Podręczny zestaw superbohaterów

John Carter

John Carter, reklamowany z wyprzedzeniem jako wydarzenie sezonu, przeszedł przez kina niemal bez echa. Nie mogę się temu dziwić.

Po pierwsze - główny bohater jest boleśnie nijaki. W scenariuszu nie zapewniono mu wystarczająco fascynującej osobowości, a casting przeprowadzono chyba według kryterium: "ma ładnie wyglądać z długimi włosami". Trudno się do niego przywiązać, bo nie wzbudza żadnych uczuć, chyba że irytację. Gdyby pozwolono nam zadać jakieś pytanie bohaterowi, brzmiałoby ono chyba: "Ale o co właściwie ci chodzi, człowieku?".

Po drugie - znaczna przewaga efektów specjalnych nad fabułą. O ile część dziejąca się na Ziemi w XIX w. jest dość intrygująco pomyślana, to historyjka z Marsa jest banalna do bólu. Mieszanka "Gwiezdnych wojen" z "Avatarem". Trochę fantazyjnych zielonych stworków i piękna wojownicza księżniczka, która ma być wydana za niesympatycznego typa, a zakochuje się w naszym bohaterze. Wizualnie ładne to było, ale nic więcej. Jedyny plus tej części to piesek z Marsa - uroczy.

Stracona szansa. Mogło być dzieło kultowe, a wyszła nudnawa bajka. Może spodobać się starszym dzieciom / młodszym nastolatkom.

Conan Barbarzyńca


Dla Jasona Momoa mogę znieść wiele. Z tym hasłem podjęłam próbę obejrzenia Conana Barbarzyńcy. Od razu wyjaśniam, że pierwowzoru książkowego nie znam, a co gorsza nie widziałam nawet wersji z gubernatorem Arnoldem. Ale wiem, o co w niej chodziło, bo obejrzałam adekwatny odcinek Nostalgicznego Krytyka na youtube (swoją drogą polecam).

To, czym się nowy Conan nie różni od starego, to spora dawka absurdów - np. niewiarygodnie szybki i skuteczny zabieg cesarskiego cięcia wykonany sztyletem na polu bitwy. Całe szczęście, ze atakujący wrogowie taktownie postanowili nie przeszkadzać i kurcgalopkiem przenieśli się na drugi plan. Trzeba chyba być pozbawionym poczucia humoru, żeby obejrzeć cały ten film na poważnie. Na szczęście wentyl w postaci prywatnych komentarzy z offu pozwolił nam pełniej docenić dzieło. Zresztą, fabularnie nie był nawet taki zły - co wnioskuję na podstawie tych nieczęstych momentów, kiedy miałam otwarte oczy. Zamykałam je, żeby nie widzieć niewiarygodnej ilości komputerowych trójwymiarowych flaków latających po ekranie.

Dobrze zagrany. Barbarzyńca był rzetelnie barbarzyński, czasem robił wrażenie autystycznego psychopaty, ale równoważył to wyglądem ;) Ukochana Conana, Tamara, jak zwykle w amerykańskich superprodukcjach - ładna i kompletnie nijaka. Twarz nie do zapamiętania. Świetna za to wiedźma Marique.

Film raczej dla bezkrytycznych wielbicieli Conana. I Jasona Momoa :)

Komentarze

  1. Buahahaha, poległam przy autystycznym psychopacie! Żenujące te filmiki - czy naprawdę ludziom chce się kręcić takie wtórne i nijakie historie? :/
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widocznie się chce. Wśród producentów w Hollywood dominuje niczym nie zmącona wiara w to, że efekty specjalne są ważniejsze niż scenariusz i aktorzy. Czytałam jakiś wywiad z reżyserem, który skarżył się, ze na film nie 3D ciężko jest zdobyć sponsora (nie dotyczy to bardzo znanych reżyserów, bo wiadomo, ze na ich filmy ludzie i tak pójdą do kin).
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Ja zakochana w Conanie - Arnoldzie, nie mogła znieść tej szmiry w 3D... Nie iem po co dotykać klasyki... Nigdy to na dobre nie wyszło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się, ze twórcom niekoniecznie chodziło o ulepszenie klasyki. Raczej o zarobek na fanach pierwowzoru...

      Usuń
  3. Ja po seansie conanowym Cartera sobie darowałem :D

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Z wizytą u Sienkiewicza. Cztery Marie.

Królewna Śmieszka

Literatura na ekrany! - Cykl o Ani z Zielonego Wzgórza (cz. 2)