30 marca 2012

Czytam klasykę - Ulubione książki mojej babci

Przyznaję, że Maria Rodziewiczówna znalazła się na mojej liście klasyków do przeczytania głównie z jednego powodu - koszmarnie mi się myliła z Mniszkówną i chciałam je wreszcie zacząć rozróżniać. Żadnej do tej pory nie czytałam, ale jak się kojarzy Mniszkówna wiadomo - melodramaty, sentymenta i parodia autorstwa Magdaleny Samozwaniec. Siłą skojarzeń i po Rodziewiczównie spodziewałam się romansów okrutnych.

Niniejszym uroczyście to odszczekuję. Cudnie pisała Rodziewiczówna i współczesne pisarki mogłyby się od niej uczyć. Dramat miesza się z dowcipem, miłość z tragedią. Bohaterowie są ludzcy, żadne tam papierowe marionetki. Akcja potrafi zaskoczyć nagłym skrętem w bok. Zakończenie krzepi - jak to w lekkich powieściach, czytanych dla przyjemności, wskazane.

Zaczęłam od "Między ustami a brzegiem pucharu". Dobrze, ze miałam starsze wydanie, bo ta całująca się para na okładce odrzuciłaby mnie z pewnością. A tymczasem w treści pocałunki można policzyć na palcach jednej ręki. Chociaż ciężko mi było przebrnąć przez początek, bo zaczyna się od czułego kląskania hrabiego Wentzla i pięknej Aurory. Szybko jednak się okazuje, że to nie nowi Romeo i Julia. Aurora mężatką jest, a Wentzel to fircyk, co mężatki lubi.  Nie lubi natomiast Polaków -  pech chciał, że jego ojciec, niemiecki hrabia, ożenił się z polską dziewczyną. Ta jednak zmarła szybko, dając życie Wentzlowi i od tej pory chłopak nie miał do czynienia z polską gałęzią rodziny, a publicznie się do takiej w ogóle nie przyznawał. Za "wyzwanie" od Polaków sam wyzywał - na pojedynek.

Wszystko zmienia się jednak, kiedy poznaje piękną pannę Jadwigę, wychowankę swojej polskiej babki. Przyzwyczajony do umizgów kawaler spotyka się z lodowatym przyjęciem, a babka, która uważa go za Prusaka, nie puszcza nawet za próg. Panna zresztą jest zaręczona, więc szanse Wentzla bliskie są zeru. Jak wiadomo jednak między ustami a brzegiem pucharu wiele zdarzyć się może...


To, co mnie urzekło najbardziej to poczucie humoru pisarki. Wcale się go nie spodziewałam, a tymczasem dialogi od niego aż kipią. No i ta atmosfera dworkowa, cudowna. Ciężkie to były czasy dla Polaków, a jednak urzekająco piękne. Jeśli ktoś lubi "Nad Niemnem" (a wiem, ze są tacy i nie jestem wyjątkiem) to powinien po Rodziewiczównę sięgnąć obowiązkowo. Dobra wiadomość, że ją ostatnio wznawia, w ładnych okładkach, wydawnictwo MG (które wsławiło się przekładami - nareszcie - "Shirley" i "Lokatorki Wildfell Hall").



Zaraz po przewróceniu ostatniej strony "Między ustami..." złapałam za "Strasznego dziadunia". Opis nie zachęcał - jakiś niesympatyczny acz bogaty dziadek, dwóch dorosłych wnuków, o czym tu czytać? Wsiąkłam od pierwszej strony  nie oderwałam się dopóki nie skończyłam. Tym razem obyło się bez stosunków polsko-niemieckich. Akcja w dużym stopniu toczyła się w Petersburgu, gdzie studiował jeden z wnuków wrednego dziadka Polikarpa - Hieronim. Sierota, ale mądry i prawy, nie miał na świcie nikogo poza przyjacielem Żabbą i małą dziewczynką, wychowanką uratowaną z powodzi. Swego dziadka do bliskich nie zaliczał - ten bogaty starzec żądał od swych wnuków bezwzględnego posłuszeństwa i tylko za nie nagradzał - słuchał go drugi z wnuków, Wojciech, ale Hieronim miał własny plan na życie. Jednak plany planami a życie życiem, los miał dla Hieronima w zanadrzu okrutne niespodzianki, planując odebranie mu wszystkiego, co mu jeszcze na świecie pozostało.

"Straszny dziadunio" był powieściowym debiutem Rodziewiczówny - wygrała nim konkurs ogłoszony przez czasopismo "Świt". Wydał mi się nieco bardziej naiwny niż dojrzalsza "Między ustami...", ale nadal wart uwagi. Polecam i planuję przeczytać kolejne powieści Rodziewiczówny.

Maria Rodziewiczówna
Między ustami a brzegiem pucharu (1890)
Straszny dziadunio
(1887)

16 komentarzy:

  1. Moja babcia - niestety - lubiła Jadwigę Courths-Mahlerową. Ale to wiem z opowiadań taty. Niestety nie mogę dopytać, co jeszcze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie kojarzę zupełnie tego nazwiska, aż musiałam sprawdzić. Ja pożyczyłam te dwie powieści od mojej babci i widać było, że ciężko jej się z nimi rozstać i upewniała się, czy na pewno oddam :) Upodobanie do polskich dworków odziedziczyłam chyba po niej.

      Usuń
    2. Musiałam do mamy zadzwonić, bo ciągle zapominałam nazwiska (pamiętałam tylko, że autorka była dwojga nazwisk). Zdziwiłam się jeszcze, że pani tak na prawdę miała Hedwig na imię i była Niemką.

      Usuń
  2. Moja mama uwielbia "Między ustami a brzegiem pucharu". Już dawno mnie namawiała na tę książkę, ale jakoś nie byłam przekonana. Twoja recenzja jest jednak zachęcająca, więc chętnie przeczytam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, u mnie "Wrzos" stał na półce u rodziców odkąd pamiętam i nigdy nie próbowałam po niego sięgać. Teraz przy okazji Wielkiejnocy mam zamiar sobie zagarnąć ;)

      Usuń
  3. Tak się właśnie czaję na Rodziewiczównę od dłuższego czasu. Bo z jednej strony jestem ciekawa, z drugiej mam te obawy, które i Ty miałaś. Ale jutro chyba będę właśnie w domu dziadków, a tam Rodziewiczówny dostatek. Przywiozę sobie już na pewno ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja te dwie też przywiozłam od babci :) A teraz zamierzam przejrzeć półki biblioteczne, mam nadzieję, że znajdę tam obfitą reprezentację twórczości tej pisarki :)

      Usuń
  4. O tak, 'Strasznego dziadunia' przyniosłam z biblioteki, pochłonęłam i odniosłam. Takie urocze, sentymentalne czytadelko. Natomiast "Między ustami a brzegiem pucharu" uwielbiam jako film. A z tego co wiem, książka tak różanie się nie kończy, więc nigdy właściwie nie miałam ochoty na nią...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie oglądałam filmu i właściwie czytałam o nim same negatywne opinie - ze jest dużo gorszy i płytszy niż książka, więc tak się waham, czy sięgać. Nie wiem, jak się kończy ekranizacja, ale powieść - jak najlepiej :)

      Usuń
    2. O. No to sama nie wiem, bo mi się wydawało, że wszyscy giną w książce. A film to może i płytki, ale mam do niego straszny sentyment! A ksiązki poszukam w POSKu.

      Usuń
    3. To Ty szukaj książki, a ja poszukam filmu :)

      Usuń
  5. Trochę mnie zaskoczyłaś :) Tak się składa, że moja babcia też jest wielką wielbicielką Rodziewiczówny (Mniszkówny zresztą też), a ponieważ najczęściej i najbardziej pochlebnie mówiła o "Lecie leśnych ludzi", postanowiłam znajomość zacząć od tej właśnie książki. I rozczarowałam się. Czytało mi się ją fatalnie. Nie brałam więc pod uwagę w najbliższym czasie kontynuować znajomości, ale teraz, po Twoim poście, mam ochotę jednak dać jej jeszcze jedną szansę, spróbować z "Między ustami a brzegiem pucharu".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też kiedyś próbowałam czytać "Lato leśnych ludzi" (bo tę książkę czytały dzieci w "Tajemnicy zielonej pieczęci" Ożogowskiej, jednej z moich ukochanych lektur z dzieciństwa) i poległam. Niemniej mam w planach kolejną próbę, może tym razem będzie mi łatwiej, bo jestem już przekonana do autorki.

      Usuń
  6. Spiesze donieśc, że właśnie kończę Między ustami a brzegiem pucharu. Fakt, książka lepsza, nż film (jak to zwykle bywa).. a ja za diaska pojąć nie mogę, dlaczego myślałam, że książka mi się nie spodoba. Ha. Mea culpa!

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy5.6.12

    Przeczytajcie sobie jeszcze Macierz i Czahary. No i nie zapomnijcie o Dewajtisie. Naprawdę warto!

    OdpowiedzUsuń
  8. Dworek pod lipami, młyn nad czarnym potokiem oraz wspomnienia w kolorze sepii. To są tytułu, które zamówiła sobie u mnie babcia na święta. Mnie nie pozostaje nic innego jak tylko zamówić je teraz w matrasie :). Podobno recenzje mają dobre te książki

    OdpowiedzUsuń

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...