Przyznaję, że Maria Rodziewiczówna znalazła się na mojej liście klasyków do przeczytania głównie z jednego powodu - koszmarnie mi się myliła z Mniszkówną i chciałam je wreszcie zacząć rozróżniać. Żadnej do tej pory nie czytałam, ale jak się kojarzy Mniszkówna wiadomo - melodramaty, sentymenta i parodia autorstwa Magdaleny Samozwaniec. Siłą skojarzeń i po Rodziewiczównie spodziewałam się romansów okrutnych.
Niniejszym uroczyście to odszczekuję. Cudnie pisała Rodziewiczówna i współczesne pisarki mogłyby się od niej uczyć. Dramat miesza się z dowcipem, miłość z tragedią. Bohaterowie są ludzcy, żadne tam papierowe marionetki. Akcja potrafi zaskoczyć nagłym skrętem w bok. Zakończenie krzepi - jak to w lekkich powieściach, czytanych dla przyjemności, wskazane.
Zaczęłam od "Między ustami a brzegiem pucharu". Dobrze, ze miałam starsze wydanie, bo ta całująca się para na okładce odrzuciłaby mnie z pewnością. A tymczasem w treści pocałunki można policzyć na palcach jednej ręki. Chociaż ciężko mi było przebrnąć przez początek, bo zaczyna się od czułego kląskania hrabiego Wentzla i pięknej Aurory. Szybko jednak się okazuje, że to nie nowi Romeo i Julia. Aurora mężatką jest, a Wentzel to fircyk, co mężatki lubi. Nie lubi natomiast Polaków - pech chciał, że jego ojciec, niemiecki hrabia, ożenił się z polską dziewczyną. Ta jednak zmarła szybko, dając życie Wentzlowi i od tej pory chłopak nie miał do czynienia z polską gałęzią rodziny, a publicznie się do takiej w ogóle nie przyznawał. Za "wyzwanie" od Polaków sam wyzywał - na pojedynek.
Wszystko zmienia się jednak, kiedy poznaje piękną pannę Jadwigę, wychowankę swojej polskiej babki. Przyzwyczajony do umizgów kawaler spotyka się z lodowatym przyjęciem, a babka, która uważa go za Prusaka, nie puszcza nawet za próg. Panna zresztą jest zaręczona, więc szanse Wentzla bliskie są zeru. Jak wiadomo jednak między ustami a brzegiem pucharu wiele zdarzyć się może...
To, co mnie urzekło najbardziej to poczucie humoru pisarki. Wcale się go nie spodziewałam, a tymczasem dialogi od niego aż kipią. No i ta atmosfera dworkowa, cudowna. Ciężkie to były czasy dla Polaków, a jednak urzekająco piękne. Jeśli ktoś lubi "Nad Niemnem" (a wiem, ze są tacy i nie jestem wyjątkiem) to powinien po Rodziewiczównę sięgnąć obowiązkowo. Dobra wiadomość, że ją ostatnio wznawia, w ładnych okładkach, wydawnictwo MG (które wsławiło się przekładami - nareszcie - "Shirley" i "Lokatorki Wildfell Hall").
Zaraz po przewróceniu ostatniej strony "Między ustami..." złapałam za "Strasznego dziadunia". Opis nie zachęcał - jakiś niesympatyczny acz bogaty dziadek, dwóch dorosłych wnuków, o czym tu czytać? Wsiąkłam od pierwszej strony nie oderwałam się dopóki nie skończyłam. Tym razem obyło się bez stosunków polsko-niemieckich. Akcja w dużym stopniu toczyła się w Petersburgu, gdzie studiował jeden z wnuków wrednego dziadka Polikarpa - Hieronim. Sierota, ale mądry i prawy, nie miał na świcie nikogo poza przyjacielem Żabbą i małą dziewczynką, wychowanką uratowaną z powodzi. Swego dziadka do bliskich nie zaliczał - ten bogaty starzec żądał od swych wnuków bezwzględnego posłuszeństwa i tylko za nie nagradzał - słuchał go drugi z wnuków, Wojciech, ale Hieronim miał własny plan na życie. Jednak plany planami a życie życiem, los miał dla Hieronima w zanadrzu okrutne niespodzianki, planując odebranie mu wszystkiego, co mu jeszcze na świecie pozostało.
"Straszny dziadunio" był powieściowym debiutem Rodziewiczówny - wygrała nim konkurs ogłoszony przez czasopismo "Świt". Wydał mi się nieco bardziej naiwny niż dojrzalsza "Między ustami...", ale nadal wart uwagi. Polecam i planuję przeczytać kolejne powieści Rodziewiczówny.
Maria Rodziewiczówna
Między ustami a brzegiem pucharu (1890)
Straszny dziadunio (1887)
Niepoprawna wielbicielka "Alicji w Krainie Czarów", zawyża poziom czytelnictwa, folguje nałogowi, uprawia tsudoku i hoduje dwa małe mole (książkowe). Poprzednia nazwa bloga (Jedz, tańcz i czytaj) zdezaktualizowała się - mam dzieci, nie mam czasu na nic, ale nadal czytam. Zamiast spać.
30 marca 2012
27 marca 2012
Ta, którą znałam najlepiej
Mam słabość do biografii kobiet-pisarek. Zaczęło się dawno temu, w wieku wczesnonastoletnim, od przepełnionych humorem autobiografii Joanny Chmielewskiej i Agathy Christie. Potem była długa przerwa, aż wreszcie trafiłam, nie tak dawno, na wspaniałą biografię sióstr Bronte autorstwa Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. Zaraz potem sięgnęłam po życiorys L.M.Montgomery ("Maud z Wyspy Księcia Edwarda") i upewniłam się, że mam ochotę podążać tą ścieżką. Na liście mam już całą listę biografii do przeczytania, a na półce czeka "Niezłomne serce" - biografia Jane Austen.
Na autobiografię, a dokładniej wspomnienia z dzieciństwa Frances Hodgson Burnett, autorki "Małej księżniczki" i "Tajemniczego ogrodu" trafiłam całkowitym przypadkiem. Myślałam, że "The One I Knew the Best of All" w ogóle nie zostało przetłumaczone - okazało się, że owszem, ale pod tytułem, który mi się wcale nie kojarzył, jako "Leśna Boginka". Uzasadnienie dla takiego tytułu w tekście występuje, ale moim zdaniem jest on mylący, spodziewałabym się raczej jakiejś baśni. Nadal chcę przeczytać pełnowymiarową biografię pisarki - fascynuje mnie to, że autorki ciepłych, krzepiących książek tak często cierpiały na depresję, kryzys wiary, były nieszczęśliwe w małżeństwie, traciły dzieci... Może dlatego tworzyły cudowne fikcyjne historie, żeby uciec od rzeczywistości?
Leśna Boginka / The One Knew The Best of All
Frances Hodgson Burnett
wydanie oryginalne - 1893
wydanie polskie - Nasza Księgarnia 1996
"Leśna boginka" rozpoczyna się jednym z najwcześniejszych wspomnień małej Frances - narodzinami jej niespełna trzy lata młodszej siostrzyczki, Edith. Poznajemy dziewczynkę oczyma dojrzałej, około 50-letniej pisarki, która opisuje małą-siebie w trzeciej osobie, jako Osóbkę. Dzięki temu "Leśna boginka" bardziej przypomina opowieść o pewnej małej dziewczynce niż wspomnienia. Książka kończy się wydaniem w magazynie pierwszego opowiadania, kiedy pisarka miała ok. 19 lat.
Frances Eliza była środkowym dzieckiem, miała dwóch starszych braci i dwie młodsze siostry. Kiedy matka była w ciąży z ostatnią córką, Edwiną, ojciec nagle zmarł i sytuacja finansowa rodziny znacznie się pogorszyła. Pierwsze wspomnienia pisarki wiążą się z robotniczą Anglią - choć rodzina należała do wyższej klasy. Mamy tu ciasną zabudowę, podglądane przez okna robotnicze rodziny, osiadającą wszędzie (także na ubraniach i twarzach) sadzę, tęsknotę za zielenią. Pojawiają się pierwsze doświadczenia literackie - nauka czytania, zachwyt nad powieściami, wymyślone historie snute przed przyjaciółkami, wreszcie własne próby literackie. Jest też sporo obrazków obyczajowych - spacerujące nianie, angielskie niedziele z wyprawami do kościoła, prowadzona przez dwie młode panny szkoła - oraz poruszających wspomnień, np. pierwsze zetknięcia ze śmiercią.
To, co mnie zaskoczyło, to że Frances Hodgson (później z męża Burnett) większość życia mieszkała w Ameryce. Jej książki wydawały mi się zawsze tak angielskie, że nie mogłam w to niemal uwierzyć. Rodzina Hodgsonów przeniosła się do Stanów Zjednoczonych wkrótce po zakończeniu wojny secesyjnej, kiedy Frances miała 16 lat. Do Anglii wróciła jako znana pisarka, w okolicach 50 roku życia. W Anglii powstał dopiero "Tajemniczy ogród" - inspirowany zresztą prawdziwym ogrodem w Great Maytham Hall - a "Małą księżniczkę" wydano tam jako książkę - wcześniej była publikowana w odcinkach w gazecie jako "Sara Crewe lub Co się zdarzyło na pensji panny Minchin". Z ciekawostek - początkowo Frances pisała dla dorosłych. Pierwsze utwory dla dzieci powstały po spotkaniu z Louise May Alcott, autorką "Małych kobietek" oraz z redaktorką pewnego czasopisma dla dzieci.
"Leśna boginka" - ciepła i urocza historia - została zadedykowana zmarłemu w wieku 16 lat synowi pisarki, Lionelowi.
Recenzja zamieszczona została także na blogu "Klasyka Młodego Czytelnika".
24 marca 2012
Literatura na ekrany - Głodowe Igrzyska wreszcie w kinach
Wyjaśnijmy sobie coś od razu - jestem fanką trylogii "Igrzyska śmierci" Suzanne Collins. Nie, że ją lubię. Lubię wiele książek. Nie uważam tych powieści za najlepsze w historii - jestem od tego daleka. Jestem fanką trylogii, tak jak jestem fanką "Harry'ego Pottera", "Serii Niefortunnych Zdarzeń" i powieści Jane Austen. Objawia się to u mnie w taki dziwny sposób, że wyłączam krytycyzm. Nawet jeśli którąś książkę uważam za słabszą - i tak ją uwielbiam, bo to część cyklu. Wychwytuję jak radar wszelkie informacje w mediach na ich temat. Obejrzę każdą ekranizację i będę ją kochać, nawet jeśli uznam za marną (tak, tak - na ekranizacji "Harry'ego Pottera i Komnaty Tajemnic" regularnie przysypiam, ale i tak ją oglądam).
Nic dziwnego więc, że na ekranizację "Igrzysk śmierci" czekałam z utęsknieniem. Książki były naprawdę świetne (recenzowałam je tu, tu i tu) - trzymające w napięciu przygodówki, jednocześnie głęboko poruszające i skłaniające do myślenia, a to rzadka kombinacja. Bałam się, co też Hollywood może tam napsuć, ale trailer pozwalał mi żywić nadzieję, że nie będzie najgorzej. Dotarłam do kina tak szybko, jak się dało, czyli dzień po premierze, podekscytowana jak przed pierwszą randką. Przyzwyczajona do multipleksów (półgodzinny bloczek reklam) nie spieszyłam się nadmiernie i o zgrozo, po raz pierwszy od kilkunastu lat się spóźniłam - reklam nie było. Dużo mi nie umknęło, ale nawet tych paru minut, których nie widziałam, żałuję.
Było dobrze. Naprawdę dobrze. Jasne, że wiele wątków trzeba było skrócić, ale to, co ważne zachowano. Katniss była bardzo przekonująca (chociaż jak na głodujący dystrykt aktorka wygląda na dobrze odżywioną, ale niech już będzie), scenografia świetna, akcja trzymająca w napięciu, śmierć Rue poruszająca... T., który nie czytał trylogii, tez był zachwycony, więc to film nie tylko dla fanów. Szczerze mówiąc, najchętniej poszlabym na niego po raz drugi, a to mi się od czasów "Titanica" nie zdarzyło, więc niech to będzie dla Was rekomendacją. Ale poprawkę na "fanowanie" weźcie ;)
![]() |
| Gale |
![]() |
| Katniss i Primrose |
![]() |
| Effie i Katniss |
![]() |
| Ważniejsi uczestnicy Igrzysk - poza planem nie wyglądają już tak morderczo ;) |
21 marca 2012
Zemsta o smaku morskiej wody


Ta książka to moje całkiem przypadkowe biblioteczne odkrycie. Mało brakowało, a zostawiłabym ją na półce - brałam do ręki i odstawiałam. Wreszcie nastrojowa okładka i hiszpańskie nazwisko autora zwyciężyły - pożyczyłam. Zaczęłam czytać już na przystanku i wiedziałam, że będzie mi się podobać.
Coś takiego jest w stylu Villara, jakaś lekka melancholia, co kojarzy się z kryminałami skandynawskimi, chociaż akcja rozgrywa się w Hiszpanii. Nie jest to jednak ta pocztówkowa, słoneczna Hiszpania. Galicja, region położony na północy, ma klimat zbliżony raczej do brytyjskiego. Szaro, pochmurno, mokro. Taki obrazek miałam w głowie, kiedy bohaterowie snuli się po portowej plaży, szukając mordercy rybaka, którego ciało ze związanymi rękami wyrzuciło morze. Pogubiony w życiu prywatnym inspektor Leo Caldas wzbudził moją ogromną sympatię, tak samo jak jego zapalczywy partner Estevez. Zachwyciły mnie fantastyczne opisy małego rybackiego miasteczka i mentalności galicyjskiej ludności (ich zwyczaj unikania konkretnych wypowiedzi - "nie mówię tak, nie mówię nie" - doprowadzał Esteveza do szaleństwa). Kryminał jest osadzony w prawdziwym miasteczku Panxón i po lekturze mam wrażenie, jakbym sama już przewędrowała jego uliczki.
![]() |
| Matka Boska z Góry Karmel - mozaika z kościoła w Panxón, wspominana w książce |
![]() |
| Port w Panxón |
![]() |
| Plaże Panxón |
No i największy plus - intryga. Nie ma tu krwawych opisów zwłok poćwiartowanych w wyrafinowany sposób, nie ma szaleńca-psychopaty, ani wyścigu z czasem zanim wyrżnie co do nogi całe miasteczko. Jest zwykła ludzka tragedia. Akcja ma bardzo spokojne tempo, a jednak ani przez chwilę nie nudzi. Nie byłam w stanie odgadnąć zakończenia, bo autor nieustannie wyprowadzał mnie w pole i to co wydawało mi się oczywiste, za chwilę okazywało się niemożliwe. Czytałam i z każdą stroną żałowałam, że niedługo skończę - a to rzadkie w przypadku kryminałów, kiedy ma się ochotę jak najszybciej dopaść ostatnią stronę i sprawdzić "kto zabił".
Bardzo gorąco polecam i żałuję, że pierwszy kryminał Villara "Los ojos de agua", z tymi samymi bohaterami, nie został przetłumaczony na język polski. Niemniej na pewno po niego sięgnę, w oryginale lub w przekładzie na angielski.
PS. A typowo hiszpańskie w tej książce były z lubością opisywane posiłki z owoców morza :) To nie Skandynawia, żeby wyciągali mrożoną pizzę i wtykali ją do mikrofali ;)
Domingo Villar
Plaża topielców
La playa de los ahogados
Wyd. Dolnośląskie 2011
19 marca 2012
Trzy kobiety w czerni
Nie wiem, czemu nazwisko Susan Hill kojarzyło mi się szalenie współcześnie, a to dama jest 70-letnia i z bogatym literackim dorobkiem. Przy okazji nowej ekranizacji jej powieści "Kobieta w czerni" zrobiło się o niej w Polsce nieco głośniej, zwłaszcza że równocześnie z filmem ukazało się polskie tłumaczenie tej powieści (wcześniej chyba niedostępne).
Chociaż horrorów nie czytuję i nie oglądam, to powieści o duchach pod to miano nie podciągam - tzw. powieści gotyckie darzę skrywaną sympatią. Prawda jest jednak taka, że za dużo porządnych powieści o duchach wcale nie ma. Z klasyki czytałam dobrego "Mnicha" Lewisa (chociaż duchów to tam malutko), "W kleszczach lęku" Henry'ego Jamesa - tą dość dawno i słabo ją pamiętam - oraz oczywiście "Opowieści niesamowite" Poe'go, choć przy całej sympatii dla autora nie mogę powiedzieć, żeby specjalnie straszyły. Przede mna jeszcze "Zamczysko w Otranto" Walpole'a i powieści pani Radcliff oraz polskiej przedstawicielki nurtu - Anny Mostowskiej. Powieść Susan Hill także rozgrywa się w XIX-wiecznych realiach, wiec tym chętniej sięgnęłam i po książkę i po obie jej ekranizacje.


Dojrzały mężczyzna, Arthur Kipp, wspomina najstraszniejsze doświadczenie swojego życia, to o którym całe życie próbował zapomnieć. Za młodu, jako początkujący adwokat został wysłany do małego miasteczka Crytin Gifford, żeby uporządkować papiery zmarłej Alice Drablow. Starsza pani żyła w ponurym odosobnieniu, bez krewnych i przyjaciół. Jest dom położony był na bagnach (zdecydowanie nie sprzyjało to utrzymywaniu kontaktów towarzyskich ;) ) - wąska grobla prowadząca przez moczary dostępna była tylko przez część dnia, podczas odpływu. Arthur z zapałem zabiera się do wypełniania obowiązków, jednak szybko dostrzega, że nazwisko Drablow wywołuje wśród mieszkańców miasteczka niechęć, a wzmianka o tajemniczej kobiecie w czerni, którą kilkakrotnie spotyka - panikę. Odizolowany w domostwie pani Drablow, Arthur odkrywa, że nie jest tam wcale sam, a bagna kryją mroczny sekret z przeszłości.
Książkę wydano w 1983 r., pierwsza ekranizacja powstała 6 lat później, w 1989 r., z Adrianem Rawlinsem w roli Arthura (ostatnio grał ojca Harry'ego Pottera w ekranizacji cyklu), a druga właśnie leci w kinach (z Danielem Radcliffem, który wcześniej grał Harry'ego Pottera). Co ciekawe, w powieści i obu ekranizacjach różny jest stan cywilny głównego bohatera, co pociąga za sobą różne zakończenie (z tego względu zaserwowanie sobie wszystkich trzech dzieł, jedno po drugim, wcale nie jest nudne) - w książce jest narzeczonym, w pierwszym filmie - mężem i ojcem dwójki dzieci, w drugim filmie - wdowcem z małym synkiem.
Pierwsza ekranizacja jest dość wierna powieści, chociaż mam wrażenie, ze akcję przeniesiono na nieco późniejszy okres. W powieści czas akcji nie jest dokładnie określony, ale w filmie wyraźnie widać, że są to lata międzywojenne. Dodano parę udziwnień, jak na przykład ówczesny dyktafon, którego w powieści nie było (tylko banalne papiery ;) ). Z nieznanych mi przyczyn zmieniono także nazwiska niektórych postaci. Poza tym jednak atmosfera jest bardzo wierna, raczej melancholijna i niepokojąca niż upiorna i jedyne do czego bym się przyczepiła, to niepotrzebnie rozwleczona końcówka.
Współczesna ekranizacja dodaje już sporo od siebie - znacznie tu więcej duchów i są one bez porównania aktywniejsze. Niektóre wydarzenia, tylko wspomniane w książce jako występujące (żeby nie spoilerować, nie powiem jakie), są tu pokazane. Film uczciwie straszy, choć sugeruję, żeby wziąć poprawkę na to, że ja nie oglądam horrorów i przestraszyć mnie łatwo ;) Niby schematy - odludny dom, a coś tam skrzypi, kroki słychać albo głosy - ale na mnie działają świetnie. Do tego stopnia, że pół seansu przesiedziałam z zamkniętymi oczami, zastanawiając się, na co mi to było ;) Plusem tej ekranizacji są niewątpliwie piękne, nastrojowe zdjęcia. Minusem - niestety - Daniel Radcliffe grający główną rolę. Przy całej sympatii dla tego aktora, uważam że był zupełnie niewiarygodny jako wdowiec i ojciec. Jego chłopięca uroda sprawiała, że oczekiwałam, że sam raczej zacznie wołać tatę... Gdyby nie jego filmowy stan cywilny uważałabym jednak, że zagrał bardzo dobrze - lubię go i życzę mu jak najlepiej w dalszej karierze.
Podsumowując - polecam i książkę, i obie ekranizacje, jeśli lubicie się bać.
Chociaż horrorów nie czytuję i nie oglądam, to powieści o duchach pod to miano nie podciągam - tzw. powieści gotyckie darzę skrywaną sympatią. Prawda jest jednak taka, że za dużo porządnych powieści o duchach wcale nie ma. Z klasyki czytałam dobrego "Mnicha" Lewisa (chociaż duchów to tam malutko), "W kleszczach lęku" Henry'ego Jamesa - tą dość dawno i słabo ją pamiętam - oraz oczywiście "Opowieści niesamowite" Poe'go, choć przy całej sympatii dla autora nie mogę powiedzieć, żeby specjalnie straszyły. Przede mna jeszcze "Zamczysko w Otranto" Walpole'a i powieści pani Radcliff oraz polskiej przedstawicielki nurtu - Anny Mostowskiej. Powieść Susan Hill także rozgrywa się w XIX-wiecznych realiach, wiec tym chętniej sięgnęłam i po książkę i po obie jej ekranizacje.

Dojrzały mężczyzna, Arthur Kipp, wspomina najstraszniejsze doświadczenie swojego życia, to o którym całe życie próbował zapomnieć. Za młodu, jako początkujący adwokat został wysłany do małego miasteczka Crytin Gifford, żeby uporządkować papiery zmarłej Alice Drablow. Starsza pani żyła w ponurym odosobnieniu, bez krewnych i przyjaciół. Jest dom położony był na bagnach (zdecydowanie nie sprzyjało to utrzymywaniu kontaktów towarzyskich ;) ) - wąska grobla prowadząca przez moczary dostępna była tylko przez część dnia, podczas odpływu. Arthur z zapałem zabiera się do wypełniania obowiązków, jednak szybko dostrzega, że nazwisko Drablow wywołuje wśród mieszkańców miasteczka niechęć, a wzmianka o tajemniczej kobiecie w czerni, którą kilkakrotnie spotyka - panikę. Odizolowany w domostwie pani Drablow, Arthur odkrywa, że nie jest tam wcale sam, a bagna kryją mroczny sekret z przeszłości.
Książkę wydano w 1983 r., pierwsza ekranizacja powstała 6 lat później, w 1989 r., z Adrianem Rawlinsem w roli Arthura (ostatnio grał ojca Harry'ego Pottera w ekranizacji cyklu), a druga właśnie leci w kinach (z Danielem Radcliffem, który wcześniej grał Harry'ego Pottera). Co ciekawe, w powieści i obu ekranizacjach różny jest stan cywilny głównego bohatera, co pociąga za sobą różne zakończenie (z tego względu zaserwowanie sobie wszystkich trzech dzieł, jedno po drugim, wcale nie jest nudne) - w książce jest narzeczonym, w pierwszym filmie - mężem i ojcem dwójki dzieci, w drugim filmie - wdowcem z małym synkiem.
Pierwsza ekranizacja jest dość wierna powieści, chociaż mam wrażenie, ze akcję przeniesiono na nieco późniejszy okres. W powieści czas akcji nie jest dokładnie określony, ale w filmie wyraźnie widać, że są to lata międzywojenne. Dodano parę udziwnień, jak na przykład ówczesny dyktafon, którego w powieści nie było (tylko banalne papiery ;) ). Z nieznanych mi przyczyn zmieniono także nazwiska niektórych postaci. Poza tym jednak atmosfera jest bardzo wierna, raczej melancholijna i niepokojąca niż upiorna i jedyne do czego bym się przyczepiła, to niepotrzebnie rozwleczona końcówka.
Współczesna ekranizacja dodaje już sporo od siebie - znacznie tu więcej duchów i są one bez porównania aktywniejsze. Niektóre wydarzenia, tylko wspomniane w książce jako występujące (żeby nie spoilerować, nie powiem jakie), są tu pokazane. Film uczciwie straszy, choć sugeruję, żeby wziąć poprawkę na to, że ja nie oglądam horrorów i przestraszyć mnie łatwo ;) Niby schematy - odludny dom, a coś tam skrzypi, kroki słychać albo głosy - ale na mnie działają świetnie. Do tego stopnia, że pół seansu przesiedziałam z zamkniętymi oczami, zastanawiając się, na co mi to było ;) Plusem tej ekranizacji są niewątpliwie piękne, nastrojowe zdjęcia. Minusem - niestety - Daniel Radcliffe grający główną rolę. Przy całej sympatii dla tego aktora, uważam że był zupełnie niewiarygodny jako wdowiec i ojciec. Jego chłopięca uroda sprawiała, że oczekiwałam, że sam raczej zacznie wołać tatę... Gdyby nie jego filmowy stan cywilny uważałabym jednak, że zagrał bardzo dobrze - lubię go i życzę mu jak najlepiej w dalszej karierze.
Podsumowując - polecam i książkę, i obie ekranizacje, jeśli lubicie się bać.
16 marca 2012
Wiktoriańska intryga
Rzadko się zdarza tak wciągające czytadło! Na początku czytałam sobie spokojnie, myśląc "no, fajne fajne, przyjemnie się czyta, tylko ta intryga jakaś taka prosta". Tak mi się zdawało aż do pierwszego zwrotu akcji o 180 stopni. Przy czym nie był to zwrot ostatni...
Sarah Waters
Złodziejka
Fingersmith
Prószyński i ska 2004
Akcja rozgrywa się w doskonale odmalowanych realiach XIX-wiecznej dickensowskiej Anglii. Sue Trinder, córka przestępczyni, którą stracono w majestacie prawa, wychowała się w rodzinie "zastępczej". Jej opiekunowie trudnili się paserstwem i rozwiązywaniem problemu niechcianych dzieci, ale swą przybraną córkę kochali, przelewając na nią najwyraźniej uczucia dla własnej córeczki, która zmarła w niemowlęctwie. Pewnego dnia znajomy rodziny, oszust zwany Gentelmanem, proponuje Sue pewny zarobek. Ma wcielić się w rolę pokojówki pewnej młodej arystokratki, panny Maud, wkraść się w jej łaski i przekonać ją do ucieczki i małżeństwa z nauczycielem rysunku, owym Gentelmanem właśnie. Po ślubie panna zostanie oddana do zakładu psychiatrycznego (nie taki rzadki sposób pozbywania się niechcianych małżonek w owych czasach), a spiskowcy podzielą się jej majątkiem. Sue zgadza się, wyjeżdża do posiadłości wuja panny Maud, ale wkrótce okazuje się, że sprawy nie idą zgodnie z planem. A potem zaczynają wręcz biec w całkowicie nieprzewidywalnym kierunku...
Autorce udało się robić mnie w konia co dziesięć stron. Za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że już wiem, o co chodzi, wszystko stawało na głowie. Nawet jeśli stopień pokomplikowania intrygi jest troszkę niewiarygodny (przynajmniej w niektórych aspektach), to przymknęłam na to oko, bo czytało się fantastycznie. Z pewnością sięgnę po inne powieści pani Waters, a w planach mam także obejrzenie miniserialu z 2005 na podstawie tej książki.
Sarah Waters
Złodziejka
Fingersmith
Prószyński i ska 2004
Akcja rozgrywa się w doskonale odmalowanych realiach XIX-wiecznej dickensowskiej Anglii. Sue Trinder, córka przestępczyni, którą stracono w majestacie prawa, wychowała się w rodzinie "zastępczej". Jej opiekunowie trudnili się paserstwem i rozwiązywaniem problemu niechcianych dzieci, ale swą przybraną córkę kochali, przelewając na nią najwyraźniej uczucia dla własnej córeczki, która zmarła w niemowlęctwie. Pewnego dnia znajomy rodziny, oszust zwany Gentelmanem, proponuje Sue pewny zarobek. Ma wcielić się w rolę pokojówki pewnej młodej arystokratki, panny Maud, wkraść się w jej łaski i przekonać ją do ucieczki i małżeństwa z nauczycielem rysunku, owym Gentelmanem właśnie. Po ślubie panna zostanie oddana do zakładu psychiatrycznego (nie taki rzadki sposób pozbywania się niechcianych małżonek w owych czasach), a spiskowcy podzielą się jej majątkiem. Sue zgadza się, wyjeżdża do posiadłości wuja panny Maud, ale wkrótce okazuje się, że sprawy nie idą zgodnie z planem. A potem zaczynają wręcz biec w całkowicie nieprzewidywalnym kierunku...
Autorce udało się robić mnie w konia co dziesięć stron. Za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że już wiem, o co chodzi, wszystko stawało na głowie. Nawet jeśli stopień pokomplikowania intrygi jest troszkę niewiarygodny (przynajmniej w niektórych aspektach), to przymknęłam na to oko, bo czytało się fantastycznie. Z pewnością sięgnę po inne powieści pani Waters, a w planach mam także obejrzenie miniserialu z 2005 na podstawie tej książki.
14 marca 2012
Panienka z leśnego dworku
Eugenia Marlitt
Złota Elżunia
Goldelse, 1866
Wyd. Siedmioróg 1998
Recenzja na blogu Klasyka Młodego Czytelnika.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Winter is coming... Tym razem w komiksie.
Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...
-
Cztery lata wierni czytelnicy Jeżycjady odczekali się na przyjazd Magdusi do Poznania. Ja też czekałam. Oczekiwanie dłużyło mi się niemi...
-
Tak! Jeśli mnie nie myli kalendarz, to właśnie dziś, 15 stycznia 2011 r. , Jedz, tańcz i czytaj kończy roczek . Pół roku temu zaliczył co...
-
Moje pierwsze zetknięcie z Jane Eyre było całkiem nieświadome. W wieku kilku lat oglądałam z rodzicami jakiś film i jedyne co z niego zapami...
















