Trzy kobiety w czerni

Nie wiem, czemu nazwisko Susan Hill kojarzyło mi się szalenie współcześnie, a to dama jest 70-letnia i z bogatym literackim dorobkiem. Przy okazji nowej ekranizacji jej powieści "Kobieta w czerni" zrobiło się o niej w Polsce nieco głośniej, zwłaszcza że równocześnie z filmem ukazało się polskie tłumaczenie tej powieści (wcześniej chyba niedostępne).

Chociaż horrorów nie czytuję i nie oglądam, to powieści o duchach pod to miano nie podciągam - tzw. powieści gotyckie darzę skrywaną sympatią. Prawda jest jednak taka, że za dużo porządnych powieści o duchach wcale nie ma. Z klasyki czytałam dobrego "Mnicha" Lewisa (chociaż duchów to tam malutko), "W kleszczach lęku" Henry'ego Jamesa - tą dość dawno i słabo ją pamiętam - oraz oczywiście "Opowieści niesamowite" Poe'go, choć przy całej sympatii dla autora nie mogę powiedzieć, żeby specjalnie straszyły. Przede mna jeszcze "Zamczysko w Otranto" Walpole'a i powieści pani Radcliff oraz polskiej przedstawicielki nurtu - Anny Mostowskiej. Powieść Susan Hill także rozgrywa się w XIX-wiecznych realiach, wiec tym chętniej sięgnęłam i po książkę i po obie jej ekranizacje.


Dojrzały mężczyzna, Arthur Kipp, wspomina najstraszniejsze doświadczenie swojego życia, to o którym całe życie próbował zapomnieć. Za młodu, jako początkujący adwokat został wysłany do małego miasteczka Crytin Gifford, żeby uporządkować papiery zmarłej Alice Drablow. Starsza pani żyła w ponurym odosobnieniu, bez krewnych i przyjaciół. Jest dom położony był na bagnach (zdecydowanie nie sprzyjało to utrzymywaniu kontaktów towarzyskich ;) ) - wąska grobla prowadząca przez moczary dostępna była tylko przez część dnia, podczas odpływu. Arthur z zapałem zabiera się do wypełniania obowiązków, jednak szybko dostrzega, że nazwisko Drablow wywołuje wśród mieszkańców miasteczka niechęć, a wzmianka o tajemniczej kobiecie w czerni, którą kilkakrotnie spotyka - panikę. Odizolowany w domostwie pani Drablow, Arthur odkrywa, że nie jest tam wcale sam, a bagna kryją mroczny sekret z przeszłości.

Książkę wydano w 1983 r., pierwsza ekranizacja powstała 6 lat później, w 1989 r., z Adrianem Rawlinsem w roli Arthura (ostatnio grał ojca Harry'ego Pottera w ekranizacji cyklu), a druga właśnie leci w kinach (z Danielem Radcliffem, który wcześniej grał Harry'ego Pottera). Co ciekawe, w powieści i obu ekranizacjach różny jest stan cywilny głównego bohatera, co pociąga za sobą różne zakończenie (z tego względu zaserwowanie sobie wszystkich trzech dzieł, jedno po drugim, wcale nie jest nudne) - w książce jest narzeczonym, w pierwszym filmie - mężem i ojcem dwójki dzieci, w drugim filmie - wdowcem z małym synkiem.

Pierwsza ekranizacja jest dość wierna powieści, chociaż mam wrażenie, ze akcję przeniesiono na nieco późniejszy okres. W powieści czas akcji nie jest dokładnie określony, ale w filmie wyraźnie widać, że są to lata międzywojenne. Dodano parę udziwnień, jak na przykład ówczesny dyktafon, którego w powieści nie było (tylko banalne papiery ;) ). Z nieznanych mi przyczyn zmieniono także nazwiska niektórych postaci. Poza tym jednak atmosfera jest bardzo wierna, raczej melancholijna i niepokojąca niż upiorna i jedyne do czego bym się przyczepiła, to niepotrzebnie rozwleczona końcówka.


Współczesna ekranizacja dodaje już sporo od siebie - znacznie tu więcej duchów i są one bez porównania aktywniejsze. Niektóre wydarzenia, tylko wspomniane w książce jako występujące (żeby nie spoilerować, nie powiem jakie), tu pokazane. Film uczciwie straszy, choć sugeruję, żeby wziąć poprawkę na to, że ja nie oglądam horrorów i przestraszyć mnie łatwo ;) Niby schematy - odludny dom, a coś tam skrzypi, kroki słychać albo głosy - ale na mnie działają świetnie. Do tego stopnia, że pół seansu przesiedziałam z zamkniętymi oczami, zastanawiając się, na co mi to było ;) Plusem tej ekranizacji są niewątpliwie piękne, nastrojowe zdjęcia. Minusem - niestety - Daniel Radcliffe grający główną rolę. Przy całej sympatii dla tego aktora, uważam że był zupełnie niewiarygodny jako wdowiec i ojciec. Jego chłopięca uroda sprawiała, że oczekiwałam, że sam raczej zacznie wołać tatę... Gdyby nie jego filmowy stan cywilny uważałabym jednak, że zagrał bardzo dobrze - lubię go i życzę mu jak najlepiej w dalszej karierze.


Podsumowując -  polecam i książkę, i obie ekranizacje, jeśli lubicie się bać.

Komentarze

  1. Fakt, że Daniel nie pasuje do tej roli. Trudno go sobie wyobrazić jako wdowca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Mogli go już zostawić zgodnie z pierwowzorem w roli narzeczonego, chociaż musieliby wtedy zmienić także zakończenie.

      Usuń
  2. Nie czytałam ani książki ani nie widziałam filmu, ale z Twojej recenzji rzeczywiście wynika, że Radcliff do tej roli nie pasuje, masz rację jest zbyt dziecinny z wyglądu. Ja przyznam iż mam chrapkę na te starsze powieście o duchach. Horrorów drastycznych, ociekających okrucieństwem i krwią nie lubię i od nich stronię, ale opowieści o duchach to co innego. Dlatego tak bardzo podobał mi się film "Inni" z Nicole Kidman, ale jeśli będziesz oglądała go po raz pierwszy to także będziesz momentami zasłaniała oczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aneta, "Innych" widziałam daaawno temu, jeszcze kiedy leciał w kinie, to jeden z najlepszych filmów o duchach, jakie nakręcono, moim zdaniem :)

      Usuń
  3. Ostatnio oglądaliśmy tą wersję z Harrym na angielskim. Matko, straszne to!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Straszne, bo straszy, czy straszne bo takie złe?

      Usuń
  4. Jestem bardzo ciekawa tej powieści. Susan Hill znam z prozy psychologicznej póki co ("Ptak nocy" i "Jestem królem zamku" - obie warte uwagi) i zastanawiało mnie, czym okaże się "Kobieta w czerni". A to gotyk! :)
    Czy powieść ma jakikolwiek związek z "Kobietą w bieli" Collinsa? Bo czytałaś obie z tego co kojarzę, a dla mnie to intrygująca kwestia, takie podobne tytuły ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja chętnie bym przeczytała "Jestem królem zamku".
      Z kobiety - w bieli i czerni - nie mają ze sobą nic wspólnego. Żadnych nawiązań do Collinsa nie zauważyłam, ale obie książki dobre :)

      Usuń
  5. Jakiś tydzień temu widziałam najnowszą ekranizację - już sama czołówka, a właściwie sam napis, że to pod egidą wytwórni Hammer - i byłam zachwycona! No bo pamiętam ekranizacje opowiadań EA Poe z Vincentem Price'em.
    Nie chciałam się przyznać mężowi (bo oglądaliśmy we dwójkę), ale niektóre sceny przyprawiły mnie o gęsią skórkę. Radcliff rzeczywiście troszkę nie pasował, ale biorę poprawkę na to, że ludzie wyglądają na starszych/młodszych etc. Jedyny minus filmu - to wchodzenie i schodzenie ze schodów, oj, przydługie to było.
    Zdjęcia na prawdę bardzo ładne, nastrojowe. A tego maleństwa (w błocie) na prawdę było mi żal i myślałam, że (znowu) się popłaczę (bo na filmach to płaczę jak bóbr).
    Jeśli chodzi o 'W kleszczach lęku' - niezbyt mi się podobała książka. Teraz mi się rozmyła i pamiętam tylko, że ktoś tam był rudy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 'W kleszczach lęku' czytałam tak dawno, że rozmyło mi się wszystko doszczętnie, ale też pamiętam, że mi się nie spodobała - z tym, że biorę poprawkę, że teraz może bym ją odebrała inaczej. Ale może nie ;)
      A schodów w filmie nie pamiętam, tzn. pamiętam, ze były, ale chyba nie zwróciłam uwagi na latanie po nich ;)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Z wizytą u Sienkiewicza. Cztery Marie.

Królewna Śmieszka

Literatura na ekrany! - Cykl o Ani z Zielonego Wzgórza (cz. 2)