podoba, swoja drogą, to kolejny bohater pozbawiony wad, a zatem i osobowości.

      Usuń
    4. Przeczytalam! Moge sie odniesc :)Jest calkiem sympatycznie wedlug mnie. Po pierwsze wcale nie odczuwam, ze wszyscy bohaterowie nagle zaczeli mowic wierszem. Wiersze sie pojawiaja intensywnie w okolicach Dmuchawca (co jest calkiem logiczne i uzasadnione) i Ignacego Grzegorza (takoz). Inni zaznaczaja ze lubia (czesto dzieki Dmuchawcowi), ale nie zaczynaja sypac cytatami z rekawa. Kiedys w kuchni wisialo "Kto mlaszcze dostanie w paszcze" a w McDusi Ida osobiscie dopisuje "Nie wydlubie bo lubie" w wykonaniu Jozinka (ktory wielbicielem poezji zdecydowanie nie jest).
      Watek Laury w Sprezynie straszliwie mnie irytowal "Bo on na mnie popatrzyl... A ja na niego spojrzalam" - i juz milosc namietna zakwitla. Myslalam ze w tym stylu rozumuja czternastolatki (te egzaltowane) - po czym sie okazuje ze chlopaka minely dwa razy na korytarzu, nie znaja imienia a juz buduja namietny romans. Wiec w McDusi dostrzegam zdecydowana poprawe. Nawet akcenty humorystyczne sa, a ich domek wrecz mnie wzruszyl, zwlaszcza anioly z trabami (ktos tu mieszka na malym metrazu? Do tego stopnia, ze stol musi w kuchni skladany zrobic? Niesamowite).
      Ilustracje - jakkolwiek niektore okropne, akurat tu musze gwoli sprawiedliwosci zaznaczyc, ze potezna roznica wzrostu miedzy Magdusia a Ignacym JEST wspomniana w tresci (kiedy Magdusia przytula sie do Grzegorza po tym epizodzie rycerz w lsniacej zbroi). Doswiadczenie rodzinne potwierdza, ze naprawde niskie dziewczyny czesto maja slabosc do naprawde wysokich facetow, co tworzy zabawny niekiedy efekt i jest zrodlem humorystycznych wrecz sytuacji.
      Moim zasadniczym zarzutem jest ze malo Magdusi w McDusi (ale to wina Laury. Juz naprawde mam nadzieje ze ta telenowela z jej udzialem sie wreszcie skonczy. To ze ukradla Sprezyne Lusi bylo poniekad zrozumiale, to ze ukradla czesc uwagi Hildegardzie w Zabie dalo sie zniesc, ale zabrala McDusie Magdusi i to mi trudno wybaczyc). No i ze wyobrazilam ja sobie zupelnie inaczej na podstawie okladki. Gdzies tu jakies uwagi padly ironiczne, ze brwi a'la Frida Kahlo. Wbrew opinii ironisty sa osoby ktore takie brwi MAJA (wyzej podpisana dowodem). Tyle ze z okladki ona mi wygladala na osobe WYSOKA (przynajmniej w duchu) i taka - odpowiedzialna. Moze wmawialam sobie rozne rzeczy, ale widzialam doroslosc przedwczesna w jej oczach - takie smiale spojrzenie kogos kto cos juz przezyl i wyszedl silniejszy. Dlatego (w oparciu o Sprezyne) wyobrazalam sobie, ze Magdusia wlasnie bedzie przy profesorze w tym najtrudniejszym momencie. Dialog Dmuchawca z Gabrysia w Sprezynie byl de facto pozegnaniem (Badz zdrowa...) wiec mialam wrazenie ze Dmuchawiec wyczuwa nadejscie Smierci, a Magdusia przybywa we wlasciwym momencie.
      No dostalam cos zupelnie innego i trudno mi nie czuc zawodu, irracjonalnego ale zawsze.

      Usuń
  24. Anonimowy19.10.12

    Cześć!
    Też jestem wierną fanką Jeżycjady - do mniej więcej połowy serii ;)
    McDusi jeszcze nie czytałam, natomiast mam wrażenie, jakby pani Musierowicz w ostatnich tomach sagi nie uprawiała "pisarstwa" tylko raczej układała puzzle z historii poszczególnych bohaterów. Więcej jest w tym kombinowania na zasadzie: mamy bohatera A, weźmy bohatera B, połączmy te i te wątki, dołóżmy to i to, i jeszcze to, bo to na czasie ostatnio jest, niż takiego szczerego, "natchnionego" że tak powiem ;) kreowania historii.
    I może dlatego te ostatnie tomy są tak mało przekonujące i brak im klimatu z początku Jeżycjady. Poprawne rzemiosło, ale nic więcej. Szkoda!

    OdpowiedzUsuń
  25. Anonimowy21.10.12

    Przeczytałam. Cała szczęsliwa , ze w końcu jest. Że Boże Narodzenie, ślub.. A potem jak najszybciej zdjełam z półki Noelkę i Pulpecję , żeby odnaleźć klimat prawdziwej Jeżycjady i zgubić gdzieś niesmak po sztucznej do granic możliwości i nierealnej , oderwanej od zwykłego życia i dzisiejszego świata McDusi....

    OdpowiedzUsuń
  26. Anonimowy21.10.12

    Rodzina i ciepło jak najbardziej. Ale drazni mnie fakt, że w Jeżycjadzie największym szczęściem dla kobiety okazuje się fakt zamążpójścia - najlepiej w młodym wieku- oraz urodzenia kilkorga dzieci, im więcej, tym lepiej. Nie mam nic przeciwko dzieciom, ale niektórzy, choćby chcieli, mieć ich nie mogą, taki świat.A w Jeżycjadzie wszyscy są płodni aż miło.. To pewnie wpływ tej herbaty pitej w zastraszających ilościach :)No i ten ton pogardy, który wyczułam czytając o siostrach Esmeraldy itd. Kopiec... Droga Autorko - prowadzę różnorodną działalność gospodarczą , między innymi sklep monopolowy, gabinet kosmetyczny i solarium. Robię to dla pieniędzy. Ale jestem po studiach, czytam wiersze, kocham książki. Jedno nie wyklucza drugiego i nie wszystko jest takie oczywiste...

    OdpowiedzUsuń
  27. Anonimowy21.10.12

    Uwielbiam Borejków, w każdym wydaniu. Zawsze grzeję się w ich rodzinnym cieple. Niedoskonali w ostatnim tomie? Ale przecież nasi :)

    OdpowiedzUsuń
  28. Anonimowy21.10.12

    Alkohol, papierosy, narkotyki ,przekleństwa - nasza dzisiejsza młodzież. I Józinek - ideał upijający się kremem czekoladowym. I Ignaś - kurczę, postać totalnie nierealna... I żeby tylko to... STARA JEŻYCJADO - WRÓĆ !!!!

    OdpowiedzUsuń
  29. Ha, McDusi jeszcze nie przeczytałam, ale i tak przeczytam. I będę czytać kolejne tomy, choćby nie wiem co. Problem w tym, że z jednej strony chcemy więcej, ale z drugiej jeśli autorka będzie pisać dalej to będzie musiała zacząć uśmiercać bohaterów i tego już jej nie wybaczymy. Nie wiem jak inni, ale ja sobie nie wyobrażam Jeżycjady bez Mili i Ignacego :(

    OdpowiedzUsuń
  30. Anonimowy31.10.12

    Niezwykle ciekawe są Wasze komentarze! Sama recenzja też świetna! Zaczytałam się - niestety, w przeciwieństwie do powieści.. Zgadzam się w stu procentach z opiniami zawartymi w recenzji i w dużej mierze w komentarzach. Aż huczy od moralizatorstwa.. Akurat w to, że prawdziwa miłość potrafi odmienić człowieka, sprawić, że stanie się bardziej ciepły i życzliwy, wierzę (choć rdzenia osobowości raczej nie ruszy ;). Ale Ignaś, Łusia - faktycznie wyobraźnia poniosła autorkę. I niestety miałam pewne poczucie niesmaku, prześlizgując się po nieciekawej fabule powieści. Już miałam nie doczytać do końca (dziś sprzedałam książkę - musiałam ją wysłać przed zamknięciem poczty ;), ale zaparłam się i przeczytałam. Na szczęście końcówka była najlepsza. Ale żadnych ciekawych zwrotów akcji, a brak sukni ślubnej można było łatwo przewidzieć..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie, taki spoiler, a jestem dopiero w połowie! :)

      Usuń
  31. Ojtam, ojtam !
    Bardzo fajnie napisałaś ale sie z Tobą nie zgadzam :)
    Też czytałam sporo negatywnych opinii na temat McDusi zanim książka do mnie trafiła, na mnie jednak zrobiła wrażenie bardzo podobne do pozostałych tomów Jeżycjady. Nie zachwyciła tak jak Noelka, ale i nie denerwowała.
    Piszesz o patosie i moralizatorstwie - a przecież to w Jeżycjadzie było, jest i ,mniemam , będzie zawsze! Rysunki utrzymane w tym samym stylu, czepiasz się tego, że McDusia taka mała w porównaniu z młodym Ignacym, a przecież tam jak byk stoi, że McDusia nieduża i krągła a Ignacy wybujały ;)
    Mnie niezmiennie podoba się Jeżycjada już od ponad 30 lat, zawsze jestem w stanie zidentyfikować się z jakąś postacią kolejnej powieści.
    Różnica wedlug mnie polega na tym, że to ciepło i migotanie, które kiedyś można było zobaczyć tylko na stronach pisanych przez Musierowicz, jest teraz obecne na pierwszej lepszej wystawie sklepowej. Domy mamy lepiej ogrzewane i nie musimy już szukać ciepła na kartach literatury młodzieżowej ;)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo ładnie napisane, zwłaszcza ostatni akapit :)

      Usuń
  32. Anonimowy11.1.13

    Ja czytam Jeżycjadę od lat, wracam do pierwszych części bo te kocham najbardziej, ciągle przede mną te nowsze. Moim marzeniem jest przeczytać coś wiecej o Cesi i Hajduku, o ich losach, dzieciach. Czy jest taka możliwość aby podsunąć tę myśl autorce? Przecież tyle razy sluchała głosów czytelników..

    OdpowiedzUsuń
  33. Muszę powiedzieć, że Jeżycjadę uwielbiałam do Kalamburki.

    To było wspaniałę i godne, logiczne zakończenie wielkiej sagi.

    Jestem w wieku dzieci Gabrysi z pierwszego małżeństwa i przez lata miałam religijną wręcz cześć i przywiązanie dla tej serii.

    Niestety nie mogłam strawić tych ostatnich książek,wiernie zakupiłam Żabę, Sprężynę, Czarną Polewkę i Język Trolli. Stoją sobie one na półce i nawet ich do końca nie przeczytałam, tylko przekartkowałam, czytając tu i tam, nie byłam w stanie się zaczytać.

    McDusi nie kupiłam, i nie spieszy mi się,zwyczajnie nie mam ochoty wprowadzać się w stan lekkiej depresji i niesmaku jak w przypadku czterech ostatnich tomów.

    Może kiedys jak bedę miałą wolną chwilę czekając na pociąg albo samolot, buszując w kiosku dworcowym, sięgnę po nią szukając czegos na podróż, żeby zabic czas, i uczynię to z obawą, i to jest troszkę straszne.

    I chyba problem nie leży w tym, że ja jestem starsza, poniewaz do starej Jeżycjady wracam chętnie.

    Aż serce mi się łamie jak to piszę.

    Może wszystko ma swój czas i swoją magię i nie należy tego przeciągać jak się już dużej nie da.

    OdpowiedzUsuń
  34. Też najbardziej lubię stare Jeżycjady, ale i tak kupuję i czytam wszystkie nowe części i przez sentymynet naprawdę je lubię, przez tyle lat bardzo się zżyłam ze wszystkim bohaterami. Nie zgadzam się z opiniami, że Musierowicz moralizuje, raczej kreuje świat idealny, o którym każdy chyba po kryjomu marzy. Chcielibyśmy, aby na co dzień można było spotykać tyle ciepła i uśmiechów i tak niezwykłe i osoby, co w książkach Musierowicz.

    OdpowiedzUsuń
  35. Anonimowy10.2.13

    A mnie zastanawia jedno - jakim cudem Mila Borejko bedaca anonimowym dramatopisarzem, o ktorego sztuki bija sie teatry polskie i swiatowe, i ktory produkuje je w ilosciach hurtowych, nie dostaje za to gigantycznych pieniedzy??

    Co do zarzutow, ze nie maja problemow finansowych - raczej wierze, ze nie maja w czasach po roku 90, bo pensje dr na uczelni to kwoty teraz 3-4 tys zl, a habilitowanych pewnie wyzsze, poza tym dochod wnosilo w pewnym momencie 5 doroslych osob (Mila, Ignacy, Gaba, Grzes, Natalia), a kazde z nim oprocz swoich etatow na uczelniach, pracy informatyka Grzesia, Ignacego 2 posady, wykonywalo szereg innych zlecen typu korekty wydawnictw, artykuly, audycje radiowe, napisane podreczniki itd, no i Mila, a to daje konkretny dochod na jedno gospodarstwo.
    Ida i Marek tym bardziej nie powinni narzekac - lekarze majacy ze 3 etaty, w szpitalu, klinice, gabinety prywatne!
    Wrecz sklaniam sie do stwierdzenia, ze to wlasnie odwrotnie - pomimo duzej kasy, nie zostalo to podkreslone az tak bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy6.4.13

      Ja w ogóle nie rozumiem zarzutów, że nie widać w książce problemów finansowych, które na pewno bohaterowie mają. Czemu mieliby mieć? I czemu mieliby koniecznie o tym mówić? Może też żyję w nierealnym świecie, ale w moim otoczeniu naprawdę niewiele jest osób, którzy mają takie problemy, większość stać na to, co chcą (bez szaleństw, ale też bez specjalnych wyrzeczeń). Ktoś napisał, że w rodzinie naukowców, wykładowców i nauczycieli na pewno jest biedne - mój tata pracuje na uczelni moja mama w szkole podstawowej oraz w poradni i naprawdę nie narzekają na brak pieniędzy, stać ich na utrzymanie mieszkania, jedzenie, samochód, kupowanie książek i ubrań itd., zimą wyjeżdżają na narty, latem wyjeżdżają gdzieś na wakacje.

      Usuń
  36. Anonimowy13.8.13

    Dla mnie najlepsza jest "Kalamburka". :) Cudowna książka! <3

    OdpowiedzUsuń
  37. Anonimowy21.8.13

    Ignacy wyrósł na dwa metry- JEST to w tekście

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to przepraszam. Ale o tym, że Magdusia ma o połowę mniej nie było?

      Usuń
  38. Anonimowy19.7.14

    Nie bardzo wyobrażam sobie "kochającą się rodinę" mieszkającą w jednym mieszkaniu - jak to możliwe? Co innego, gdyby ktoś był niedołężny z uwagi na wiek czy choroby ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko dzięki temu, że się tak niezmiernie kochają, mogą ze sobą wytrzymać w jednym mieszkaniu...

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Z wizytą u Sienkiewicza. Cztery Marie.

Królewna Śmieszka

Literatura na ekrany! - Cykl o Ani z Zielonego Wzgórza (cz. 2)