27 listopada 2011

Jęcząca Martha

Martha Quest to prawdopodobnie najbardziej irytująca bohaterka, jaką miałam wątpliwą przyjemność poznać.

Doris Lessing
Martha Quest
Albatros 2008

Coś mi nie po drodze z panią Lessing. To już drugie moje podejście do jej powieści i trudno mi je zaliczyć do udanych.

Siedemnastoletnią Marthę poznajemy, kiedy mieszka ze swoimi rodzicami w brytyjskiej kolonii w Afryce Południowej. Ma nieokreślone, ale wielkie aspiracje, a przede wszystkim chce się wyrwać z domu. Od ojca, hipochondryka, weterana pierwszej wojny światowej, wiecznie wspominającego walkę, i - zwłaszcza - od matki, której serdecznie nie znosi, buntując się przeciw wszystkim głoszonym przez nią wartościom. Martha czuje, że odstaje od swoich zaściankowych rodziców i sąsiadów. Uważa się za przeciwną rasizmowi i wyzyskowi Czarnych w kolonii, czyta lewicowe lektury. Szczęśliwie udaje jej się dostać pracę w mieście, gdzie się przenosi, a tam szybko wpada w towarzystwo rówieśników, które spędza czas na zabawach i pijaństwie.

Martha została przez pisarkę odmalowana bardzo plastycznie, niemniej jest postacią, którą ciężko mi znieść. Z jednej strony czuje się lepsza od innych, aspiruje do bycia ponad zwykłym codziennym życiem (czy to na farmie, czy w mieście). Praca sekretarki to dla niej za mało, choć nie ma do niej żadnych kwalifikacji; zabawy w klubie wywołują u niej niechęć, a jednak nieustannie bierze w nich udział. Z drugiej strony - mimo tych wewnętrznych, skrywanych odczuć, nie próbuje brać losu w swoje ręce. Płynie z prądem, popychana przez innych ludzi to z jednej, to z drugiej strony.

Nie kontynuuje edukacji, właściwie sama nie wie dlaczego, bo jakoś tak wyszło. Podejmuje pracę, bo znalazł ją dla niej znajomy. Chodzi do klubów, bo tak wypada zbuntowanym młodym ludziom. Spotyka się z Donovanem, bo tak sobie życzy matka. Z ramion Donovana płynnie przechodzi w ramiona Perry'ego - właściwie nie wiadomo czemu, chyba dlatego, że on miał taką chęć. 

"Martha została przez Donovana wysadzona przy krawężniku, ale to Perry odprowadził ją pod drzwi i pocałował; z czego zrozumiała, że jest teraz dziewczyną Perry'ego, a nie Donovana."

I tak dalej, aż wreszcie ląduje na ślubnym kobiercu, też nie wie dlaczego. Czuje, że tego nie chce, ale nie potrafi podjąć żadnej akcji. Jedyne, co wie, to że jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby się gdzie indziej urodziła. Truizm, ale jakże typowy dla wieku nastoletniego.

"Bo nie było wątpliwości, że całe jej niezadowolenie wynikało z tego, że zasługiwała na coś, czego od życia nie dostała".

"Martha Quest" to pierwszy tom cyklu, więc domyślam się, że w kolejnych następuje przemiana bohaterki. Szkoda, że na okładce brak informacji, że jest to tylko pierwszy tom, bo jako zamknięta całość powieść jest właściwie o niczym. Męczyłam się strasznie, czytając, prawie zmuszałam się, żeby znów wziąć książkę do ręki. Ponad połowa treści jest tym, jak Martha bywała na potańcówkach, to z jednym, to z innym mężczyzną, była niezadowolona, ale udawała zadowoloną, a naprawdę to wszystko ją nudziło, bo ona była ponad to. Uh... Dlatego, mimo że chciałabym wiedzieć, czy Martha "wyjdzie na ludzi", nie podejmę się czytania kontynuacji.

"Martha Quest (...) była albo znudzoną, pochmurną i krytycznie nastawioną młodą kobietą z wymuszonym uśmiechem, albo rozgadaną gąską, śmiejącą się głośno i sztucznie."

Drugi minus, który widzę w książce, to powtarzalność. Poprzednio czytałam opowieść Lessing o jej rodzicach pt. "Alfred i Emily". Okazało się, że rodzice Marthy są identyczni jak rodzice Lessing, nawet imiona mają te same (zresztą Martha też nosi wyraźne cechy Doris). Jeśli w trzeciej książce, po którą sięgnę, opisani będą znów tacy sami ludzie, zacznę podejrzewać, że albo pisarka nie potrafi stworzyć nic nowego, albo ma jakiś gigantyczny kompleks na tle swojej rodziny.

Trzeci z subiektywnych minusów to styl Lessing. Mnie osobiście on po prostu nie pasuje, jest zbyt chaotyczny, czasem miałam wrażenie, że jedno zdanie nie łączy się nijak z drugim. Przez pierwsze 50 stron muszę przystosować swój umysł do jej sposobu opowiadania, a podobno Lessing jest chwalona za prostotę...

To nie jest zła książka. Jeśli ktoś lubi powieści psychologiczno-obyczajowe bardziej niż ja, pewnie będzie zadowolony. Jej niewątpliwym plusem jest opis życia w afrykańskiej kolonii w latach 30. XX w. i doskonale oddana atmosfera narastającego podniecenia związanego z poczynaniami Hitlera i przewidywaną wojną. Wzbudza uczucia u czytelnika, nawet jeśli u mnie była to głównie irytacja. Stawia pytania. Nie zmienia to jednak faktu, że skończyłam ją czytać z okrzykiem "Nareszcie!".

13 komentarzy:

  1. Już nawet zaczęło się źle... Afryka Południowa mnie nie interesuje, a książki o zbuntowanych nastolatkach nudzą.
    Zdecydowanie nie dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tło historyczne jak najbardziej intryguje. Poczynania rozkapryszonej nastolatki już mniej. W połączeniu z przewidywalnością i mało ciekawym stylem autorki powstaje nam powieść, na którą po prostu szkoda czasu. Dzięki za ostrzeżenie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tomek - mnie fascynuje Afryka i głównie z tego względu sięgnęłam po tę książkę. No i obiecałam sobie dać Lessing jeszcze jedną szansę (po poprzednim niezbyt udanym doświadczeniu z Alfredem i Emily). Za to zbuntowanych nastolatków też nie mogę znieść, ani w życiu, ani w literaturze.

    Ala - jako że Lessing dostała nagrodę Nobla nie czuję się kompetentna oceniać jej styl. Mnie się on nie podoba, ale coś w nim widać jest, skoro została uhonorowaną TAKĄ nagrodą. Wśród blogerek jest kilka wielbicielek tej powieści, więc nie zniechęcaj się za łatwo ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zdecydowanie nie dla mnie....raczej się nie skusze :-(

    OdpowiedzUsuń
  5. Lubię "Marthę Quest", lubię wszystkie powieści Leesing, które czytałam. Na razie nie dałam rady z jedną, ale na pewno do niej wrócę.
    Mnie właśnie styl pisarski Doris Lessing bardzo przypadł do gustu - nie jest chaotyczny (w moim oczywiście odczuciu), ale taki - poetycki - nie wiem, jak określić. Działa na mnie kojąco. A Ciebie denerwuje... Czyli prawdą jest, że różni ludzie mają różne oczekiwania.... Można powiedzieć, że moje zostały w prozie Lessing całkowicie zaspokojone. ;)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobra recenzja, lubię widzieć słabości książki zanim się zdecyduję na lekturę:) Ale tym razem raczej na pewno odpuszczę...

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy27.11.11

    Też mi sie wydaje, ze ta Lessing jest jakas taka ... nudnawa?
    Pozdrawiam: www.mojeksiazki.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  8. Widzę, że obie miałyśmy ostatnio męczące lektury ;)

    Zbuntowane nastolatki to jedna z najbardziej irytujących rzeczy w ludzkości ;) a z roku na rok jest coraz gorzej! Gadam, jak stara baba :D

    OdpowiedzUsuń
  9. O, wiedzę, że masz odwagę krytykować wielką panią eL:)
    Czytałam jej "Dziennik przetrwania", to była książka o niczym. Czytało się źle. Gniot to był kompletny, ale kiedykolwiek tylko się wychylę, że mi się nie podobało, to jest piętnaście komentarzy, jak mogło mi się mogło nie podobać i nie znam się na literaturze, w najlepszym wypadku mogłam się nie chwalić, że mi się nie podobało, bo widać - nie zrozumiałam głębi.
    Z Lessing, która dla mnie jest autorką kiepską, snobką i ksenofobką (chyba właściwie polakofobką), nie chcę mieć nic wspólnego.

    OdpowiedzUsuń
  10. Pisanyinaczej - nie zachęcam.

    Beatrix - cieszę się, że choć jedna osoba się znalazła (w komentarzach), która ma odmienną opinię, bo już się zaczęłam obawiać, że zniechęcam ludzkość do znajomości z noblistką. A jednak każdy powinien sam sprawdzać, co mu pasuje, bo jak widać na przykładzie 'Marthy' - ta sama książka może wzbudzać skrajnie różne opinie.

    Z książką w wannie - to, co ja uważam za słabości, kto inny mógłby uznać za zalety, więc nie odpuszczaj zbyt łatwo ;)

    Mojeksiazki - dla mnie jest (może to warunek otrzymania Nobla, wielu laureatów przynudza), ale czytałam tylko dwie książki z kilkudziesięciu jej autorstwa, więc powstrzymam się z wydawaniem ostatecznych sądów.

    OdpowiedzUsuń
  11. Przyjemnostki - tak się jakoś złożyło ;) Ja niestety też jestem uczulona na nastolatki. Chociaż dobrze pamiętam, że sama też byłam irytująca - nawet samą siebie irytowałam ;)

    Agata Adelajda - nie umiem udawać, że zachwyca, skoro nie zachwyca. Przyznaję, że daję Lessing kredyt ze względu na Nobla i dlatego zamierzam przeczytać jeszcze jedną jej książkę (Piąte dziecko) - w końcu do trzech razy sztuka. Ale jak mi się nie spodoba, to będzie definitywny koniec znajomości. Jak dotąd niczym mnie nie zachwyciła.

    OdpowiedzUsuń
  12. Mi również z tą pisarką nie po drodze. Co pewien czas wypożyczam z biblioteki jakaś jej książkę i oddaję prawię nietkniętą.
    Wydaję mi się, że styl tej autorki raczej do mnie nie przemówi, ale trzeba jej przyznać, że mam bardzo dobry warsztat i specyfikę prowadzenia narracji :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Biedronka - pod specyfiką prowadzenia narracji mogę się obiema rekami podpisać - jej proza jest bardzo charakterystyczna. Zamierzam dać jej ostatnią szansę, może wreszcie trafię na coś bez jej rodziców. Ale jak mi się nie spodoba - trudno, nie ma obowiązku lubienia noblistów ;)

    OdpowiedzUsuń

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...