9 stycznia 2011

Filmowy Nowy Rok - część 3.

To ostatnia część podsumowania filmowego początku roku - zaskakująco zresztą dobrego. Tym razem dwa filmy w jednym wpisie, bo, jak się okazało, oba mają bardzo dużo wspólnego, chociaż nie miałam o tym pojęcia, kiedy wybrałam je do obejrzenia. Oba to filmy jednego aktora - w przypadku Pogrzebanego nawet bardzo dosłownie. W obu niby niewiele się dzieje - więcej w głowie niż na ekranie. Bohaterowie znajdują się w sytuacjach,  z których rozpaczliwie próbują się uwolnić. W obu też wydaje się, że są tylko dwie opcje zakończeń: bohater umrze albo przeżyje. Tymczasem i Cortesowi, i Corbijnowi udało się wybrnąć świetnie z tych pozornych "oczywistości", tworząc zakończenia z naprawdę niezłym podkręceniem.


Pogrzebany / Buried
reż. Rodrigo Cortés,
Francja, Hiszpania, USA 2010.

Bardzo się zastanawiałam przed seansem, jak można nakręcić trzymający w napięciu film, który w całości rozgrywa się w drewnianym pudle zakopanym w ziemi. Otóż można, a żeby się dowiedzieć, jak, wystarczy go obejrzeć :)

Kiedy Paul Conroy (świetny Ryan Reynolds) odzyskuje przytomność, okazuje się, że został zamknięty w trumnie i zakopany pod ziemią. Ma przy sobie tylko kilka akcesoriów, w tym komórkę. Jego przyszłość jest ograniczona zasobem tlenu i trwałością baterii telefonicznej. Nie wiedząc, gdzie dokładnie się znajduje i ile czasu mu pozostało, próbuje sprowadzić pomoc.

Nie zdradzę niczego więcej - ani kim jest Paul, ani gdzie się znajduje (poza tym, że w skrzyni) i dlaczego - bo najlepiej odkrywać to samemu. Przyznam, że historia jeży włos na głowie i poważnie się zastanawiam, jak duża jej część oparta jest na faktach (nie chodzi o samego bohatera czy zakopanie w ziemi, ale o zachowania ludzi i instytucji, w których pomoc Paul ma prawo wierzyć).

Obejrzyjcie koniecznie, jeśli nie cierpicie na klaustrofobię.



Amerykanin / The American
reż. Anton Corbijn, USA 2010

Plakat Amerykanina może wprowadzać w błąd. Sugeruje film bliski produkcjom z agentem 007 -  oto strzelający na prawo i lewo płatny zabójca we Włoszech i piękna kobieta jako jego tło. Tymczasem film jest bardzo statyczny. Więcej w nim milczenia i muzyki niż strzałów i dialogów. Ma bardzo wyraźne ambicje "kina europejskiego" - i chociaż aspiracje twórców chyba nie do końca zostały zrealizowane, to jednak film wyraźnie odstaje od typowych produkcji amerykańskich.

Jack (George Clooney) jest płatnym zabójcą, świetnym w swoim fachu. Kiedy orientuje się, że ktoś wpadł na jego trop, pracodawca wysyła go do małego miasteczka we Włoszech. Tam Jack poznaje księdza Benedetto i wdaje się w romans z prostytutką. Nie potrafi jednak odnaleźć spokoju - w jego zawodzie przeszłość jest bardzo lepka, nie można zostawić jej poza sobą. Jack otrzymuje kolejne zlecenie, po którym chce zacząć nowe życie, jednak ktoś o wrogich zamiarach odnajduje go w tym pozornie oddalonym od świata miejscu.

Nie do końca uszczęśliwił mnie George Clooney w roli Jacka. Bardzo go lubię, ale raczej w rolach z lekkim przymrużeniem oka, typu Ocean 11. Ten film wymagał subtelnej gry twarzą, tymczasem Clooney utrzymywał statyczną maskę i mimo szalenie męskiego wyglądu nie do końca mnie przekonał (w niektórych scenach nieco bardziej, w innych mniej). Chociaż może to właśnie wina ról w jakich widywałam go do tej pory - cały czas oczekiwałam, że się w końcu kpiąco uśmiechnie. Poza tym, jeśli miałabym się jeszcze do czegoś przyczepić, niepokojąca była jednoznaczna sympatia, jaką widz zaczynał odczuwać dla Jacka, który był bądź co bądź bezwzględnym  zabójcą. Wolałabym, by jego postać została zbudowana bardziej wielowymiarowo.

Film jednak polecam, także wielbicielom Włoch. Ja, oglądając, miałam ochotę rzucić wszystko i natychmiast przeprowadzić się do miasteczka, w którym rozgrywa się akcja.


5 komentarzy:

  1. Ojej. Ten pierwszy film... z jednej strony przerażający ale... muszę go obejrzeć! Krążyła kiedyś taka historia, że dziewczynę zamknięto w trumnie (myśleli że nie żyje, a to była jakaś śpiączka :D ), w trakcie pogrzebu zaczęła walić w wieko, otworzyli ją a ona wzięła taki głęboki wdech, że się udusiła... No ale ile w tym prawdy - nie wiadomo :D

    OdpowiedzUsuń
  2. "Pogrzebanego" chciałąm obejrzeć dopóki nie dowiedzialam sie, jak sie konczy. Teraz chyba juz nie chce. To jakos nie na moje nerwy, mimo wszystko, ale za to Clooney kusi:D

    OdpowiedzUsuń
  3. Również polecam "Pogrzebanego" osobom, które nie mają problemów z małymi przestrzeniami. "Amerykanina" obejrzę na pewno. Tylko czekam na właściwy moment:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oba filmiki się na mojej liście "do zobaczenia" znajdują i pewnie, jak to zwykle bywa, zobaczę je w 2012 dopiero;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Szfagree - zdaje się, że sporo takich historii krąży. Mnie kiedyś uraczono taką historią, że kiedyś przy poszerzaniu istniejącego grobu dokopano się do szkieletu i okazało się, że zamiast leżeć tak, jak ciało zakopano - na wznak, leży skulony w rogu... Jakieś ziarno prawdy pewnie tki w tych opowieściach. Ale wolę nie analizować zbyt dokładnie.

    Scathach - a nie, oglądanie tego filmu, jak już się zna zakończenie, to zupełnie nie to samo...

    Milvanna - w takim razie życzę nadejścia właściwego momentu we właściwym momencie :)

    Podsłuch - heh, ja te, które mam na liście do obejrzenia tez na ogół oglądam jako ostatnie :)

    OdpowiedzUsuń

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...