26 września 2011

Powitanie z losowaniem. Kto czyta w oryginale?

Za tydzień koniec września, a to oznacza mój powrót do blogowej aktywności. Zastój czytelniczy udało mi się przełamać, porozpoczynane lektury skończyć i przemyśleć. Ostatnio, co prawda, znowu się nieco zacięłam z czytaniem, ale to z innego powodu.

Wspominałam kiedyś, że planuję wprowadzić nieco minimalistycznych porządków na półkach, pozbywając się książek, do których już nie wrócę. Coraz bardziej przekonuję się do ideologii, według której książki żyją tylko wtedy, kiedy ktoś je czyta. Pokrywanie się kurzem na moich półkach przez kilkanaście lat musi być dla nich śmiertelnie nudne. Część sprzedałam, część wspomogła zbiory małej osiedlowej biblioteki... Zaś na blogu postanowiłam uwolnić anglojęzyczną książkę Kate Mosse "Sepulchre" (polski tytuł "Grobowiec"). Książka jest w stanie niemal idealnym, ponieważ, wstyd przyznać, doczytałam ją tylko do połowy. Niby nie była zła, ale jakoś nie zaiskrzyło między mną a nią. Podobał mi się "Labirynt" tej Autorki - czytadło, ale interesujące pod względem historycznym. Sam "Grobowiec" był gorąco wychwalany w audycji Simona Mayo w radiu BBC. (Tych audycji kiedyś namiętnie słuchałam, niestety zdjęto je z anteny, czego nadal nie mogę odżałować, bo były świetne.) Skoro przez ponad rok nie znalazłam czasu, żeby do niej wrócić, pewnie nie znajdę go i w przyszłości. Lepiej, żeby trafiła do kogoś, kto ją z zainteresowaniem przeczyta.

Podsumowując, w chętne łapki przekażę "Sepulchre" Kate Mosse - książka jest w oryginale, czyli w języku angielskim, ale wiem, że sporo osób na blogach po angielsku czyta.

Opis wydawcy:
Październik 1891 roku. Léonie Vernier i jej brat Anatole, opuszczają ciasne i tłoczne ulice Paryża i wyjeżdżają na południe, do tajemniczej wiejskiej rezydencji La Domaine de la Cade niedaleko Carcassonne. Tam, w prastarym lesie dziewczyna trafia na zrujnowany grobowiec, który kryje w sobie tajemnicę popełnionego przed ponad stu laty morderstwa. Léonie zanurza się w krainie zjaw i widm, w której życiem i śmiercią rządzi stara talia kart do tarota, obdarzona niezwykłą mocą. 
Październik 2007: Meredith Martin postanawia zrobić sobie przerwę badaniach nad twórczością Claude'a Debussy'ego. Wybiera się z Paryża na południe, do pięknego hotelu położonego wśród lasów. Fascynuje ją historia tego miejsca, a szczególnie tragiczne wydarzenia z halloweenowej nocy ponad sto lat temu, które wstrząsnęły mieszkańcami okolicy. W ten sposób jej los splata się z losami Léonie. Ale dopiero gdy ona także potyka się na ustronnej polanie, zdaje sobie sprawę, że tajemnice tego miejsca mają związek nie tylko z umarłymi... Grobowiec, znakomita najnowsza powieść autorki bestsellerowego Labiryntu to przykuwający uwagę thriller o zemście i obsesji, rozgrywający się w barwnej scenerii południa Francji.

Wystarczy zgłosić chęć w komentarzu - do północy 30 września. Losowanie 1 października. Bezblogowców proszę o podanie adresu mailowego. Mile widziane kilka słów o tym, jak Wam się czyta książki w oryginale - lubicie to, czy raczej zmuszacie się celem szlifowania języka?

19 września 2011

Wpadłam na chwilę

Recenzji dziś jeszcze nie będzie, ale że się stęskniłam, to zamieszczam wygrzebane z netu informacje filmowo-ekranizacyjne, które mnie bardzo cieszą.

1. Igrzyska śmierci (The Hunger Games) na podstawie powieści Suzanne Collins trafią na ekrany podobno w marcu przyszłego roku. Zdjęcia obiecujące - oby tylko nie wyszedł z tego drugi Zmierzch, czyli smętna dziewoja i dwóch konkurentów do ręki. (Krótki zwiastun tu.)

Katnis (Jennifer Lawrence)
Peeta (Josh Hutcherson)
Katniss i Gale (Liam Hemsworth)


2. Peter Jakcson z kolei kręci właśnie Hobbita (The Hobbit: An Unexpected Journey), czyli ksiażkowy prequel do Władcy Pierścieni. Chociaż powieść ta podobała mi się mniej niż Władca..., to bardzo chętnie obejrzę ją na dużym ekranie. Film podobno ma się składać z dwóch części, a do kin zawita dopiero w grudniu 2012.

Martin Freeman jako Bilbo Baggins




3. Szykuje się nowa ekranizacja bajki o Królewnie Śnieżce - Snow White and the Huntsman. Zainteresowałam się, bo autorem zdjęć jest Greg Fraser, czarodziej obiektywu z Jaśniejszej od gwiazd Jane Campion. Obsada też niczego sobie, chociaż nie jestem wielbicielką wampirzej Kristen-mam-tylko-dwie-miny-Stewart. Premiera w dzień dziecka 2012.

1 września 2011

REMANENT

Ogłaszam wrzesień miesiącem bez bloga. Do zobaczenia i poczytania za czas jakiś.

Copyright: Tomasz Bilewicz alias T.

30 sierpnia 2011

Zakurzone kino dla młodych duchem (seans drugi)

Chętnie bym Wam coś napisała o książkach, ale mogę tylko jedno - czytam. Czytam różne rzeczy naraz, np. "Płeć mózgu" do porannej herbatki. Niesamowicie mnie wciągnęła, z pewnością napiszę o niej szerszą notkę, bo to rzecz godna uwagi i rozjaśniająca wiele zawiłości w funkcjonowaniu świata. Na dobranoc usypiamy się z T. czytanym na głos "Triumfem owiec" Swann. Usypiamy się nie dlatego, że nudne, tylko dlatego, że słuchanie książki czytanej na głos działa kojąco. A czytamy o owcach, bo w końcu na zaśnięcie trzeba liczyć owce, a w "Triumfie..." jest co liczyć. Poza tym kończę audiobooka Collinsa "Kamień księżycowy" - ale jest tak wspaniały, że nie wiem, czy chcę skończyć. Spalmy wszystkie kryminały skandynawskie i czytajmy klasykę, naprawdę. (No, dobrze, możemy nie palić. Ale klasykę czytajmy.) A do tego czytam jeszcze "Półksiężyc" Diany Abu Jaber - romans rozgrywający się w środowisku arabskich imigrantów w Ameryce, bardzo piękny, poetycki, tylko że... romans. Nie mogę tej książce nic zarzucić, poza tym, że jest o miłości, a to jest takie, ech, nudne. Zważcie, że to musi być naprawdę świetna książka, skoro mówię, że o miłości nudne, a i tak czytam... A, i jeszcze kończę Zafona "El principe de la niebla". Kończę i puchnę z dumy, że mi się udało (już prawie) przeczytać pierwszą moją książkę po hiszpańsku.
I tak sobie czytam powoli, bez pośpiechu, wyglądając jesieni.

A żeby nie było o niczym, to wspomnę o kilku oglądanych ostatnio filmach - mieszaninie "Zakurzonego kina" i "Literatury na ekrany!", bo to stare ekranizacje jeszcze starszych książek dla młodzieży. A w ogóle to akcja wszystkich filmów rozgrywa się w czasie wakacji, więc uznajcie, ze ten post to taki pean pożegnalny na cześć tych, co to właśnie minęły.

Za "Bułeczkę" obwiniam Kasię.eire, bo to ona przypomniała o książce (Bułeczka Jadwigi Korczakowskiej) i ekranizacji u siebie na blogu. A naprawdę to jestem jej wdzięczna, bo to była rozkoszna podróż sentymentalna. Bardzo udana ekranizacja mimo kilku wprowadzonych w fabule zmian (nieznacznych).

Jeśli ktoś nie czytał: 
Osierocona Bronia, zwana Bułeczką, trafia pod opiekę wujostwa. Przenosi się ze wsi, gdzie była kochana przez wszystkich sąsiadów do miasta (w oryginale chyba była to Jelenia Góra, a w filmie Wrocław). Wujek jest do niej nastawiony bardzo przyjaźnie, ale rzadko bywa w domu, więc Bułeczka sama musi ułożyć sobie stosunki z nową "siostrzyczką" - rozpieszczoną, chorowitą Dziunią i zakochaną w niej gospodynią. Ciocia, mama Dziuni, zajmuje się teatrem i nie mieszka z rodziną. Bronia jest uroczą dziewczynką, ale bardzo roztrzepaną, gadatliwą i jednocześnie wrażliwą. Łatwo pakuje się w tarapaty, więc zanim wszystko się ułoży, sporo się wydarzy.


Sympatyczny, chyba już zapomniany film - bardzo mi się podobał jego nieco melancholijny nastrój i "przydymione" zdjęcia.


"The Parent Trap" powstał na podstawie książki "Mania czy Ania" Ericha Kastnera - chociaż tak naprawdę pozostawiono tylko pomysł, całkowicie przerabiając realia.

Susan i Sharon poznają się na wakacyjnym obozie. Dwie dziewczynki, podobne do siebie jak krople wody, nienawidzą się od pierwszego wejrzenia. Zmuszone do zaprzyjaźnienia się odkrywają, że są bliźniaczkami. Kiedy były małe, skłóceni rodzice podzielili się dziećmi i zerwali ze sobą wszystkie kontakty (prawdopodobnie jedna z bardziej obrzydliwych rzeczy, jakie można zrobić dzieciom, ale film akurat warstwy moralnej nie analizuje). Susan i Sharon decydują się na podstęp. Wykorzystując swoje podobieństwo zamieniają się rolami i ... rodzicami. Co z tego wyniknie?

Uroczy film i słodkie, pastelowe lata 60. Zdecydowanie zachęcam.


Dwadzieścia pięć lat później powstała druga część ("The Parent Trap 2"), z dorosłą już Hayley Mills, grającą obie bliźniaczki. Powstał też w latach 90. remake z małą Lindsay Lohan, również grającą obie role. A siostry Olsen mają na swoim koncie film "Czy to ty, czy to ja" luźno oparty na tej samej historii.


I na koniec kultowy polski serial, będący adaptacją jednej z moich ukochanych książek dzieciństwa "Dziewczyna i chłopak" Hanny Ożogowskiej. Książkę czytałam kilkaset razy, ale serialu w dzieciństwie nie obejrzałam, bo mi się nie podobały liczne zmiany, wprowadzone przez twórców. W sumie nadal mi się nie podobają i w ogóle twierdzę, ze spośród starych polskich seriali ten akurat wypada blado. Niepotrzebne dłużyzny plus nieprawdopodobny szowinizm (Tosia realizuje się głównie przy garach) i tyle. Ale i tak serial wzbudził we mnie ogromną tęsknotę za beztroskimi dziecięcymi wakacjami. Dwa miesiące wolnego, słońce, zabawa. Czy to naprawdę już nigdy nie wróci?

Jeśli ktoś nie czytał (nie czytał? serio? to niech przeczyta):
Tosia i Tomek to rodzeństwo, nie bliźnięta co prawda, ale bardzo do siebie podobne, z różnicą wieku bodajże jednego roku. W wyniku różnych skomplikowanych okoliczności muszą, bez wiedzy rodziców, zamienić się rolami. Tosia przebiera się za Tomka i udaje się na wakacje do leśniczówki - do srogiego wujka i dwóch starszych kuzynów, gdzie w nocy jest ciemno, psy mają wielkie zęby, a w ramach rozrywki łapie się raki ze szczypcami i ogólnie jest strasznie. A Tomek w sukienkach Tosi jedzie do cioci Isi i jej licznych córek (i jednego synka, ale małego, więc się nie liczy), z wizją zabawy lalkami i pomagania w kuchni... Jak im wyjdzie? Śpiewająco. No, prawie...




23 sierpnia 2011

Nadciąga zima, czyli weszłam do gry

"Gra o tron" i jej kolejne tomy przewinęły się przez tyle blogów, że ci, którzy jeszcze nie czytali prawdopodobnie cierpią już na Martinowstręt. Ale to dobra książka jest, więc nie wspomnieć o niej żal.

Nie jestem fanką fantastyki. Kiedyś czytałam więcej, z biegiem czasu coraz i coraz mniej, Gra o tron jest pierwszą od dawna pozycją z tego nurtu. Połknęłam w dwa dni, chętnie dowiem się, co dalej, ale za fantastyką nadal nie przepadam. Wybaczcie. Duża korzyść z prowadzenia bloga, którą u siebie odnotowałam, to niejakie wykrystalizowanie się moich literackich upodobań i już wiem, że fantasy stoi u mnie na półce "raczej nie", a science-fiction na "całkiem podziękuję". Jasne, od wszystkiego są wyjątki, wielbię nad życie Władcę pierścieni Tolkiena, w kategorii "powieść, która porwała mnie ze szczętem" dzierży prawdopodobnie palmę pierwszeństwa. Diuna Herberta była przyjemnie odświeżająca (jeśli takim może być gorący piasek pustyni), zamierzam też dać szansę "Ziemiomorzu" Le Guin i Lemowi.

Do tego ostatnio cierpię na czytelniczy zastój. Na wakacje zabrałam chyba około siedmiu książek i przywiozłam je z powrotem, niektóre lekko napoczęte, a niektóre wcale. Mam wrażenie, że ostatnio blog zaczyna mi odbierać radość z czytania, czuję presję, żeby przeczytać cokolwiek i wstawić notkę. Tworzenie takiego potwora, który pożera moją pasję, nie było moim zamiarem, dlatego zastanawiam się nad tymczasowym zawieszeniem działalności. Może jak nie będę miała gdzie się pozachwycać nad lekturą, to zatęsknię. Odkąd zaczęłam czytać klasykę, zauważyłam, że przynosi mi ona dużo więcej radości niż jakiekolwiek współczesne dzieło. Klasyki na wakacje nie zabrałam, może w tym był problem. Słucham sobie teraz audiobooka Kamień księżycowy i, ach, uwielbiam Collinsa. Dawno już temu czytałam jego Kobietę w bieli i nie mam pojęcia, czemu czekałam tak długo, żeby znów po niego sięgnąć. Może mi te wszystkie nowości wpychały się w paradę.

Te chaotyczne dwa akapity oczywiście mają się nijak do samej Gry o tron. No, może tylko tyle, że o ile książka mnie naprawdę wciągnęła, to nie zachwyciła aż tak, jak się spodziewałam. Czyli kategoria "bardzo dobra książka", ale nie (nader pojemna) kategoria "moja ulubiona książka".

Odmawiam opowiadania, o czym to jest. Po pierwsze, wielu to już zrobiło przede mną, po drugie - akcja jest taka zagmatwana, że nie i już ;) W każdym razie rzecz dzieje się w zjednoczonych Zachodnich Królestwach, na czele których stoi król Robert, nie on jest jednak na pierwszym planie. Najważniejsza jest rodzina Starków, możnowładców z północnego krańca Królestw (tam, gdzie zimno), do których należą: Eddard i jego żona Catelyn oraz ich dzieci: Robb, Sansa, Arya, Brandon i Rickon, a także bękart Eddarda - Jon Snow. Poza nimi kluczowa jest postać trzynastoletniej Daenerys Targanyen, księżniczki na wygnaniu. Jej ojciec był królem przed Robertem i został obalony w bardzo krwawy sposób. Danny i jej brat szukają teraz sposobu by odzyskać dziedzictwo. No i jest jeszcze Tyrion "Krasnal" Lannister, karzeł i brat królowej - chyba mój ulubieniec ze względu na cięte poczucie humoru. Intryg jest co niemiara, walk jeszcze więcej, do bohaterów nie należy się za bardzo przywiązywać, bo Martin łatwo się ich pozbywa, jednym słowem - dzieje się.

Akcja podzielona jest na krótkie rozdzialiki zatytułowane imieniem bohatera, którego dotyczą (Eddard, Catelyn, Jon, Sansa, Arya, Bran, Daenerys i Tyrion, czy kogoś pominęłam?). Kiedy człowiek już wciągnie się w historię jednej osoby, autor przeskakuje do drugiej, a kiedy już, marudząc, wciągnie się w drugą, przeskakuje do trzeciej. Parę razy wciągnęłam się na tyle, że nie byłam w stanie czytać po kolei, tylko kartkowałam strony, szukając dalszych losów danego bohatera, ale o tym cicho sza... Oczywiście wszystkie te historie mocno się zazębiają i po pierwszych 100 stronach kompletnego chaosu łatwo już zapamiętać kto z kim i dlaczego.

Bardzo mi się podobało to, że elementy nadprzyrodzone znajdują się na dalekim planie. Na pierwszym są ludzie i ich całkowicie niefantastyczne zachowania. Są jacyś groźni Inni, żyjący po lasach, wszyscy słyszeli o smokach, ale problemów nie załatwia się przy pomocy machania różdżką i nadprzyrodzonych "superpowers". Do tego każde działanie ma pięknie pokazane konsekwencje, każdy kij dwa końce i nikt nie jest czarno-biały.

Do niektórych bohaterów żywię większą sympatię (Jon, Tyrion, Arya), do niektórych mniejszą (Catelyn), ale o wszystkich czytałam z równym zainteresowaniem. No, troszkę może przesuwałam wzrokiem po opisach bitew... Ile tych flaków można w końcu znieść. Niespecjalnie podobał mi się wątek Danny, nie będę się czepiać, ale miałam wrażenie, że był najmniej oryginalny i było już mnóstwo analogicznych historii "od wątłej dziewczynki do superwojowniczki". Pomijając już, że - jak tradycja wśród pisarzy fantastyki każe - najbardziej atrakcyjne kobiety u Martina mają średnio 13-14 lat. Nie wiem, czy słyszał kiedyś o etapie "brzydkiego kaczątka"... Poza tym szczegółem świat wykreowany przez Martina jest wiarygodny w niemal każdym detalu, a do tego odznacza się rzadko spotykaną w tym gatunku głębią psychologiczną.

Teraz czekam aż T. przeczyta, a potem rzucamy się na serial.

George R. R. Martin
Gra o tron
Zysk i ska 2003
ss. 773

18 sierpnia 2011

Dickensomania, czyli jak zrujnować sobie życie przy pomocy książek

I dla mnie przyszedł czas wakacji oraz, niestety, powrotu z urlopu - to wytłumaczenie za ostatnią nieobecność na blogu i brak odpowiedzi na Wasze komentarze (już nadrobiłam). Nie zdążyłam o tym wspomnieć przed wyjazdem, ale teraz już jestem i na dobry początek dodaję zaległą przedwyjazdową notkę. (Wstyd przyznać, ale z kilku zabranych ze sobą książek nie przeczytałam żadnej - nie było czasu.)

 Pan Dick, czyli dziesiąta książka Jeana-Pierre'a Ohla to pean na cześć Dickensa, książka o książkach, o umiłowaniu słowa pisanego, które może doprowadzić jednostkę do szaleństwa. Skojarzenia, jakie miałam podczas czytania to Klub Dumas Artura Pereza-Reverte i Przekład Pablo Santisa. Przede wszystkim jest to jednak książka o Dickensie pisana "dickensem" - autor zdumiewająco dobrze podrabia styl mistrza i jego sposób budowania dziwacznych postaci. Dopiero po paru stronach, kiedy pojawiły się wynalazki techniki, zorientowałam się, że akcja rozgrywa się współcześnie, bo sposób opisu idealnie pasował do powieści "kostiumowych".

Myślę, że reklamowanie tej pozycji jako kryminału może jej zrobić dużą krzywdę. Dla mnie wątek rozwiązywania zagadki (bo jest takowa) jest w niej zupełnie poboczny. 

Francois Daumal, osierocone dziecko (jak z Dickensa) poznaje za młodu powieści Dickensa i zostaje nimi najpierw zauroczony, a potem opętany. Na studiach spotyka Michela Mangematina - odtąd swojego jedynego przyjaciela i największego wroga, który to opętanie podziela. To, co ich najbardziej dręczy to sekret ostatniej nieukończonej powieści Dickensa "Tajemnica Edwina Drooda". Starzejący się Dickens, coraz częściej atakowany przez krytyków, postanowił odświeżyć swoją literaturę i sięgnął do młodego gatunku, w którym sukcesy zaczął właśnie odnosić Wilkie Collins - kryminału. Niestety śmierć przerwała pracę nad książką i czytelnicy już nigdy nie mieli się dowiedzieć, jakie miało być rozwiązanie kryminalnej intrygi.

Wszystkie możliwe rozwiązania Tajemnicy Edwina Drooda (...) zostały już wymyślone i przedstawione. Dla kilku genialnych  dyletantów - Conan Doyle'a, Shawa, Chestertona - była to rozrywka, pozwalająca im oderwać się od poważnej pracy, lecz dla innych, nauczycieli gimnazjalnych, niewydarzonych dziennikarzy, egzegetów nicości, śledczych niesprawdzalnego - było to dzieło życia (s. 89)

Współczesna akcja powieści przeplatana jest fragmentami pamiętnika niejakiego Evariste'a Borela, żyjącego w XIX w. - ponoć jedynej osoby, której Dickens zdradził rozwiązanie.

O bibliotece Dickensa ( i chyba także mojej) (s. 160):
Biblioteka samouka, mało dbającego o dobry smak; biblioteka żarłocznego lecz bezładnego czytelnika, który pozostał wierny fascynacjom dzieciństwa.

Tajemnica rozwiązania intrygi ostatniej, nieukończonej powieści Dickensa - to fakt. Wielu literatów w rzeczywistości próbowało rozwiązać ten problem*. Śledztwo prowadzone w książce jest jednak fikcją, a poza tym, jak wspomniałam, nie jest tak naprawdę głównym wątkiem powieści. To książka o zatraceniu się w literaturze do tego stopnia, że przestaje się dostrzegać granicę między światem prawdziwym a zmyślonym.

Polecam przede wszystkim wielbicielom Dickensa (podejrzewam, że oni najbardziej docenią tę książkę), a także tym, którzy lubią książki o książkach.

O pisarzu jako bogu i bogu jako pisarzu (s. 293):
...istnieje tylko jeden pisarz, ten, który przemawia we wnętrzu naszych głów... Dla przykładu, widzisz te drzwi do toalety? Na razie za nimi nic nie ma... ale wyobraź sobie, że mam ochotę się wysikać... wyobraź sobie, że wstaję, idę do tych drzwi, przechodzę przez nie...W tej chwili on pospiesznie instaluje tam niebieskie kafelki, fajansowa umywalkę, elektryczną suszarkę do rąk... Może nawet doda faceta myjącego ręce... To on decyduje...

O sławie Dickensa w jego czasach (s. 25):
- To... nie do wiary! To znaczy, że... wszyscy ci ludzie czytali tego pańskiego Dickensa?
- Tylko ci, którzy umieją czytać. Pozostali zbierali się wieczorem dookoła bardziej wykształconego kolegi albo sąsiada i po prostu słuchali. Co miesiąc wyczekują następnego odcinka; w międzyczasie rozmawiają ze sobą o poprzednim... Dziś wieczór, jutro, w Melbourne, Los Angeles, Toronto setki tysięcy mężczyzn i kobiet będą czytać albo słuchać Dickensa... Kiedy statek z ostatnią częścią Magazynu osobliwości dotarł do Nowego Jorku doszło do zamieszek: wszyscy czekali na nabrzeżu, chcąc się dowiedzieć, czy mała Nell umrze, czy nie!

Dickens z córkami

Dickens o Henrym Jamesie (s. 237):

- To yorkshire! Literacki wyfiokowany yorkshire! Syntaksa robi mu za wszechświat! Uważa, że im bardziej zawiłe zdanie, tym subtelniejszym jest psychologiem...


* O "Tajemnicy Edwina Drooda" opowiada też książka Matthew Pearla "Zagadka Dickensa" (podobno, nie czytałam).

4 sierpnia 2011

A u sióstr w domu wieje nudą...


Z góry przepraszam wszystkie wielbicielki tej książki, których ponoć jest sporo, ale dla mnie to jedna z najgorszych ksiażek, jakie przeczytałam w tym roku. 
A miało być tak dobrze...

Ralph i Barbara to niemieccy prawnicy i małżeństwo w stadium zaawansowanego kryzysu. Wynajmują na Boże Narodzenie (i 40. urodziny Ralpha) stary dom na pustkowiu w angielskim Yorkshire, co by sobie tam we dwoje z owym kryzysem radzić. Niestety, zaraz po przyjeździe zostają zasypani śniegiem po dach i muszą przetrwać bez prądu i z niewielką ilością pożywienia. Barbara znajduje rękopis-historię życia poprzedniej właścicielki domu i (zamiast pracować nad ratowaniem małżeństwa) tonie w lekturze.

Poprzednia właścicielka - Frances Gray, wychowała się w tym domu razem z młodszą siostrą i bratem. Sielankowe dzieciństwo, przypadające na początek XX wieku, nie wskazywało na to, jak burzliwie będzie się toczyć jej życie. Na początek odrzuca oświadczyny mężczyzny, którego kocha, żeby wcześniej sprawdzić, czego chce od życia. Wyjeżdża do Londynu i tam wikła się, dość przypadkowo, w walkę sufrażystek. Wkrótce potem nadciąga pierwsza wojna światowa. Więcej nie zdradzę, ale dzieje się dużo, niestety - mimo fascynujących czasów - głównie romansowo. W skrócie: ci, którzy ze sobą sypiają na ogół nie są małżeństwem, za to ci, którzy się pobrali raczej się nie kochają, a w ogóle to wszyscy są nieszczęśliwi.

Doczytałam do jakiejś 1/4 z nadzieją, ze już-już, za momencik na pewno akcja mnie wciągnie, zżyję się z bohaterkami i zatonę w odmętach fabuły. Potem zaczęłam wątpić. Do połowy dociągnęłam dla tła historycznego (sufrażystki, jedna wojna, druga wojna, lata pomiędzy) - po czym zdałam sobie sprawę, że 1. kompletnie nie obchodzi mnie, co się stanie z bohaterami, 2. tło historyczne nie wzbogaciło mnie o choćby jeden mały strzępek informacji, której wcześniej nie znałam. Drugą połowę przekartkowałam dla przyzwoitości i dzięki temu mogę powiedzieć, że i tam nie znalazłam niczego ciekawego ani zaskakującego.

Nie wiem, czemu tak się stało, czytałam dwa kryminały Charlotte Link i wspominam je bardzo dobrze, sagi rodzinne cenię, zagadki z przeszłości lubię... Jednak ta lektura to tylko odgrzewany kotlet, wszystkie wątki już były, wyeksploatowane doszczętnie w tysiącach romansów. Zagadka z przeszłości nie jest żadną zagadką, bo wszystkiego można się domyślić po pierwszych kilku stronach. Frances jest dziwnie mało interesująca, jak na osobę z tak bogatym życiorysem, a Barbara - po prostu irytująca. Wątek kryzysu związku między nią a Ralphem jest zdumiewająco nieudolny - w porównaniu z kryzysami, które autorka doskonale opisywała w Przerwanym milczeniu. Myślałam, że to jedna z pierwszych książek Link, ale okazało się, że to ósma z kolei (przynajmniej jeśli chodzi o publikację), więc już nic nie rozumiem.

Nie polecam, niemniej sprawiedliwie dodam, że pod względem literackim jest w sumie w porządku, język jest dość prosty, ale nie ubogi. Jeśli ktoś lubi sago-romanse w historycznych okolicznościach przyrody, może być zadowolony dużo bardziej niż ja. Kojarzyło mi się trochę z Zapomnianym ogrodem Morton, który też wspominam fatalnie, i Zapachem cedru MacDonald, który był jednak bez porównania oryginalniejszy, mimo że też nie arcydzieło.

Moja siostra po przeczytaniu wyraziła opinię zbliżoną do mojej (a czytujemy i lubimy różne książki), za to mamie się podobało. W mojej rodzinie jest więc 1:2 na niekorzyść sióstr i ich domu.

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...