3 stycznia 2012

Trzech panów z telewizji

Kiedy kilka lat temu byłam w UK, zadziwiło mnie pewne książkowe zjawisko. Półki w księgarniach pełne były mianowicie nie powieści, ale autobiograficznych "dzieł" celebrytów, czyli ludzi znanych z tego, że są znani. Królowała książka niejakiej Jordan, kobiety słynnej z dużego i sztucznego biustu, plastikowej urody i dziwnie nazwanych dzieci. Zaraz za nią plasowały się biografie uczestników Big Brothera. Patrzyłam na to z osłupieniem i przyznaję, że przez to do dziś dość krytycznie podchodzę do rzekomego zaawansowanego czytelnictwa na wyspach. Czytają tam dużo, ale co czytają, to już inna sprawa...


Ostatnio ta moda dotarła też do nas, i zamiast ze szklanego ekranu, niektórzy ludzie zaczęli gapić się na nas nas z księgarnianych półek. A to Rock-Mann, a to Niedźwiedzki, a to Pani Prezydentowa. Chyba działa tu znana zasada, że ludzie najbardziej lubią to, co już znają, więc nazwiska słyszane wielokrotnie i znane twarze przyciągną ich nawet do księgarnianych półek.

Sama ostatnio sięgnęłam po dwa dzieła stworzone przez ludzi o nazwiskach spoza literackiego panteonu. Panami M. podzieliła się ze mną znajoma osoba, a Kutz zaatakował z bibliotecznej półki. W obu przypadkach wrażenia są dość mieszane.

Piwne opowieści

Książka Manna i Materny wydana jest jak marzenie - gruby matowy papier, pancerna okładka, kolorowe zdjęcia, pomysłowy skład. Wiekopomne to dzieło ma szansę przetrwać stulecie. Żeby tak Szekspira wydawali,ale nie... (pewnie nie zasłużył ;) ) Inna sprawa, że stylistyka miejscami zgrzyta, więc nie wiem, czy na redakcję językową poświęcono dostatecznie dużo czasu, bo chyba autorzy nie są aż takimi literatami, żeby pewnych niezgrabności nie można było wygładzić.

Co z treścią? Wyobraźcie sobie wieczór ze znajomymi przy piwie, pomiędzy którymi dwaj panowie M. snują opowieści zaczynające się od "A pamiętasz...". Jest miło, wesoło, co prawda niczego nowego się nie dowiadujecie, ale przynajmniej wieczór szybko płynie. Tu kabarecik na "Batorym", tam zmagania szarego człeka PRLu z amerykańskim hotelem pięciogwiazdkowym. Sympatyczna gawęda, tylko po wyjściu nie możecie sobie przypomnieć ani słowa. Taki to typ książki mniej więcej.

Autorzy opisują kilka swoich podróży, czasem wspólnych, czasem nie, zarówno służbowych, jak i prywatnych. W różnych krajach bywali, więc trochę anegdot się uzbierało, a miejsca pomiędzy nimi wypełnili całą masą kompletnie nieistotnych szczegółów. Da się to czytać bezboleśnie i nawet jest to czynność relaksująca. Znośna lektura pomiędzy poważniejszymi książkami, ale w żadnym wypadku nie obowiązkowa.

Ciekawy cytat - dlaczego powstała ta książka:
"Uczciwie stawiając sprawę, napisaliśmy ją z powodu kasy. [...] To nie jest elegancki powód, ale prawdziwy" (s. 248).
"Poza tym wszyscy, którzy nie mieli o czym napisać książek, już je napisali. Nie mamy zamiaru wlec się w ogonie" (s. 253).
 Za szczerość - gorące oklaski.


Wódka i śledzik

Opowieść Kutza jest znacznie bardziej mięsista, więc i napoje poważniejsze są wymagane do jej wysłuchania ;) W porównaniu z książką duetu na M. "Piąta strona..." wypada znacznie lepiej. Napisana jest ładnym literackim językiem. Przybliża świat niby nam znany, a jednak całkiem obcy - pozwala sobie uświadomić do jakiego stopnia Śląsk jest krainą odległą od Polski. Szczególne brawa za rozpoczęcie w gwarze, szkoda, że dość szybko zaczyna ona zanikać i tylko od czasu do czasu pojawia się mimochodem jakieś słówko.

Wspomnienia o tym świecie, nadal odrębnym, ale jednak zanikającym, są warte poznania. Kutz opisuje swoje dzieciństwo i młodość, rodzinę, sąsiadów, przytacza anegdoty o przodkach i bolesne historie wojenne. I niby wszystkie składowe są takie, jakie lubię, i do niczego nie mogę się przyczepić, ale jednak była to nużąca lektura. Dość chaotyczne skakanie po temacie męczyło mnie i ciężko mi się było skupić na treści. Czytałam ją długo i z doskoku. Chętnie sięgnęłabym teraz za to po "Czarny ogród" Małgorzaty Szejnert, bo wiem, że od jej książki na zbliżony temat nie mogłabym się oderwać.

Zrażał mnie też trochę wyzierający spomiędzy wierszy szowinizm autora. Nic agresywnego, ale traktowanie kobiet jako uroczego dodatku do ludzkości właściwej nie budzi mojego szczególnego entuzjazmu.

Wydanie ponownie zasługuje na oklaski - bardzo staranne, piękny żółtawy papier (łatwiej się czyta niż z białego), wysmakowana okładka. Doskonały pomysł, z umieszczaniem słowniczka śląskiej gwary na marginesach - nie trzeba było przerywać lektury, żeby zrozumieć "obce" słowa.

Polecam zainteresowanym tematem.

Ciekawy cytat - o książkach:

"Dzięki pojawieniu się Kamila Sienickiego w Szkole Powszechnej numer 6 w Roździeniu, a co za tym idzie, dostępności biblioteki jego matki, stawaliśmy się na naszym pogranicznym polsko-niemieckim zadupiu domorosłymi inteligentami. Bo człowiek w połowie bierze się z książek" (s. 111).

4 komentarze:

  1. Ta kobieta to istny plastik, ale pozostałe dwie książki, cuda na pewno postaram się przeczytać.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Książkę Manna i Materny na razie dokładnie przejrzałam - tzn. obejrzałam wszystkie zdjęcia i podpisy pod nimi. Wydaje mi się, że będzie w niej dużo zabawnych historyjek i na pewno niebawem sięgnę po nią, by ją przeczytać w całości. A akurat Kutza też mam - jakiś czas temu dostałam w prezencie. Ale jeszcze czas na tę książkę nie nadszedł...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem po Niedźwieckim, fajnie się czytało. Szybko:)
    Ostatnio wymieniam maile z panem Sikorą (wydał dwie książki), doszliśmy zgodnie do wniosku, że wydawnictwa wolą wydawać celebrytów, bo im się to opłaci, a pisarzy, w tym rzecz jasna tych nieznanych ogółowi, wolą "poświęcić".

    OdpowiedzUsuń
  4. Blueberry - rzeczywiście, niemniej w UK była niezwykle popularna :)

    Karolina - jest sporo zabawnych historyjek, ale bez przesady, spodziewałam się czegoś więcej. Niestety spory procent książki to zgrabne lanie wody.
    Na Kutza zdecydowanie przydaje się odpowiedni czas i nastrój.
    Pozdrawiam :)

    Agata Adelajda - panów M. też się czytało błyskawicznie...
    Też mi się wydaje, że dla wydawnictw celebryci są żyłą złota. Jest niemal pewne, że "to się sprzeda". Nic dziwnego, ze taki wysyp był akurat przed Gwiazdką, kiedy wszyscy szukają prezentów. Smutne to trochę.

    OdpowiedzUsuń

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...