24 lipca 2012

Literatura na ekrany! - "Emma" Jane Austen

Nie wiem, jak dobrze znane są ekranizacje "Emmy" w Polsce (na pewno ta z Gwyneth Paltrow), ale w Anglii na blogach i forach toczą się spore boje o to, która jest najlepsza. Oczywiście każdy jest przekonany, ze jego wybór jest jedynie słuszny. Tymczasem o gustach się nie dyskutuje i każdy sobie jedną (albo więcej, albo żadną) Emmę wybierze jako tą jedyną. Uwielbiam filmy kostiumowe, jeszcze bardziej ekranizacje XIX-wiecznej literatury, więc wszystkie obejrzałam z zainteresowaniem, ale która spodobała mi się najbardziej, zdradzę na końcu.


"Emma Woodhouse, osóbka przystojna, rozumna i bogata, posiadająca dostatni dom i obdarzona pogodnym usposobieniem, otrzymała, zda się, wszelkie dary, jakie życie ofiarować może; toteż przeżyła na świecie blisko dwadzieścia lat bez większych powodów do zmartwień i niezadowolenia". Młodsza córka zamożnego dżentelmena jest przekonana, że nigdy nie wyjdzie za mąż, bo zbyt lubi życie, jakie wiedzie w domu swego ojca - hipochondryka, ale jakże kochanego. Jest ładna, bystra i bogata, przynależy do najlepszej sfery. Ma dom, wielbiącego ją ojca, zamężną siostrę, gromadkę siostrzeńców, przyjaciół i nic jej więcej nie potrzeba. Jej życie codzienne jest jednak zbyt spokojne, jak dla tak młodej i energicznej osóbki, dlatego panna ubzdurała sobie, że doskonale zna się na ludziach i jest mistrzynią w kojarzeniu par. Na "ofiarę" wybiera pastora Eltona oraz swoją przyjaciółkę, Harriet - dziewczę ładne i naiwne, o nieznanym pochodzeniu (od dzieciństwa ktoś łoży na jej utrzymanie na miejscowej pensji dla dziewcząt i Emma wierzy, że ojciec Harriet jest nie tylko  bogaty, ale i odpowiednio urodzony) . Emma sporo namiesza, zanim uświadomi sobie rozmiar swoich omyłek, ale co ja Wam będę opowiadać... Austen zrobiła to znacznie lepiej.

"Emma" nie jest moją ulubioną powieścią Jane Austen i nie zachwyciła mnie specjalnie, kiedy ją pierwszy raz czytałam. Powrót do lektury po kilku latach okazał się znacznie bardziej udany - już wiem, że nie znajdę tu tej energii i tych emocji, co w "Dumie i uprzedzeniu", więc się ich nie spodziewam. Lubie jednak pospacerować w wolnym rytmie po wiosce Highbury i po ogrodach Hartfield, a nawet poirytować się na Emmę za jej zarozumialstwo wynikłe z młodego wieku, wysokiej pozycji i nieznajomości świata.

Emma z Dianą Fairfax (1960)
Ekranizacji powstało sporo - w latach 1940-1980 było ich sześć. Później nastąpiła 15-letnia przerwa, a od lat 90. Jane Austen znów zaczęła wracać na ekrany. Najstarsza ekranizacja, jaką udało mi się obejrzeć, to serial BBC z 1972 r., dlatego nie opowiem Wam o wcześniejszych. Znalazłam tylko informacje, że były to: "Emma" z 1948 r. z Judy Cambell w roli tytułowej (reż. Michel Barry), "Emma" z 1954 r. z Felicią Montealegre w roli tytułowej, "Emma" z 1957 r. z Sarah Churchill w roli tytułowej  i dwie ekranizacje z 1960 r. - angielska z Dianą Fairfax i amerykańska z Nancy Wickwire.





Emma, reż. John Glenister, miniserial BBC, UK 1972 (240 min, 6 odcinków)

Serial z BBC to właściwie całkiem niezła ekranizacja - zresztą od BBC trudno oczekiwać złej. Scenariusz - mimo kilku zmian w stosunku do oryginału - jest bardzo udany, dzięki czemu film oglądałam z zainteresowaniem (mimo że była to 4.  z oglądanych przeze mnie ekranizacji "Emmy"). Film jest jednak bardzo teatralny i wizualnie dość mocno się zestarzał - ma w końcu te 40 lat. W dodatku dobór głównych aktorów jest dość pechowy i chyba głównie z tego względu serial ten nie ma szans cieszyć się popularnością wśród współczesnych widzów.

Doran Godwin, która gra tytułową bohaterkę, jest - cóż - niedopasowana do obecnych kanonów urody. W ruchu wygląda lepiej niz na zdjęciach, ale kiedy zestawi się ją ze słodziutką jak karmelek Harriet Smith (Debbie Bowe), trudno uwierzyć, by ktokolwiek mógł się szczerze zainteresować Emmą. Charakterek też ma niezbyt pociagający -  nie ma w niej szczerości uczuć, manipuluje innymi raczej z nudów niż dla uszczęśliwienia ich. Pomiata biedną Harriet jak szmacianą lalką. Nie wzbudziła ani krzty mojej sympatii.
 

 Po lewej Emma, po prawej Harriet

Pan Knightley (John Karson) straszliwie mnie irytował - nie dość, że wyglądał na ojca Emmy (aktor miał 45 lat, był więc 7 lat starszy od bohatera, którego grał), to jeszcze właśnie tak się zachowywał. Nieustannie ją strofował i traktował jak głupiutkie dziecko, które trzeba pouczać na każdym kroku. Robił wrażenie obleśnego rozpustnika, który wychowuje młodziutką żonę, raczej z rozsądku niż miłości, a zdecydowanie nie taka była intencja Jane Austen. Ale w rezultacie wyrachowana Emma i przewidujący Knightley byli siebie godni, więc w sumie mogli stworzyć całkiem udany związek :)


Niezbyt spodobał mi się też ojciec Emmy, żywiutki jak młody pasikonik. Skakał to tu, to tam, zamiast przyzwoicie siedzieć w fotelu przy kominku, jak na starego hipochondryka przystało ;). Reszta aktorów była całkiem nieźle obsadzona.

Plus za uroczą staroświecką melodyjkę plumkaną na pianinie w czołówce serialu.


Emma, reż. Diarmuid Lawrence, UK 1996 (107 min.)

Dobra ekranizacja, z jedyną - jak dotąd - ciemnowłosą Emmą. Wierna książce - oczywiście w graniach możliwości, konieczne było przycięcie fabuły, by zmieścić ją w dwóch godzinach. Obejrzałam z przyjemnością, choć nie będzie to moja ulubiona ekranizacja i nie sądzę żebym kiedyś do niej wróciła.

Kate Beckinsale okazała się zaskakująco udana Emmą i moim zdaniem była najlepiej obsadzoną aktorką w tym filmie. Do reszty aktorów nie jestem przekonana - rzecz jasna, wszyscy grali dobrze, ale czegoś mi zabrakło. Po obejrzeniu serialu z 1995 r. na podst. "Dumy i uprzedzenia" nie potrafiłam już wyobrazić sobie Elizabeth Bennet inaczej niż z twarzą grającej ją aktorki. W tym przypadku nic takiego nie nastąpiło, bohaterowie filmu i książki pozostali dla mnie odrębnymi postaciami.

Nie mogłam się przekonać do Marka Stronga w roli Knightleya - to dobry aktor, ale cóż, nie można dogodzić każdemu (w tym wypadku mnie). Cały czas mi się wydawało, że tak powinien wyglądać Robespierre (czasy są zbliżone, w końcu "Emmę" wydano w 1815 r., kilkanaście lat po francuskiej rewolucji, więc może nie ma w tym nic złego, niemniej Robespierre nie wydaje mi się postacią szczególnie romansową ;)). Słodka i całkiem udana była Harriet Smith (Samantha Morton), ale Jane Fairfax (Olivia Williams) miała twarz nie do zapamiętania. Zresztą większość aktorów mogliby podmienić i nie odczułabym z tego powodu najmniejszego żalu.

Emma i Kinghtley
Jane i Frank Churchill


Emma, reż. Douglas McGrath, USA 1996 (121 min.)

Od razu wyznaję, że nie przepadam za tą ekranizacją. Obejrzałam ją po raz pierwszy lata temu, ale wydawała mi się wtedy boleśnie nudna. Teraz zrobiłam sobie powtórkę i również nie wzbudziła we mnie większych emocji.

Gwyneth Paltrow (jaka młodziutka!) bardzo pasuje mi wizualnie do roli Emmy, ale kreowanej przez nią bohaterki nie polubiłam. Irytująca panienka, która uważała się za lepszą i mądrzejszą od wszystkich, pozbawiona wdzięku, który mógłby osłodzić ten charakterek. Nie wiem, czy to wina interpretacji aktorki czy scenariusza.

 Za fatalnie obsadzoną uważam rolę Harriet. Toni Colette ma urodę... specyficzną, a Harriet miała być wdzięcznym dziewczątkiem. W dodatku charakterologicznie z milutkiej naiwnej panienki zrobiła przygłupią dziewuchę i naprawdę nie sposób pojąć, jak Emma mogła znieść dobrowolnie jej towarzystwo. Pełna rezerwy Jane Fairfax w wykonaniu Polly Walker także mnie nie zachwyciła. Wyglądała jakby nie tyle chciała trzymać innych na dystans (z ukrytych pobudek), co jakby gardziła całym towarzystwem i nie zamierzała się z nim pospolitować. Za to bardzo podobał mi się Jeremy Northam w roli Knightleya - był akurat w sam raz dojrzały, w sam raz przystojny i w sam raz sympatyczny - ale nie wystarczył bym nabrała sympatii do filmu.

Na plus należy Amerykanom policzyć, że ich ekranizacja jest wizualnie bardzo ładna. Stroje są zachwycające - w przeciwieństwie do grzybopodobnych czepków Kate Beckinsale.

Emma i Kinghtley
Jane Fairfax i Frank Churchill
(Czy Jane nie wygląda,
jakby mogła złapać Franka za kudły
i zawlec za sobą do domu?)


Emma, reż. Jim O'Hanlon, miniserial BBC, UK 2009 (240 min, 4 odcinki)

Teraz wreszcie będę się zachwycać. Romola Garai dała swojej Emmie ogromny urok osobisty. Aktorka, na zdjęciach piękna jak aniołek, zmienia się w ruchu. Jej twarz jest pełna ekspresji, mimika przebogata (aż do przesady), z jej twarzy można odczytać każdą emocję. Łatwo ją polubić, nawet jeśli ma się ochotę prać ją po głowie za zabawę ludźmi jak lalkami. Jako jedyna odtwórczyni tej roli Garai ożywiła swoją bohaterkę. Wreszcie mogłam zrozumieć, dlaczego Knightley się w niej zakochał...

Cudowna jest też Harriet, śliczna, ale niezbyt bystra - Louise Dylan idealnie pasuje do roli. Miła, uczciwa, naiwna - dobra dziewczyna, o pechowym pochodzeniu, łatwo poddająca się przewodnictwu "ważniejszej" przyjaciółki. Świetny Michael Gambon jako ojciec Emmy, jakby żywcem wyjęty z kart powieści. Zresztą - uważam każdą rolę za doskonale obsadzoną, musiałabym tu wymienić wszystkich aktorów.

Początkowo rozczarował mnie George Knightley - był dobrze zagrany, wiarygodny jako postać, widać było chemię między nim a Emmą, ale jednak był zupełnie inny niż w książce. Była to celowa decyzja twórców - pewne uwspółcześnienie tego romansu*. Dlatego nie mamy już płochej nastolatki i dojrzałego, poważnego dżentelmena, który wychowuje sobie przyszłą żonę, tylko parę przyjaciół. Dzieli ich co prawda spora różnica wieku, ale łączy wieloletnia bliska znajomość oraz bardzo młody sposób bycia Knightleya (przy jednoczesnej większej rozwadze i wiedzy życiowej niż jego uroczej przyjaciółki). Miało to swoje plusy, choć ta zażyłość między nimi, ich swobodne zachowania, nieco mi zgrzytały w kontekście początku XIX wieku. Grający Knightleya Jonny Lee Miller miał jednak tyle uroku, że nie tylko mu wszystko wybaczyłam, ale pod koniec prawie sama się w nim zakochałam.

Wielki plus za uroczą scenę balu. Tańczący wyglądają jakby naprawdę świetnie się bawili, a nie tylko odtwarzali układ choreograficzny. Scena, w której Knightley  pomaga Harriet - bezcenna. Drugi plas za fantastyczną czołówkę - złotawe wzory na szkarłatnym tle przypominały XIX-wieczna tkaninę, a muzyka obiecywała kolejny fantastyczny odcinek.

Scenariusz serialu napisała  Sandy Welch (autorka scenariusza do ekranizacji "Jane Eyre" - miniserialu z 2006 r.), więc wcale się nie dziwię, że wyszedł doskonale. Muszę jednak przyznać, że niektóre sceny i dialogi były niemal identyczne z ekranizacją z Kate Beckinsale. Zaczęłam wręcz szukać powiązań między tymi filmami, ale wersja z 1996 r. ma innego scenarzystę, więc już sama nie wiem, czy autorzy serialu "ściągali" z filmu, czy po prostu oba są aż tak wierne książce.

*W ciekawym dokumencie o kręceniu serialu twórcy przyznają, ze chcieli nakręcić "Emmę" dla współczesnego odbiorcy, stąd odeszli nieco od konwencji, co widać np. w wyraźnej gestykulacji bohaterów i mowie ich ciała (czytaj - aktorzy nie są tak sztywni, jak w pozostałych ekranizacjach). W moim odczuciu ta wzmożona gra mimiką sprawdziła się w przypadku "Emmy" doskonale.

Piknik na Box Hill


 ***************************

Kolejny raz sprawdziła się zasada, że nie da się zrobić naprawdę dobrej ekranizacji w postaci filmu - wymagane jest kilka odcinków, żeby uwypuklić wszystkie te cudowne detale, składające się na urok powieści. "Emma" z Romolą Garai trafia na półkę moich kostiumowo-ekranizacyjnych ulubieńców obok "Dumy i uprzedzenia" z 1995 r., "Jane Eyre" z 2006 r. i "Tajemnic domu na wzgórzu" z 1996 r.

25 komentarzy:

  1. Oglądałam Emmę jedynie w wersji z Gwyneth Paltrow. Nie wiedziałam nawet o istnieniu innych ekranizacji i serialu. Dobrze się czasem dowiedzieć czegoś nowego. Bardzo ciekawy post :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że o tej wersji z 2009 r. wcale nie było w Polsce słychać, natknęłam się na nią zupełnym przypadkiem. A warto go rozreklamować :)

      Usuń
  2. Znam dobrze wersję z Kate Beckinsale, ale nie byłam nią jakoś szczególnie zachwycona, zaintrygowała mnie wersja z 2009 przyznam, że o niej nie słyszałam, a skoro jest porównywalnie dobra jak Jane Eyre z 2006 i Duma i Uprzedzenie z 95 na pewno mi się spodoba. Dzięki za informacje o tym filmie:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W moich oczach żaden serial kostiumowy nie może być aż tak dobry jak "Duma i uprzedzenie", ale jest blisko :)

      Usuń
  3. Co prawda mało komentuję, ale czytam z zainteresowaniem ten cykl u Ciebie :) Znam tylko wersję z Paltrow, więc jakieś info o innych ekranizacjach jest bardzo mile widziane. Myślę, że zobaczę tę wersję z Garai.

    OdpowiedzUsuń
  4. Emma jest dla mnie jedna z najulubienszych, jesli nie najulubiensza powiescia Austen i zapewne z tego powodu kazda adaptacja ma dla mnie mase wad :) Gdybym miala wybierac to wygralaby Romola, ale - moim zdaniem jest zbyt chichotliwa. W ksiazce pan Knightley mowi wyraznie, ze jedyny dobry wplyw Emmy na Harriet to wyleczenie jej z chichotow, wiec taka Emma troche mnie drazni. Ona jest przedziwnym polaczeniem - z jednej strony nie mamy watpliwosci ze jest bardzo mloda i niedoswiadczona, ze tak naprawde jest jeszcze dzieckiem, mimo 21 lat a z drugiej jest zdumiewajaco wlasnie dojrzala i dorosla - wczesnie zostala pania domu, opiekowala sie ojcem itd. Nie jest wiec rozchichotanym dziewczatkiem. Wychowala sie jako najmlodsza de facto wsrod doroslych - chichociki musialy jej przejsc dosc szybko. Tego u Romoli nie widac. Inny problem to fakt ze Emma bardzo naiwnie szczyci sie swoja znajomoscia natury ludzkiej, ale - przynajmniej w ksiazce - ZAWSZE sie myli. To jest wazny element, bo w tym widac najbardziej jak Emma dorasta. Wiec sugestia ze to ona de facto wyswatala Izabele i Jana jest bez sensu.
    W zadnej adaptacji nie podobal mi sie pan Knightley, ale Jonny Lee Miller nie byl taki zly. Moim zdaniem powinni sie odwazyc i obsadzic kogos we wlasciwym wieku. W ksiazce ma 38 lat - na litosc boska to jeszcze nie zabytek. Mezczyzni w typie pana Knightleya wtedy byli wysportowani, duzo jezdzili konno i tanczyli - to ma wplyw nie tylko na sylwetke ale i psychike. Clive Owen bylby ciekawy, bo on potrafi byc mlodzienczy i dojrzaly rownoczesnie. (Choc wciaz uwazam, ze najpierw powinien zagrac pana Rochestera).
    No i w zadnej adaptacji nie oddano sprawiedliwosci Jane. A Jane i jej tajemnica to dla mnie najlepszy element calej powiesci, smietanka na torcie jesli mozna tak powiedziec. Moglabym sie rozpisac dlaczego, ale i tak juz ten komentarz sie robi zbyt dlugi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odmłodziłam trochę Knightleya, nie wiem, czemu ubzdurałam sobie, że miał 36 lat. Niemniej Jonny Le Miller miał w 2009 r. lat 37, więc wiekowo jest w sam raz :) Clive Owen rzeczywiście mógłby być dobrym wyborem, tylko że on ma prawie 50-tkę :)
      Emma nie wydaje mi się zbyt rozchichotana. Sądzę, że młodość i urok powinna łączyć się z poczuciem humoru. Śmieje się często i chętnie, ale to nie są głupawe dziewczęce chichoty (które nawiasem mówiąc do dziś mnie denerwują u niektórych nastolatek - może się starzeję ;) ). Jeśli już, to wydawała mi się momentami zbyt niezdarna, coś w ruchach nie pasowało mi do tak doskonale urodzonej panienki.
      Co sugestii, że wyswatała Jana i Izabelę - to mi jakoś umknęło, ale wydawało mi się, że w serialu też podkreślono, ze Emma poczytuje sobie za sukces głownie zgadywanki, niż jakieś rzeczywiste akcje.
      A o Jane chętnie bym poczytała :) Możesz się rozpisać :)

      Usuń
    2. Nie przyjelam do wiadomosci uplywu czasu dla Clive Owena. Dla mnie jest wciaz tak samo mlodzienczo dojrzaly (z odrobina mroku) jak w Gosford Park... A Jonny wyglada na 28 w tej adaptacji. (Lubie Jonnego. Jako zagorzala fanka Sherlocka w wersji BBC mialam rozdrapy czy powinnam ogladac amerykanska podrobe no ale dla Jonnego zrobie wyjatek i obejrze Elementary).
      Jesli chodzi o chichoty to najbardziej utkwil mi w pamieci ten "tuz przed tancem" kiedy Emma chichocze tak glosno, ze wszyscy milkna. Okropne. Gdyby to byl smiech nie mialabym problemu, ale wypadl wlasnie jak chichot egzaltowanej nastolatki. Brr.

      Co lubie w tej adaptacji to poczatek. Mozecie sie spodziewac slonecznej angielskiej prowincji, ale nie liczcie na to ze bez dramatow. Dramat Franka i Jane jest tu bardzo wyrazny, traca matki i wyjezdzaja do obcych ludzi widac dramat panny Bates o ktorym latwo zapomniec czytajac jej przekomiczne monologi.
      Dlatego zdumialo mnie co napisalas - ze w powiesci nie znajdziemy tej energii i emocji co w Dumie i uprzedzeniu. Moim zdaniem jest ich tam wiecej, a robia wrazenie wlasnie przez to ze osoby w nie zaplatane musza o wiele bardziej niz Elzbieta i Darcy udawac, ze wszystko jest idyllicznie pod angielskim sloncem i przyslowiowa herbata o piatej musi byc. Najpelniejszym przykladem jest wlasnie Jane. (OSTRZEZENIE! UWAGA NA SPOILERY!)

      To jedyny znany mi u Austen przypadek, kiedy - z aprobata autorki - pokazuje sie ze milosc moze ci wywrocic swiat do gory nogami. Wszyscy inni w powiesciach Austen zakochuja sie "odpowiednio". (Fanny Price np nie zakochuje sie w najstarszym synu, dziedzicu Mansfield Park. TO by nie uchodzilo). A Jane - ten ideal, ta surowa, zasadnicza panienka przekonana o slusznosci moralnych nakazow i manier znacznie sztywniejszych niz jakikolwiek dzisiejszy kodeks - zakochuje sie i nagle wszystko jej leci na glowe. Nagle gotowa jest zawiesic kodeksy, zaryzykowac wszystko. (Dzisiaj nie dociera do nas, jak wiele Jane ryzykuje. Jesli to wyjdzie na jaw skandalu nigdy sie nie zmaze, nikt jej nie zatrudni jako guwernantki po czyms takim. Wszelka wina spadnie na nia. Bedzie ta, ktora probowala uwiesc bogatego dziedzica. Nie ludzmy sie, w razie czego, Frank sie wywinie, Jane nie. Ale jakiez to ma znaczenie - Jane jest naprawde zakochana wiec wszelkie konsekwencje nie maja znaczenia. Mnie to rozczula. Im bardziej jestes zasadnicza, tym bardziej prawdziwe zakochanie cie rozlozy. To jak odra). Mistrzostwo Austen polega na tym, ze widac jak koniecznosc ukrywania wszystkiego odbija sie coraz wiekszym ciezarem na Jane, jak ona przestaje sobie radzic z emocjami, jak ja to doprowadza do choroby, na skraj zalamania nerwowego. Widac tez jej odwage i sile. Frank sie tym swietnie bawi, jest beztroski. (Kiedy przyjezdza do Highbury mowi od niechcenia do ojca ze ma pewne zobowiazanie, musi odwiedzic swoja znajoma, Jane, ale to z pewnoscia nie jest takie pilne. Na co pan Weston mowi cos w stylu, ze tego nie wolno zaniedbywac - najlepiej idz od razu. No jesli ojciec kaze to Frank pojdzie natychmiast...) Scena kiedy Jane przyznaje sie Emmie, ze jest na skraju wyczerpania i prosi aby ja kryc. (Przeciez ona caly czas jest z ciotka - kochana, ale strasznie wyczerpujaca i ta nieszczesna pania Elton, musi znosic wszystkie afronty...) Ta scena na pikniku kiedy Frank (caly czas flirtujac z inna) de facto wyzywa Jane, mowi ze zareczyny mogly byc z jego strony bledem, naglym porywem ktorego zaluje - i jej odpowiedz, ktora dla osob postronnych jest calkowicie niewinna a dla Franka jest jasnym ostrzezeniem, wrecz zacheceniem do zerwania jesli tak rzeczywiscie uwaza. To wszystko tam jest, pulsuje w ukryciu. Ten caly dramat, ktory pod koniec robi tym wieksze wrazenie, ze opisuje go panna Bates w pelni nieswiadoma CO tak naprawde opisuje. Jane miotajaca sie bezradnie, chora, zazdrosna, zrozpaczona, przekonana ze to juz koniec, traci ukochanego i pozostaje jej jedynie posada niewolnicy, przepraszam, guwernantki... Ja za kazdym razem gryze palce, nawet jesli wiem ze to sie dobrze skonczy :) No i w zadnym filmie tego nie ma.

      Usuń
    3. Może odpowiem w punktach, bo się pogubimy :)
      1. Owen w "Gosford Park" był cudowny :)
      2. Jonny Lee Miller rzeczywiście wyglądał na 28 lat, jak go zobaczyłam, to pomyślałam: "no nieee, musieli Knightleya tak odmłodzić...". I z ciekawości zajrzałam do jego biogramu - a tam data urodzenia 1972 r. :) Żywy dowód na to, o czym pisałaś w pierwszym komentarzu - mężczyzna w tym wieku nie jest zramolałym piernikiem :)
      3. Ad. chichot - może jakoś to inaczej odebrałam :) Nie pamiętam tej konkretnej sceny, musiałabym sobie puścić jeszcze raz.
      4. To prawda, że dobrze widać tu dramat tych zabieranych dzieci. Wydaje mi się, że serial dobrze podkreśla, że dla Westona oddanie syna, to nie było takie byle co, kotek do cioci na przechowanie, tylko czuł, że go traci w ten sposób. Podobnie z Jane - ciotki ją kochały, a musiały oddać. Chociaż z drugiej strony - takie to były czasy, że dzieci przesyłano we wszystkie strony, jak paczki. zwłaszcza w wyższych sferach. Tyle dzieci umierało, że gdyby mieli się każdym przejmować, to by popadli w zbiorową psychozę.
      5. Co do energii i emocji - takie jest moje odczucie. Każdy czytelnik odbiera książkę inaczej. Spotkałam się też wielokrotnie ze zdaniem, że "Emma" jest koszmarnie nudna, więc jak widać - ile ludzi, tyle opinii :)
      6. Zgadzam się z Twoją analizy sylwetki Jane. Jednak ona była tylko postacią drugoplanową i tak jest traktowana w filmach. Ot taka intryga, żeby się okazało, że potencjalny amant jest już zajęty. W serialu dobrze pokazano, że postępowanie Franka w stosunku do Jane często było mało empatyczne (co najmniej!). Ale jeśli chodzi o tą scenę z odwiedzinami u Jane po przyjeździe Franka, ja ją odebrałam inaczej. Odniosłam wrażenie, że on chciał ją odwiedzić natychmiast i dlatego od razu napomknął o tym - celowo twierdząc, ze to mało ważne, żeby można było uznać, że tak tam gna, bo mu ojciec kazał. W końcu gdyby po pierwszych odwiedzinach u ojca, porzuciłby go, żeby odwiedzać młodą dziewczynę, to by natychmiast obudziło podejrzenia.
      Ja w każdym razie dopiero w serialu zwróciłam większą uwagę na tę parę bohaterów.
      A czytałaś "Jane Fairfax: The Secret Story of the Second Heroine in Jane Austen's Emma" autorstwa Joan Aiken ? Nie wiem, czy jest polska wersja, w ogóle nie znałam jej wcześniej, znalazłam informacje o niej dopiero przy analizowaniu ekranizacji.

      Usuń
    4. Jescze tylko odnosnie punktu szostego - oczywiscie ze Frank chcial odwiedzic Jane! Uzylam tego wlasnie jako ilustracji ze cala ta sytuacja go bawila - fakt, ze nikt nic nie wie i uzywajac wlasciwych slow moze udawac ze nie jest zainteresowany rownoczesnie dostajac to czego chce. Nie mogl zbyt sie rwac do odwiedzin u Jane - byloby zbyt podejrzane gdyby tam frunal jak na skrzydlach - ale skoro tatus kaze (mniejsza juz z tym, ze to ja sprawilem aby kazal). Wlasciwie wiekszosc scen Franka podpada pod ten schemat - nie wypada aby rozmawial z Jane, skoro jest Emma - wiec zaczyna zartowac z Emma o fryzurze Jane pod haslem "musze pojsc i jej powiedziec jak smiesznie wyglada" - i idzie :)

      To ze bohaterka drugoplanowa jest tak pelnokrwista dobrze swiadczy o Austen. Mnie po prostu bawi, ze najwiecej energii emocji i pasji dostarcza mi watek drugoplanowy. A ta adaptacja wydobywa takie rzeczy wiec wiele sie spodziewalam i doznalam zawodu...

      Zaciekawilas mnie ta ksiazka musze sprawdzic.

      A do twojego skarbca opinii o Emmie moge dorzucic zdanie Sebastiana Faulksa - czytac Emme to jak sluchac kwartetu skrzypcowego Mozarta granego przez swietna orkiestre w idealnym otoczeniu. Coz mozna powiedziec - wszystko jest po prostu doskonale. (W ogole jego analizy Emmy i Dumy i uprzedzenia sa swietne, bo zwracaja uwage na rozne ciekawe aspekty. On bardzo ciekawie i konsekwentnie dowodzi, ze Darcy jest typem maniakalno depresyjnym z przewaga depresji ;)

      Usuń
    5. Darcy jako typ maniakalno-depresyjny z przewagą depresji? O nie, to nie chcę czytać opinii Faulksa :)

      Usuń
    6. Ale on jest bardzo ciekawy, naprawde warto :) Bardzo cieplo pisze o Elizabeth i rzetelnie sie stara zrozumiec, dlaczego kobiety sa tak zafascynowane panem Darcy. (W oryginalnym programie BBC rozmawia na ten temat m.in. z autorka Bridget Jones). Postrzega Darcy'ego jako bardzo zlozona postac i ciekawe jest meskie spojrzenie na pana na Pemberley. Chocby po to zeby sie z nim poklocic ;)

      Usuń
    7. http://www.youtube.com/watch?v=0LwyTZYqS5I :)

      Usuń
  5. reż. Diarmuid Lawrence i Douglas McGrath tylko te dwie wersje widziałam i sama nie wiem .. czy mi się podobały .. wolę ksiązkę zdecydowanie !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jeszcze zerknij na serial :) Chociaż ja też wolę książkę niż nawet najlepszą ekranizację - przynajmniej w przypadku Austen.

      Usuń
  6. Oglądałam te trzy najnowsze "Emmy". Ta z Kate Beckinsale wydała mi się bardzo zgodna z książką i bardzo poprawna (chyba aż za bardzo). Jakoś mnie nudziła, nie porwała, ale to przecież jest dość dobra ekranizacja. Gwyneth Paltrow jako Emma mnie bardzo irytowała, cały film jakiś taki... przesłodzony. Nie wiem, coś mi tu zgrzytało. Ale masz rację - Jeremy Northam bardzo pasuje do Knightleya. Za to ja też uwielbiam serial z Romolą! Jest świeży, zabawny i ogląda się świetnie. Dobór aktorów też bardzo udany - ojciec Emmy, Jane Fairfax, Harriet... Wreszcie tacy jak trzeba :) Romola Garai jest dość specyficzna z tą swoją ruchliwością i trochę przesadzoną mimiką, ale i tak mi pasowała. Naprawdę lubię ten serial, oglądałam go już zresztą dwa razy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja póki co raz, ale za to scenę, w której Knightley prosi Harriet do tańca jakieś 20 razy :D Chyba urok serialu z Romolą polega na tym, ze właśnie nie jest aż taki poprawny, a przez to nudny i przewidywalny. Wniósł powiew świeżości.

      Usuń
  7. Ja jeszcze nie zabrałam się za ekranizację "Emmy" ale zawsze jakoś lepiej się znajduję w mini serial BBC :D Ta wydaje się idealne na wakacje - oczywiście zabieram się za najbardziej rekomendowaną :D
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miniseriale BBC nie mają sobie równych, co jeden, to perełka (kilka wyjątków potwierdza regułę ;) )

      Usuń
  8. Ja jak dotąd widziała tylko film z Gwyneth Paltrow ale też mnie jakoś nie zachwyciła. Na serial się zbieram ale nie mam na razie czasu;/ Dowiedziałam się o nim od siostry, która jest szaloną fanką wszystkich miniseriali BBC;)

    A co do samej książki to niestety musze przyznać, że jak uwielbiam wszystkie inne książki Austen tak przez "Emmę" za nic nie mogę przebrnąć;(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, no właśnie. Taka już ta "Emma" jest, że jedni uwielbiają (zob. komentarz Hannah powyżej), inni nie mogą przebrnąć. Ja się plasuję gdzieś pośrodku ;) A serial ma szansę się spodobać nawet tym, którzy nie przepadają za książką (ale lubią Austen) :)

      Usuń
  9. "Emma" w wersji BBC... Sporo pochwalnych opinii, ale nadal jakoś nie mogę się przekonać, żeby tę wersję zobaczyć. Czyli w sumie bez sensu, bo nie lubię nie znając, ale zajmie mi jeszcze chwilę przyjęcie Garai w tej roli, do której według mnie zupełnie nie pasuje - kolejny komentarz bezpodstawny, skoro nie widziałam.
    U siebie kiedyś o dwóch "Emmach" z 1996 roku pisałam, zdecydowanie u mnie wygrywa wersja z brzydkimi czepkami Kate Beckinsale. Początkowo Mark Strong mnie też zgrzytał, szczególnie, że uwielbiam Guya Ritchiego, w którego filmach często się pojawia w diametralnie innym charakterze :) Ale jakoś w czasie trwania filmu i Mark Strong mnie do siebie przekonał. Lubię tę wersję za brak cukierkowości, ale porównuję ją jedynie z amerykańską Gwyneth.
    Haha, za to ostatnio obejrzałam werjsę bollywoodzką "Emmy" pt. "Aisha" i nawet mi się podobało, ale w kontekście filmu, w ogóle nie traktowałam tego jako ekranizację książki. Na pewno było pozytywnie :) I pokochałam aktorkę grającą Aishę, co zapowiada nawrót bollywoodu w moim życiu. Co jest dziwaczne o tyle, że za bollywood nie przepadam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O "Aishy" słyszałam, ale nie oglądałam i nie dodawałam jej tutaj, bo nie przepadam za uwspółcześnianymi dziełami. Chociaż do kina indyjskiego nic nie mam, to zdaje się, że typowo bollywoodzkiego nie widziałam nic. Ale za to teledysk z "Czasem słońce, czasem deszcz" obejrzałam ze 20 razy :) A zajęcia tańca bollywood gorąco polecam jako lek na chandrę.
      Obejrzyj serial, obejrzyj. Potem możesz sobie dalej nie lubić, ale przynajmniej "podstawnie" :D

      Usuń
  10. Ja lubię wszystkie ekranizacje "Emmy" poza tą z Kate Beckinsale, nie pasowała mi absolutnie do roli Emmy. :)

    OdpowiedzUsuń

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...