I bez obaw, 'dorosłe' wpisy też niedługo będą ;)
Niepoprawna wielbicielka "Alicji w Krainie Czarów", zawyża poziom czytelnictwa, folguje nałogowi, uprawia tsudoku i hoduje dwa małe mole (książkowe). Poprzednia nazwa bloga (Jedz, tańcz i czytaj) zdezaktualizowała się - mam dzieci, nie mam czasu na nic, ale nadal czytam. Zamiast spać.
10 stycznia 2012
9 stycznia 2012
Historia pewnego dzbana
L.M.Montgomery całe życie pragnęła napisać prawdziwą powieść dla dorosłych. Jednak obie, które stworzyła dla tego odbiorcy - Błękitny zamek i W pajęczynie życia - koniec końców trafiły na półki z literaturą młodzieżową.


P.S. To kolejna książka, która na polskim rynku funkcjonuje pod dwoma zupełnie różnymi tytułami. Oryginalnie nazwana "A Tangled Web", w Polsce została wydana najpierw jako "W pajęczynie życia", a później - "Dzban ciotki Becky".
Recenzja ukazał się także na blogu "Klasyka Młodego Czytelnika".
L.M.Montgomery, W pajęczynie życia, Novus Orbis, 1995

O starym dzbanie Darków opowiadano tuzin historii. Ta będzie prawdziwa. (s. 7)
Jedyna powieść L.M. Montgomery, której aż do tej pory nie czytałam ma budowę dla tej autorki nietypową. Nie ma tu jednej bohaterki, której losy śledzimy. Jest cały klan spowinowaconych ze sobą rodzin Penhallowów i Darków. Na czele klanu stoi ciotka Becky, złośliwa staruszka. Nie stoi jednak za długo, bo już na wstępie powieści umiera, zostawiając po sobie w spadku zabytkowy holenderski dzban, rodzinną pamiątkę, o posiadaniu której marzą pozostali członkowie klanu. Kto go dostanie? Może słodka, radosna i szczęśliwie zakochana Gay, a może przez nikogo nie kochana Margaret? Może jeden z Samów, emerytowanych marynarzy, Duży lub Mały? Może Joscelyn, która z nieznanych powodów porzuciła swego męża kilka godzin po ślubie i od 10 lat z nim nie rozmawia? Może mały osierocony Brian, zawsze głodny zmarznięty, albo owdowiała Donna? Nie wiadomo, bo ciotka Becky kazała wszystkim czekać aż rok na ujawnienie swej woli. Przez ten czas każdy będzie się starał zasłużyć na zdobycie "relikwii", wprowadzając zmiany w swoim życiu. Zmiany, które mogą okazać się ważniejsze niż jakiś tam dzban...
Widać, że powieść została napisana dla innej grupy wiekowej niż Anie i Emilki. Mnogość wątków, doroślejsze emocje, a nawet wzmianka o "niczym nie osłoniętych wdziękach kobiecych" - odróżniają "Pajęczynę" od pozostałych dzieł. Nie zmienia to jednak faktu, że jakoś mnie ta powieść nie zachwyciła. Bardzo przypominała mi jej opowiadania - za którymi nie przepadam - tylko splecione wspólnym wątkiem dzbana. Każdy z bohaterów opisany jest dość powierzchownie, więc do nikogo nie udało mi się przywiązać, a tym samym głębiej zainteresować jego/jej losem. W dodatku wszystkie fabularne rozwiązania (poza podstawową kwestią dzbana) były zupełnie jasne dla każdego fana twórczości tej pisarki - już po pierwszym rozdziale byłam pewna, kto się z kim zejdzie, a kto rozstanie i nie pomyliłam się ani razu.
Cieszę się, że "nadrobiłam" tę powieść, żałuję, że żadnej nie ma już przede mną, ale pozostanę wielbicielką jej powieści "dziewczęcych".

P.S. To kolejna książka, która na polskim rynku funkcjonuje pod dwoma zupełnie różnymi tytułami. Oryginalnie nazwana "A Tangled Web", w Polsce została wydana najpierw jako "W pajęczynie życia", a później - "Dzban ciotki Becky".
Recenzja ukazał się także na blogu "Klasyka Młodego Czytelnika".
L.M.Montgomery, W pajęczynie życia, Novus Orbis, 1995
7 stycznia 2012
5 stycznia 2012
4 stycznia 2012
Klasyka Młodego Czytelnika ruszyła :)
Z radością informuję, że blog z klasyka literatury dziecięcej pn. Klasyka Młodego Czytelnika został dziś uroczyście otwarty :) Zapraszam do odwiedzin, a przede wszystkim - do wzięcia udziału w zabawie.Przypominam, że blog jest otwarty dla wszystkich chętnych - każdy może dodawać posty z recenzjami książek, także te same, które umieszcza lub umieścił wcześniej na swoim "zwykłym" blogu. Chodzi po prostu o stworzenie w sieci jednego miejsca, który będzie "skarbnicą" dawnej literatury dla dzieci.
Wszystkie szczegóły i informacje znajdziecie tutaj.
Zapraszam :)
Jeśli chcecie wziąć udział lub po prostu pomóc mi rozpropagować pomysł, proszę, zamieście w bocznej szpalcie swojego bloga banerek:
<a href="http://
src="http://4.bp.blogspot.com/
alt="Klasyka Młodego Czytelnika" /></a>
3 stycznia 2012
Trzech panów z telewizji
Kiedy kilka lat temu byłam w UK, zadziwiło mnie pewne książkowe zjawisko. Półki w księgarniach pełne były mianowicie nie powieści, ale autobiograficznych "dzieł" celebrytów, czyli ludzi znanych z tego, że są znani. Królowała książka niejakiej Jordan, kobiety słynnej z dużego i sztucznego biustu, plastikowej urody i dziwnie nazwanych dzieci. Zaraz za nią plasowały się biografie uczestników Big Brothera. Patrzyłam na to z osłupieniem i przyznaję, że przez to do dziś dość krytycznie podchodzę do rzekomego zaawansowanego czytelnictwa na wyspach. Czytają tam dużo, ale co czytają, to już inna sprawa...
Ostatnio ta moda dotarła też do nas, i zamiast ze szklanego ekranu, niektórzy ludzie zaczęli gapić się na nas nas z księgarnianych półek. A to Rock-Mann, a to Niedźwiedzki, a to Pani Prezydentowa. Chyba działa tu znana zasada, że ludzie najbardziej lubią to, co już znają, więc nazwiska słyszane wielokrotnie i znane twarze przyciągną ich nawet do księgarnianych półek.
Sama ostatnio sięgnęłam po dwa dzieła stworzone przez ludzi o nazwiskach spoza literackiego panteonu. Panami M. podzieliła się ze mną znajoma osoba, a Kutz zaatakował z bibliotecznej półki. W obu przypadkach wrażenia są dość mieszane.
Piwne opowieści
Książka Manna i Materny wydana jest jak marzenie - gruby matowy papier, pancerna okładka, kolorowe zdjęcia, pomysłowy skład. Wiekopomne to dzieło ma szansę przetrwać stulecie. Żeby tak Szekspira wydawali,ale nie... (pewnie nie zasłużył ;) ) Inna sprawa, że stylistyka miejscami zgrzyta, więc nie wiem, czy na redakcję językową poświęcono dostatecznie dużo czasu, bo chyba autorzy nie są aż takimi literatami, żeby pewnych niezgrabności nie można było wygładzić.
Co z treścią? Wyobraźcie sobie wieczór ze znajomymi przy piwie, pomiędzy którymi dwaj panowie M. snują opowieści zaczynające się od "A pamiętasz...". Jest miło, wesoło, co prawda niczego nowego się nie dowiadujecie, ale przynajmniej wieczór szybko płynie. Tu kabarecik na "Batorym", tam zmagania szarego człeka PRLu z amerykańskim hotelem pięciogwiazdkowym. Sympatyczna gawęda, tylko po wyjściu nie możecie sobie przypomnieć ani słowa. Taki to typ książki mniej więcej.
Autorzy opisują kilka swoich podróży, czasem wspólnych, czasem nie, zarówno służbowych, jak i prywatnych. W różnych krajach bywali, więc trochę anegdot się uzbierało, a miejsca pomiędzy nimi wypełnili całą masą kompletnie nieistotnych szczegółów. Da się to czytać bezboleśnie i nawet jest to czynność relaksująca. Znośna lektura pomiędzy poważniejszymi książkami, ale w żadnym wypadku nie obowiązkowa.
Ciekawy cytat - dlaczego powstała ta książka:
Wódka i śledzik
Opowieść Kutza jest znacznie bardziej mięsista, więc i napoje poważniejsze są wymagane do jej wysłuchania ;) W porównaniu z książką duetu na M. "Piąta strona..." wypada znacznie lepiej. Napisana jest ładnym literackim językiem. Przybliża świat niby nam znany, a jednak całkiem obcy - pozwala sobie uświadomić do jakiego stopnia Śląsk jest krainą odległą od Polski. Szczególne brawa za rozpoczęcie w gwarze, szkoda, że dość szybko zaczyna ona zanikać i tylko od czasu do czasu pojawia się mimochodem jakieś słówko.
Wspomnienia o tym świecie, nadal odrębnym, ale jednak zanikającym, są warte poznania. Kutz opisuje swoje dzieciństwo i młodość, rodzinę, sąsiadów, przytacza anegdoty o przodkach i bolesne historie wojenne. I niby wszystkie składowe są takie, jakie lubię, i do niczego nie mogę się przyczepić, ale jednak była to nużąca lektura. Dość chaotyczne skakanie po temacie męczyło mnie i ciężko mi się było skupić na treści. Czytałam ją długo i z doskoku. Chętnie sięgnęłabym teraz za to po "Czarny ogród" Małgorzaty Szejnert, bo wiem, że od jej książki na zbliżony temat nie mogłabym się oderwać.
Zrażał mnie też trochę wyzierający spomiędzy wierszy szowinizm autora. Nic agresywnego, ale traktowanie kobiet jako uroczego dodatku do ludzkości właściwej nie budzi mojego szczególnego entuzjazmu.
Wydanie ponownie zasługuje na oklaski - bardzo staranne, piękny żółtawy papier (łatwiej się czyta niż z białego), wysmakowana okładka. Doskonały pomysł, z umieszczaniem słowniczka śląskiej gwary na marginesach - nie trzeba było przerywać lektury, żeby zrozumieć "obce" słowa.
Polecam zainteresowanym tematem.
Ciekawy cytat - o książkach:
"Dzięki pojawieniu się Kamila Sienickiego w Szkole Powszechnej numer 6 w Roździeniu, a co za tym idzie, dostępności biblioteki jego matki, stawaliśmy się na naszym pogranicznym polsko-niemieckim zadupiu domorosłymi inteligentami. Bo człowiek w połowie bierze się z książek" (s. 111).
Ostatnio ta moda dotarła też do nas, i zamiast ze szklanego ekranu, niektórzy ludzie zaczęli gapić się na nas nas z księgarnianych półek. A to Rock-Mann, a to Niedźwiedzki, a to Pani Prezydentowa. Chyba działa tu znana zasada, że ludzie najbardziej lubią to, co już znają, więc nazwiska słyszane wielokrotnie i znane twarze przyciągną ich nawet do księgarnianych półek.
Sama ostatnio sięgnęłam po dwa dzieła stworzone przez ludzi o nazwiskach spoza literackiego panteonu. Panami M. podzieliła się ze mną znajoma osoba, a Kutz zaatakował z bibliotecznej półki. W obu przypadkach wrażenia są dość mieszane.
Piwne opowieści
Książka Manna i Materny wydana jest jak marzenie - gruby matowy papier, pancerna okładka, kolorowe zdjęcia, pomysłowy skład. Wiekopomne to dzieło ma szansę przetrwać stulecie. Żeby tak Szekspira wydawali,ale nie... (pewnie nie zasłużył ;) ) Inna sprawa, że stylistyka miejscami zgrzyta, więc nie wiem, czy na redakcję językową poświęcono dostatecznie dużo czasu, bo chyba autorzy nie są aż takimi literatami, żeby pewnych niezgrabności nie można było wygładzić.
Co z treścią? Wyobraźcie sobie wieczór ze znajomymi przy piwie, pomiędzy którymi dwaj panowie M. snują opowieści zaczynające się od "A pamiętasz...". Jest miło, wesoło, co prawda niczego nowego się nie dowiadujecie, ale przynajmniej wieczór szybko płynie. Tu kabarecik na "Batorym", tam zmagania szarego człeka PRLu z amerykańskim hotelem pięciogwiazdkowym. Sympatyczna gawęda, tylko po wyjściu nie możecie sobie przypomnieć ani słowa. Taki to typ książki mniej więcej.
Autorzy opisują kilka swoich podróży, czasem wspólnych, czasem nie, zarówno służbowych, jak i prywatnych. W różnych krajach bywali, więc trochę anegdot się uzbierało, a miejsca pomiędzy nimi wypełnili całą masą kompletnie nieistotnych szczegółów. Da się to czytać bezboleśnie i nawet jest to czynność relaksująca. Znośna lektura pomiędzy poważniejszymi książkami, ale w żadnym wypadku nie obowiązkowa.
Ciekawy cytat - dlaczego powstała ta książka:
"Uczciwie stawiając sprawę, napisaliśmy ją z powodu kasy. [...] To nie jest elegancki powód, ale prawdziwy" (s. 248).Za szczerość - gorące oklaski.
"Poza tym wszyscy, którzy nie mieli o czym napisać książek, już je napisali. Nie mamy zamiaru wlec się w ogonie" (s. 253).
Wódka i śledzik
Opowieść Kutza jest znacznie bardziej mięsista, więc i napoje poważniejsze są wymagane do jej wysłuchania ;) W porównaniu z książką duetu na M. "Piąta strona..." wypada znacznie lepiej. Napisana jest ładnym literackim językiem. Przybliża świat niby nam znany, a jednak całkiem obcy - pozwala sobie uświadomić do jakiego stopnia Śląsk jest krainą odległą od Polski. Szczególne brawa za rozpoczęcie w gwarze, szkoda, że dość szybko zaczyna ona zanikać i tylko od czasu do czasu pojawia się mimochodem jakieś słówko.
Wspomnienia o tym świecie, nadal odrębnym, ale jednak zanikającym, są warte poznania. Kutz opisuje swoje dzieciństwo i młodość, rodzinę, sąsiadów, przytacza anegdoty o przodkach i bolesne historie wojenne. I niby wszystkie składowe są takie, jakie lubię, i do niczego nie mogę się przyczepić, ale jednak była to nużąca lektura. Dość chaotyczne skakanie po temacie męczyło mnie i ciężko mi się było skupić na treści. Czytałam ją długo i z doskoku. Chętnie sięgnęłabym teraz za to po "Czarny ogród" Małgorzaty Szejnert, bo wiem, że od jej książki na zbliżony temat nie mogłabym się oderwać.
Zrażał mnie też trochę wyzierający spomiędzy wierszy szowinizm autora. Nic agresywnego, ale traktowanie kobiet jako uroczego dodatku do ludzkości właściwej nie budzi mojego szczególnego entuzjazmu.
Wydanie ponownie zasługuje na oklaski - bardzo staranne, piękny żółtawy papier (łatwiej się czyta niż z białego), wysmakowana okładka. Doskonały pomysł, z umieszczaniem słowniczka śląskiej gwary na marginesach - nie trzeba było przerywać lektury, żeby zrozumieć "obce" słowa.
Polecam zainteresowanym tematem.
Ciekawy cytat - o książkach:
"Dzięki pojawieniu się Kamila Sienickiego w Szkole Powszechnej numer 6 w Roździeniu, a co za tym idzie, dostępności biblioteki jego matki, stawaliśmy się na naszym pogranicznym polsko-niemieckim zadupiu domorosłymi inteligentami. Bo człowiek w połowie bierze się z książek" (s. 111).
1 stycznia 2012
Na dobry początek
Z okazji nastania całkiem nowego, świeżego, nieużywanego roku
życzę wszystkim molom książkowym
fantastycznych literackich odkryć,
fabularnych podróży po nieznanych dotąd światach
i spotkania bohaterów, z którymi zaprzyjaźnicie się na zawsze.
***
Na stronie "Wyborczej" znalazłam ciekawy post pt. "Najlepsze książki 2011 roku". Jak każde takie zestawienie, jest subiektywne i można z nim polemizować, ale kilka mnie zaciekawiło, a nie słyszałam o nich wcześniej, więc może i Was zaciekawi. Na liście znalazły się:
"Cmentarz w Pradze" Umberto Eco
"Czarna bezgwiezdna noc" Stephen King
"Dom żółwia. Zanzibar" Małgorzata Szejnert
"Drwal" Michał Witkowski
"Dzienniki t. III, 1964-1980" Jarosław Iwaszkiewicz
"Higieniści" Maciej Zaremba Bielawski
"Kocha, lubi, szanuje..." Alice Munro
"Korczak. Próba biografii"Joanna Olczak-Ronikier
"Książka" Mikołaj Łoziński
"Marzenia i tajemnice" Danuta Wałęsa
"Mapa i terytorium" Michel Houellebecq
"Miłosz. Biografia" Andrzej Franaszek
"Parrot i Olivier w Ameryce" Peter Carey
"Skrzydła gołębicy" Henry James (pierwszy polski przekład)
"W pośpiechu" Tadeusz Konwicki
"Wada ukryta" Thomas Pynchon
"Włoskie szpilki" Magdalena Tulli
"Wolność" Jonathan Franzen
"Złote żniwa" Jan Tomasz Gross i Irena Grudzińska-Gross
"Źle ma się kraj" Tony Judt
Druga ciekawostka to wpis (trudno nazwać to artykułem) pt. Najbardziej literackie miasta świata. Na liście sporządzonej przez National Geographic znalazły się:
Edynburg (zwiedzanie śladami "Trainspotting" Welsha czy kryminałów Iana Rankina),
Dublin (śladami bohaterów "Ulissesa" Joyce'a),
Londyn (od Sherlocka Holmesa, przez Harry'ego Pottera po Dickensa i Szekspira),
Petersburg (śladami Raskolnikowa ze "Zbrodni i kary" Dostojewskiego),
Paryż (cmentarz Pere-Lachaise, gdzie leży m.in. Oscar Wilde, oraz muzea Hugo i Balzaka),
Sztokholm (śladami "Millennium" Stiega Larssona),
Santiago de Chile (śladami Pablo Nerudy),
Waszyngton (śladami poetów Walta Whitmana i Langstona Hughesa)
Melbourne i amerykańskie Portland, chwalone za świetne biblioteki i wydarzenia literackie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Winter is coming... Tym razem w komiksie.
Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...
-
Cztery lata wierni czytelnicy Jeżycjady odczekali się na przyjazd Magdusi do Poznania. Ja też czekałam. Oczekiwanie dłużyło mi się niemi...
-
Tak! Jeśli mnie nie myli kalendarz, to właśnie dziś, 15 stycznia 2011 r. , Jedz, tańcz i czytaj kończy roczek . Pół roku temu zaliczył co...
-
Moje pierwsze zetknięcie z Jane Eyre było całkiem nieświadome. W wieku kilku lat oglądałam z rodzicami jakiś film i jedyne co z niego zapami...







