Co przeczytałam, jak mnie nie było - część 1.


 
 


Całkiem niezły wynik, moim zdaniem, biorąc pod uwagę moje nieustanne narzekanie na brak czasu (a nie uwzględniłam lektur na Klasykę Młodego Czytelnika oraz dwóch czytadeł Mary Stewart wchłoniętych przez uszy). Mam zresztą wrażenie, że było ich więcej, ale

O lekturach w kolejności okładek (która to kolejność przypadkową jest):

1. "Crimen" Józef Hen, Wydawnictwo Erica, 2011

To zdecydowanie mój hicior roku, majstersztyk powieści historyczno-przygodowej, jedna z tych książek, które celowo czyta się w ślimaczym tempie, aby się za szybko nie skończyły. Skończyło się zresztą, niestety, ale rzuciła się na poszukiwanie innych książek pisarza, bom zauroczoną niezwykle. Dawno się nie zdarzyło, żebym się zakochała w bohaterze... Obowiązkowa lektura dla wszystkich wielbicieli klimatów z serii o Kacprze Ryksie, powieści "Którędy droga" Iana Pearsa lub sienkiewiczowskiej trylogii. Czytając, cały czas miałam wrażenie, że to nowość, chyba przez niezwykłą świeżość narracji, a to książka starsza ode mnie, bo już czterdziestoletnia - za to wielokrotnie wznawiana. Nawet serial na jej podstawie nakręcono, o którym nigdy nie słyszałam, a co z tego wynika - nie widziałam, i nie wiem, czy zobaczę. Uwielbiam wszelkie ekranizacje, a jednak tym razem nie wierzę, że nawet najlepszy film mógłby tej książce dorównać (a na pewno nie taki, w którym Tomasza gra Bogusław Linda).

Rzecz dzieje się na początku XVII wieku, gdzieś około 1620 roku, na terenie Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Młody, ale dość już przez życie i wojnę doświadczony szlachcic, Tomasz Błudnicki, powraca do domu, by dowiedzieć się, że jego ojciec zmarł w tajemniczych okolicznościach, a majątek niemal przestał istnieć. Nikomu nie może ufać, bo nie wiadomo, kto wróg, kto przyjaciel i czy to nie najbliższy sąsiad ojca jest odpowiedzialny za tytułowy crimen*. A może nie on, tylko jeden (lub wielu) z gniazda zbójów Rosińskich. A może infamis poznany po drodze, a może wioskowy przygłup, mąż ojcowskiej kochanki, a może... Tomasz ma dojmujące poczucie braku sensu (współcześnie powiedzieliby - depresja), ale równie silne poszanowanie dla honoru rodu i śmierć ojca chce pomścić, zaczyna więc śledztwo, a śmierć czyha za każdym zakrętem...
Tak o książce pisał sam Autor:
Pisząc Crimen żyję równolegle drugim życiem. W Sańsku i okolicach, w początkach siedemnastego wieku, pośród postaci, które obdarzyłem życiem, kocham się naraz w Urszuli i Jewce, bardziej w Urszuli, choć i Jewka mnie kusi, biorę cięgi, ale zachowuję postawę wyprostowaną wraz z moim bohaterem Tomaszem Błudnickim. (…) A kiedy wprowadzę do tej mojej krainy czytelnika, będziemy mieć tę nową przestrzeń jako obszar wspólny i wspólnych znajomych: wspaniałego Ligęzę, zadziwiającą sektę ariańską z niezłomnym bratem Gabrielem, tragicznego Tatara Rachmeta, gniazdo zbójeckie Rosińskich, starostę jurydycznego, który tropi zbrodnię jak nowoczesny detektyw, teorbanistę, śpiewającego o niej na jarmarku i wielu innych.

* łac. zbrodnia.

2. "Śnieżna pantera" Peter Matthiessen, Wydawnictwo Zysk i ska, 1999

O tej książce naprawdę nie wiedziałam wiele, kiedy po nią sięgałam. Tyle, że polecali ją blogerzy, którym ufam. Góry, śnieg, sens życia, a czytanie jej to coś, co z angielska zwą life-changing experience.

Peter Mathhiesen ruszył na wyprawę w Himalaje wraz z biologiem, Georgem Schallerem. Schaller szukał błękitnych owiec, żeby badać ich obyczaje godowe. Matthiessen sam nie wiedział, czego szuka. Tytułowej śnieżnej pantery, buddyjskiego przewodnika duchowego, ukojenia, a może sensu życia? Jego żona niedawno zmarła po ciężkiej chorobie, to takie wydarzenie, po którym pytania o sens tego wszystkiego stają się wręcz palące. No, więc ruszył Mathhiessen pod górę, po śniegu i stromych zboczach, przez odludne i niebezpieczne urwiska, ale i przez liczne zamieszkane przez tubylców wioski. Szedł i szedł, a sensu nie było, tak jak i nie było śnieżnej pantery. Na ogół bywało chłodno i głodno, do domu i dzieci daleko. Szedł, cierpiał niewygody, obserwował miejscowych oraz tragarzy, którzy jakoś nie cierpieli mimo tychże niewygód, obserwował góry, dziką przyrodę, ale przede wszystkim sam siebie. Nie będę Wam psuć lektury, więc wniosków nie ujawnię. Powiem tylko, że warto się zastanowić, czy spotkanie śnieżnej pantery jest warte gorączki oczekiwania na ten fakt. A może jej niespotkanie jest równie ważnym wydarzeniem życiowym, które należy docenić?

Nie było to dla mnie doświadczenie, które odmieniło moje życie, może dlatego, że sporo już czytałam o buddyźmie i innych filozofiach wschodu, a także filozofii dobrowolnej prostoty, w związku z czym wnioski Autora nie były dla mnie odkryciem. Początkowo zresztą czytając, czułam się lekko zawiedziona, bo to miała być lektura życia przecież. Tak podczytywałam, podczytywałam, zawód jakoś bladł, w pewnym momencie okazało się, że tak mi się jakoś dobrze z z Matthiessenem po tych górach wędruje. Cieszę się, że miałam okazję tę podróż odbyć i na pewno będę książkę polecać innym szukającym sensu. A jeden cytat zamierzam sobie umieścić w miejscu, na które będę stale spoglądać: "Oczywiście, że jestem szczęśliwy!  Tu jest cudownie! Zwłaszcza, że nie mam wyboru!"*.

* Peter Matthiessen Śnieżna pantera, Wydawnictwo Zysk i ska, wyd. 2, Poznań 1999, s. 230.

3. "Portret w sepii" Isabel Allende, Wydawnictwo Muza, 2005

Czego NIE należy robić, kiedy się zalega w łóżku z gorączką, ogólnym rozbiciem i obolałym gardłem? Nie należy fundować sobie szaleńczej podróży przez kilka krajów i sto lat historii w postaci rodzinnych sag, czytanych jedna po drugiej, bez chwili oddechu pomiędzy, a każda po około 500 stron tekstu. Potem się kończy z takim mętlikiem w głowie, że człowiek (rzeczony, z gorączką) ma problem z przypomnieniem sobie nazwisk własnych krewnych. (Na swoje usprawiedliwienie mam tylko fakt, że przy małym dziecku jedynie angina pozwala poświęcić się całkowitej czytelniczej orgii.) Błąd ten jednak poczyniłam i zaczęłąm właśnie od Chile z początku XX w. "Portret w sepii" to właściwie druga część trylogii Isabelle Allende, ale doskonale sprawdza się w czytaniu jako zupełnie osobna książka, jeśli się pozostałych tomów nie zna. (*Z ciekawostek - ta trylogia napisana została od tyłu, to jest od tomu trzeciego, "Domu duchów", który przez lata - od 1982 r - wcale nie był żadnym tomem, tylko całkiem niezależną powieścią solo. Przestał występować solo 20 lat później, kiedy około roku 2000 zostały dopisane dwa wcześniejsze tomy. Trylogia pisana była od tyłu i ją też od tyłu czytam, a między tomami robię odstępy około dziesięcioletnie, "Dom duchów" czytałam chyba na studiach, teraz, po jakichś 10 latach przeczytałam drugi, to do pierwszego mi jeszcze hoho i jeszcze trochę zostało.)

Bohaterką jest Aurora de Valle, wnuczka Elizy Sommers i Pauliny de Valle (bohaterek "Córki fortuny"), której życiorys zaczął się komplikować właściwie od poczęcia, a to za sprawą bardzo pięknej lecz niezbyt bystrej matki, która uległa miejscowemu don Juanowi, zamiast wybrać dobrego i zakochanego w niej Severa de Valle. Śledzimy losy małej Aurory od owego poczęcia, przez dramatyczne narodziny i kilka lat szczęśliwego dzieciństwa w rodzinie Sommersów, o których wspomnienia zostają następnie starannie wymazane przez drugą babkę Paulinę de Valle, przez wyprowadzkę ze Stanów Zjednoczonych do Chile, dorastanie, naiwne uczucie, małżeńską pomyłkę, pasję fotograficzną, aż osiągniemy ten moment, kiedy - zdaniem autorki - możemy już spokojnie bohaterkę porzucić... Ciekawe, drobiazgowo opisane losy, bardzo multikulturowe, a wręcz multirasowe - mamy tu północnych i połudnowych Amerykanów, ale także Chińczyków. Tylko jakoś nic z nich nie wynika, przeczytałam, odfajkowałam i przeszłam do kolejnej lektury.

To dobra książka. Czytało mi się lekko, łatwo i przyjemnie - styl bardzo allendowski, mnóstwo pobocznych wątków i postaci, wplecionych rzeczywistych wydarzeń historycznych, trochę realizmu magicznego, ale jednak bardziej realizmu. Zgrabne powiązanie z fabułą "Domu duchów". Obyło się jednak bez fajerwerków i tego wrażenia, jakie zrobił na mnie wspomniany "Dom..." (chociaż dawno czytałam, może teraz bym się nie zachwycała?) Przeczytałam, nie żałuję, ale do historii już nie wrócę, książka powędrowała do ludzi. Nic jej właściwie nie mam do zarzucenia, wiec może ja po prostu nie jestem wielbicielką sag? Możecie polecić jakąś absolutną sagową rewelację, którą po prostu trzeba przeczytać i która mnie zwali z nóg?



Komentarze

  1. Proza Allende to mój mały kompleks - dotąd czytałam tylko "Dziennik Mai" i bardzo chcę przeczytać całą resztę, również książkę, którą tu opisałaś:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja w swoim czasie przeczytałam kilka, chyba w okresie licealno-studyjnym, chociaż na pewno jeszcze wiele przede mną. Bardzo mi się wtedy podobały :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Z wizytą u Sienkiewicza. Cztery Marie.

Królewna Śmieszka

Literatura na ekrany! - Cykl o Ani z Zielonego Wzgórza (cz. 2)