20 września 2010

Jak znaleźć męża?


Recepta jest prosta, trzeba ją tylko znać, bo samemu wymyślić nie da rady. Na szczęście mamy jednak sporo amerykańskich komedii romantycznych, na których możemy się podszkolić. (Uwaga - jeśli jesteście zaręczone i wydaje Wam się, że nie musicie szukać, mylicie się. Narzeczony nigdy nie jest Tym Jedynym. NIGDY.)

A więc do dzieła:

1. Należy mieć dobrze płatny zawód. Bez tego realizacja kolejnych punktów może być utrudniona.

2. Trzeba zachowywać się adekwatnie do swojej pozycji zawodowej, tzn. arogancko i wyniośle (ostatecznie da się i bez tego, ale to ubarwia poszukiwania). Dobrze podkreślać to strojem nieadekwatnym do sytuacji, ale pasującym do biura (szpilki na dalekie trasy - niezbędne).

3. Konieczna jest podróż do Europy, w ostateczności tak daleko, jak się da (Alaska), tak by znaleźć się w środowisku ludzi zachowujący się zupełnie anormalnie (a to przesiadujących w barach przesądnych staruszków, a to gadatliwych maniaków wina i spaghetti, a to przesadnie zżytych rodzin). Uwaga, wybieramy tylko kraje z odpowiednimi widokami, na tle których możemy się romantycznie upozować.
4. Na miejscu trzeba znaleźć odpowiedniego mężczyznę, to znaczy takiego, który na pierwszy rzut oka budzi w Nas nieodpartą agresywną antypatię i vice versa, ale za to jest przystojny. (Jeśli ma się takiego pod ręką w miejscu zamieszkania, można wyjechać od razu z nim - to zaoszczędza czas.)


5. Z tymże niesympatycznym typem należy już tylko zjeść beczkę soli i miłość sama się pojawi (wspólne podróże, zmagania z pogodą lub rodziną sprawdzają się najlepiej) - odrzucicie (obydwoje) swoje odrażające powłoki i na wierzch wypełźnie najbardziej czuła cząstka Waszej natury.
 

6. Jeśli tylko zostawicie nowo odnalezionego wybranka samego, z pewnością natknie się gdzieś na swoją byłą narzeczoną. Mimo to zostawianie jest sugerowane - to pozwoli mu odkryć jak szaleńczo Was kocha.

7. A potem już żyjecie długo i szczęśliwie.
Proste prawda?

Te nie-tak-oczywiste prawdy odkryłam, dzięki zapoznaniu się z trzema filmami: 

Listy do Julii / Letters to Juliet, 2010
reż. Gary Winick 


Oświadczyny po irlandzku / Leap year, 2010
reż. Anand Tucker 


Narzeczony mimo woli / Proposal, 2009
reż. Anne Fletcher











I hej, wiecie co? Mam gdzieś, że pełno tam było schematów i stereotypów. Dobrze mi się te filmy oglądało. Nie oczekiwałam cudów, chciałam, żeby było ciepło, krzepiąco i ładnie. I było. Na chandrę, polecam.

13 komentarzy:

  1. wszystkie mam w planach :D świetny tekst :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko się uśmiechać. Ogólnie romantycznych komedii nie lubię, nawet bardzo, ale od czasu do czasu się skuszę, a co :D

    OdpowiedzUsuń
  3. "Listów do Julii" nie widziałam jeszcze, jakoś mnie ta aktorka odrzuca ;). Ale dwa pozostałe oglądałam i bardzo mi się podobały, w ogóle lubię komedie romantyczne. I właśnie, nieważne są te schematy, nieważna ta słodycz i naiwność, nawet nieważny wieczny szczęśliwy koniec, po prostu lubię i już! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Żadnego nie widziałam, pora to nadrobić :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Fantastyczne:)Twój tekst chyba zawiśnie na mojej ścianie;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tekst bardzo mi się podobał - zawarłaś w nim całą prawdę, którą możemy poznać, oglądając komedie romantyczne :). Z wspomnianych przez Ciebie filmów widziałam jedynie "Narzeczonego mimo woli" - chyba czas nadrobić zaległości :).

    OdpowiedzUsuń
  7. Edith - dzięki :) Tylko może nie oglądaj ich jeden po drugim, bo naprawdę są podobne ;)

    Tucha - ogólnie to i ja nie lubię, ale leżę chora i nie mogę się skupić na niczym bardziej wymagającym. A te mi się przyjemnie oglądało :)

    Izusr - ja jej wcześniej nigdzie nie widziałam, ale w tym filmie bardzo mi się podobała. Śliczna dziewczyna, nie ma co, a do tego, mimo długich blond włosów, niepodobna do Barbie ;) Ja rzadko oglądam ten gatunek, ale na chandrę jest dobry, więc mi się sporadycznie zdarza.

    Aneta - jeśli tylko lubisz komedie romantyczne, to polecam, w swoim gatunku są milutkie, choć schemat jest niemalże identyczny we wszystkich trzech.

    Himilika - Dzięki :) Ale naprawdę, jak się obejrzy wszystkie trzy pod rząd, to trudno nie zauważyć pewnych prawidłowości ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jako facet powinienem w ogóle się chyba nie wychylać w takim temacie, jednak dobrze sobie czasem usiąść z żonką, przy winku i zobaczyć jakąś lekką komedię (może być i romantyczna, niech będzie:)). Rzecz jasna nie częściej niż raz, góra dwa w miesiącu, żeby przypadkiem nie ucierpiała na tym moja duma;)
    Oglądałem "Narzeczonego mimo woli" i nawet nawet:) Nie zasnąłem przy nim:)

    OdpowiedzUsuń
  9. rewelacyjne podsumowanie:) i faktycznie, chociaż wszystkie te filmy są do siebie podobne i nic specjalnie nowego nie wnoszą, to czasami uwielbiam je oglądać. pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Świetny tekst! Kurde, a ja mam męża i nawet jesteśmy razem szczęśliwi... Ale na pewno komedie romantyczne są w stanie poradzić jak znaleźć mężczyznę życia i w takich warunkach. ;)

    Opisywanych filmów nie oglądałam, ale pewnie jak będę miała okazję to to nadrobię. Specjalnie szukać pewnie nie będę...

    OdpowiedzUsuń
  11. Podsluch - nie ma zakazu wychylania się w temacie ze względu na płeć. Oglądanie filmów z żoną jest szczególnie godne pochwały :D

    Kamilla - dzięki :)Właśnie dlatego, że są takie przewidywalne, dobrze robią na chandrę i przy otumanieniu chorobowym :)

    Ysabell - A nie, jak mąż, to już podchodzisz pod inną kategorię komedii, typu "jak ożywić miłość w związku" ;) Pod "mężczyznę życia" już nie, bo w tym gatunku nie należy rozbijać związków już zapieczętowanych (i słusznie) :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Tak się tylko zastanawiam, czy wdrożyłaś te zasady w życie i z jakim skutkiem?^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no, nie miałam możliwości, bo mężczyznę życia znalazłam już wcześniej ;)

      Usuń

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...