4 czerwca 2012

Smutek w raju

Dobry przykład na to, jak wydawca może spaprać robotę, jeśli koniecznie chce zdążyć z wydaniem książki przed kinową ekranizacją. Mogę wybaczyć literówki, nawet błąd gramatyczny, ale na kolana rzuciła mnie "grupa hula-hoop", w której jakoby uczestniczyła bohaterka. Hula-hoop to takie plastikowe kółeczko, a taniec hawajski (akcja książki rozgrywa się na Hawajach), wyraźnie opisany w tym miejscu książki, nazywa się hula. Bose stopy uderzające o podłogę, wzrok podążając za łagodnym ruchem dłoni - rzeczywiście opis kręcenia hula-hoop jak w pysk strzelił. Rozumiem, że może nie każdy słyszał o tańcu hula, większość czytelników pewnie nie zwróci uwagi, ale to nie usprawiedliwia wydawcy. Ostatecznie od poprawiania błędów tłumacza są redaktorzy i korektorzy, którzy takie bzdury powinni prostować.

Przeczytałam tę powieść głównie dla miejsca akcji - Hawajów, bo kultura hawajska bardzo mnie interesuje i miałam ochotę podejrzeć, jak współcześnie wygląda to miejsce. Ze względu na koszty podróży osobiste odwiedziny raczej nie nastąpią w najbliższym czasie. Trochę uroków, ale i niedostatków, tego wyspiarskiego raju można dojrzeć pod warstwą fabularną i poczułam się usatysfakcjonowana. Zresztą mam jeszcze w planach obejrzenie ekranizacji - z tych samych przyczyn.

A jeśli chodzi o fabułę? Nie było źle, ale i bez fajerwerków.  Matt King, spadkobierca bogatej hawajskiej rodziny, ojciec dwóch córek, traci w wypadku żonę. Dokładniej - kobieta nadal żyje, ale znajduje się w stanie głębokiej śpiączki, z której się nie wybudzi. Matt musi się uporać nie tylko z bólem po stracie, ale także z rolą ojca, która dotąd pełnił tylko z nazwy, a także z informacją, że jego żona prawdopodobnie nie była mu wierna.

Głównym minusem był dla mnie mało wiarygodny bohater. Często miałam wrażenie, że czytam monolog kobiety, która tylko udaje mężczyznę - sposób rozumowania po prostu mi nie pasował. Autorka jest młodą kobietą i myślę, że nie poradziła sobie z zadaniem, jakim jest wczucie się w psychikę mężczyzny w średnim wieku. Chociaż może wina znów leży po stronie tłumacza?
Po drugie - dziwny związek, jaki Matt tworzył z Joanie, także do mnie nie przemówił. Pisarka bardzo próbowała, ale nie przekonała mnie, że taka relacja rzeczywiście mogłaby istnieć. Może gdyby Matt był zupełną ciapą, trwałby w związku z kobietą, którą określiłabym mianem nie szalonej (to ma nawet taki pozytywnie-uwodzicielski posmak), tylko irytująco niezrównoważonej, płytkiej i niezbyt bystrej, która od życia chce tylko zabawy, jest fatalną matka i raczej marną żoną. Tymczasem Matt jawi się jako przystojny, inteligentny i bogaty, bardziej przyzwyczajony do żony, niż jakoś szaleńczo zakochany. Tu znów widzę w nim jakies typowo kobiece zachowania. (Pisarka przekonuje, że był zakochany, ale w żadnych scenkach z ich wspólnego życia tego nie dostrzegłam. Niektóre emocje powinny wynikać spomiędzy wierszy, a nie być wyraźnie napisane "on ją kochał kropka a ona taka niewdzięcznica kropka").
Po trzecie - jeśli współczesne dzieci są rzeczywiście takie, jak opisane w książce, to ja chyba podziękuję za własne. Podjęcie roli ojca wobec zwykłych dzieci byłoby już wyzwaniem, a te się chyba wdały w matkę...

Mimo wszystko nie czytało się źle, szybko poszło, chociaż te z założenia dramatyczne wątki jakoś nie wzbudziły u mnie głębszych emocji. Ale może ja taka zmanierowana jestem. W każdym razie nie potrafię zgodzić się z Sofią Coppolą, której rekomendacja widnieje na okładce, jakoby był to jakiś książkowy "namberłan". Pozycja dla chętnych.

9 komentarzy:

  1. Jakoś nigdy ta książka do mnie nie przemawiała. I chyba jednak nie przemówi. Tak samo, jak ekranizacja.

    OdpowiedzUsuń
  2. Haha, hula hoop? Ciekawe;) Jednak niespecjalnie ciągnie mnie do tej książki, i chyba wiele nie stracę. Za to film zamierzam obejrzeć - dla Georga Clooneya ;)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałam tę książkę w planach, ponieważ w ekranizacji temat został potraktowany zbyt lekko i chciałam się przekonać, czy powieść będzie lepsza. Ale teraz się zawahałam. Chyba nie będę jej specjalnie szukać, przeczytam, jeśli mi przypadkiem w ręce wpadnie.
    Dopiero teraz się zorientowałam, że zmieniłaś nick! Przywiązałam się do Lilybeth, nie wiem, czy zdołam się przestawić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, właściwie to zmieniłam przypadkiem, sprawdzałam dla koleżanki, jak się to robi. A jak już zmieniłam, to się zawahałam... Bo w sumie taki zawsze chciałam mieć (od Madiki z książki Astrid Lindgren) i nie wiem, czemu założyłam bloga pod innym. Z drugiej strony, wiem, że w sieci jestem rozpoznawalna raczej jako "lilybeth" i tak trwam, starając się podjąć jakąś wiążącą decyzję. Może powinnam ankietę na blogu zrobić ;)

      Usuń
    2. Ja się cały czas czuję skołowana przez ten nowy nick ;) Nie mogę się zupełnie przestawić...

      Usuń
  4. Chyba nie czytałam tej książki Lindgren, bo nie przypominam sobie takiej bohaterki - która to powieść? Może przeczytam i wtedy mi się będzie z Tobą kojarzyć :-). Ankieta to pewnie niezły sposób na przełamanie impasu ;-). Ale gdybyś za jej przyczyną miała zrobić coś wbrew sobie, to to też chyba nie byłby dobry pomysł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Były dwie części - "Madika z Czerwcowego wzgórza" oraz "Madika i berbeć z Czerwcowego Wzgórza". Obie polecam :)
      Właśnie nie chciałabym, żeby mi ktoś narzucał login, więc chyba po prostu sama muszę wreszcie podjąć decyzję :)

      Usuń
  5. Dziękuję, zanotowałam, rozejrzę się w swojej bibliotece :-).
    Najważniejsze to być w zgodzie ze sobą.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. Raczej nie, podziękuje serdecznie.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...