Rozczarowanie sezonu

Od czasu do czasu zdarza mi się uwierzyć recenzjom czytanym w gazetach, zwłaszcza jeśli recenzent rzuca porównaniem do moich ulubionych książek - w tym przypadku, niezbyt oryginalnie, do Millenium Larssona. Ech...

Zaczęłam czytać z ogromnym zapałem, ale zapał ów został błyskawicznie ugaszony wodą laną przez Autora. Gdyby obciąć połowę z siedmiuset stron i nadać fabule choć śladowe rysy prawdopodobieństwa, wyszłaby może nawet dość zgrabna powieść, bo sama zagadka jest ciekawa. W 1975 r. znika młoda dziewczyna, Nola Kellergan. Ostatni raz widziano ją, kiedy uciekała przez las przed jakimś mężczyzną. Staruszka, która zgłosiła to policji, została znaleziona martwa - zastrzelona. Przez 33 lata nikt nie wyjaśnił tych dwu zagadek. W 2008 r. przypadkowo znaleziono zwłoki dziewczyny - w ogródku przy domu sławnego pisarza, Harry'ego Queberta. Obok zwłok znajdował się maszynopis powieści tegoż, z odręczną adnotacją autora - sprawa wydaje się więc jasna. Quebert zostaje skazany przez opinię publiczną jeszcze przed procesem. Na szczęście ma swojego obrońcę. Młody pisarz, Marcus Goldman, dawny uczeń, a obecny przyjaciel Queberta, nie wierzy w jego winę i postanawia dokopać się prawdy, a przy okazji przezwyciężyć twórczy impas i napisać książkę o dramatycznych wydarzeniach. Szybko wychodzi na jaw, że sprawa nie jest tak prosta, jakby się wydawało, postać Noli nie była wcale świetlana, a mieszkańcy miasteczka kryją mnóstwo sekretów...

Szybko wychodzi na jaw również i to, że policja nie prowadziła żadnego sensownego śledztwa te 30 lat wcześniej, po zniknięciu Noli, bo inaczej wszystkie te tajemnice wyszłyby na jaw już wtedy - mimo to nasz bohater ocenia, że ówczesne śledztwo było rzetelne. Co więcej, policja nie prowadzi żadnego sensownego śledztwa i teraz, po odnalezieniu zwłok - jedyny policjant, który wydaje się zainteresowany rozwojem wydarzeń, jest bezwolnym cielęciem wiedzionym za rączkę przez pisarza Goldmana. Sensownego śledztwa nie prowadzi też ów Goldman, bo zadaje pytania w sposób kompletnie niezorganizowany, to tu, to tam, a jeśli pojawia się jakiś interesujący trop, porzuca go na tydzień, a niekiedy na dłużej, lub też zupełnie wypiera z pamięci.

Cała książka robi wrażenie napisanej ściśle według zaleceń podręczników kreatywnego pisania. Wszyscy bohaterowie są zbudowani dokładnie według schematów. Język powala prostotą i patetycznymi wtrętami. Wątek Queberta i jego jedynej wielkiej powieści przewidywalny, ale rozwiązany w finale jako niezwykłe clou. Piękna Nola, przedstawiana w opisach jako blond anioł, kochany przez wszystkich, miłość życia Queberta, pojawia się w retrospekcjach jako kompletnie nijaka papierowa lalka, która powtarza w kółko: kocham cię, jesteś taki cudowny, jesteś wspaniałym pisarzem, zostaniesz profesorem, a ja twoją żoną, ach, jaki jesteś wspaniały. Nie mówi nic więcej, ale jak widać Quebertowi niewiele trzeba, żeby się zakochać. Sam zresztą głębią wypowiedzi nie grzeszy. Ten uwielbiany pisarz i szanowany profesor udziela wielu rad swojemu młodemu koledze po fachu, Goldmanowi, i rady te przytaczane są w powieści. Są to albo zdania żywcem przepisane z wspomnianych podręczników twórczego pisania w stylu "pierwszy rozdział musi wciągnąć czytelnika" albo głębokie złote myśli typu: "Ile czasu potrzeba żeby napisać książkę? - To zależy. - Od czego? - Od wszystkiego." (s. 350) Najgłośniejszym śmiechem (przepełnionym goryczą) wybuchałam jednak przy fragmentach,  które były cytatami z Wielkiego Dzieła Queberta - wręcz arcydzieła, omawianego w szkołach, znajdującego się na wszystkich listach typu - 100 książek, które musisz przeczytać przed śmiercią. "Najdroższa, będzie mi Ciebie brakowało. Tak bardzo będzie mi Ciebie brak. Moje oczy płaczą, Wszystko we mnie płonie. Nigdy więcej się już nie zobaczymy; tak bardzo będzie mi Ciebie brakowało." (s. 641) No arcydzieło, proszę państwa, Nora Roberts z Barbarą Cartland łkają z zawiści, a Danielle Steel szarpie się za włosy.

No i w dodatku domyśliłam się, kto zabił, zanim akcja na dobre się zaczęła, kierując się prostą zasadą (także rodem z podręczników pisania kryminałów), że winny jest ten, kto robi najbardziej niewinne wrażenie, a autor to wrażenie podkreślał nieustannie, żebyśmy nie przeoczyli czasem.

Całość oceniam jako grafomianię rozmiarów rzadko spotykanych, ale książka oklaskiwana i nagradzana, więc może ja się po prostu nie znam na wielkiej literaturze...







Komentarze

  1. "Nora Roberts z Barbarą Cartland łkają z zawiści, a Danielle Steel szarpie się za włosy." - cudne podsumowanie :D

    A grafomanów nie brakuje - nie tylko na naszym podwórku...

    OdpowiedzUsuń
  2. W takich wypadkach zastanawiam się, czy te nagrody nie są kupowane, żeby wzmocnić nieistniejącą wartość książki i ją sprzedać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, ale bardzo bym chciała, żeby mi ktoś wytłumaczył, który element książki nagrodzono, bo go wyraźnie nie dostrzegłam...

      Usuń
  3. Dla mnie takim rozczarowaniem był Stulatek... nieraz jeszcze pewnie damy się nabrać propagandzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, Twoja recenzja oraz ten fragment początku książki, który zamieściłaś we wpisie, zdecydowanie osłabiły moją chęć przeczytania tej książki.

      Usuń
  4. Cudowny tekst. Schematyczni bohaterowie to jest coś, czego nie mogę ścierpieć, dlatego podziwiam cię, że dotrwałaś do ostatniej strony. Normalnie uwielbiam te genialne porównywania do wielkich dzieł. Już wiele razy się przez to zawiodłam i teraz nie sięgam po powieści, które mają podobne chwyty na okładkach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, dobrnęłam, bo wierzyłam, że tam dalej NA PEWNO jest coś takiego, co kompletnie zmieni mój odbiór książki i zrozumiem, że jest to wielkie dzieło. Ale kusiło mnie, ach kusiło, żeby zajrzeć na sam koniec, dowiedzieć się, kto zabił, i mieć z głowy kilkaset kolejnych stron.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Z wizytą u Sienkiewicza. Cztery Marie.

Królewna Śmieszka

Literatura na ekrany! - Cykl o Ani z Zielonego Wzgórza (cz. 2)