29 grudnia 2011

Jak to w roku 2011 było

...czyli podsumowując.


Najlepsza książka przeczytana w 2011 r. - Na plebanii w Haworth Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej
Najlepsza powieść polska - Pożegnanie domu Zofii Żurakowskiej
Najlepsza non-fiction - Koniec jest moim początkiem Tiziano Terzaniego
Najlepszy kryminał - Smilla w labiryntach śniegu Petera Hoega
Najlepsza książka dla młodzieży - Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Złodziej pioruna Ricka Riordana
Najlepszy audiobook* - Samsara Tomka Michniewicza
Najlepszy film obejrzany w 2011 r. - Jaśniejsza od gwiazd (Bright star), reż. Jane Campion

* pod względem jakości wykonania, nie treści - treść oceniam razem z innymi książkami

***

Przyznaję, że jestem dość zadowolona z mijającego właśnie roku - pod względem czytelniczym.

1. Cieszy mnie zwłaszcza to, że moje wybory lektury są coraz bardziej świadome. Nie łapię się już tak łatwo na książki polecane na wielu blogach, jestem bardziej krytyczna.

2. Zdecydowanie ograniczyłam zakupy książkowe, stosik przestał przyrastać i jest szansa, ze niedługo zacznie nawet maleć. Mam zamiar korzystać intensywniej z bibliotek i wrócić do dawnego zwyczaju kupowania tylko tych książek, które naprawdę chcę posiadać na własność. Jeśli już nabędę coś do jednorazowego przeczytania, to planuję natychmiast przekazywać (sprzedawać/oddawać) książkę dalej.

3. Czytam więcej klasyki. W tym roku przeczytałam 8 pozycji z mojej listy, a to oznacza o... 8 więcej niż w roku ubiegłym :) Wszystkie spotkania zaliczam do bardzo udanych.

4. Coraz chętniej sięgam po zapomniane "starocie", zamiast łapać się na  lśniące okładki nowości. Bardzo mnie w tym roku uszczęśliwiło wygrzebanie na allegro książek Zofii Żurakowskiej "Skarby" i "Pożegnanie domu" (dwie części wydane w jednym tomie) - wspaniałej, ale zapomnianej pisarki dla młodzieży z okresu 20-lecia międzywojennego.

5. W tym roku naprawdę polubiłam audiobooki. Możliwość "czytania" podczas zmywania naczyń - bezcenna :) A jeśli spróbuję się z audiobookiem położyć i zamknąć oczy, okazuje się on też dobrym lekkiem na bezsenność. Zasypiam jak dziecko, któremu ktoś czyta na dobranoc ;)

6. Wpisów na blogu też w mijającym roku było sporo - dwa razy więcej niż w 2010 (pierwsza połowa 2010 dostępna jest na blox.pl).

Jednym słowem, tak trzymać :)

27 grudnia 2011

Turecki cukiereczek

Elif Safak
Pchli pałac
Wydawnictwo Literackie, 2009
ss. 504


Jakimś cudem nigdy nie wspomniałam o przeczytanym już dość dawno Pchlim pałacu. Pewnie przez to, że bardzo ciężko mi było tę lekturę ocenić. Przez pierwszą połowę książki byłam daleka od zachwytu. Fabuła - historia tureckiej kamienicy "Cukiereczek" i jej mieszkańców -  opowiadana jest przez wiele osób i przez to dość ciężka do śledzenia. Brnęłam więc utrudzenie, starając się zrozumieć, co w tej powieści wzbudzało na blogach takie zachwyty. W połowie nastąpił kryzys, na szczęście zdecydowałam się kontynuować i oto drugą połowę połknęłam błyskawicznie i ze smakiem. Doceniłam niebanalną budowę książki, egzotyczny klimat i wyrazistych bohaterów.


Niespodziewanie więc dla mnie samej Pchli pałac trafił na listę  ciekawszych książek przeczytanych w tym roku. Podsumowanie tegoroczne zresztą wkrótce się pojawi, a Pchli pałac polecam, ale nie wszystkim. Moja koleżanka do końca nie dociągnęła, twierdząc że nie potrafi znaleźć w tej opowieści żadnego celu i czuje wyłącznie zmęczenie czytając. Czyli czytajcie, ale na własną odpowiedzialność ;) Ja mam na półce Bękarta ze Stambułu i mam nadzieję wkrótce się za niego zabrać.


***


A chwilowa przerwa w książkowych recenzjach nie wynika z tego, że nie czytam. Czytam i to dużo, łapiąc dziesięć srok za ogon. Pozaczynałam stanowczo zbyt wiele książek i teraz nie mogę się zdecydować, którą kontynuować. Ale to przez to, że mam nadwyżkę pozycji oczekujących na przeczytanie. Mikołaj pod choinkę przyniósł na szczęście tylko jedną (tak, specjalnie nie chciałam dostawać książek i dobudowywać wieżyczek w stosiku), ale za to upragnioną - Listy Mrożka i Lema.


Poza tym od stycznia chcę uruchomić drugi blog (za zachętą Agnesto i Mery) - Klasykę młodego czytelnika. Będzie tam o szeroko pojętej klasyce dla dzieci i młodzieży, czyli książkach starych i  bardzo starych,  często zapomnianych albo wręcz przeciwnie - zachowywanych w czułej pamięci, ale niewznawianych. Blog będzie otwarty dla wszystkich chętnych - tzn. każdy kto chciałby zamieścić notkę na temat będzie mógł to zrobić (o szczegółach wkrótce). Raczej nie dam rady samotnie prowadzić dwóch blogów. Niemniej ostatnio "wzięło mnie" na dziecięcą klasykę i przeczytałam kilka (świetnych) pozycji, ale recenzje pojawią się na dopiero na nowym blogu.

24 grudnia 2011

Najweselszych!

Wszystkim blogerom i nieblogerom -
miłości, zdrowia, spokoju wewnętrznego, szczerego śmiechu 
i mnóstwa wolnego czasu,
a molom na dokładkę książkowych stosów wyższych niż choinka

życzy 
lilybeth

Tom Browning - Christmas stories

21 grudnia 2011

Różności

Poleciałam dalej z Jimem Carreyem, optymistycznie podejmując próbę obejrzenia "Pana Poppera i jego pingwinów", licząc że będzie to urocza ekranizacja książeczki dla dzieci autorstwa Richarda i Florence Atwaterów. Niestety, film był jedynie nader luźną adaptacją, z książki pozostawiono chyba tylko nazwiska i pomysł z przygarnięciem pingwinów, a cała reszta była, li i jedyne, powieleniem po raz n-ty typowych schematów amerykańskiego kina rodzinnego. Straciłam nadzieję, kiedy kolejny raz pingwin narobił komuś na głowę... Dzieciom może się podobać, ale mój stopień zdziecinnienia aż tak daleko nie sięga i mimo że pingwiny uwielbiam, to po pół godzinie darowałam sobie seans.

*** 

Znalazłam ostatnio urocze miejsce w sieci, które doceni każdy mól książkowy - niestety raczej ten czytający po angielsku: "The Best 100 Opening Lines From Books", czyli 100 najlepszych pierwszych zdań z książek. Wystarczy kliknąć na pierwszą okładkę i dalej posługiwać się przyciskiem NEXT, żeby się zapoznać. Ja przeczytałam wszystkie, nie mogłam się oderwać. Oczywiście, nie twierdzę, że to są rzeczywiście i obiektywnie najlepsze pierwsze zdania w historii, zwłaszcza, ze są tam głównie książki anglojęzyczne. Niemniej w każdym widać kunszt pisarza. Jestem fanką Jane Austen, ale dopiero teraz zauważyłam, jak cudownie potrafi pierwszym zdaniem wprowadzić czytelnika w sam środek akcji:

“It is a truth universally acknowledged, that a single man in possession of a good fortune, must be in want of a wife.”
Pride & Prejudice, Jane Austen


"Emma Woodhouse, handsome, clever, and rich, with a comfortable home and happy disposition, seemed to unite some of the best blessings of existence; and had lived nearly twenty-one years in the world with very little to distress or vex her."
Emma, Jane Austen






"No one who had ever seen Catherine Morland in her infancy, would have supposed her born to be a heroine."
Northanger Abbey, by Jane Austen

19 grudnia 2011

Na świątecznie

Śniegu brak, pogoda taka a la średni październik, roboty od metra (od kilometra właściwie), a do tego jeszcze plączące się problemy zdrowotne. Rezultat - atmosfery świątecznej jakoś w tym roku nie mogę poczuć. Żeby się ratować, bo ostatecznie Boże Narodzenie tylko raz w roku i żal przeżyć je byle jak, podjęłam proświąteczną autoakcję.

Książek o właściwej tematyce, niestety, za bardzo nie mam - tylko zaczytaną i znaną na pamięć Noelkę Musierowicz. Słucham za to kolęd, czy raczej okolicznościowych piosenek angielskich i amerykańskich z lat 40-60. Takich już się teraz nie robi ;) Klimat wprowadzają jak nic. Poza tym wczoraj rozpoczęłam świąteczną propagandę filmową - na pierwszy ogień poszła najnowsza animowana (?) ekranizacja Opowieści wigilijnej Dickensa w reżyserii Roberta Zemeckisa.


Przyznam, że po głupkowatym plakacie (powyżej) i  nazwisku Jima Carreya spodziewałam się wszystkiego co najgorsze. Poza tym pierwowzór czytałam nie raz, ekranizacji też chyba z kilka widziałam, więc zastanawiałam się, jaki sens ma oglądanie kolejnej. A jednak "rozczarowałam się" na przyjemnie.

Po pierwsze - fantastyczne zdjęcia-rysunki. Wykorzystanie techniki komputerowej pozwoliło odtworzyć XIX wieczny Londyn z niezwykłą dokładnością. Angielskie kamieniczki idealnie pasują do świąt, tworząc klimat pocztówkowo-świąteczny. Aż żałowałam, że nie mogłam tego zobaczyć w oryginalnym 3d.



Po drugie - wciągająca akcja. Mimo że znana, oglądałam ją z prawdziwym zaciekawieniem, nie nudząc się ani przez chwilę.

Po trzecie - klimat. Duchy były straszne, Scrooge odrażający, a Boże Narodzenie wesołe. Czyli wszystko tak, jak powinno być.

Po czwarte - pozytywne przesłanie. Nieodmiennie.


Z minusów:
1 - Duchy  były nawet nieco za straszne - dzieciom bym tego filmu nie poleciła, a podejrzewam, że zabierane były na niego gromadnie. Momentami sama zamykałam oczy i marzyłam, żeby upiory już sobie poszły.

2 - Efekty specjalne ponownie trochę przyćmiły umysły twórców, po prostu musieli wykorzystać je w większym stopniu niż to było potrzebne. Stąd przydługa scena ucieczki Scrooge'a przed duchem przyszłych świąt, ze slapstickowym fragmentem jazdy po oblodzonych dachach i walenia głową w sople. Ech... Na szczęście tylko ten kawałek uznaję za wpadkę, reszta była dobrze wyważona.

Podsumowując, polecam dorosłym i dzieciom, które lubią się bać.

12 grudnia 2011

KLASYKA MŁODEGO CZYTELNIKA

Lands Of Enchantment - Boy Reading Age Of Chivalry
Norman Rockwell (1894–1978)

Dziecko czyta inaczej
Pamiętam z dzieciństwa targowanie się z mamą o to, ile stron mogę przeczytać przed zgaszeniem światła. Zgadzałam się na 10, a potem połykałam dwadzieścia... Nie łamałam zasad złośliwie. Po prostu po otwarciu książki tonęłam w akcji do tego stopnia, że traciłam kontakt z rzeczywistością. Z Mary Poppins spacerowałam po parku, z Łucją przechodziłam przez szafę do Narnii, z doktorem Dolittle rozmawiałam ze zwierzętami, ze Stasiem i Nel przedzierałam się przez Afrykę, z Sarą marzłam i głodowałam na poddaszu pensji panny Minchin. Coraz częściej uświadamiam sobie z żalem, że teraz nie potrafię już całą sobą oddać się lekturze. Kiedyś każda książka to był nowy świat. Teraz powieść to tylko coś wykreowanego przez człowieka, tak samo omylnego jak ja. Czepiam się stylu, bohaterów, zakończenia. Już nie akceptuję ich bezkrytycznie, jak dawniej. Jasne, dorosłam, zmądrzałam i nie ma powrotu do dzieciństwa. Ale możliwy jest powrót do dziecięcej literatury...

Lubię spisywać listy
Kiedy zaczęłam moją akcję czytania klasyków, spisałam listę pozycji do przeczytania (dostępną dla wszystkich tu). Świadomie nie uwzględniłam w niej klasyki literatury dla dzieci. Teraz jednak nabrałam na nią ogromnej ochoty. Zabrałam się z zapałem za tworzenie nowej listy (uwielbiam to ;) ) i... okazało się to nie takie proste.

Trudna kwestia kanoniczna
Co właściwie decyduje, że książka należy do kanonu? Czy to, że jest znana w wielu krajach? To, że jest stara i sporo pokoleń się na niej wychowało? Moja lista sięgnęła 25 stron objętości (!), bo okazało się, że większość pisarzy tworzących dla dzieci była niesamowicie płodna. Chyba tylko Anna Sewell, autorka książki Black Beauty, napisała jedną jedyną książkę. Większość ma na swoim koncie po kilkadziesiąt, a niektórzy nawet ponad 100 pozycji! Spróbowałam wprowadzić jakieś radykalniejsze kryteria, ale nie potrafię. Lista będzie gigantyczna, ale znajdą tam miejsce zarówno autorzy znani w wielu krajach, jak i ci mniej znani, ale nagradzani prestiżowymi nagrodami*, a także zapomniani, ale w dawnych czasach niezwykle poczytni. Oczywiście nie wpisuję na nią każdej książki napisanej przez autora - w przypadku płodniejszych ograniczam się o tych najbardziej znanych dzieł, a często tylko do polskich tłumaczeń. 

Czy Harry Potter to już klasyka?
Druga kwestia to zakres czasowy - czy 'klasyki' to tylko powieści stare? Jeśli tak, to sprzed ilu lat? Ja będę się upierać, że Harry też jest klasyką. Można go nie lubić, ale trudno odmówić mu ogromnego wpływu na współczesną kulturę i dziecięce umysły. Dlatego na mojej liście znajdą się pozycje wydane do końca XX w., a późniejsze tylko jeśli są kontynuacjami (czyli kolejne tomy Harrego, Serii Niefortunnych Zdarzeń itp.).

Dręczeniu zwierząt mówimy nie
Zdumiewa mnie nieprawdopodobna liczba książek opowiadająca o biednych dręczonych zwierzątkach, zwłaszcza zaginionych pieskach. Nic na to nie poradzę, ale żywiołowo ich nie znoszę. Najbardziej znienawidzona przeze mnie w dzieciństwie książką był Biały Bim, czarne ucho, a zaraz po niej plasował się Roczniak. Na mojej liście się znajdą, ale nie zamierzam do nich wracać.

Co czytały dzieci dawno dawno temu?
Kiedy pierwszy raz czytałam Jane Eyre zastanawiało mnie, dlaczego jako mała dziewczynka ogladała "Historię ptaków brytyjskich" zamiast książeczki dla dzieci. Odpowiedź przyszła teraz - dawniej literatury dla dzieci była bardzo mało, a jeszcze dawniej nie było jej wcale! Pierwsza powieść anglojęzyczna skierowana do dzieci to, wg Wikipedii, The Governess, or The Little Female Academy, napisana przez Sarah Fielding (siostrę Henry'ego Fieldinga) w 1749 r. 

Wcześniej istniały oczywiście baśnie i bajki, opowiadane dzieciom przez niańki i piastunki. Później pojawiły się książki z bajkami - autorstwa La Fontaine'a, Perraulta i Madame d'Aulnoy (XVII w.), ale niekoniecznie były one kierowane do małych czytelników. La Fontaine pisał dla dorosłego odbiorcy, chociaż oczywiście czytelnicy uznali, że jego dzieło jest, za sprawą licznych morałów, znakomitym narzędziem do edukacji dzieci. 30 lat po nim wydal swoje baśnie Perrault, kierując je już do dzieci (może dlatego, że po śmierci żony sam wychowywał kilkoro). Opublikowane w tym samym roku baśnie Madame d'Aulnoy były natomiast przeznaczone do opowiadania w salonach - nie nadawały się dla uszu dzieci...

W XVIII w. było już nieco lepiej, na samym początku pojawiło się w Europie tłumaczenie Baśni z tysiąca i jednej nocy. Młodzież nadal jednak czytywała książki pisane do dorosłego czytelnika. Triumfy święcili: Robinson Crusoe i Guliwer. Wiek XIX rozpoczął się brawurowo od Bajek dla dzieci braci Grimm, a potem było już tylko lepiej... Oczywiście, nadal wiele książek pisanych było bez podziału na grupy wiekowe - Juliusza Verne, Dickensa i Dumasa czytywali wszyscy. Ale literatura typowo dziecięca wreszcie rozkwitła. Zaczęły powstawać książki dla dziewczynek i książki dla chłopców, książki dla maluchów i dla "młodych dorosłych". Liczba książek dla dzieci napisanych w XX wieku przyprawia o zawrót głowy - a raczej przyprawiłaby, gdyby ktoś się podjął liczenia. A ostatnio, na początku wieku XXI, coś się zaczęło psuć...

Chyba się starzeję
Mam wrażenie, że ostatnio książki dla dzieci zatraciły swoją magię. Oglądam książki dla maluchów i albo mamy tam komercyjne pozycje w rodzaju Barbie tańczącej na lodzie, albo edukacyjne książeczki o przezwyciężaniu strachu przed przedszkolem, tudzież ekstrema o kupie i robalach. Na pewno są bardzo przydatne (pomijam te z Barbie), ale... hmmm, jakoś trudno uwierzyć, że dziecko będzie je po latach wspominać z rozrzewnieniem.
Podrośnięta latorośl z kolei wpada w łapy, przepraszam, w objęcia urodziwych wampirów, upadłych aniołów, nawróconych demonów i innych stworów. Co książka, to kalka. 
Może się zestarzałam i nie potrafię docenić współczesnych pozycji. A może po prostu publikuje się tak dużo, że wartościowe książki giną w natłoku, zwłaszcza w obliczu nachalnej promocji tego, na czym da się zarobić.

Bunt
Ja w każdym razie czuję opór i uzewnętrznia się on w chęci powrotu do starych dzieł. Lista klasyki dla młodego czytelnika (także - młodego duchem) niedługo się pojawi w osobnej zakładce, ale o tym - w kolejnym wpisie.

* O nagrodach dla książek dla dzieci możecie poczytać tu:

5 grudnia 2011

Maud z Zielonego Wzgórza

Romantyczna optymistka, pełna szalonej radości życia, dobra chrześcijanka, spełniona pisarka, szczęśliwa w miłości. Oto jaka autorka "Ani z Zielonego Wzgórza" nie była.

A takiej się spodziewałam po lekturze jej twórczości - słodkich i ciepłych opowieści o dziewczętach.

Na szczęście, Lucy Maud Montgomery okazała się o wiele bardziej złożoną osobowością, głębszą, mroczniejszą niż myślałam, ale i bardziej fascynującą. Bardzo się cieszę, że przeczytałam jej biografię, bo choć sama książka pozostawia nieco do życzenia, bohaterka jest zdecydowanie warta lektury.

Jej życie nie należało do łatwych - wcześnie osierocona przez matkę, wychowywała się u dziadków, w wiecznej rozłące z ukochanym ojcem. O swoją babkę dbała aż do jej śmierci, pozostając w stanie panieńskim. Późno poślubiła pastora i choć związek był dość udany, miał swoją mroczną, ukrywaną przed światem stronę. Zmarła zbyt szybko, w wieku 68 lat, straciwszy wiarę w przyszłość a z nią i wolę walki. Nastąpiło to w roku 1942, w samym środku II wojny światowej. Maud bardzo głęboko przeżywała obie wojny, choć jej najbliżsi nie brali w niej udziału. Straszliwość doniesień z Europy podkopała jej wiarę w sens życia. Wielka szkoda, że zmarła nie dowiedziawszy się, że dobro znów zwycięży.

Jaka więc była Maud?
"Widzę w sobie dwie sprzeczne natury. Kiedy chodzę po lesie, budzi się we mnie marzycielka lubiąca samotność. Wtedy kocham drzewa. Kiedy jednak stykam sie z człowiekiem, czuję w sobie coś zupełnie innego. Cenię towarzystwo, błyskotliwe rozmowy,typowo ludzkie rozrywki (...). Ale na tym nie koniec (...). Tak naprawdę jest we mnie sto różnych twarzy. Niektóre są dobre, inne złe. Może to lepiej, niż gdybym miała tylko dwie - tak jest bardziej tajemniczo, interesująco." (z listów L.M.M.)

Inteligentna, dowcipna, bystra obserwatorka, zakochana w Wyspie Księcia Edwarda, wielbicielka przyrody, kotów i książek:

"Była zapaloną czytelniczką, obdarzoną niezwykłą wnikliwością i pamięcią. Zaczytywała się w angielskiej klasyce; potrafiła cytować większość dzieł Szekspira, Wordswortha, Byrona i innych wielkich poetów. Czytała też książki współczesne, czasopisma i gazety, a do tego połykała dwa kryminały dziennie" (ze wspomnień syna Maud).

Realistka, potrafiła doskonale ukrywać swoje kontrowersyjne poglądy - zwłaszcza na tematy religijne (a była przecież żoną pastora):

o samobójstwie - "Życie zostało nam narzucone, nie prosiliśmy o nie. Dlatego kiedy staje się dla nas zbyt wielkim ciężarem, mamy prawo go z siebie zdjąć". (z listów L.M.M.)

o reinkarnacji - "To niesamowite wyobrazić sobie, że z jednego bytu przenosimy się w drugi, a stany te oddziela niespokojny sen zwany śmiercią! Wydaje mi się, że taka wizja jest tysiąc razy atrakcyjniejsza od wizji Nieba z jego nieustannymi doznaniami duchowymi, w które wierzą chrześcijanie". (z listów L.M.M.)

Choć twierdziła, że nie jest feministką (sufrażystką), jej opinia o roli kobiet była niezwykle rozsądna:

"... uważam, że kobieta, jako istota niezależna, powinna mieć udział w tworzeniu prawa. Czy jestem gorsza i głupsza od francuskiego drwala rąbiącego drewno na opał, który z trudem potrafi odróżnić prawą rękę od lewej i jest analfabetą, a pomimo tego ma prawo głosu i może wpływać na losy mego kraju?" (z listów L.M.M.)

"A więc uważa Pan, że kobiety winny być prawdziwymi towarzyszkami życia swych mężów. Ja też - tak samo pragnę, by mężczyźni byli prawdziwymi towarzyszami swych żon. Jak mówi Emerson - nie można rozpatrywać racji jedynie jednej ze stron (...) ...uważam, że każdy realizuje się w tej dziedzinie, w której jest szczęśliwy i w której potrafi coś zrobić. Większość kobiet czuje się najlepiej w domu, tak jak większość mężczyzn czuje się najlepiej w szerokim świecie. Ale w obu przypadkach są wyjątki. Zdarzają się kobiety stworzone do tego by robić karierę, i mężczyźni, których powołaniem jest gotować w restauracji. (...) <<pozwólmy każdemu znaleźć swoją własną drogę>>, zarówno w interesach, jak i w małżeństwie." (z listów L.M.M.)

Nie najlepiej czuła się w dużym towarzystwie i choć wreszcie się tego nauczyła, wolała wyrażać swoje opinie na piśmie:

"W licznym, nie znanym mi towarzystwie jestem nudna i nie mam nic ciekawego do powiedzenia, czego jednak nie ukrywam. Jedynie w gronie znajomych jestem w stanie zabłysnąć." (z listów L.M.M.)

"Nie zabrałabym publicznie głosu, nawet jeśli miałabym umrzeć (...), nie potrafię wstać i po prostu powiedzieć - to straszne. Zapadłabym się pod ziemię." (z listów L.M.M.)

Szczerze nie znosiła swojej najważniejszej bohaterki, nazywając ją "ta wstrętną Anią". Nic dziwnego - nie przepadała za pisaniem książek o "dalszych losach", a przypadku rudowłosej Ani była do tego zmuszana presją czytelników i wydawnictwa po wielokroć.

"Z chwilą, gdy Ania przestała byc natchnieniem, zaczęła prześladować mnie jak zmora". (z listów L.M.M.)

Aż nie do wiary, jak  cudowne książki napisała mimo tej szczerej niechęci.

Marzyła o stworzeniu prawdziwej książki dla dorosłych - dwie które wydała ("Błękitny zamek" i "Dzban ciotki Becky") nie zaspokoiły jej ambicji - zresztą i one obecnie uważane są z literaturę młodzieżową. Wreszcie sama przed sobą przyznała, że nie potrafi tego zrobić i być może nigdy jej się nie uda. Pisała i publikowała także poezję - nie była to jednak twórczość wybitna i Maud zdawała sobie z tego sprawę. Tworzyła też mnóstwo opowiadań do gazet, często na zamówienie i miernej jakości. Część z nich opublikowano potem w książkach, chociaż Autorka była temu zdecydowanie przeciwna (choćby "Pożegnanie z Avonlea" - do swego przyjaciela pisała: "niech Pan tego nie czyta".)

Sama biografia pióra Mollie Gillen nie zaspokoiła mojego apetytu. Jest za krotka, za mało szczegółowa, do tego treść podana jest w dość chaotyczny sposób - nie jest to dzieło na miarę biografii sióstr Bronte, a szkoda. Maud przez dwadzieścia lat prowadziła bogatą korespondencję z dwoma przyjaciółmi, pozostało po niej wiele źródeł, w tym pamiętniki i autobiografia, więc myślę, że jej biografia mogłaby być pełniejsza. Mimo to, cieszę się, że mogłam bliżej poznać Lucy Maud Montgomery i z pewnością będę szukać innych książek o niej. Bardzo chciałabym sięgnąć po jej opublikowane pamiętniki. Polubiłam ją tak samo mocno, jak Anię i Emilkę. A może nawet mocniej - miała w końcu swoją ciemną stronę, której jej bohaterki były pozbawione.


Mollie Gillen
Maud z Wyspy Księcia Edwarda
Nasza Ksiegarnia 1975
ss. 204














Twórczość L.M. Montgomery

Powieści
Seria o Ani:
1908: Ania z Zielonego Wzgórza (cz. 1)
1909: Ania z Avonlea (cz. 2)
1915: Ania na Uniwersytecie (cz. 3)
1917: Wymarzony dom Ani (cz. 5)
1919: Dolina Tęczy (cz. 7)
1921: Rilla ze Złotego Brzegu (cz. 8)
1936: Ania z Szumiących Topoli (cz. 4)
1939: Ania ze Złotego Brzegu (cz. 6)

Seria o Sarze Stanley - Historynce:
1911: Historynka (cz. 1) (inny tytuł: Wakacje na starej farmie)
1913: Złocista droga (cz. 2) (inny tytuł: Złoty gościniec)

Seria o Emilce:
1923: Emilka ze Srebrnego Nowiu (cz. 1) (inny tytuł: Emilka z Księżycowego Nowiu)
1925: Emilka dojrzewa (cz. 2) (inny tytuł: Emilka szuka swojej gwiazdy)
1927: Emilka na falach życia (cz.3) (inne tytuły: Emilka szuka szczęścia, Dorosłe życie Emilki)

Seria o Pat:
1933: Pat ze Srebrnego Gaju (cz. 1)
1935: Pani na Srebrnym Gaju (cz. 2) (inny tytuł: Miłość Pat)

Inne:
1910: Dziewczę z sadu (inne tytuły: Kilmeny ze starego sadu, Kilmeny z kwitnącego sadu)
1926: Błękitny zamek
1929: Czarodziejski świat Marigold (inny tytuł: Czary Marigold)
1931: W pajęczynie życia (inny tytuł: Dzban ciotki Becky)
1937: Jana ze Wzgórza Latarni (inne tytuły: Jane z Lantern Hill, Janka z Latarniowego Wzgórza, Jane ze Wzgórza Latarni)

Zbiory opowiadań (Za życia pisarki ukazały się dwa pierwsze zbiory. Kolejny, wydany w 1974 r., obok już znanych zawierał w większości utwory niepublikowane i odnalezione przez jej syna, Stuarta MacDonalda. Wszystkie następne zbiory zawierały opowiadania wyłącznie znane, publikowane oddzielnie, m.in. w czasopismach [za wikipedią]):
1912: Opowieści z Avonlea
1920: Pożegnanie z Avonlea
1974: Spełnione marzenia
1979: Panna młoda czeka
1988: Takie jak Ania
1989: Zapach wiatru (Ślady na piasku)
1990: Biała magia
1991: After Many Days: Tales of Time Passed
1993: Against the Odds: Tales of Achievement
1994: At the Altar: Matrimonial Tales
1995: Święta z Anią i inne opowiadania na Boże Narodzenie
1995: Across the Miles: Tales of Correspondence
2009: Ania z Wyspy Księcia Edwarda (uzupełniona o brakujące strony wersja książki Spełnione marzenia)

Poezje:
1916: The Watchman & Other Poems
1987: The Poetry of Lucy Maud Montgomery, selected by John Ferns and Kevin McCabe


Literatura faktu:
1934: Courageous Women (z Marian Keith i Mabel Burns McKinley)


Autobiografia i pamiętniki:
1917: The Alpine Path: The Story of My Career
1985: The Selected Journals of L.M. Montgomery, Vol. I (w Polsce wydany jako: Krajobraz dzieciństwa i Uwięziona dusza – 1996 r.)
1987: The Selected Journals of L.M. Montgomery, Vol. II
1993: The Selected Journals of L.M. Montgomery, Vol. III
1998: The Selected Journals of L.M. Montgomery, Vol. IV
2004: The Selected Journals of L.M. Montgomery, Vol. V

2 grudnia 2011

Czytam klasykę! - Paryż namalowany

Wiktor Hugo
Katedra Marii Panny
w Paryżu
fr. Notre-Dame de Paris
1831








Przez pierwsze 50 stron powieści czułam głównie narastające zdziwienie...

Po pierwsze, czytałam dotąd tylko "Nędzników" tego autora i była to niezwykle wciągająca powieść z wartką akcją. Mniej więcej tego samego oczekiwałam więc po "Katedrze...". I się zadziwiłam. Fabuła zamiast biec linearnie, od wydarzenia do wydarzenia, krąży. Nie chronologicznie, ale geograficznie. Dokładniej mówiąc - krąży po Paryżu. Odwiedzamy jakiś budynek, obserwujemy, potem zaglądamy w jakiś zaułek, podglądniemy co się dzieje, przeniesiemy się do kościoła, popatrzymy... Biegają żacy, krążą mieszczki, hałas, gwar, plotki... Tańcząca cyganeczka wzbudza oklaski, mały pokrzywiony brzydal - okrzyki wstrętu, ponury kapłan - cichą niechęć. Zwiedzamy miasto, zaglądamy nie tylko do tytułowej katedry, ale i do zamtuzów, w dzielnice żebraków, do schronienia pustelnicy. Dopiero po dłuższym czasie z tych wszystkich obrazków rodzajowych i podsłuchanych rozmów zaczyna budować się pewna historia...

Po drugie, o losach brzydkiego Garbusa i ślicznej Esmeraldy miałam dotąd dość disneyowskie wyobrażenie. Co prawda nie oglądałam bajki, ale coś mi się tam w głowie zakorzeniło. Po przeczytaniu książki naprawdę nie wiem, w jaki sposób tragiczne losy bohaterów udało się Disneyowi zamienić w bajkę dla dzieci. Wszyscy w tej książce są nieszczęśliwi, targani emocjami, nad którymi nie potrafią zapanować, i dążą nieubłaganie do okrutnego końca. Przyznam, że finał książki zupełnie mnie zaskoczył - nie tego się spodziewałam!

Czytanie książki napisanej w ten sposób zajęło mi dość dużo czasu. Czytając, popadałam to w znudzenie, to w zachwyt. Niemal pokonała mnie księga trzecia (powieść podzielona jest na 11 ksiąg, a każda księga składa się z kilku rozdziałów), która jest w całości opisem Paryża i katedry - ani grama akcji. Przyznam, że po prostu opuściłam ten fragment... Hugo starannie się przygotował do roli przewodnika po średniowiecznym Paryżu, studiując dzieła opisujące to miasto w XV w. Zamierzał stworzyć "malowidło Paryża w XV wieku" i to mu się udało, bo nawet bez drobiazgowych opisów trzeciej księgi Paryż jest właściwie głównym bohaterem. Po lekturze zostaje w pamięci mnóstwo scenek idealnie nadających się na obrazy... Jeśli chodzi o wydarzenia historyczne - Hugo potraktował je swobodnie, zmieniając daty i nazwiska, więc pod tym względem nie należy traktować "Katedry..." jako podręcznika.

Na zakończenie kilka pięknych starych ilustracji do "Katedry...":

Budynek sądu (Charles-François Daubigny, 1844)
Papież błaznów (Edouard de Beaumont, 1844)

Quasimodo ratujący Esmeraldę (Aimé de Lemud, 1844)



I fotografia tytułowej bohaterki:

 

Japońska sztuka walki z chorobami

Mam za sobą cztery miesiące nieustannych chorób. Nic oryginalnego, przeziębienia, katarki, zapalenie uszu, no, jedna runda grypy (o Zeusie, ...