21 października 2011

Trzej supermuszkieterowie

Nie miałam dużych wymagań, idąc do kina. Chciałam, żeby było lekko, kolorowo i odprężająco. Z odrobiną wdzięcznych walk na szpady, złym kardynałem Richelieu, wszystko doprawione humorem. Te kryteria film spełnił, dzieje się dużo, dialogi są dowcipne, bitwy na statki powietrzne widowiskowe, a aktorzy naprawdę dobrze dobrani. 


Szkoda, że sensu tam za dużo nie ma, a odległość od oryginału jak stąd do Australii. Imiona zostały te same, sposób, w jaki d'Artagnan poznaje Atosa, Portosa i Aramisa też się zgadza, a i jakiś naszyjnik królowej się w tle plącze. To by było na tyle, reszta to swobodna gra w "co by tu jeszcze zrobić, żeby taka ramota się nastolatkom podobała". Stąd latające machiny wojenne, walki na szpady na czubku kościoła (pech reżysera, że wtedy jeszcze nie było wieży Eiffla - na jej czubku, to by dopiero było widowisko) i nurkujący Atos w stroju samurajolordovaderowopodobnym.

Od lewej: D'Artagnan, Aramis, Portos i Atos
Muszkieterowie trzej i Milady
Muszkieterowie na paryskim bruku

Lubię ekranizacje powieści, które dodają coś od siebie - zwłaszcza jeśli chodzi o książki ekranizowane już w przeszłości wielokrotnie. Oglądanie n-tej z kolei wiernej ekranizacji nie ma wielkiego sensu, opowiedzenie historii na nowo - ma. Dlatego bardzo podobał mi się Robin Hood z Russelem Crowe, czyli całkiem nowa interpretacja znanej wszystkim legendy, a właściwie - legenda napisana od początku. Mimo że była to historia zupełnie inna od tej znanej, psychologiczna wiarygodność postaci i umieszczenie akcji w realiach historycznych pozwoliły stworzyć świetną opowieść. W "Trzech muszkieterach", niestety, postawiono wyłącznie na widowiskowość. Postacie są zupełnie jednowymiarowe - każda ma jeden charakterystyczny rys, np. Richelieu chce władzy, król Ludwik XIII chce ładnych strojów i żeby go królowa kochała, Milady zdradza każdego, a książę Buckhingham ma diabelski błysk w oku i coś ciągle knuje. Na realia historyczne nie ma co liczyć, bo twórcy poszli w stronę fantastyki. Tak, Dumas pisał powieści przygodowe, ale przygody muszkieterów były powodowane ich wiernością pewnym ideom. Tu nie ma idei, jest za to 3D.

Buckhingham (Orlando Bloom), a w głębi Richelieu (Christoph Waltz)
Karykatura króla Ludwika (Freddie Fox)
Juno Temple jako królowa Anna

Nie odradzam seansu, zabawa jest dobra, tylko porażająco powierzchowna. Po tygodniu naprawdę niewiele pamiętam. Przeraża mnie to, że każda kolejna ekranizacja jest coraz prostsza i płytsza. Wersja z 1993 r. wydawała się mocno okrojona przy starej ekranizacji z Chamberlainem (1973), ale przy najnowszej to wręcz arcydzieło dramaturgii. Czy to znaczy, że widz jest coraz głupszy? Czy może coraz bardziej się go ogłupia? I jak będzie wyglądać ekranizacja muszkieterów za kolejne 20 lat?

12 komentarzy:

  1. Słyszałam o tym filmie kilka nieciekawych opinii i sama pewnie nie pójdę na niego głównie ze względu na efekt 3D. Strasznie bolą i swędzą mnie oczy w tych okularach. A poza tym muszkieterowie i statki powietrzne...? Oszaleli!

    OdpowiedzUsuń
  2. Paideia - mnie nic nie boli przy 3D, ale przy muszkieterach darowałam sobie ten bajer i poszłam na zwykłą wersję. 3D naprawdę miało sens przy Avatarze, ale inne filmy tylko na tym tracą. Reżyserzy zamiast na scenariuszu skupiają się na efektach. Lubie widowiskowość, ale nie kosztem sensu. A poza tym naprawdę dobra jakość trójwymiaru jest tylko w IMAX, a bilety mają tam po prostu za drogie. Szkoda mi pieniędzy na to, żeby w dwóch scenach głębia obrazu była troszkę większa.
    A propos statków powietrznych - pewnie reżyser uznał, że same takie bitwy na szpady to nuuuuuuudy...

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie wystarczyła zapowiedź - "byle głośno, byle głupio, ludzie to wezmą, ludzie to kupią";)
    Jeśli chodzi o wersję z lat 70-tych to kiedy widziałam po raz pierwszy (coś koło 1991, może 1992?) to potem "wpadłam" i wymachiwałam pędzlem, bo byłam muszkieterką:D
    Wersja z lat 90-tych była słaba, nawet nie pamiętam czy dooglądałam, kiedy polsat grał.
    A Robin Hood z Crowe był na prawdę niezły.
    Kilkanaście tygodni temu byłam z mężem na "Kowboje i obcy" - fajnie, fajnie, ale szkoda kliszy.
    Czy na czym to tam teraz robią.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niewątpliwie ekranizacja z lat 70-tych była wg mnie najlepsza - dość wierna oryginałowi i chwilami dowcipna, lekka (szczególnie część pierwsza "Trzej muszkieterowie"). Podobała mi się także ekranizacja francuska (chyba), ale nie pamiętam z którego roku. Taki typowy film z cyklu "płaszcza i szpady". Niestety nie mogę jej nigdzie zdobyć, a nawet nie pamiętam nazwisk aktorów.
    Być może wybiorę się do kina na tę najnowszą, ale to tylko z czystej sympatii dla pierwowzoru.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jakoś nigdy nie przepadałam za "Trzema Muszkieterami" w wersji filmowej. Jestem pewna, że jest to spowodowane faktem, że o zgrozo nie czytałam powieści i żaden film mnie nie zaciekawił. Tutaj zachęcił mnie Orlando Bloom w innej niż zwykle roli ale nie aż tak, żeby iść do kina. Dodam jeszcze, że i mnie nowa wersja Robin Hooda bardzo przypadła do gustu :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Obejrzałam trailer, i po scenie z Milady kręcącą młynka w powietrzu powiedziałam głośno NIE. Lubię widowiska, nie mam nic przeciwko zmianom w stosunku do literackiego scenariusza, ale zrobienie z Muszkieterów czegoś w stylu Final Fantasy?!

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo fajne jest to, co piszesz o ekranizacjach, w których można znaleźć coś innego. Tak się nad tym zastanowiłam i stwierdzam, że chyba też tak mam. "Trzech muszkieterów" chyba odpuszczę. W sumie szkoda, bo obsada całkiem fajna.

    OdpowiedzUsuń
  8. Agata Adelajda - mnie się wersja z lat 90. podobała, ale kiedy ją oglądałam miałam niewiele ponad 10 lat i akurat na mój ówczesny rozumek było ok. Chociaż pamiętam, że byłam już po lekturze książki i wiedziałam, ze za dużo się nie zgadza. Za to mój tata, z którym byłam w kinie, był bardzo rozczarowany seansem.
    Potem było jeszcze kilka strasznych wersji, chyba D'Artagnan z 2001 r. i jakaś francuska z Milady-diablicą. Nie wiem, czemu filmowcy tak lubią muszkieterów dręczyć.

    Balbina - moja sympatia dla pierwowzoru jest tak wielka, że oglądam każdą wersję, nawet jeśli wiem, że nie mogę się po niej spodziewać niczego dobrego...

    OdpowiedzUsuń
  9. Papierowa latarnia - jeśli nie czytałaś, to może rzeczywiście nie zaciekawić Cię ekranizacja. Ale może właśnie by Ci się spodobała, bo nie wiedziałabyś, jak daleko odbiega od pierwowzoru, a ogląda się dość bezboleśnie. Ja jestem gorącą fanką Dumasa i przeczytałam wszystkie tomy muszkieterów (także "Dwadzieścia lat później" i "Wicehrabiego de Bragelonne").
    PS. A Orlando Bloom naprawdę dobrze się sprawdził w roli szwarccharakteru.

    Sumire - ja też lubię widowiska i już nawet wybaczyłabym tą superwoman Milady, gdyby nie to, że właściwie cały film składał się tylko z takich fragmentów. Jak widziałaś trailer, to już prawie jakbyś widziała film ;)

    Milvanna - można obejrzeć, obsada rzeczywiście fajna i naprawdę aktorzy zostali bardzo dobrze obsadzeni - wizualnie to chyba najlepsi muszkieterzy w historii (w sensie - najbliżsi moim wyobrażeniom na podstawie książki). Ogląda się przyjemnie, trzeba tylko przed seansem zapomnieć, że był sobie jakiś Dumas...
    A poza Russelem Crowe podobał mi się też Sherlock Holmes z Robertem Downeyem - to była właśnie widowiskowa ekranizacja, która poza zdjęciami miała to coś... Ale już przy ekranizacjach Jane Austen i sióstr Bronte jestem konserwatystką - ma być jak w książce ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. O tak, zgadzam się. Sherlock był super i czekam na kolejną część:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Czy aby na pewno jest wybór między wersją normalną a 3D, skoro oficjalny polski tytuł to "Trzej muszkieterowie 3D"? Moim zdaniem 3D to tylko pretekst, by podwyższyć cenę biletu. Dlatego szkoda mi 30 złotych na wersję trójwymiarową.

    Chyba tylko wersja francuska z 1961 roku jest wierna powieści, bo kiedy Amerykanie się brali za ekranizację tej książki to zawsze kombinowali, by uprościć lub ulepszyć tę historię. Mimo to uważam, że stare amerykańskie wersje są znakomite - mam tu na myśli wersję z 1948 i tę z 1973. Oba filmy to świetna rozrywka, ale już wersje z 1993 i z 2001 to już moim zdaniem kompletna porażka. A takie filmy jak np. "Maska Zorro" czy wspomniany "Robin Hood" z Crowe'em są dowodem na to, że nie trzeba wprowadzać fantastyki ani jakichś bajerów, by zainteresować widza. Dodam jeszcze, że powieść Dumasa to jedna z moich ulubionych książek.

    OdpowiedzUsuń
  12. Milvanna - ja też czekam niecierpliwie :)

    Peckinpah - nie wiem, jak wygląda wersja trójwymiarowa, natomiast ja na pewno byłam na wersji płaskiej ;) Taką sobie wybrałam i rzeczywiście żadnego 3D się w niej nie dopatrzyłam.
    Jeśli chodzi o tytuł - spece od reklamy uważają chyba, że 3D to główna zaleta filmów, stąd wpychają to nawet do tytułów.
    Zresztą czytałam ostatnio w Wyborczej jakiś wywiad z amerykańskim filmowcem, znane nazwisko, ale nie mogę sobie przypomnieć, który opowiadał, że zdobycie w Hollywood producenta dla filmu bez trójwymiaru jest coraz cięższe. Nie ma 3D = nie ma widowiska = nie przyciągnie widzów = nie ma sensu inwestować. Zresztą niech on sobie będzie nawet i 5D, byle poza obrazkami miał i treść.
    Sporo osób tu w komentarzach zgodziło się ze mną, że Robin Hood z Crowem był świetny, ale kiedy leciał w kinach czytałam mnóstwo negatywnych recenzji i zewsząd słyszałam, że nuuudy. Więc może my jesteśmy wyjątkami, że uważamy filmy bez superhipertrójefektów za dobre.
    "Trzej muszkieterowie" to i jedna z moich ulubionych powieści. A ekranizacji z 1948 nie widziałam, muszę nadrobić.

    OdpowiedzUsuń

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...