Filmowe wycieczki z azjatyckim mianownikiem

Jakoś tak przypadkiem wyszła mi podróż w kierunku wschodnim - dwa filmy zrealizowane przez azjatyckich reżyserów, jeden osadzony na Bliskim Wschodzie. W kolejności podobania się:

Operacja Argo, reż. Ben Affleck, 2012 (5,5/6)

Operacja Argo dostała tyle nagród, że pisanie o tym, że mi się podobało, zakrawa o banał. Nie lubiłam Bena Afflecka jako aktora, wizualnie był dla mnie amerykańskim odpowiednikiem Ibisza, ale już dawno zmieniłam zdanie. Reżyserem jest znakomitym, każdy z jego trzech filmów to perełka, mam nadzieję, że jeszcze wiele przed nim. Operacja... to oparta na faktach historia agenta CIA, który ratuje pracowników amerykańskiej ambasady, uwięzionych w ogarniętym antyamerykańską gorączką Iranie, pod zwariowaną przykrywką kręcenia filmu przygodowego. Zasługą Afflecka jest głównie wierność faktom - wizualnie aktorzy są bardzo podobni to rzeczywistych bohaterów wydarzeń, a niektóre sceny są wiernym powtórzeniem zrobionych wówczas w Teheranie zdjęć. Historia jest tak niezwykła, że broni się sama, choć oczywiście gorszy reżyser mógłby ja całkiem popsuć, kręcąc laurkę o wspaniałych akcjach amerykańskich agentów. W dalszym ciągu moim ulubionym filmem tego gatunku, który uważam za niepodważalne arcydzieło, jest "Monachium", ale obejrzenie "Operacji Argo" również gorąco polecam. Scena startu samolotu - bezcenna.



"Życie Pi", reż. Ang Lee, 2012 (4,5/6)

Ang Lee to reżyser tej klasy, że nie mógł nakręcić bardzo złego filmu, ale przyznaję, że książka podobała mi się bardziej. Trochę zbyt ckliwie wyszedł ten film, choć wydaje mi się, że twórcy bardzo się starali uniknąć taniego melodramatyzmu. Uważam, że jednak warto najpierw przeczytać książkę, a ekranizację potraktować jako ilustracje do niej. Ilustracje niezwykłe, momentami ocierające się o granicę kiczu, ale - moim zdaniem - nieprzekraczające jej. Nie każdy zachód słońca nad morzem to kicz. Niebezpiecznie piękny jest ten ocean, tygrys dostojny, Pi malowniczy w swym obszarganiu, Indie kolorowe, morskie stworzenia niepojęte, ale jednak nie zemdliło mnie od nadmiaru uroku, więc źle nie było. Może lepiej by zrobiło fabule, gdyby całość nie była taka piękna, a bardziej w klimacie "Cast Away - poza światem" ale ostatecznie historia jest jak z baśni, więc i wizualna bajkowość pasuje. Nie trzeba oglądać, ale można, najlepiej na dużym ekranie.






"Stoker", reż. Chan-wook Park, 2013 (3/6)

Czytałam bardzo wiele opinii mówiących o "Stokerze' jako arcydziele, ale - wybaczcie - dla mnie to twór czekoladopodobny opakowany w wytworny złoty papierek. Ciekawy sposób narracji, rewelacyjne zdjęcia (w tym przypadku zdecydowanie dalekie od kiczu), oryginalny montaż, bardzo dobra scenografia, świetna muzyka - to ta błyszcząca otoczka. Fabuła to przyprawiająca o ból zębów zawartość złotka.

Reżyser ponoć bardzo znany, ale to jego pierwszy amerykański film, południowokoreańskich poprzedników nie miałam okazji oglądać, więc osobiście go nie znam. Na pewno zrobił co mógł, żeby z tak fatalnego scenariusza zrobić dobre kino, ale cudów nie ma. Wyszedł thriller klasy B minus z pretensjami. Autorem scenariusza jest Wentworth Miller, którego bardzo lubię, ale wyłącznie jako aktora w jednej produkcji i - naprawdę - niech on już lepiej nakręci kolejny sezon "Prison Break" zamiast pisać. Po kilku pierwszych scenach mogłam już powiedzieć, co będzie dalej i niestety się nie pomyliłam, żadnych zagadek i tajemnic tu nie ma, a końcówka wzbudza śmiech. Te emocje pomiędzy słowami, o których czytałam, to też nie wiem, gdzie się pojawiły. Aktorów głównych jest trzech, każdy gra z jedną miną przylepioną do twarzy - Charles dostał maskę "ze zwichrowaną psychiką", Evelyn - "z problemami emocjonalnymi", a India - "ta dziwna". Nie zdejmują ich ani na moment, a jeśli jeszcze macie nadzieje, to nie, te maski nie skrywają niczego - co na wierzchu, to i w środku.  Mimo sympatii do Matthew Goode'a, Nicole Kidman i Mii Wasikowskiej nie jestem w stanie powiedzieć nic dobrego o ich aktorstwie - wyjątkowo manieryczna gra. Kidman próbowała chyba odtworzyc postać z "Innych", Wasikowska wyglądała jak krewna rodziny Addamsów, a Goode dokładnie jak Anna z serialu "V: Goście" (też narwana, bo to zły ufoludek był...).





Nie polecam, a trójka jest oceną zawyżoną, ze względu na urok wizualny.

Komentarze

  1. Do "Operacji Argo" byłam również nieprzekonana, gdyż Affleck zawsze wzbudzał we mnie niekoniecznie dobre uczucia. "Operacja Argo" to ziszczenie najgorszych koszmarów - tyle Afflecka w jednym filmie ;) Na całe szczęście, film okazał się naprawdę dobry i mój stosunek do Bena trochę się ocieplił. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Oglądałam "Operacje Argo " i bardzo mi się podobała, ''Życie Pi'' również było całkiem niezłe, ale książki nie czytałam. Zapraszam http://qltura.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Obejrzałaś wszystkie filmy, które właśnie mam w planach :) Na "Życie Pi" i "Operację argo" czekam po przeczytaniu książki, a Stoker nie jest jeszcze dostępny, więc też muszę niestety poczekać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Podzielam powyższe opinie na temat Argo, za to muszę powiedzieć, że myślałam, że "Stoker" jest filmem o wampirach :D Skojarzyło mi się z autorem "Draculi".

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Z wizytą u Sienkiewicza. Cztery Marie.

Królewna Śmieszka

Literatura na ekrany! - Cykl o Ani z Zielonego Wzgórza (cz. 2)