8 lutego 2011

Podróżnik na wyspach wyobraźni

Guliwer plasuje się w świadomości społecznej gdzieś między królewną Śnieżką a sierotką Marysią, a od wspomnianych odróżnia go tylko płeć. Generalnie duży facet i małe krasnoludki, a potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Mało kto pamięta, że powieść Johathana Swifta była satyrą polityczną, skierowaną zdecydowanie do dorosłych odbiorców i nosiła dźwięczny tytuł: Travels into Several Remote Nations of the World, in Four Parts. By Lemuel Gulliver, First a Surgeon, and then a Captain of several Ships. Pod płaszczykiem fantastycznej opowieści pewnego marynarza-podróżnika (o wyjątkowym niefarcie na morzu zresztą) pisarz skrytykował rządzących, naukowców, filozofów i ludzkość jako taką. A jakby tego było mało, stworzył zarazem doskonałą książkę przygodową, którą po niemal 300 (!) latach od powstania nadal czyta się znakomicie.


Czytałam "Podróże Guliwera" ładne parę lat temu, ale pamiętam, że było to dla mnie odkrycie. Do sięgnięcia po nią zmotywował mnie znakomity brytyjski miniserial z 1996 roku. Obecna uwspółcześniona amerykańska superprodukcja, która szaleje po kinach we wszystkich trzech wymiarach, jest niestety boleśnie koszmarna i potrafi do oryginału całkowicie zniechęcić. Rozgrywa się niemal wyłącznie w krainie liliputów (w książce to tylko jedna z czterech odwiedzonych przez Guliwera krain) i opowiada o tym, jak bardzo każdego uszczęśliwia amerykanizacja (tak - Guliwer bardzo dosłownie przekształca krainę liliputów w małą Amerykę, a tubylcy są zachwyceni). Sam Guliwer jest niedorosłym matołkiem, dla którego życiowym odkryciem (i morałem całego filmu przy okazji) jest to, że kłamstwo ma krótkie nogi i generalnie nie popłaca. Rozumiem, że twórcy celowali w odbiorcę małoletniego, ale ja bym swojego dziecka na to nie zabrała.


Jeżeli jednak macie ochotę zapoznać się z prawdziwym Guliwerem, polecam i książkę, i wspomniany film z lat 90. Ekranizacja ta nieco odbiega od oryginału, ale - co rzadko się zdarza - zdecydowanie na plus.


Akcja rozgrywa się na dwóch planach. Oto mamy Guliwera, który po powrocie ze swoich wojaży  opowiada niestworzone brednie o liliputach, olbrzymach i latających wyspach, za co zostaje umieszczony w szpitalu psychiatrycznym. Jedyną osobą, który wierzy we wszystko, co opowiedział, jest jego mały synek. Robi co może, by udowodnić, że jego ojciec nie jest kłamcą ani szaleńcem i tym samym umożliwić mu powrót do domu*.


Ta opowieść przeplatana jest podróżami Guliwera, który oprócz liliputów odwiedza też krainę zamieszkaną przez gigantów i latającą wyspę Laputę, na której filozofowie są tak głęboko pogrążeni w myślach, że muszą zatrudniać służących do ostrzegania ich przed niebezpieczeństwem uderzenia się w niski strop lub potknięcia o próg. Ostatnim etapem podróży jest utopijna wyspa zamieszkana przez mądre konie, Houyhnhnmy, które reprezentują wszelkie szlachetne wartości, podczas gdy człekopodobne stwory, Yahoosy, to ucieleśnienie ludzkich wad.


W wersji książkowej Guliwer po dłuższym pobycie w krainie szlachetnych Houyhnhnmów poczuł taki wstręt do ludzi, że nie miał ochoty przebywać w ich towarzystwie i zdecydował się zamieszkać w stajni razem z końmi. Co ciekawe, sam Jonathan Swift pod koniec życia miał podobne poglądy na towarzystwo innych ludzi, został uznany za niepoczytalnego, a dowodem jego szaleństwa miał być właśnie ostatni  rozdział "Podróży Guliwera".


Polecam - w odróżnieniu od najnowszej wersji kinowej, zarówno książka, jak i miniserial dają do myślenia odbiorcom w każdym wieku.

 



Podróże Guliwera, reż. Charles Sturridge, USA, UK 1996.
Podróże Guliwera 3D, reż. Rob Letterman, USA 2010.

* Pamiętam, że kiedy sięgnęłam po książkę, byłam bardzo rozczarowana faktem, że Guliwer wcale nie  miał syna, tylko córkę, a cały wątek udowadniania, że jego historie są prawdziwe, powstał w wyobraźni reżysera.

6 komentarzy:

  1. Mam wielką ochotę na ten film ;) Aż wstyd przyznać ale jeszcze nigdy nie oglądałam ani jednego filmu o przygodach Guliwera ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Te nowe "Podróże Guliwera" pewnie mnie nie zachwycą, ale pewnie kiedyś tam zobaczę ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam książkę, oglądałam film z 1996 roku ( na kasecie VHS wtedy jeszcze ;) i bardzo mi się podobało. Zwiastun nowej wersji widziałam w kinie i już ta migawka mi sie nie podobała. Spłycone i zamerykanizowane do granic możliwości, az się boję zobaczyć więcej :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Książkę czytałam ładnych parę lat temu. Wydaje mi się, że widziałam też miniserial, ale pewna nie jestem. A na nowy film nikt mnie do kina nawet siłą nie zaciągnie:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Myślę, że to idealny film dla moich dzieci. Chociaż ja kiedyś też bardzo lubiłam czytać i oglądać przygody Guliwera.

    OdpowiedzUsuń
  6. Lena173 - polecam starą wersję. Z nowej niczego się o Guliwerze nie dowiesz. To taki pseudoamerykanoguliwer ;)

    Gromadzik - ja też w sumie z góry wiedziałam, ze mi się nie spodoba, ale i tak się nie powstrzymałam przed obejrzeniem ;)

    Przyjemnostki - słusznie się boisz :) Po prostu strata czasu, który można lepiej wykorzystać, np. na czytanie :D

    Milvanna - dobrze, trzeba się uczyć na cudzych błędach :)

    Beatrix73 - bo Guliwer to uniwersalna historia, każdy coś w niej znajdzie, co w sumie jest oznaką jej klasy.

    OdpowiedzUsuń

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...