1 grudnia 2010

Nie wszystko czerwone, co się świeci


Joanna Chmielewska
Byczki w pomidorach
Klin 2010
ss. 434

Wszystko czerwone Joanny Chmielewskiej było bodajże pierwszym "dorosłym kryminałem", jaki przeczytałam w wieku wczesnonastoletnim -  pamiętam, że przy czytaniu spadłam ze śmiechu z krzesła. Mam do niego ogromny sentyment i zresztą do dziś zdarza mi się go podczytywać, chociaż znam go niemal na pamięć i nieco już wyrosłam z książek tej Autorki - maniera językowa, która kiedyś mnie bawiła, teraz  trochę irytuje. Przez dekadę byłam jednak zaprzysięgłą fanką Chmielewskiej, potem kolejne pojawiające się książki, począwszy chyba od Złotej muchy, były coraz gorsze, więc przestałam je czytać. Uległam jednak Byczkom w pomidorach, bo to niejako dalszy ciąg Wszystkiego czerwonego.

Dla niewtajemniczonych: Wszystko czerwone rozgrywa się w Danii, w domu Alicji Hansen, która jest przyjaciółką narratorki (czyli Joanny, alter ego Autorki). Podczas przyjęcia w domu gospodyni jeden z jej gości zostaje zamordowany, a główni podejrzani to uczestnicy imprezy - sami dobrzy znajomi, co to niby wszystko o sobie wiedzą. Joanna i Alicja próbują wydedukować, kto z tego grona jest zabójcą, a jest to wyścig z czasem, bo pojawiają się kolejne ofiary.

Alicja jest postacią autentyczną (podobnie jak inni pojawiający się w książce bohaterowie, choć same wydarzenia są fikcją) i rzeczywiście budzącą ogromną sympatię swoją gościnnością i szalonym roztargnieniem. Można o niej poczytać także w Autobiografii Chmielewskiej. Podejrzewam, że Byczki w pomidorach są swego rodzaju pośmiertnym trybutem dla przyjaciółki, powrotem jeszcze raz do domu, który już nie istnieje. Szkoda, że wyszło tak marnie - chyba tylko z sympatii dla Alicji udało mi się przebrnąć przez tę nie najcieńszą całość.

Akcja Byczków rozgrywa się jeszcze w czasach PRL-u, kilka lat po poprzednim morderstwie. Rozpoczyna się sceną jakby żywcem wyjętą ze Wszystkiego - znalezieniem fragmentu listu, bardzo dziwnego i niejasnego, a zapowiadającego czyjś przyjazd. Dalej jest oczywiście dom pełen gości, a następnie morderstwo jednego z nich. Zupełnie jak w pierwowzorze, tylko że, niestety, bez porównania słabiej. Nawet okładka kolorystyką, mam wrażenie, podczepia się pod Wszystko czerwone, chociaż może projektant miał skojarzenie - bardzo dosłowne - z tymi pomidorami od byczków. (Byczki zresztą nic wspólnego ze zwierzyną na okładce nie mają, bo są to takie PRL-owskie rybki w puszce. Pominę już litościwym milczeniem cały powieściowy wątek owych puszek, który można by swobodnie wyrzucić z treści bez żadnej szkody, a wręcz z pożytkiem dla akcji. Z równym sensem można by książkę zatytułować np. "Wszystko czarne" od ilości parzonej kawy, która w książce leje się strumieniami i niemal dominuje fabułę.)

Najgorsze jest to, że szwarccharakterem powieści jest, znielubiany przez wszystkich gości Alicji, Wacław, zwany wodolejem lub słowotokiem ze względu na to, że potrafi produkować się słownie bardzo długo, na każdy temat i całkiem bez sensu. Niestety, książka to dopiero jest wodolejstwo wysokiej klasy. Mniej więcej 90% treści wypełniają problemy natury kulinarnej, czyli co będzie na obiad, kto zrobi zakupy, czy mogą być ryby, których Alicja nie lubi, ale lubi Joanna i Olaf, czy przyjdzie żarłok Marianek i pożre wszystko i gdzie w związku z tym należy schować nabyte produkty, co kto z gości przyniesie od siebie i czy akurat jest pora na obiad czy na kaweote. Gdyby wyrzucić jakieś 3/4 treści, powstałoby zdecydowanie zgrabniejsze czytadło.

Bohaterowie, poza tym że nieustannie jedzą,  także nieustannie ględzą, nie wiadomo o czym: o jedzeniu, o tym, czy Joanna woli swojego obecnego konkubenta, czy byłego męża i dlaczego, czy krzaki w ogrodzie trzeba wyciąć czy uporządkować i kogo z gości ulokować w którym pokoju. Posługują się przy tym swoistą grypserą, wszyscy taką samą, personalizacji języka brak tu zupełnie (kryminały Chmielewskiej to może nie literatura wysokiej klasy, ale wyrazistości dawnym bohaterom nie można odmówić). Wszyscy DOBRZY bohaterowie mówią w ten sposób, bo źli rzecz jasna nie. Generalnie dobrych bohaterów można poznać po tym, że 1) uwielbiają Alicję, i uwielbiali ja zanim ją jeszcze zobaczyli po raz pierwszy, takoż uwielbiają innych uwielbiających Alicję, na tych samych zasadach oraz 2) wszyscy mówią w ten sam sposób - chaotycznie, używając dziwacznych metafor i porównań oraz nieustannie gubiąc wątek i przypominając sobie w zamian inny, o którym rozmawiali dwa dni temu. (Jak by raz usiedli wszyscy razem, powiedzieli, co wiedzą, to zagadkę rozwiązaliby od ręki, ale pewnie nie o to chodziło, więc wszystkie przydatne informacje bohaterowie zachowują dla siebie. Nawet jak któremu się wyrwie coś interesującego, to natychmiast zostaje zagłuszony pytaniami o kawę albo rozważaniami o naturze mężczyzn.) Źli bohaterowie nie wiedzą, że Alicję należy wielbić bezkrytycznie, że trzeba jej nieustannie parzyć kawę, że nie wolno zajmować jej świętego fotela oraz że jej krzesła ogrodowe są niewygodne, więc lepiej sobie przynieść stołeczek i ogólnie nie znają zasad panujących w jej domu, co jest grzechem niewybaczalnym. Sama uwielbiam Alicję, ale jednak takie podejście pachniało mi mocno kółeczkiem wzajemnej adoracji, łagodnie określając to zjawisko.

Gdyby chociaż zagadka kryminalna była porządna, nie czepiałabym się aż tak bardzo. Niestety od samego momentu morderstwa (poprzedzonego zresztą dwustu stronami wodolejstwa) osoba mordercy jest oczywista i rachityczne próby zmylenia czytelnika niczemu nie służą, bo innych podejrzanych brak. Policja, jak to ostatnio u Chmielewskiej bywa, uwielbia dzielić się z zamieszanymi w sprawę informacjami o przebiegu śledztwa (tu pojawia się pamiętny pan Muldgaard, który niestety stracił już swój czar). Morderca zachowuje się tak nielogicznie, jak to tylko możliwe, właściwie sensu jego poczynań nie da się odgadnąć (pewnie dlatego, że go nie mają), a co gorsza - motywu zbrodni również, mimo że całe grono gości Alicji (tych dobrych) intensywnie acz chaotycznie nad nim rozmyśla.

Na tym zakończę pastwienie się nad książką. Przebrnęłam przez nią całą z nadzieją, że coś mnie jednak zaskoczy, chociażby rozwiązanie zagadki, ale nic z tego. Niby nie spodziewałam się cudów, ale, ech, szkoda i żal. Wszystkim spragnionym powrotu do domu Alicji zamiast lektury Byczków polecam raczej odświeżenie sobie Wszystkiego czerwonego, a jeszcze lepiej - Autobiografii (Alicja pojawia się bodajże w 3. tomie).

11 komentarzy:

  1. No właśnie, też sie zawiodłam na Byczkach, też się nad nimi na blogu pastwiłam a na pocieszenie zaczęłam podczytywać Wszystko Czerwone... Jak już pisałam kiedyś, wolę zdecydowanie Starą Chmielewską. Z nowych - Depozyt był wart uwagi...A reszta - bleeee.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dabarai - pamiętam, czytałam, nawet komentarz zostawiłam :) Ja też z tych ostatnich lubię tylko Depozyt i, mniej, Harpie. Mają sporo wad typowych dla tych gorszych pozycji, ale jeszcze dają rade.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Byczków" nie czytałam, i pewnie nie sięgnę po nie, ale Chmielewską w latach wczesnonastoletnich byłam po prostu zachwycona. Pamiętam, że uwielbiałam właśnie "Wszystko czerwone" i "Krokodyla z kraju Karoliny" :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak już gdzieś napisałam z Chmielewską jest tak, że albo jej pisanie się lubi albo nie znosi. Ja należę do tej drugiej grupy ;)
    Po za tym bardzo ciekawa recenzja :) Inteligentna, obiektywna krytyka.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. To się zasmuciłam, że jest aż tak źle, bo miałam nadzieję, że może odgrzebując stary temat, autorka jakoś nadrobi ostatnie, gorsze powieści. Miałam ochotę przeczytać, ale mi przeszło. Nie będę sobie psuć dobrych wspomnień. Uwielbiam "Wszystko Czerwone". Przez tą książkę musiałam kiedyś wysiąść z autobusu w drodze do szkoły, bo wstyd mi było non stop chichotać:))

    OdpowiedzUsuń
  6. Też czytałam i tak sobie myślę, że Pani Chmielewska powinna przejść na zasłużoną emeryturę

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja w dalszym ciągu rozprawiam nad przeczytaniem, któregoś z dzieł tej autorki i jakos nie mogę sie przemóc.

    OdpowiedzUsuń
  8. Na Chmielewską jestem od jakiegoś czasu obrażona i się jeszcze nie "odbraziłam" :) ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Grendella - Krokodyl z kraju Karoliny też był super, ja chyba oprócz niego najbardziej lubiłam Całe zdanie nieboszczyka i Romans wszechczasów. Do tych będę wracać, do Byczków na pewno nie.

    Przyjemnostki - dziękuję, moja próżność została mile połechtana ;) Fakt, że Chmielewska wzbudza silne reakcje :) Ale myślę, że ostatnio pojawiła się nowa grupa, przynajmniej w blogosferze, czyli tych, którzy uwielbiają stare książki, a nie znoszą nowych.

    Marta :) Niestety przy Byczkach nie uśmiechnęłam się ani razu... Lepiej wrócić do starych.

    OdpowiedzUsuń
  10. Bśmietanka - jakkolwiek okrutnie to brzmi - to może lepiej by było. Chociaż z tego, co czytałam, fanklub Chmielewskiej (Towarzystwo Wszystko Chmielewskie, chyba) nadal kwitnie.

    Lena - to nie są książki, które koniecznie trzeba przeczytać. Ale jeśli kiedyś będziesz miała ochotę na coś lekkiego, łatwego w odbiorze i zabawnego, to polecam. Tylko sięgaj po te dawniejsze pozycje :)

    Tucha - gdzieżeś Ty się podziewała? Już się ostatnio zastanawiałam, czy Cię w jakąś książkę nie wessało :D A za co się obraziłaś na naszą pierwszą polską damę kryminału?

    OdpowiedzUsuń
  11. Miałam przeczytać "Byczki" przy okazji wyzwania "Kraje nordyckie", widzę, że dobrze się stało, że nie zdążyłam. Też wolę jej starsze powieści, mam wrażenie, że później Chmielewska straciła poczucie humoru, została tylko dziwaczna maniera wysławiania się.

    OdpowiedzUsuń

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...