15 kwietnia 2011

Niňos de guerra

Tak mnie ta książka zaskoczyła, że aż mam problem z ubraniem myśli w słowa.

Historia, którą przedstawia, dotyczy zjawiska "niňos de guerra", czyli dzieci, które w czasie wojny domowej w Hiszpanii, zostały wysłane poza granice kraju z dala od działań wojennych, ale i od rodzin. Dwie siostry, 12-letnia Harmonia i 6-letnia Rosa, to córki komunistycznych bojowników. Rodzice przed udaniem się na pole walki oddają dzieci do sierocińca (tymczasowo). Kiedy konflikt przybiera na sile, dziewczynki wraz z resztą dzieci z sierocińca zostają wysłane do Związku Sowieckiego. Tam żyją w domu dziecka, tęskniąc, ale powoli się aklimatyzując. Po rewolucji przychodzi druga wojna światowa, a po niej zimna wojna i hiszpańscy rodzice z "bloku zachodniego" wydają się być już na zawsze rozdzieleni ze swoimi dziećmi, jednak nie tracą nadziei na połączenie.

Temat bardzo mnie zainteresował, wcześniej nie zetknęłam się w ogóle z informacją o takiej dziecięcej emigracji. Uwielbiam książki pisane z punktu widzenia dziecka. Czytało się ją doskonale. Wydawałoby się więc, ze ocena powinna być entuzjastyczna. Odczuwam jednak potrzebę przyczepienia się.

Z jednej strony mamy wojnę, dramatyczne rozbicie rodziny, traumę dzieci, wywózkę do dalekiego kraju o zupełnie innej kulturze i obyczajach, o języku nie wspominając, represje, śmierć itp., itd. Z drugiej - losy bohaterów są zadziwiająco bezproblemowe, zamiast traumy jest raczej nastrój melancholijno-nostalgiczny, a happy end (w zakresie prawdopodobieństwa, na szczęście) wyskakuje z każdej strony. Brak opisu realiów historycznych, przez co o życiu codziennym hiszpańskich dzieci w Rosji nie dowiedziałam się wiele. Powieść jest króciutka, przeczytałam ją w godzinę, a streszcza praktycznie całe życie dziewczynek, więc nic dziwnego, że raczej prześlizguje się po najważniejszych wydarzeniach niż w nie zagłębia. Zaczęłam się jednak zastanawiać, jaki właściwie cel przyświecał Autorce przy pisaniu, co chciała w ten sposób przekazać i odpowiedzi póki co nie odnalazłam. Może inspirowała się swoimi lub cudzymi wspomnieniami?

Przy tym wszystkim jednak podkreślam, że naprawdę doskonale się tę książkę czytało i nabrałam ogromnej ochoty na kolejne lektury autorstwa Mariny Mayoral. Operuje ślicznym subtelnym językiem, doskonale - w oszczędnych słowach - odmalowuje charaktery i uczucia. Lektura zostawiła mnie w bardzo spokojnym i pogodnym nastroju. Trochę mi się chwilami kojarzyła z filmem "Zaczarowane baletki" (książki niestety nie czytałam), też opowiadającym o dziewczynkach, które muszę odnaleźć własną drogę.

Polecam.

9 komentarzy:

  1. Bardzo interesujące książka, o której słyszę pierwszy raz. Z przyjemnością przeczytam, jak tylko wpadnie w moje łapki:)
    Pozdrawiam!!

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja z niej zrezygnowałam, bo spodziewałam się smutnej, dołującej książki. Chyba przy najbliższej wizycie w Matrasie powinnam naprawić swój błąd:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Och, będąc w matrasie wahałam się pomiędzy opisywaną przez Ciebie książką, a "Jednym drzewem, jednym pożegnaniem" również Mayorall. Wybór padł na drugą pozycję, po przeczytaniu Twojej recenzji nieco żałuję, bo moja książka stoi bezwładnie na półce, jako że utkwiłam gdzieś w środku...

    OdpowiedzUsuń
  4. Już postanowiłam, że zamawiam te książkę w Matrasie. Wspominałam już kiedyś, że jej temat mieści się idealnie w ramach moich zainteresowań. Chętnie przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kasandra - polecam :) ja tez bym o niej nie usłyszała, gdyby nie promocja w Matrasie.

    Viv - też się bałam, że będzie bardzo traumatyczna, ale nie jest taka ani trochę. Odrobinę smutna, ale bardziej magiczna :)

    Kasiu - wydaje mi się, że "Jedno drzewo..." to drugi tom jej powieści "W cieniu magnolii", może lepiej najpierw przeczytać tę? Ja nie przepadam za książkami o miłości, a ta chyba jest właśnie o tym, dlatego jej nie kupiłam. Za to mam ochotę na "Jedyna wolność".

    Milvanna - warto, zwłaszcza że kosztuje grosze :) Zadziwiające zresztą, ile rewelacyjnych książek można było w Matrasie kupić za kilka złotych. Właśnie czytam "Wojnę wdowy" i też jestem zachwycona.

    OdpowiedzUsuń
  6. To prawda. Trochę boję się Matrasa. Boję się, że tam wejdę i wydam dużo pieniędzy, zanim się zorientuję. Więc chyba sobie przez internet coś zamówię - bezpieczniej;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Taaaa... ja też tak myślałam. A potem, jak zaczęłam klikać na koszyczek, to nie mogłam przestać :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Zainteresowałaś mnie! Nie ukrywam, że to przez zestawienie słów "Hiszpania" i "Rosja" i jeszcze "dziecko" - włączył mi się tryb skojarzeniowy i wyskoczył Gallego. Wiem, że to coś innego, ale książkę i tam wrzucam do schowka.

    OdpowiedzUsuń
  9. Agnes - nastaw się jednak na coś kompletnie innego - Gallego to brutalny realizm. Świat Mayoral to delikatna bajka.

    OdpowiedzUsuń

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...