Zdziecinnienie postępuje

Znów królują u mnie ekranizacje książek dla dzieci - dwa hity kinowe i jeden film chyba zupełnie nieznany w Polsce, podobnie jak jego pierwowzór książkowy.

Podróż Wędrowca do Świtu to moja ulubiona część narnijskiego cyklu (no, może ex aequo z Siostrzeńcem czarodzieja) i bardzo się cieszę, że nie została spaprana przez filmowców. 


Nie jest to może ekranizacja idealna, nadal nie ma całego uroku pierwowzoru - ani  magii starej angielskiej wersji serialowej - ale jest ładna, zgrabna i przyjemna. Ogląda się bez bólu, nic w treści nie zgrzyta, nie ma zbyt nachalnych momentów wzniosło-umoralniających. Nawet dubbing jest zaskakująco udany - po kilku minutach zapomniałam, że jest, a np. na dubbingowanym Harrym Potterze cierpiałam przez cały seans.


Dla niewtajemniczonych lub niepamiętających zbyt dobrze treści książki: Łucja i Edmund zostają wysłani do ciotki, gdzie muszą znosić swojego irytującego, wiecznie niezadowolonego kuzyna Eustachego. Za sprawą magii (rzecz jasna) przenoszą się wraz z nim do Narnii, gdzie trafiają na tytułowy okręt, na którym ponownie spotykają księcia Kaspiana. Kaspian wyruszył na morze, by odnaleźć zaginionych przyjaciół swojego ojca. Dzieci towarzyszą mu w wyprawie, razem odkrywając tajemnicze wyspy i płynąc coraz dalej na wschód, po niezbadanych wodach, za którymi kryje się ponoć kraina Aslana. Po drodze marudny Eustachy dostaje szkołę życia i pod wpływem doświadczeń zmienia się na lepsze. (Oczywiście Amerykanie nie byliby sobą, gdyby nie utkali tam jeszcze paru wątków umoralniających: Łucja zmaga się z zazdrością o urodę siostry, a Edmund - o sławę brata.)


Ryczypisk kupił mnie bezwarunkowo :)


Polecam dzieciom i dorosłym sympatykom Opowieści z Narnii.

****************************************************************

Dla równowagi teraz będę krytykować ;)

Kolokwialnie rzecz ujmując, po przeczytaniu książki "Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Złodziej pioruna" napaliłam się na film. Uwielbiam ekranizacje,  tę możliwość zobaczenia "na żywo" tego, co wcześniej oglądałam tylko oczyma wyobraźni i przeżycia wszystkich emocji raz jeszcze. Nie oczekuję idealnie wiernej ekranizacji, ale równie dobrej jak pierwowzór. W tym wypadku się przeliczyłam.

Być może obejrzenie jej natychmiast po lekturze było błędem. Twórców poniosła fantazja i uznali, że są w stanie wymyślić wszystko lepiej niż Rick Riordan, więc z pierwowzoru zostawili w sumie tylko sam pomysł z bogami oraz imiona głównych bohaterów. Cała reszta, która  mi się tak podobała, w ogóle nie zaistniała. Może gdybym nie czytała książki i nie znała tej "reszty", nie odczułabym tak jej braku.


Bohaterowie - Percy i jego przyjaciele - są znacznie starsi niż w oryginale, gdzie mieli latek 12, li i jedynie. Głównym celem postarzenia ich było chyba wykreowanie nowych idoli wśród nastolatek. Zagubiony w książce Percy, w filmie nadzwyczaj gładko przełyka informacje o istnieniu greckich bogów i swoim pochodzeniu od nich. Zresztą to, co w powieści odkrywane było stopniowo przez całą akcję, tutaj zostaje mu skrótowo wyłożone już na samym początku. Zlikwidowano kilka fantastycznych postaci, np. głównych wrogów Percy'ego w obozie, czyli wojownicze dzieci Aresa, oraz Dionizosa w roli kierownika obozu (bez wątpienia niewłaściwy bóg na niewłaściwym miejscu). Annabeth, przyjaciółka Percy'ego i córka Ateny, która w książce odziedziczyła po bogini mądrości inteligencję i liczne zainteresowania, w filmie jest tylko szaloną wojowniczką. Innych hobby,  poza wywijaniem mieczem, brak (tak, Atena jest również boginią wojny, ale w nieco innym wydaniu). 


No i wreszcie zmiana, która mnie najbardziej zirytowała, czyli natura bogów. W książce byli tacy, jak w mitologii, czyli bardzo ludzcy - kłótliwi, pożądliwi, nieodpowiedzialni i egoistyczni. Filmowcy widoczni uznali, że takie zachowanie bogom nie przystoi, więc zamiast Zeusa Gromowładnego, mamy Zeusa Dobrotliwego, który w oczach ma mądrość (gdzie się podziało: "w nagrodę cię nie zabiję"?), zaś Posejdon tak naprawdę kocha tylko matkę Percy'ego i nieustannie tęskni za swoim ziemskim synem. Twórcy postanowili naprostować jeszcze kilka "błędów" pisarza i np. Meduza nosi turban w stylu boho zamiast czadoru, Percy nie zostawia matki w Hadesie, bo jakże to tak, a rzeczona matka pozbywa się partnera w znacznie mniej wyrafinowany sposób... Ech, te amerykańskie moralitety...



****************************************************************
From time to time to ekranizacja angielskiej klasyki literatury dziecięcej, chyba nigdy nie przetłumaczonej na język polski. Autorka, Lucy M. Boston, mieszkała w starej angielskiej rezydencji The Manor, którą przechrzciła na Green Knowe (co można przetłumaczyć jako Zielone Wzgórze ;) ). Tam stworzyła serię książek dla dzieci, których akcja rozgrywa się w tej właśnie rezydencji - stąd serię nazwano Green Knowe. Opowiada ona o tajemniczym domu, w którym przeszłość splata się bardzo dosłownie z teraźniejszością. Mieszkańcy widują duchy poprzednich mieszkańców, odkrywając sekrety ich historii.

Film powstał na podstawie drugiej książki z serii The Chimneys of Green Knowe. Niestety jej nie czytałam, więc nie mogę oceniać zgodności z oryginałem, niemniej sam film jest wart uwagi.

"I like this house" said Tolly. "It's like living in a book that keeps coming true"

Akcja rozgrywa się pod koniec II wojny. Bohater, Tolly, zostaje wysłany do rezydencji swojej babci. Ojciec Tolly'ego zaginął na wojnie, ale chłopiec nie traci wiary w jego odnalezienie. Tymczasem w nowym miejscu zamieszkania zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Pojawiają się ludzie, którzy zamieszkiwali rezydencję 200 lat wcześniej i Tolly zostaje wplątany w ich tajemnice.


Film jest bardzo angielski w klimacie (co tygrysy lubią najbardziej), grają w nim doskonali aktorzy: Maggie Smith i Timothy Spall (obydwoje znani m.in.  z Harry'ego Pottera). Akcja przypomina nieco "Północ w tajemniczym ogrodzie" Phillippy Pearce, ale o ile ekranizacja akurat tej książki mnie nie zachwyciła, to From time to time polecam.

Komentarze

  1. Ooo, koniecznie muszę obejrzeć trzeci film! Ja też kocham klimaty angielskie, do tego stare rezydencje, duchy mi nie przeszkadzają, o ile to nie horror, a świat ludzi sprzed 200 lat również mnie fascynuje. Dzięki za opowiedzenie o tym filmie :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Do trzeciego filmu mnie zachęciłaś:) Sięgnę na pewno! Dwa poprzednie to raczej nie moja bajka...:)

    OdpowiedzUsuń
  3. "Podróż Wędrowca do Świtu" mi też się bardzo podobała. Chociaż mnie dubbing drażnił (szczególnie głos Łucji, za to Ryczypisk wyśmienity ). Harrego Pottera bym z dubbingiem nie obejrzała, bo to świętokradztwo moim zdaniem, co oni tam robią.
    Jeśli chodzi o Złodzieja Pioruna to książek nie czytałam, ale film mnie skutecznie zniechęcił. Kiedyś muszę się nimi zainteresować, bo podobno są bardzo dobre, ale film jest taki amerykański, ze aż mdły.
    Ostatnim filmem mnie bardzo zaciekawiłaś ;) Nigdy nie słyszałam o tej historii a i Maggie Smith z chęcią bym zobaczyła :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Podpisuję się obiema rękami pod krytyką filmu o Percym Jacksonie. Po świetnym audiobooku (http://slowiarnia.blogspot.com/2011/02/powtorka-z-mitologii.html) obejrzałam film i mogę go nazwać na razie rozczarowaniem roku. Bardziej spłaszczonej adaptacji jeszcze nie widziałam, a przy tym zmienione jest wszystko co buduje napięcie i ciekawi. Twórcy filmu postanowili bazować na atrakcyjności aktorów i właściwie niczego więcej tam nie ma. Szkoda.

    OdpowiedzUsuń
  5. C.S. - nie, to nie horror, możesz oglądać bez obaw :) Ja też uwielbiam stare rezydencje, chętne bym pomieszkała w jakiejś (ale optymalnie - bez duchów).

    Paula - cieszę się, że znalazłaś coś dla siebie :)

    Przyjemnostki - ja też się staram unikać Harrego z dubbingiem, ale chyba raz czy dwa zdarzało mi się oglądać w kinie w takiej wersji, bo nie było wyboru. Ostatnio na szczęście można iść na wersję z napisami. Książki o Percym Jacksonie polecam, film nie ma z nimi nic wspólnego, można o nim po prostu zapomnieć :)

    Joanna - całkowicie się z Tobą zgadzam. Też słuchałam audiobooka i zachwycałam się Hycnarem i jego interpretacją (bez nadinterpretacji). A jedyny cel, jaki widzę w ekranizacji, to zarobienie na nastoletnich fanach książki. Założeń artystycznych tam chyba nie było.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Z wizytą u Sienkiewicza. Cztery Marie.

Królewna Śmieszka

Literatura na ekrany! - Cykl o Ani z Zielonego Wzgórza (cz. 2)