Nowa przyjaźń literacka

Zaprzyjaźniłam się właśnie z panią Gaskell, a to nie byle kto, bo bliska znajoma i biografka Charlotty Bronte. Wstrzymywałam się dość długo, bo po pierwsze - dopiero niedawno wyszły w Polsce tłumaczenia jej powieści, po drugie - ich cena mnie blokowała, po trzecie - wszyscy się nimi zachwycali na blogach, i powieściami, i ekranizacjami, więc czułam przesyt. Poza tym, sama "Północ i Południe", mimo zachęcającej rekomendacji: "dla miłośników Jane Austen i sióstr Bronte", odstraszała mnie tematem. Jak słyszałam o rolniczym Południu i przemysłowej Północy, o fabrykach, maszynach, strajkach, nie mogłam jakoś pojąć uniesień. Brzmiało to jak szkolna lektura pozytywistyczna i kusiło umiarkowanie (chociaż ja w sumie pozytywizm lubiłam).

No, ale zakupiłam, przeczytałam i teraz też się już mogę zachwycać. Bo niestety niczego oryginalnego nie powiem - podobało mi się i już. To jest jednak inna proza niż sióstr Bronte czy Austen, bardziej chłodna i elegancka, nie dostrzegłam tu typowych dla tamtych pasji i namiętności. W ogóle nie pasuje mi do kategorii romansów, bo akurat "romans" to była jej najmniej udana część. Para głównych bohaterów, Margaret Hale i John Thornton, pozostali dla mnie dość nijacy - i ani się z nimi nie zaprzyjaźniłam, ani nie bardzo uwierzyłam w uczucie, które miałoby się (lub nie) między nimi rozwijać. To znaczy, owszem - zostali przez pisarkę scharakteryzowani słownie, ale ja nie "czułam" ich charakterów, moim zdaniem nie wynikały one z samej akcji. O wiele lepiej wyszło pani Gaskell tworzenie spójnych bohaterów z dalszych planów. Tak samo to, czy jakieś uczucie między parą głównych bohaterów mogło zakiełkować, pozostało dla mnie sprawa drugorzędną, wręcz nie bardzo mnie to interesowało.

A jednak, mimo tego zastrzeżenia, uważam, że jest to świetna powieść obyczajowa, temat "przemysłowy" nie powinien nikogo odstraszyć. Doskonale mi się mieszkało z rodziną Hale pod jednym dachem, czy był to dach plebanii na Południu, czy domu w robotniczym miasteczku na Północy. Siedziałam z nimi przy posiłkach, wychodziłam na spacery, spotykałam ludzi - chętnie robiłabym to jeszcze przez kolejne pół tysiąca stron.Czułam się całkowicie zadomowiona.

Swoją drogą, kiedy czytałam o robotniczym Milton, przypominały mi się wspomnienia Frances Hodgson Burnett, która jako dziecko też miała umiarkowane szczęście zamieszkiwać w przemysłowych rejonach Anglii. Najbardziej jej opis sadzy, wirującej w powietrzu, osiadającej na wszystkim dookoła, także twarzach i sukniach...

Przede mną teraz serial z 2004 r., podobno doskonały. Jako ciekawostkę dodam, że Thorntona zagrał w nim Richard Armitage, czyli Thorin Dębowa Tarcza z Hobbita :) Druga powieść, "Żony i córki", tez już czeka na półce, ale chwilowo zagłębiłam się w czytaniu cudzej korespondencji, choć to podobno brzydko (ale może mi panowie wybaczą, zarówno Tolkien, jaki i Lem z Mrożkiem), więc pani Gaskell musi chwilkę poczekać.

***

A jeśli chodzi o prywatę, to chaos totalny trwa. Remont posuwa się tempem ślimaczym, a musimy zdążyć do wiosny, optymalnie byłoby skończyć za jakieś 7 tygodni. Na razie szanse marne, zwłaszcza że środki finansowe na wyczerpaniu. Obecnie najgodniej prezentuje się toaleta, pomieszczenie niewielkie, ale jakże istotne ;) Chociaż tak całkiem skończone też nie jest. Nie najlepszy to wynik, zważywszy, że remont zaczął się trzy tygodnie temu. Na szczęście kuchnia też już ruszona, sporo przeróbek instalacyjnych trzeba tam było wykonać, żeby przemienić standardy sprzed 50 lat w dzisiejsze. Wkrótce powinni nam wymieniać okna, czekamy na to z utęsknieniem, ale pozostaję sceptyczna, jeśli chodzi o terminowość firmy - choć może mnie zaskoczą. Ocieplenie idzie, warto byłoby to wykorzystać. Na kolejny ogień pójdzie łazienka - to największe wyzwanie, zupełnie nie wiemy, jak ją ugryźć, a koszt remontu przeraża. Ale zrobienie porządku jest niezbędne, nie da się już czekać dłużej. Wrzuciłabym zdjęcia, ale mnie odrzuca na myśl, że miałabym się do niej publicznie przyznać (chociaż jej stan to nie nasza zasługa, a pozostałość po poprzednich właścicielach). Dodam je, jak już będziemy mieć wersje "przed" i "po"...
Ciężko mi się skupić na czymkolwiek, siedząc w środku tego remontu i kompletnego zagracenia, stosów paczek i mebli, wśród gruzu, pyłu, hałasu wiertarki i kucia. Żałuje, że ten jedyny w życiu czas oczekiwania na pierwsze dziecko upływa w takich okolicznościach - delektowanie się nim jest skazane na niepowodzenie. Fizycznie męczę się zastraszająco szybko, a w głowie mam chaos. Miotanie się między lekarzem a supermarketem budowlanym to taka średnia przyjemność. Ostatnio poszłam nawet dla odprężenia pod lokalną bibliotekę - mam na osiedlu aż dwie filie - czy mnie nogi zaniosą w prawo czy w lewo, zawsze dotrę do książek ;) Obejrzałam ją sobie z wierzchu, pomacałam, powzdychałam, ale nie weszłam. Znoszenie teraz do domu lektur to nie jest dobry pomysł, a nie ma szans, żebym weszła, zarejestrowała się i wyszła z pustymi rękami. To się nigdy nie zdarza...

Komentarze

  1. Też mam "Północ..." i nie zawaham się jej przeczytać ;-)
    Tyle już słyszałam dobrego o autorce, czas się z nią zaprzyjaźnić droga książkową ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wahaj się ani chwili, kobieta warta jest poznania :) Dobrze, że ją wreszcie wydali.

      Usuń
  2. Ale ostatnia scena wyszła bardzo zacnie jeśli chodzi o romans. "Żony i córki" są nieco inne w klimacie, ale czytały mi się jeszcze lepiej. A potem polecam też niedawno wznowione "Panie z Cranford", jeśli nie czytałaś. :)
    Serialowe adaptacje wszystkich trzech też są więcej niż udane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czytałam "Pań z Cranford", chociaż tytuł kojarzę. Niestety, na razie nie posiadam własnego egzemplarza, ale znajdę, bez obaw :)

      Usuń
  3. Właśnie dzisiaj rozpoczęłam przygodę z "Północ i południe", której nie mogłam się doczekać właśnie z powodu serialu. Jeśli zaś chodzi o "Żony i córki", to ich ekranizacja - nie wiedzieć czemu - zniechęciła mnie do przeczytania tej pozycji. Klasykę literatury angielskiej uwielbiam, tak samo jak angielskie seriale kostiumowe, ale coś chyba nie zaskoczyło między mną a tym tytułem. Mogę tylko liczyć, iż z czasem się to zmieni i sięgnę również po tą powieść Gaskell :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja właśnie wolałam najpierw przeczytać, a potem obejrzeć, więc wstrzymywałam się dzielnie, mimo kuszenia, które musiałam znosić na licznych blogach ;) a;le czy to znaczy, że ekranizacja "Żon i córek" Ci się nie spodobała? Czy spodobała, ale nie masz ochoty już czytać pierwowzoru?

      Usuń
  4. Ech, trzymam kciuki za wielkie zmiany w Twoim życiu! My też przed narodzinami córki śpieszyliśmy się z remontem, więc doskonale Cię rozumiem i tym bardziej kibicuję :-)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Prześladuje mnie ta książka i serial na jej podstawie. Wszędzie je widuje. Niemniej bardzo chciałabym przeczytać. Uwielbiam Ch. Bronte.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo wszyscy o nich piszą, to prawda :) Ale nie nastawiaj się na podobieństwo między książkami Gaskell i Bronte, czasy te same, kobiece bohaterki, ale to na tyle podobieństw miedzy ich powieściami.

      Usuń
  6. Serial mnie zachwycił, jak również Cranford na podstawie jej powieści. Ona jest świetna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że serial spodoba mi się tak samo jak książka :)

      Usuń
  7. Książkę czytam. Bardzo topornie, bo nie mam czasu, ale czytam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdaj potem koniecznie relację :)

      Usuń
  8. Książkę mam (nawet w dwóch wersjach tłumaczenia), ale jeszcze nie przeczytałam.

    Za to wszystkie trzy (właściwie cztery, bo "Cranford" dwie serie jakby miał) seriale obejrzane już po kilka razy.

    I ciekawa jestem, czy nie zmienisz zdania, co do wątku miłosnego po obejrzeniu serialu ;)))

    P.S. a tak przy okazji to chciałam Ci złożyć najserdeczniejsze gratulacje z okazji zmiany stanu i najlepsze życzenia noworoczne :) Bo tak tylko czytam, czytam, a mało się odzywam ostatnio ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, to po skończeniu książki pomyślałam, że w serialu pewnie watek miłosny dopracowali lepiej, bo to przecież zawsze jest taka oś filmu. I podejrzewam, że charaktery głównych bohaterów mogą być tam przedstawione bardziej wyraziście (mam taką nadzieję). Nie zmienię zdania, co do wątku książkowego, ale w serialu bardzo chcę, żeby to było 'bardziejsze".
      P.S. Bardzo dziękuję :) Ja się ostatnio tez niewiele udzielam w komentarzach, niestety.

      Usuń
  9. Remonty to trauma jest. Efekty potem miło się ogląda, ale jednak trzeba się nacierpieć żeby je osiągnąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mój pierwszy poważny remont w życiu, poprzednie ograniczały się do malowania ścian, ewentualnie kładzenia kafelków w jednym pomieszczeniu, podczas gdy pozostałe były w pełni użyteczne. Więc nie zdawałam sobie sprawy, jak meczący jest stan, kiedy rozwalone jest dosłownie wszystko. Nie mogę się już doczekać końca i tych efektów...

      Usuń
    2. W swoim czasie zaczelam Cranford ale nie dokonczylam, choc zapowiadalo sie mile i bardzo Austenowsko. Moze jeszcze nie bylam gotowa na przyjazn:) Notabene moim zdaniem u Austen wszelkie namietnosci przedstawione sa bardzo chlodnym, eleganckim stylem i wyrazane bardzo oszczednie, very ladylike. Juz w Rozwaznej i romantycznej Marianna obrywa bardzo solidne ciegi (slowne oczywiscie) za pierwsza, entuzjastyczna konwersacje z panem Willoughby. Jak zauwaza - gdyby rozmawiala o pogodzie i stanie drog nie zasluzylaby na nagane. Jedna autentycznie namietna scena w Dumie i uprzedzeniu - pierwsze oswiadczyny Darcy'ego i odmowa Elzbiety - wiosny nie czynia. Wszystko inne jest przedstawione bardzo wytwornie i nie wychodzi z ram. Emocje trzeba wyczytywac miedzy wierszami (bo nie mowie rzecz jasna ze ich nie ma). W tym sensie Gaskell jest bardzo pokrewna Austen tak mi sie wydaje.
      Panie z Cranford byly wydane dosc dawno i powinny byc w kazdej szanujacej sie bibliotece.

      Powodzenia z remontem! Bylam tam, wiec wiem co czujesz...

      Usuń
    3. Pasja i namiętność to raczej u sióstr Bronte, w "Wichrowych wzgórzach" i "Jane Eyre", ja bym w ogóle nie stawiała nazwiska Austen obok Bronte, ale to wydawca książki zaczął ;) Ale wątki romansowe Austen budzą namiętność czytelniczą u mnie :) Może przedstawione są stylem eleganckim, ale wydają się niezwykle żywe i prawdziwe, jestem w stanie współodczuwać z bohaterkami, nawet jeśli oficjalnie muszą one swoje emocje skrywać.
      Jak tylko dotrę do biblioteki, poszukam Cranford - widziałam, że wyszło wznowienie (czy może dopiero wyjdzie), i jakoś tak mi się ubzdurało, że to będzie pierwsze polskie wydanie.

      Usuń
  10. Zawsze mnie trochę dziwi, kiedy spotykam się ze stwierdzeniami o pasjach i namiętnościach w prozie Jane Austen (a zdarza się to nierzadko), bo na mnie to ona właśnie robi wrażenie chłodnej i eleganckiej, ogromnie powściągliwej. Tak jak napisała Hannah, emocje wyczytać można tylko między wierszami. A więc raczej podobieństwo między Austen a Gaskell, przynajmniej w moich oczach.

    W serialowej wersji rzeczywiście w wątku miłosnym jest trochę więcej życia. Choć na mnie akurat i ten książkowy zrobił spore wrażenie, pod koniec już gryzłam palce czy wreszcie wszystko się między nimi wyjaśni i będzie happy end. No ale ekranizacja to już prawdziwy ocean emocji :)

    A jeśli chodzi o Armitage'a, to te dwa jego wcielenia oglądałam w odwrotnej niż Ty kolejności i z kolei byłam ogromnie ciekawa, jak pan Thornton będzie się prezentował w roli krasnoluda :D Wizualnie nie do rozpoznania, ale po głosie go wszędzie rozpoznam, niepowtarzalny.

    Życzę powodzenia ze wszystkim :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naia, jeśli chodzi o pasję i namiętność, to rzeczywiście myślałam raczej o siostrach Bronte. U Austen może nie występują one w prozie, natomiast opisane treści budzą żywiołowe emocje u mnie (przy czytaniu "Dumy i uprzedzenia" zawsze gryzę palce, nieważne, że znam książkę na pamięć). A ja generalnie na wątki miłosne jestem odporna i nie każdy mnie poruszy. Pani Gaskell się akurat nie udało, chociaż doceniłam to, że wstrzymała czytelnika w niepewności do ostatniej strony. ja tam w tą miłość dalej nie wierze, czekam aż mnie serial przekona ;)

      Dziękuję!

      Usuń
  11. Ale tych książek, tyle do czytania, a tak mało czasu :) Na pewno znajdę i czas na tę pozycje. Dziękuję i pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Z wizytą u Sienkiewicza. Cztery Marie.

Królewna Śmieszka

Literatura na ekrany! - Cykl o Ani z Zielonego Wzgórza (cz. 2)