Literatura na ekrany! - Śródziemie kontraatakuje


Udało mi się wreszcie dotrzeć do kina na "Hobbita", z dużym opóźnieniem, ale to i tak był nie lada wyczyn, w obliczu remontowego chaosu oraz okoliczności przyrody (parking kinowy był kompletnie zasypany, a i przetoczenie się z domu do kina łatwe nie było). Upodobania mamy proste, więc wybraliśmy wersję bez bajerów, banalne 2D z napisami (3D nas jakoś specjalnie nie kręci, a wersję 48 klatek nam odradzono, jako dającą efekt teatralny). Jak było?

Było dobrze, ale niestety - nie bardzo dobrze. Ciekawa bajka, miło się oglądało, ale zachwycić się nie zdołałam.
Po pierwsze 
Nie jestem przekonana do sensu rozbijania niezbyt długiej powieści na trzy oddzielne filmy - jeśli nie chciano za mocno przycinać akcji, może należało zrobić dylogię? Wierność książce w szczegółach nie zawsze się sprawdza, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że się zasadniczo nie sprawdza, bo film funkcjonuje na innych zasadach. (Stąd dobrze się czyta np. dialogi na piętnaście stron, ale już oglądanie przegadanego filmu bywa męczące, chyba że reżyser wybitny i potrafi.) Z powodzeniem kilka scen można by wyciąć z pierwszej połowy "Hobbita" bez żadnej straty dla widza, a i drugą przydałoby się okroić. Od razu przyznam, że nie wiem, w jakim stopniu film jest wierny książce, bazuję na opinii innych - że bardzo. Sama czytałam "Hobbita" jakieś 10 lat temu, podobał mi się średnio (za to "Władca pierścieni" mnie zachwycił), a mój egzemplarz spoczywa spakowany gdzieś w środku stosu przeprowadzkowych paczek i nie mam jak sprawdzić, choć chętnie bym to uczyniła.
Po drugie
Przeraźliwa powtarzalność akcji, co jest wynikiem punktu pierwszego. Streszczenie wyglądałoby tak:
Krasnoludy & hobbit idą, idą, idą. Znienacka pojawiają się trolle. Bitwa. Jest bardzo źle, ale w ostatnim momencie wyskakuje Gandalf i ratuje sytuację.
Krasnoludy & hobbit idą, idą, idą. Znienacka pojawiają się orkowie. Bitwa. Jest bardzo źle, ale w ostatnim momencie wyskakuje Gandalf i ratuje sytuację.
Krasnoludy & hobbit idą, idą, idą. Znienacka pojawiają się gobliny. Bitwa. Jest bardzo źle, ale w ostatnim momencie wyskakuje Gandalf i ratuje sytuację.
Krasnoludy & hobbit idą, idą, idą. Znienacka pojawiają się kamienne olbrzymy. Bitwa. Jest bardzo źle, ale wyjątkowo Gandalf nie wyskakuje, pewnie dlatego, że olbrzymy naparzają się między sobą, a krasnoludy znalazły się tam przypadkiem i dadzą radę.
Dalej schemat jest kontynuowany jak wyżej, aż do końca, dającego słabą nadzieję na jakąś odmianę w kolejnej części.
Bardzo widowiskowe było to wszystko, ale jak po raz n-ty zobaczyłam zaplutą gromadę orków, lecącą z wrzaskiem za (swoją drogą niezniszczalnymi) krasnoludami, to poczułam, że już długo nie wytrzymam. Zagęszczanie się akcji z upływem czasu polegało na skracaniu momentów spokojnych (krasnoludy idą), a wydłużaniem aktywnych (krasnoludy się biją).
Po trzecie
Nieznośny patos. Od czasu do czasu któryś z bohaterów, zdaje się, że głównie Bilbo, wygłaszał jakąś Uwagę Mądrą a Światłą i Zapamiętania Godną. Pokazywany był wtedy obowiązkowo na tle nieba, oświetlony przez słońce dramatycznie wschodzące lub zachodzące (te dwie pory dnia dominowały w całym filmie), wszystkie postaci dookoła zamierały, a w tle obowiązkowo leciał kawałek "Old Friends". Nie zwróciłam uwagi, czy mu w tym momencie wietrzyk rozwiewał loki, ale powinien. I brakowało mi już tylko łopoczącej amerykańskiej flagi...
Pomniejsze uwagi:
4. Wtórność w stosunku do "Władcy pierścieni". Jeśli ktoś bardzo chciał powrócić do tamtego świata, będzie usatysfakcjonowany, ale niczego nowego, odświeżającego nie należy si spodziewać. Ten sam sposób filmowania, taka sama muzyka, ten sam typ zdjęć (chwilami ocierający się bardzo blisko o kicz).
5. Efekty specjalne dość nierówne - rewelacyjny Gollum (widać tu rozwój przez te parę lat), a zarazem gumowato-plastelinowy Azog. Najbardziej zaniepokoiły mnie pierwsze sceny pokazujące krasnoludzkie miasto w okresie chwały - szybko przejeżdżająca kamera sprawiała, że na ekranie widać było tylko rozmyte plamy, a jedynym wyraźnym elementem były napisy. Na szczęście potem już takich efektów  nie było.
6. Mnóstwo małych irytacji, na które można przymknąć oko (jak pożar lasu rozprzestrzeniający się tylko w jednym kierunku - z dala od dobrych bohaterów - oraz tylko na poboczach, zostawiając środkiem nietknięte przejście), zwłaszcza że wiele z nich powinno być chyba skierowane do Tolkiena, a nie do Jacksona. Chociaż może Tolkien niektóre dziwne poczynania swoich bohaterów uzasadniał lepiej, a reżyser nie i przez to rażą.

Podsumowując - nie polecam jakoś szczególnie, ale fanów Tolkiena nie zniechęcam, sama pewnie i tak obejrzę dalsze części. A wkrótce zabieram się za lekturę "Listów" Tolkiena, które udało mi się nabyć po okazyjnej cenie w osiedlowej księgarni. A już się cieszyłam, że mi tak niekupowanie książek dobrze idzie...

Komentarze

  1. W sumie masz rację... ale ja i tak wszystkie części obejrzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tez, przecież nie zostawię krasnoludów samych na środku pustkowia ;)

      Usuń
    2. Ale scena kolacji u Bilba była boska, nie?

      Usuń
    3. O tak :) I to zmywanie naczyń. Zmywanie naczyń mogliby nawet jeszcze trochę rozciągnąć :D

      Usuń
  2. Podkopałaś mój zachwyt! :)
    Choć z większością Twoich uwag się zgodzę, to jednak... i tak dalej mnie ten film rajcuje i wrażenie, jakie po sobie pozostawił, jest bardzo pozytywne.

    Ale chyba dlatego, że porównywałam film z książką - i o ile przy książce się nudziłam, to film podziwiałam za to, jak wspaniale pokazał mi szczegóły tego świata, którego nie byłam sobie w stanie wyobrazić.

    Przerost akcji nad treścią - tak bym najogólniej określiła swoje zastrzeżenia do do filmu. Za dużo ruchu, za dużo napięcia na moje słabe nerwy. No i te pająki - dla arachnofobika to straszne przeżycie, straszne.

    Pozdrawiam! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczegóły rzeczywiście pokazane były pięknie - zapomniałam wspomnieć w recenzji, że to, co mnie zachwyciło, to kostiumy. Każda postać była idealnie ubrana i ucharakteryzowana - nie mogłabym sobie tego wyobrazić inaczej, a na pewno nie lepiej.

      Pająki mnie jakoś nie ruszają, zwłaszcza takie duże - ale na ratowanie tego jeżyka zerkałam jednym oczkiem tylko, bo ja na cierpienie zwierząt nie mogę patrzeć, nawet jak są generowane komputerowo :D To już wole siekanie na polach bitwy...

      Usuń
  3. O listach napisz, napisz o listach :))
    Co do "Hobbita", mnie się bardzo podobało, co mnie mocno zaskoczyło, chociaż mam bardzo podobne zarzuty do Twoich. Ale też za "Hobbitem" nie przepadam (również w przeciwieństwie do "Władcy..."), więc jaki film z tego wyszedł mniej mnie osobiście dotykało, w sumie jak długo nieźle się bawiłam. Dłużyzny były, oj tak. Ale ja jestem łatwa, daj mi mrocznego, bohaterskiego i przystojnego krasnoluda z przeszłością, który sam się rzuca przez płomienie na złych bladych Azogów... Liritio jest zachwycona :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napiszę, napiszę, tylko muszę najpierw przeczytać :) A to jakieś 750 stron jest, więc musisz mi dać chwilkę ;)
      Twoje uzasadnienie zachwytu nad filmem mnie powaliło :D Ale istotnie, jakoś tak miło się na Thorina patrzyło...

      Usuń
  4. To będzie kolejna recenzja "Listów" ;) Taa, Thorin był niczego sobie, reszta, tak jak napisałaś: głównie się gonią i biją

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Z wizytą u Sienkiewicza. Cztery Marie.

Królewna Śmieszka

Literatura na ekrany! - Cykl o Ani z Zielonego Wzgórza (cz. 2)