24 maja 2013

Stal, śnieg, krew, złoto, lwy, wilki, dużo mieczy i jeden karzeł

Znów zostałam wessana w świat Westeros, czułam się jak Dorotka w Oz. Za portal posłużył czytnik ebooków. Trzeci tom pochłonął mnie bez pamięci, do tego stopnia, ze spacerując z wózeczkiem po parku miałam w głowie wyliczankę - prawie jak Arya Stark: Cersei, Jamie, Tyrion, król Joffrey, król Robb, krol Stannis, Jon Snow. Nie bardzo widziałam świat wokół, ale gdybym nagle za drzewami dostrzegła zwodzony most, wydałby mi się jak najbardziej na miejscu...

Jakiś czas temu pisałam, że drugi tom podobał mi się bardziej niż pierwszy. No to teraz trzeci podobał mi się bardziej niż drugi. Dobrze, jakby Martin utrzymał taką tendencję zwyżkową, ale slyszałam, że dalsze tomy są słabsze. Może i lepiej, bo obowiązki wzywają, dziecko wymaga wiktu i opierunku, a te tomy grube są. I czytając, czuję się taka wewnętrznie rozdarta :)

Wcale nie będę opisywać fabuły, bo jak ktos czytał, to zna. Jak nie czytał, bo go nie interesuje, to go nie zachęcę, a jak zamierza przeczytać, to niech czyta książkę, a nie moje opisy, zwłaszcza, że będę troszkę spojlerować.

W poprzedniej notce wahałam się czytać czy oglądać najpierw. Wyjaśniam, że doczekałam do serialu, ale po czwartym chyba odcinku mnie zmogło, długie okropnie przerwy między tymi odcinkami, nie mogłam tyle czekać, więc złapałam za książkę. Chciałam tylko doczytać do tego miejsca, co w serialu, nie wyprzedzać akcji, ale tak ciut-ciut wyprzedziłam, no a potem mnie Martin walnął akcją jak Ogar toporem i już nie mogłam odłożyć. Niby po pierwszym tomie już wiadomo, ze bohaterowie powieści nie są dla tego pisarza żadną świętością i nie można zakładać, że jak ważna postać, to będzie nieśmiertelna, ale takiego rozwoju wydarzeń, to się jednak nie spodziewałam.

Domyślam się, że wielu narzeka na rozbieżności miedzy filmem a książką, ale ja się czepiać nie będę. Po pierwsze wierna ekranizacja wymagałaby nakręcenia drugiej "Mody na sukces", po drugie budżet i możliwości w zakresie efektów specjalnych mają swoje granice, po trzecie wprowadzenie takiej nieprawdopodobnej liczby bohaterów drugo-, trzecio- i szesnastoplanowych, wszystkich obdarzonych zarysowanym wyraźnie charakterem, herbem, ziemią i rodziną, byłoby nie tyle niemożliwe, co śmiertelnie nudne dla odbiorcy, nic więc dziwnego, że twórcy sporo postaci wyciachali. Jeśli mam się czepiać, to niespecjalnie podobało mi sie zlanie w jedną osobę Gendry'ego i Edrica Storma. Z innej beczki - postać żony Robba jest zupełnie różna i w książce i w filmie, ale muszę przyznać, że ta filmowa przemawia do mnie bardziej. Podoba mi się też filmowa Shae, ale ta z powieści jest znacznie bardziej prawdopodobna, głupiutkie dziewczę, które myśli głównie o sukniach i klejnotach, a Tyrion jest dla niej środkiem do celu, dobrym, jak każdy inny. Nie mam tez nic przeciwko notorycznemu "postarzaniu" postaci w serialu, bo u Martina co bohaterka to ma lat 12, w porywach do 13. Rozumiem, że w kategoriach średniowiecznych jest już zdatna do ożenku, ale te lubieżne spojrzenia dorosłych mężczyzn na dwunastolatki, to mi się jednak podejrzane zdają. Zresztą w 16-letniego Robba tez jakoś nie mogę uwierzyć, jeśli chodzi o dojrzałość czynów. Gdyby Martin jednak dodał swoim młodocianym bohaterom ze 2 lata do wieku, to akurat by się zgodziło z ich postępowaniem. Ale to taki drobiazg.

Podoba mi się w serialu ograniczanie pierwiastków magicznych w porównaniu z literackim pierwowzorem - w tej części jakoś dużo tych olbrzymów, zmiennokształtnych, Innych, zielonych ludzi, co druga osoba ma jasnowidzenia, a co trzecia czyta z ognia. Dla mnie siłą tej serii są zwykli, ludzcy bohaterowie, którym pechowo się trafiło życie w ciekawych czasach.

EDIT: Zapomniałam wspomnieć, że to co podoba mi się w trzecim sezonie zdecydowanie bardziej niż w książce to Daario Naharis. Nikt mi nie wmówi, nawet Martin, że Daenerys zainteresowałaby się mężczyzną z farbowaną na niebiesko brodą i złotym zębem, odzianym w żółte koronki. Nie piętnastolatka, nie po Khalu Drogo...

19 maja 2013

Kim jest starsza pani?

To pytanie zadawała sobie Iris, kiedy zgłosili się do niej pracownicy zamykanego właśnie szpitala psychiatrycznego, pytając, czy nie chce zaopiekować się swoją niemłodą cioteczną babką, panną Euphemią Lennox. Problem w tym, że Iris nigdy nie miała ciotecznej babki. Babkę owszem, miała nawet nadal, ale podobno jedynaczkę, a że babcia Kitty chorowała na Alzheimera, niczego jej nie mogła wyjaśnić.

Z mozolnej rekonstrukcji wydarzeń prowadzonych przez Iris, ze strzępków wspomnień, które pojawiają się i znikają w głowie babki Kitty, z żywo odmalowanych scen z przeszłości, którą nadal żyje Esme, czytelnik poznaje historię kobiety zamkniętej w szpitalu psychiatrycznym przez 60 lat. Dzieciństwo w Indiach (sądzę, że nazwisko Lennox nieprzypadkowo przywodzi na myśl bohaterkę "Tajemniczego ogrodu") oraz młodość w Wielkiej Brytanii - to całe życie Esme "na wolności". Co mogło się wtedy zdarzyć? Choroba, tragedia czy spisek?




Chyba za dużo czytałam już książek opartych na tym motywie - niesprawiedliwego zamykania kobiet w szpitalach psychiatrycznych (taki wygodny sposób pozbycia się niepokornych lub niewygodnych dam dawniej stosowano, a straszne jest tylko to, że wcale nie "aż tak" dawno), żeby się ta powieścią zachwycić. Od razu nasunęło mi się wspomnienie "Tajnego dziennika", podobnego pod każdym względem, fabularnie, ale także w klimacie narracji. Jednak mimo pewnej powtarzalności, czytało mi się ją przyjemnie. Motyw wyeksploatowany, rozwiązania się domyślałam, zaczęłam zapominać treść zaraz po przewróceniu ostatniej strony - ale póki czytałam, sprawiało mi to przyjemność, nie chciałam jej wcale odłożyć, a to chyba wystarczy, żeby lekturę polecić. Nie trzeba przeczytać, ale można, czemu nie. Zajmująca lektura na jeden wieczór.

17 maja 2013

Piękna podróż przez czas i przestrzeń

Udało mi się tydzień temu dodać wpis-widmo, bardzo Was przepraszam. Nie było moim celem zaintrygowanie czytelników taką tajemniczą formą - samego tytułu bez treści poniżej. Tak się jakoś ostatnio zdarza, że kiedy zabieram się za coś w złudnym przekonaniu, że dziecię śpi i mogę zjeść/wziąć prysznic/wypić coś gorącego/napisać notkę na blogu, Eliza wyczuwa to i natychmiast otwiera oczy, a potem otwiera też paszczę i wydaje głos... I nie daje zbyt szybko kolejnej szansy ;)

A miało być o tym:

Okładka nie najgorsza, bo do treści pasująca, ale moim zdaniem  niewystarczająco piękna, jak na tak uroczą treść. Wcześniej nie miałam przyjemności z panią Brooks, a przyjemność jest to niewątpliwa i powiadam Wam, że warto. Ja zamierzam sięgnąć po kolejne jej książki. Rzadka sztuka napisać powieść, która będzie jednocześnie łatwa w czytaniu, niezwykle wciągająca i do tego głęboko satysfakcjonująca. Odłożyłam ją po przewróceniu ostatniej strony z przekonaniem, że odbyłam podróż, w którą warto się było wybrać.

Pisarka zabiera czytelnika na wyprawę przez wieki, śladami tajemniczej Księgi - a kiedy mówię "śladami", mam dokładnie to na myśli. Ilustrowana hagada, stara księga żydowska, nosi na sobie ślady poprzednich właścicieli, a nawet samych twórców - tu plamka, tam włosek - a główna bohaterka powieści, Hanna, próbuje z nich odczytać jej dzieje. Nie do końca się to jej udaje, bo może korzystać tylko z pomocy naukowych, a nawet najnowocześniejsze badania DNA włosa całej prawdy nie powiedzą. Za to czytelnik, nieograniczony przez czas i przestrzeń, zostaje przez Autorkę zabrany w szaloną podróż przez pół tysiąca lat - od współczesności, przez ogarnięte wojną Sarajewo, XIX-wieczny Wiedeń, XVII-wieczną Wenecję, dalej i dalej w przeszłość aż do momentu powstania księgi. Jednocześnie jest to podróż po kulturach i wyzwaniach, bo w historii żydowskiej księgi wplątani byli nie tylko Żydzi - chrześcijanie oraz muzułmanie odegrali bardzo ważne role.

Nie spodziewajcie się sensacji w stylu "Kodu Leonardo da Vinci", nie ma tu żadnych pościgów ani wyrafinowanych zbrodni, dużo za to ludzkich dramatów, bo kolejni opiekunowie Księgi lekko nie mieli.Tu wojna, tam wojna, a na okrasę prześladowania religijne... Dużo zwykłego ludzkiego okrucieństwa, równie dużo - bohaterstwa. Polecam.


5 maja 2013

Renklodowe lato

Ta książka jest doskonałym przykładem na to, jak można zmylić czytelnika źle dobranym tytułem i okładką. Podejrzewam wręcz jakiś ponury spisek redaktorów, którzy z nieznanych mi acz niecnych przyczyn nie chcieli, by powieść trafiła do grupy docelowej. Tytuł "Inspektorze, na pomoc!" mnie osobiście sugerowało okolice literatury bahdajopodobnej. W połączeniu z okładką nakreśliłam już w wyobraźni prawdopodobną (niezbyt oryginalną) fabułę - grupka dzieciaków na wakacjach rozpracowuje jakąś podwórkową zagadkę kryminalną. Tymczasem wątek sensacyjny jest daleko w tle, zdecydowanie nie uzasadniając tytułu (polskiego tytułu, bo tłumaczenie nijak się ma do oryginalnego "The greengage summer"). Zamiast przygodówki dla dzieci dostałam nostalgiczną opowieść o dojrzewaniu z upalnym francuskim latem w tle.

Angielska rodzina Greyów bardzo niefortunnie rozpoczyna wakacje we Francji. Matka trafia do szpitala, a gromadka jej pociech: Joss, Cecil, Vicky, Hester i Willmouse, samotnie zamieszkuje w hotelu Les Oeillets. Nie są tam mile widziani, nikt z właścicieli i obsługi specjalnie o nie nie dba, więc młodzi Greyowie spędzają dni samopas, zjadając renklody w rozgrzanym słońcem sadzie i wędrując wzdłuż plaż nad Marną. A także obserwując powikłane stosunki między właścicielką hotelu, farbowaną na rudo mademoiselle Zizi a tajemniczym Anglikiem Elliotem, który ku jej irytacji przejawia nadzwyczajne zainteresowanie dziećmi, zwłaszcza śliczną 16-letnią Joss.

Fabularnie nie dzieje się tu zbyt wiele, mogłabym streścić akcję w trzech zdaniach i byłoby to streszczenie rozbudowane. Nie o akcję jednak w tej powieści chodzi, ale o urzekający klimat, o nastrojowy opis momentu, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, że jego dzieciństwo właśnie dobiega końca, o doskonałe oddanie zachowań dorosłych obserwowanych oczyma dziecka (narratorką jest 13-letnia Cecil).

Polecam gorąco. Wpis dodałam także do Klasyki Młodego Czytelnika, bo choć nie jest to pozycja dla młodszych dzieci (raczej nie wzbudzi ich zainteresowania), to młodzieży może się spodobać. Powieść została sfilmowana w 1961 r. jako "The Greengage Summer" (w USA rozpowszechniana jako "The Loss of Innocence").
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...