29 listopada 2010

Jesteś tym, co jesz

Gillian McKeith
You are what you eat
Penguin Books 2004
ss. 224


Ostatnio jestem do tego stopnia zapracowana, że nie mam już nawet z czego kraść czasu na czytanie książek. Pozaczynane książki leżą jak wyrzut sumienia, stosik stoi jak stał. A nawet nieco się powiększył. Jedyne co udało mi się przeczytać to angielski poradnik żywieniowy, ale to tylko dlatego, że mam obsesję zdrowożywieniową* i nie przepuszczę żadnemu dziełu na ten temat. (No, dobra, obsesję jak obsesję, czytałam go zagryzając czekoladą  - ale mam ją na punkcie czytania na temat, a niekoniecznie wdrażania w życie ;) ).  

Nie zajął mi wiele czasu, bo raz - wydany jest w sposób typowo angielski, czyli całą grubość robią zdjęcia, gramatura papieru i fikuśny układ tekstu**, dwa - naprawdę czytałam i wiem sporo na ten temat, a sięgałam do bardziej konkretnych publikacji (dot. pięciu przemian, ajurwedy i makrobiotyki, mam nawet podręcznik dla żywieniowców, chociaż z moim wykształceniem nie ma to nic wspólnego), więc nie musiałam jakoś przesadnie długo analizować treści.

Dr. Gilian McKeith jest, można powiedzieć, celebrytką, bo prowadzi w Anglii telewizyjny program You Are What You Eat, w którym - jak zdołałam zrozumieć - wprowadza zmiany na lepsze w jadłospisie i trybie życia ludzi dotychczas obarczonych licznymi chorobami i otyłością, z pozytywnym skutkiem. Poza byciem gwiazdą jednakże pani McKeith ma także doktorat z żywienia holistycznego, oraz doświadczenia z własnej młodości dotyczące właśnie poprawy zdrowia dzięki zmianie diety, co czyni ją dla mnie osobą wiarygodną.

Zasady, które prezentuje w swojej książce, są naprawdę zdroworozsądkowe, nie ma tu żadnych wielkich rewolucji i nowych teorii: warzywa, owoce, zwłaszcza surowe, zdrowe tłuszcze, ryby, woda, ograniczenie czerwonego mięsa. Chociaż może jest to rewolucja dla Anglików. Ze swojego pobytu w Anglii zapamiętałam potężne zamrażarki w supermarketach zapełnione gotowymi daniami do odgrzania w mikrofalach. Jeśli ktoś je na śniadanie doughnouts, na lunch czipsy z octem, a na obiad danie z mikrofali, to przerzucenie się na warzywa i owoce 5xdziennie może być szokiem dla organizmu. W każdym razie każdy, kto do tej pory nie przywiązywał wagi do tego, co w siebie pakuje, a chciałby to zmienić, może skorzystać z porad dr. McKeith. Poradnik ma przejrzysty układ, zasady, co jeść i czego unikać, są wyraźnie wypunktowane, łatwo znaleźć potrzebne informacje, a wszystko jest okraszone krzepiącymi historyjkami z życia pacjentów, którzy dietę stosowali.  Mnie osobiście zainteresował jednodniowy detoks, dla wspomożenia wątroby, który pewnie wypróbuję. Bardzo spodobał mi się też rozdział o znakach, jakie daje nam organizm, kiedy czegoś mu brakuje, a których często nie rozpoznajemy lub wręcz uznajemy za objawy choroby i próbujemy leczyć farmakologicznie. Wiele może powiedzieć  wygląd np. naszego języka, paznokci, skóry czy włosów. Udało mi się tu znaleźć kilka informacji, których do tej pory bezskutecznie poszukiwałam.

Nie spodobała mi się zbyt wielka miłość do suplementów. W przypadku konkretnych dolegliwości lub niedoborów podawane są nie tylko potrawy, które powinno się jeść, ale także suplementy, które powinno się (lub można) łykać. Ja akurat jestem wyjątkowo niechętna wrzucaniu w siebie kolorowych pigułek, ale podejrzewam, ze wielu czytelników może wybrać drogę na skróty i zamiast ograniczać śmieciowe żarcie, dorzuci sobie do niego odpowiednie tabletki. Drugi minus - za informację, że witamina B12 występuje w algach. Na razie nie ma na to żadnych dowodów, chociaż wegetarianie modlą się o to gorąco - wszystko wskazuje raczej na to, że w algach są nieaktywne formy tej witaminy, a jak ktoś naukowo wykaże inaczej, to sama go ozłocę.

Podejrzewam, że prędzej czy później program i książka trafią też na polski rynek (jeśli dotąd się to jeszcze nie stało, w kwestii telewizji jestem zupełnie niezorientowana), ale póki co zachęcam do czytania w oryginale wszystkich zainteresowanych (język jest bardzo przystępny, powinien być zrozumiały także dla tych, którzy dopiero przymierzają się do literatury po angielsku).


* Poza tym, że mam obsesję, mam też to szczęście, że z natury lubię rzeczy uznawane za zdrowe (owoce i warzywa), a takie np. chrupki, chipsy i frytki nigdy mi nie wchodziły, w związku z tym czytanie o zdrowym jedzeniu = czytanie o dobrym jedzeniu dla mnie :). (Czekolada jest oczywiście wyjątkiem, ale hej, przecież czekolada jest zdrowa - endorfiny podnosi i tak dalej).
** Nie jest to krytyka - całość prezentuje się naprawdę ładnie, kolorowo i ma szansę przetrwać dłuższe użytkowanie.

9 komentarzy:

  1. Mam tę książkę, wygrzebałam z pudła z książkami w taniej odzieży. Też mam lekką obsesję zdrowożywieniową, więc nie mogłam przegapić takiej okazji. ;) Jeszcze nie zgłębiłam dokładnie rad dr McKeith, ale wydają się rozsądne i inspirujące. :)
    ps. Jej program widziałam gdzieś w polskiej telewizji, na tvnstyle czy też polsatcafe...

    OdpowiedzUsuń
  2. ja długo oglądałam jej program... bardzo mi się podobał :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jej programy już były w polskiej tv - parę lat temu, i to nie tylko w TVN Style, ale i w TVP2.
    Ja mam jej dwie książki - "Program doskonałego zdrowia" i "Encyklopedię żywienia".

    OdpowiedzUsuń
  4. Lili - to prawda, rady są właśnie inspirujące - mimo że sporo wiem o zdrowym żywieniu ta lektura zachęciła mnie do kilku pozytywnych zmian. Podejrzewam, ze program mógłby być jeszcze bardziej przekonujący.

    Isabelle - podejrzewam, ze przed programem bym ugrzęzła na długo. Moja mania objawiłaby się w pełni ;)

    Mania czytania - ech, a ja się od 5 lat obywam bez telewizora i zupełnie już straciłam rozeznanie w programach TV. Ale bardzo podejrzane, że mi jej książki wcześniej nie wpadły w ręce, skoro są po polsku wydane - będę to musiała nadrobić :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj, są po polsku i to już od kilku lat, "Jesteś tym, co jesz" też. "Encyklopedia żywienia" została wydana w ubiegłym roku (dostałam ją na urodziny w grudniu).

    Jeśli chodzi o suplementację diety witaminami i innymi "pastylkami" to taka jest opinia brytyjskich dietetyków już od jakiegoś czasu, mam jeszcze książkę "Smak zdrowia" Patricka Holforda i tam tez jest dużo na ten temat.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mania czytania - poszukam :) Uwielbiam czytać takie rzeczy :) Zastanawiam się, czy w polskie tłumaczenia dostosowali do polskich realiów, bo w angielskiej wersji było trochę odwołań do produktów dostępnych tylko na tamtejszym rynku.
    Co do suplementów, to chyba samo środowisko medyczne jest podzielone, ja ostatnio dość często stykam się z informacjami (w tekstach naukowych, które redaguję), że skutki uboczne są nie do końca poznane i że zdrowy człowiek nie powinien sobie aplikować multiwitamin profilaktycznie. Ale pewnie ilu naukowców, tyle opinii.

    OdpowiedzUsuń
  7. a ja jakoś nigdy nie przepadałam za tego typu poradnikami, nie mam na tyle silnych postanowień, żeby wdrożyć w życie zawarte w książce rady.

    OdpowiedzUsuń
  8. Też się interesuję zdrowym odżywianiem i w ogóle zdrowym trybem życia, więc wiem o co chodzi w tej książce. Masz rację, że nic odkrywczego tam nie znajdziemy. Wszystko to, co każdy rozsądny człowiek powinien wiedzieć :)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Tajemnica - jeśli nie ma się chęci wprowadzania zmian, to poradniki są raczej mało przydatne ;) Ale jeśli ktoś czuje potrzebę przerzucenia się na zdrowsze jedzenie, a nie wie jak to zrobić, to książka będzie jak znalazł :)

    Przyjemnostki - każdy rozsądny pewnie tak, ale jest mnóstwo nierozsądnych ;) albo niezainteresowanych tematem i tym się na pewno przyda. Podejrzewam, że są ludzie, dla których te informacje będą nowością. A dla zorientowanych w temacie to nie najgorszy sposób na usystematyzowanie tych wszystkich rozlicznych zasad :)

    OdpowiedzUsuń

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...