Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety. Pokaż wszystkie posty

19 maja 2014

Żyłam cudzym życiem

I to nawet nie jednym, bo po przeczytaniu wspomnień Marii Czapskiej mam wrażenie, jakbym przeniosła się w czasie i wcieliła w kilka osób na raz. Wrażenie dziwne, ale książka cudowna.

"Europa w rodzinie" zaczęła się średnio, bo początek nie do końca mnie wciągnął. Autorka pochodzi z niezwykłej rodziny, bardzo rozgałęzionej, wielonarodowościowej i wielowyznaniowej. Swoje wspomnienia zaczyna od opowieści o najdawniejszych znanych przodkach, cofając się w czasie nawet do XVII w. Rzecz zrozumiała, jej wiedza o ludziach żyjących w tamtych czasach jest szczątkowa, oparta o zachowane w archiwach rodzinnych dokumenty. Przez pierwsze strony miałam więc wrażenie podróży szaloną kolejką z wesołego miasteczka - migały mi przed oczyma niezliczone nazwiska, nazwy miejsc i daty, w których nie mogłam się połapać. Tu i ówdzie natrafiłam na jakąś zapadającą w pamięć anegdotę, jak ta o pewnej pannie z rodziny, która się kochała w Chopinie (był jej nauczycielem muzyki), czy o guwernantce z Rosji, która jako mała dziewczynka uciekała z Moskwy przed armią Napoleona i na całe życie zapamiętała, że zostawiła w domu swoją ukochaną lalkę.


Kiedy Czapska dociera w opowieści do swoich dziadków tempo zwalnia, a od momentu, kiedy zaczęła opowiadać o swoich rodzicach nie mogłam się już oderwać. Pal licho tych wszystkich utytułowanych przodków, autorka jest mistrzynią opowiadania o codzienności i czytając miałam wrażenie, jakbym sama pod koniec XIX wieku zamieszkała w Przyłukach, z licznymi siostrami i dwoma braćmi, wymodlonymi przez rodziców, z niezywkle religijną matką, ukochaną nianią Babuśką i nauczycielkami. W drugiej części książki, pt. "Czas odmieniony", wraz z młodą Marią przeżywałam I wojnę światową, która pozbawiła Czapskich dotychczasowego domu. Wraz z nią i jej rodzeństwem, potomkami kosmopolitycznj rodziny, którzy wyrośli na gorących polskich patriotów, szukałam swojego miejsca w świecie.

We wstępie Adam Zagajewski pisze o Marii Czapskiej, że "Wskrzesza (...) na moment, na stronę lub pół, człowieka, który przeżył całe życie gdzieś pod Mińskiem i nie została po nim już nawet mogiła - ale który - żyjąc - było może indywidualnością, uśmiechał się w pewien sposób i miał niepowtarzalny sposób mówienia" (s. 5). Nie potrafię tego ująć lepiej. Bardzo mnie ostatnio ciągnie w kierunku literatury faktu, przeżycia bohaterów fikcyjnych interesują mnie coraz mniej. Swoją drogą - los potrafi być okrutny, o wiele bardziej niż jakikolwiek pisarz-sadysta. Tak wyrafinowanych tortur, jakie życie zafundowało niektórym bohaterom, nie potrafiłby wymyśleć nawet George R.R. Martin. Zagajewski pisze też o tym, że książka ta jest w pewnym sensie opowieścią o upadku rodu - a właściwie wielu arystokratycznych, kosmopolitycznych rodów. Ich potomkowie, przetrzebieni dwiema wojnami, musieli odnaleźć się na nowo w ponurej powojennej rzeczywistości (ponurej zwłaszcza dla tych, którzy znaleźli się za świeżą polską wschodnią granicą po pierwszej wojnie). Nawet ci, którzy mieli szczęście znaleźć się na zachodzie, często kończyli, umierając w nędzy i samotności. Przypomniał mi się "Lampart", który zaczynał się od szelestu sukien w wielkim domu i wąchaniem dojrzałych brzoskwiń, a kończył tylko pielęgnowaniem przykurzonych wspomnień.

Siłą opowieści Marii Czapskiej jest też jej niezwykła szczerość. Nie podbarwia, nie udaje, nie wybiela ani siebie, ani członków rodziny. Pisze na przykład o matce: "Z matką my, średnie, nie miałyśmy bliskiego kontaktu. Rodzice nieraz wyjeżdżali za granicę, w ostatnich latach życia mama chorowała, wyczerpana częstymi połogami; do jej pachnącego saloniku przychodziłyśmy na lekcje religii i rozchodziłyśmy się na dalsze lekcje." (s. 191). Przy całej miłości i szacunku do niej, autorka przyznaje, że śmierć ukochanej niani przeżyła o wiele boleśniej.
O ojcu: "Niczego nam ojciec nie odmawiał, zostawiał nam swobodę, przychylał się do życzeń naszych, pokrywał różne wydatki, pozwalał nam starszym, na rozjazdy - tyle że go prawie nigdy nie było w domu". (s. 230)
O babci: "Jej krótka choroba i cichy zgon nie zostawiły głębszego śladu w mojej pamięci ani żalu po jej zniknięciu (...). Niejedno w nas musiało ją razić, może niepokoić, ale nie występowała nigdy z żadną krytyką, żadnymi nawet upomnieniami, nigdy jej się też nie zwierzaliśmy; otoczona opieką i szacunkiem, była wyłączona z naszego życia, dążeń i pragnień." (s. 253)
Równie szczerze pisze o swoich porażkach - jej praca pielęgniarki wśród rannych żołnierzy trwała jeden dzień, nie radziłą sobie też jako kierowniczka schroniska dla młodzieży. Odważnie pisze o umieraniu - to temat, który jest obecnie życiowym tabu, bo udajemy, że wszyscy jesteśmy młodzi, piękni, nieśmiertelni. W czasach młodości pisarki umieranie (ten proces ukrywany teraz po szpitalach i hospicjach) było codziennością.

Pisze też o swoich pierwszych niewinnych odkryciach w sferze seksualności - panienki wychowywane we dworze były izolowane od wszelkich informacji na ten temat w sposób wręcz przerażający. Kiedy najstarsza siostra Marii zaszła w ciążę, wyjawiła młodszym siostrom, że dzieci nie znajduje się w kapuście, ale nosi pod sercem. Brzmiało to pięknie, ale dociekliwa Maria próbowała znaleźć odpowiedź na pytanie, jak się dzieciątko stamtąd wydostaje... Nam się to może wydawać zabawne, ale dla tego zdesperowanego dzieczęcia prawda skończyła się traumą.

O latach późniejszych, po zakonczeniu I wojny światowej, niewiele w tej książce, ale w dygresjach tu i ówdzie znajdzie się trochę informacji - dla mnie bardzo ciekawym wątkiem, była znajomość autorki z Januszem Korczakiem.

Wszystkim, którzy lubią literaturę wspomnieniową, bardzo gorąco polecam. Warto.

**************
Wydawnictwo Znak - któremu bardzo dziękuję za podarowanie mi tej pozycji - przygotowało dla czytelników mojego bloga specjalny rabat -35%, który znajdziecie TUTAJ

**************

Maria Czapska, Europa w rodzinie. Czas odmieniony, Wyd. Znak, Kraków 2014

26 czerwca 2013

Uroczy domek na zdradliwych bagnach

Koniec świata, lilybeth czyta polską literaturę kobiecą i jeszcze chwali zamiast się czepiać. Specjalnie odczekałam trochę z recenzją, żeby sprawdzić, czy mi się z biegiem czasu nie przestanie podobać, ale nie - nadal uważam, że to dobra powieść. Trochę klimatem przypominała mi "Smażone zielone pomidory", a to w moich ustach komplement wielkiego kalibru.

Saga rodzinna jak się patrzy, zaczyna się u progu XX wieku i obejmuje 100 lat istnienia domu na Czerwonych Bagnach, nad którym ciąży jakaś klątwa - żaden mężczyzna nie może w nim zamieszkać, a jeśli próbuje, cóż, nie wychodzi mu to na zdrowie. Z musu dom zamieszkuje więc ród kobiecy - poczynając od pięknej Julianny, w której bez pamięci zakochał się dziedzic z sąsiedztwa, po małą Olgę  w którym prym wiedzie córka Julianny, niemal stuletnia obecnie Roza. A jak kobiety same na odludziu mieszkają, to - wiadomo - pewnie czarownice. Za pomocą czarów czy bez nich, dały sobie radę na tym pustkowiu, a przeciwności było co niemiara, żeby wspomnieć chociaż dwie wojny światowe, choć Autorka skupia się jednak na perypetiach raczej natury uczuciowej.

Nie wiem czemu, może za sprawą mrocznej okładki, spodziewałam się jakiejś poważnej, głębokiej lektury, coś o rzeczywistym ciężkim losie kobiet uwikłanych w historię, walczących ze społeczną niechęcią. Pod tym względem się rozczarowałam, bo to jednak powieść wagi lekkiej, ale życzę sobie więcej takich rozczarowań. Co prawda nie do końca zachwycił mnie współczesny wątek Kornelii - to jej rozmemłanie, irytujące na tle innych silnych bab, mogłabym wybaczyć, ale cały wątek jej romansu był dla mnie naciągany, rodem z telenoweli brazylijskiej (ale ja pragmatyczna jestem, a są takie kobiety, które lubią sobie komplikować życie) - ale wynagrodziły mi to jej przodkinie. Przywiązałam się zwłaszcza do Rozy, która silną ręką trzymała tę kruchą siedzibę, sterując nią przez wszystkie burze. Zresztą, dla każdego coś dobrego, do wyboru z plejady postaci kobiecy są jeszcze postrzelone siostry, Gabrysia i Joasia, oraz eteryczna Mimi (żeby wymienić tylko te żyjące współcześnie).

Dobrze mi się czytało, bo nie tylko bohaterki były interesujące, ale i opisane ładnym językiem, z odpowiednio odmierzoną dawką poczucia humoru. Wciąż z sympatią wspominam Czerwone Bagna. Podejrzewam, ze książka stanie się jednym z moich literackich leków na chandrę. Polecam, zresztą nie tylko ja, bo pamiętam, że na wielu blogach ukazywały się pozytywne recenzje tej książki (a ja - jak zwykle - w ogonie czytających ;) ).

27 stycznia 2013

Nowa przyjaźń literacka

Zaprzyjaźniłam się właśnie z panią Gaskell, a to nie byle kto, bo bliska znajoma i biografka Charlotty Bronte. Wstrzymywałam się dość długo, bo po pierwsze - dopiero niedawno wyszły w Polsce tłumaczenia jej powieści, po drugie - ich cena mnie blokowała, po trzecie - wszyscy się nimi zachwycali na blogach, i powieściami, i ekranizacjami, więc czułam przesyt. Poza tym, sama "Północ i Południe", mimo zachęcającej rekomendacji: "dla miłośników Jane Austen i sióstr Bronte", odstraszała mnie tematem. Jak słyszałam o rolniczym Południu i przemysłowej Północy, o fabrykach, maszynach, strajkach, nie mogłam jakoś pojąć uniesień. Brzmiało to jak szkolna lektura pozytywistyczna i kusiło umiarkowanie (chociaż ja w sumie pozytywizm lubiłam).

No, ale zakupiłam, przeczytałam i teraz też się już mogę zachwycać. Bo niestety niczego oryginalnego nie powiem - podobało mi się i już. To jest jednak inna proza niż sióstr Bronte czy Austen, bardziej chłodna i elegancka, nie dostrzegłam tu typowych dla tamtych pasji i namiętności. W ogóle nie pasuje mi do kategorii romansów, bo akurat "romans" to była jej najmniej udana część. Para głównych bohaterów, Margaret Hale i John Thornton, pozostali dla mnie dość nijacy - i ani się z nimi nie zaprzyjaźniłam, ani nie bardzo uwierzyłam w uczucie, które miałoby się (lub nie) między nimi rozwijać. To znaczy, owszem - zostali przez pisarkę scharakteryzowani słownie, ale ja nie "czułam" ich charakterów, moim zdaniem nie wynikały one z samej akcji. O wiele lepiej wyszło pani Gaskell tworzenie spójnych bohaterów z dalszych planów. Tak samo to, czy jakieś uczucie między parą głównych bohaterów mogło zakiełkować, pozostało dla mnie sprawa drugorzędną, wręcz nie bardzo mnie to interesowało.

A jednak, mimo tego zastrzeżenia, uważam, że jest to świetna powieść obyczajowa, temat "przemysłowy" nie powinien nikogo odstraszyć. Doskonale mi się mieszkało z rodziną Hale pod jednym dachem, czy był to dach plebanii na Południu, czy domu w robotniczym miasteczku na Północy. Siedziałam z nimi przy posiłkach, wychodziłam na spacery, spotykałam ludzi - chętnie robiłabym to jeszcze przez kolejne pół tysiąca stron.Czułam się całkowicie zadomowiona.

Swoją drogą, kiedy czytałam o robotniczym Milton, przypominały mi się wspomnienia Frances Hodgson Burnett, która jako dziecko też miała umiarkowane szczęście zamieszkiwać w przemysłowych rejonach Anglii. Najbardziej jej opis sadzy, wirującej w powietrzu, osiadającej na wszystkim dookoła, także twarzach i sukniach...

Przede mną teraz serial z 2004 r., podobno doskonały. Jako ciekawostkę dodam, że Thorntona zagrał w nim Richard Armitage, czyli Thorin Dębowa Tarcza z Hobbita :) Druga powieść, "Żony i córki", tez już czeka na półce, ale chwilowo zagłębiłam się w czytaniu cudzej korespondencji, choć to podobno brzydko (ale może mi panowie wybaczą, zarówno Tolkien, jaki i Lem z Mrożkiem), więc pani Gaskell musi chwilkę poczekać.

***

A jeśli chodzi o prywatę, to chaos totalny trwa. Remont posuwa się tempem ślimaczym, a musimy zdążyć do wiosny, optymalnie byłoby skończyć za jakieś 7 tygodni. Na razie szanse marne, zwłaszcza że środki finansowe na wyczerpaniu. Obecnie najgodniej prezentuje się toaleta, pomieszczenie niewielkie, ale jakże istotne ;) Chociaż tak całkiem skończone też nie jest. Nie najlepszy to wynik, zważywszy, że remont zaczął się trzy tygodnie temu. Na szczęście kuchnia też już ruszona, sporo przeróbek instalacyjnych trzeba tam było wykonać, żeby przemienić standardy sprzed 50 lat w dzisiejsze. Wkrótce powinni nam wymieniać okna, czekamy na to z utęsknieniem, ale pozostaję sceptyczna, jeśli chodzi o terminowość firmy - choć może mnie zaskoczą. Ocieplenie idzie, warto byłoby to wykorzystać. Na kolejny ogień pójdzie łazienka - to największe wyzwanie, zupełnie nie wiemy, jak ją ugryźć, a koszt remontu przeraża. Ale zrobienie porządku jest niezbędne, nie da się już czekać dłużej. Wrzuciłabym zdjęcia, ale mnie odrzuca na myśl, że miałabym się do niej publicznie przyznać (chociaż jej stan to nie nasza zasługa, a pozostałość po poprzednich właścicielach). Dodam je, jak już będziemy mieć wersje "przed" i "po"...
Ciężko mi się skupić na czymkolwiek, siedząc w środku tego remontu i kompletnego zagracenia, stosów paczek i mebli, wśród gruzu, pyłu, hałasu wiertarki i kucia. Żałuje, że ten jedyny w życiu czas oczekiwania na pierwsze dziecko upływa w takich okolicznościach - delektowanie się nim jest skazane na niepowodzenie. Fizycznie męczę się zastraszająco szybko, a w głowie mam chaos. Miotanie się między lekarzem a supermarketem budowlanym to taka średnia przyjemność. Ostatnio poszłam nawet dla odprężenia pod lokalną bibliotekę - mam na osiedlu aż dwie filie - czy mnie nogi zaniosą w prawo czy w lewo, zawsze dotrę do książek ;) Obejrzałam ją sobie z wierzchu, pomacałam, powzdychałam, ale nie weszłam. Znoszenie teraz do domu lektur to nie jest dobry pomysł, a nie ma szans, żebym weszła, zarejestrowała się i wyszła z pustymi rękami. To się nigdy nie zdarza...

10 czerwca 2012

Z wizytą u Sienkiewicza. Cztery Marie.

Pierwszą mu odebrano.
Druga umarła.
Trzecia go porzuciła.
Czwarta go przeżyła.

Przedziwne życie uczuciowe miał Sienkiewicz. Cztery razy Amor połączył go z kobietą o imieniu Maria. Ponieważ z trzema z nich był żonaty, śmiano się, że w ten sposób powrócił do swojej ulubionej formy literackiej - trylogii. Śmiać się jednak nie wypada, bo słynny pisarz przeżył na tym polu sporo dramatów.

Pierwsza była delikatna panienka, lat 19 - Maria Keller, zwana Milą. Młodzi byli zaręczeni, szykowano ślub, ale przyszłych teściów doszły słuchy o częstych wizytach pisarza w domu Heleny Modrzejewskiej. Podejrzewano romans z aktorką, trudno powiedzieć, czy słusznie. Ojciec narzeczonej zmusił córkę do zerwania zaręczyn, co oboje młodych wpędziło w depresję. Maria nigdy nie wyszła za mąż.








Dopiero 5 lat później Henry oświadczył się kolejnej kobiecie - Marii Szetkiewiczównej - ale nie od razu został przyjęty. Po kolejnych 2 latach odbył się ich ślub. Przeżyli wspólnie cztery wspaniale lata, kochali się do końca, który nastąpił zbyt szybko. Maria zmarła na gruźlicę. Pozostawiła Henrykowi dwoje dzieci.







Po siedmiu latach 46-letni wdowiec wpakował się w aferę sercową, która długo potem bawiła arystokracje na salonach. Pewna zaradna dama, Helena Wołodkowicz, podsunęła mu swoja młodziutką, 18-letnią przybraną córkę, Marię Romanowską. Marynuszka była zdaje się w tym romansie dość bierna, a pierwsze skrzypce grała jej matka. Sienkiewicz początkowo się bronił, twierdząc, że jest za stary na męża młodej dziewczyny, ale w końcu uległ i po roku nastąpił ślub. Małżeństwo przetrwało około 6 tygodni. Żona opuściła męża w trakcie podróży poślubnej. Dlaczego odeszła i czemu właściwie go poślubiła nie wiadomo - tej informacji nie udało się zdobyć nawet synowi Marynuszki (z drugiego małżeństwa, też zresztą niedługiego). Skandal w każdym razie był ogromny. "Podczas podróży poślubnej Sienkiewicz tak przestraszył albo, co gorsza, nie przestraszył niewinnej panienki, że ta zwiała mu wprost w objęcia zdumionej matki" (to relacja Magdaleny Samozwaniec).


W wieku 58 lat wreszcie Henrykowi się poszczęściło. Poślubił swą cioteczną siostrzenicę, 42-letnią Marię Babską, którą nazywał Markiem. Ślub odbył się w tajemnicy, tylko w gronie najbliższych. Chyba Henryk zraził się do hucznych fet po ośmieszającej historii z Romanówną. Od przyjaciół otrzymał życzenia takiej treści:  "Obyś był taki męski jak ona babska".

Tak naprawdę miał szansę stworzyć z nią udany związek 15 lat wcześniej. Panna Maria bowiem oświadczyła się wujowi i nawet została przyjęta, ale zaręczyny zerwano. Być może było dla Henryka zbyt wcześnie po śmierci pierwszej żony. Mówi się jednak, że wina leżała po stronie szwagierki Henryka, siostry jego pierwszej żony, która w domu Sienkiewicza miała ogromne wpływy, dbając o wychowanie jego dzieci. Tak czy inaczej, w 1904 r. związek wreszcie stał się faktem i państwo Sienkiewiczowie przeżyli wspólnie 12 szczęśliwych lat, aż do śmierci pisarza.


Jeśli mamy być skrupulatni, to była także piąta Maria - Radziejewska, trzydzieści lat młodsza od pisarza dziennikarka. Romans roku 1899 trwał jednak krótko, wymienili ze sobą kilkanaście listów, na ostatnie Henryk nie odpowiedział. Ponoć z zachowanego pamiętnika Marii wynika, że była w nim naprawdę zakochana.








Ten wpis to pokłosie mojego weekendowo-urodzinowego wyjazdu w Góry Świętokrzyskie, przy okazji którego odwiedziłam dworek Sienkiewicza w Oblęgorku. To urocze miejsce pisarz otrzymał w prezencie od polskiego społeczeństwa jako wyraz uznania za zasługi na polu literatury. Wielu przypina obecnie Sienkiewiczowi łatkę pisarza klasy B, zapominając jak niezwykle ważną postacią był dla swoich współczesnych rodaków. Wystarczy zerknąć do dworkowych wnętrz, żeby uświadomić sobie, że był prawdziwym "celebrytą" swoich czasów. Ściany, półki i biurka uginają się od prezentów nadsyłanych mu ze wszystkich stron, także spoza granic Polski. Od rycin i obrazów z ilustracjami do jego powieści, przez pamiątkowe rzeźby (na jednej jest nawet sam Sienkiewicz w złotym wieńcu laurowym) po drewnianą malowaną skrzynię wypełnioną pierwotnie głowami cukru i z życzeniami, by jego życie zawsze było słodkie. Ale otrzymywał nie tylko takie "drobiazgi" - od nieznajomego, który podpisał się jako Pan Wołodyjowski, dostał kilkanaście tysięcy rubli. Odmówił przyjęcia, a ostatecznie przeznaczył je na fundusz pomocy. Odmówił także przyjęcia pewnej posiadłości od wielbiciela swoich powieści, który zapisał mu ją kosztem własnych dzieci.

Dworek od frontu

Zwiedzanie Oblęgorka gorąco polecam - nie dość, że miejsce piękne i zadbane, wstęp niedrogi, a pracownicy mili, to jeszcze każdy zwiedzający otrzymuje audioprzewodnik. Ten rzadko spotykany w polskich muzeach gadżet zdecydowanie poprawia jakość zwiedzania. Wyszłam ze świadomością, że rzeczywiście czegoś się dowiedziałam, a nie tylko pogapiłam na ładne przedmioty :)

I od strony ogrodu

4 sierpnia 2011

A u sióstr w domu wieje nudą...


Z góry przepraszam wszystkie wielbicielki tej książki, których ponoć jest sporo, ale dla mnie to jedna z najgorszych ksiażek, jakie przeczytałam w tym roku. 
A miało być tak dobrze...

Ralph i Barbara to niemieccy prawnicy i małżeństwo w stadium zaawansowanego kryzysu. Wynajmują na Boże Narodzenie (i 40. urodziny Ralpha) stary dom na pustkowiu w angielskim Yorkshire, co by sobie tam we dwoje z owym kryzysem radzić. Niestety, zaraz po przyjeździe zostają zasypani śniegiem po dach i muszą przetrwać bez prądu i z niewielką ilością pożywienia. Barbara znajduje rękopis-historię życia poprzedniej właścicielki domu i (zamiast pracować nad ratowaniem małżeństwa) tonie w lekturze.

Poprzednia właścicielka - Frances Gray, wychowała się w tym domu razem z młodszą siostrą i bratem. Sielankowe dzieciństwo, przypadające na początek XX wieku, nie wskazywało na to, jak burzliwie będzie się toczyć jej życie. Na początek odrzuca oświadczyny mężczyzny, którego kocha, żeby wcześniej sprawdzić, czego chce od życia. Wyjeżdża do Londynu i tam wikła się, dość przypadkowo, w walkę sufrażystek. Wkrótce potem nadciąga pierwsza wojna światowa. Więcej nie zdradzę, ale dzieje się dużo, niestety - mimo fascynujących czasów - głównie romansowo. W skrócie: ci, którzy ze sobą sypiają na ogół nie są małżeństwem, za to ci, którzy się pobrali raczej się nie kochają, a w ogóle to wszyscy są nieszczęśliwi.

Doczytałam do jakiejś 1/4 z nadzieją, ze już-już, za momencik na pewno akcja mnie wciągnie, zżyję się z bohaterkami i zatonę w odmętach fabuły. Potem zaczęłam wątpić. Do połowy dociągnęłam dla tła historycznego (sufrażystki, jedna wojna, druga wojna, lata pomiędzy) - po czym zdałam sobie sprawę, że 1. kompletnie nie obchodzi mnie, co się stanie z bohaterami, 2. tło historyczne nie wzbogaciło mnie o choćby jeden mały strzępek informacji, której wcześniej nie znałam. Drugą połowę przekartkowałam dla przyzwoitości i dzięki temu mogę powiedzieć, że i tam nie znalazłam niczego ciekawego ani zaskakującego.

Nie wiem, czemu tak się stało, czytałam dwa kryminały Charlotte Link i wspominam je bardzo dobrze, sagi rodzinne cenię, zagadki z przeszłości lubię... Jednak ta lektura to tylko odgrzewany kotlet, wszystkie wątki już były, wyeksploatowane doszczętnie w tysiącach romansów. Zagadka z przeszłości nie jest żadną zagadką, bo wszystkiego można się domyślić po pierwszych kilku stronach. Frances jest dziwnie mało interesująca, jak na osobę z tak bogatym życiorysem, a Barbara - po prostu irytująca. Wątek kryzysu związku między nią a Ralphem jest zdumiewająco nieudolny - w porównaniu z kryzysami, które autorka doskonale opisywała w Przerwanym milczeniu. Myślałam, że to jedna z pierwszych książek Link, ale okazało się, że to ósma z kolei (przynajmniej jeśli chodzi o publikację), więc już nic nie rozumiem.

Nie polecam, niemniej sprawiedliwie dodam, że pod względem literackim jest w sumie w porządku, język jest dość prosty, ale nie ubogi. Jeśli ktoś lubi sago-romanse w historycznych okolicznościach przyrody, może być zadowolony dużo bardziej niż ja. Kojarzyło mi się trochę z Zapomnianym ogrodem Morton, który też wspominam fatalnie, i Zapachem cedru MacDonald, który był jednak bez porównania oryginalniejszy, mimo że też nie arcydzieło.

Moja siostra po przeczytaniu wyraziła opinię zbliżoną do mojej (a czytujemy i lubimy różne książki), za to mamie się podobało. W mojej rodzinie jest więc 1:2 na niekorzyść sióstr i ich domu.

17 lipca 2011

Literatura na ekrany! - Jane Eyre

Moje pierwsze zetknięcie z Jane Eyre było całkiem nieświadome. W wieku kilku lat oglądałam z rodzicami jakiś film i jedyne co z niego zapamiętałam, to scena, w której młoda kobieta spotyka szaloną żonę swego narzeczonego. Sporo lat później przeczytałam książkę i skojarzyłam bohaterów powieści z tamtym filmem. Do dziś niestety nie wiem, która to była ekranizacja, bo jest ich sporo.

Początkowo zamierzałam nawet obejrzeć wszystkie ekranizacje, które powstały, ale doszłam do wniosku, że zarżnięcie w ten sposób na amen jednej z ukochanych książek jest złym pomysłem... Poprzestałam więc na trzech dobrych ekranizacjach z ostatnich lat, a po resztę może kiedyś jeszcze sięgnę.

Skrót fabuły (jeśli jest jeszcze ktoś, kto nie zna dziwnych losów Jane):
Mała Jane Eyre to sierota wychowywana przez ciotkę, która jej nie znosi i dość szybko pozbywa się dziewczynki, oddając ją do szkoły z internatem. W szkole panują fatalne warunki, wiele dziewcząt umiera z powodu niezdrowego klimatu i niedożywienia, w tym ukochana przyjaciółka Jane - Helen Burns (to wątek autobiograficzny,  w podobny sposób Charlotte Bronte straciła dwie siostry). Kiedy Jane dorasta, znajduje pracę jako guwernantka w Thornfield Hall. Uczy tam małą Francuzkę Adele, wychowanicę pana domu, Edwarda Rochestera. Mimo jego nietypowego zachowania oraz różnic społecznych między nimi,  Jane i Rochestera powoli zaczyna łączyć nić sympatii,  i nie tylko. Jednak zarówno pan Rochester, jak i stare domostwo Thornfield Hall kryją ponure tajemnice...

Jane Eyre, reż. Franco Zeffirelli, 1996
Charlotte Gainsbourg


















Przez ponad 10 lat była to jedyna ekranizacja Jane Eyre, jaką znałam i uważałam ją za doskonałą, mimo kilku zbyt ckliwych scen. Jej ogromnym plusem jest pierwsza "dziecinna" część z młodziutką Anną Paquine (zdobywczyni Oskara za Fortepian) w tytułowej roli, która dla mnie jest Jane idealną. Dzieckiem milczącym, zamkniętym w sobie, ale niezwykle bystrym i nieprzeciętnym.

Charlotte Gainsbourg (też nie byle kto, bo córka Serge'a Gainsbourga i Jane Birkin) również jest w roli dorosłej Jane doskonale przekonująca. Książkowa Jane nie była pięknością i na szczęście filmowcy nie próbują tego obejść. Charlotte (i aktorki z wersji poniżej)  ma twarz bardzo interesującą i nieprzeniknioną, czasem wydaje się prawie-zupełnie-ładna, dopóki nie zestawi się jej ze śliczną buzią Blanche Ingram, czyli rywalki o względy Rochestera. (Dla dopełnienia plejady gwiazd - Blanche w tej wersji zagrała modelka Elle MacPherson.)

Film trwa 112 minut, więc siłą rzeczy został dość mocno obcięty  z wątków pobocznych. Dość rozbudowana (w porównaniu z innymi) jest część tocząca się w szkole, natomiast "dorosła" ogranicza się do clou, czyli relacji między Jane a Rochesterem.


Jane Eyre, miniserial z 2006 r.
Ruth Wilson















Ten czteroodcinkowy serial obejrzałam, bo nie mogłam się już doczekać nowej wersji z 2011 r. Początki były marne - dzieciństwo Jane zostało maksymalnie skrócone, wyszedł taki błyskawiczny przegląd najważniejszych scen: oglądanie książki, bójka z kuzynostwem, zła ciotka, czerwony pokój, rozmowa z dyrektorem szkoły, niesprawiedliwa kara w szkole, rozmowa z Helen, Helen umiera, cmentarz, koniec. W dodatku małą Jane gra Georgie Henley - czyli słodka, błękitnooka, pucołowata i gadatliwa Łucja z Narni. Nie pasowała mi straszliwie i miałam jak najgorsze przeczucia co do reszty, ale zostałam przyjemnie zaskoczona.

Ruth Wilson i Toby Stephens, grający Jane i Rochestera, są w swoich rolach świetni, całkowicie wiarygodni. Bohaterowie, nastrój (ech, te mgły na wrzosowiskach), zdjęcia, muzyka - wszystko pasuje. Historia, którą znam niemal na pamięć,  wciągnęła mnie z głową. Dość powiedzieć, że przy zakończeniu łkałam ze wzruszenia, a to się często nie zdarza.

Dzięki długości filmu część "dorosła" jest wierna oryginałowi - zachowano poboczne wątki z odwiedzinami u umierającej ciotki, Richardem Masonem, ucieczką Jane i pobytem u Riversów. Twórcy dodali nawet co nieco od siebie, np. wśród znajomych Rochestera znajdują się urocze bliźniaczki i zafascynowany nimi naukowiec. Sam Rochester jest dużo przystojniejszy niż w oryginale - ale w mroczny sposób, więc mu wybaczam - i nieco bardziej porywczy. Niektóre jego zachowania wydawały mi się tu nawet bardziej logiczne, niż po lekturze. Jedyne, co mnie nieco drażniło, to zbyt wiele wyrośniętej Adele.

Zdecydowanie ta wersja, mimo słabego początku, awansowała na pozycję najulubieńszej ekranizacji - tej książki i podobnych.

Jane Eyre, reż. Cary Fukunaga, 2011
Mia Wasikowski
















Najnowszej ekranizacji nie udało się przebić serialu omawianego powyżej. Po nieugietej w swym postępowaniu, lecz targanej wewnętrzną pasją Ruth Wilson, Jane Mii Wasikowskiej wydała mi się niestety dość nijaka. Bardzo młoda, nieopierzona osóbka, dość przemądrzała, choć sama jeszcze nie wie, czego chce od życia. Zupełnie mnie nie przekonała. 

Fabuła streszczona do 2 godzin filmu musiała zostać mocno poobcinana- w rezultacie miłość między Jane a Rochesterem zaczęła się nie wiadomo kiedy,  chyba od pierwszej rozmowy, co nie dodało jej wiarygodności. Miałam wrażenie, że Jane zakochała się w swoim chlebodawcy, bo był pierwszym mężczyzną, którego spotkała po opuszczeniu szkoły, a nie dlatego, że była między nimi jakaś szczególna chemia.

Część dziecinna bardzo krótka, ale niezła, nadal nie przebiła jednak  wersji z Anną Paquine.

Zaletą jest nielinearny sposób prowadzenia fabuły. Film zaczyna się sceną ucieczki Jane z Thornfield Hall, kiedy trafia pod opiekę St. Johna i jego sióstr. Jej wcześniejsze losy budują się ze wspomnień i retrospekcji. Film ma też piękne klimatyczne zdjęcia i doskonałą Judi Dench w roli Ms. Fairfax. Mocną stroną filmu jest umiejętne wykorzystanie ponurych korytarzy Thornfield i podejrzanych odgłosów zza ścian do stworzenia atmosfery klaustrofobii i zagrożenia.

**************

Z ciekawostek:
  • wg IMDB powstały 22 anglojęzyczne ekranizacje Jane Eyre, ale spotkałam się też z informacją, że wszystkich jest 27... Reżyser najnowszej wersji żartował, że istnieje niepisane prawo wg którego co pięć lat powinna powstać nowa ekranizacja;
  • w ekranizacji z 1943 r. pomniejszą rolę Helen Burns, przyjaciółki Jane ze szkoły, zagrała mała Elizabeth Taylor,
  • własne wersje nakręcili także Hindusi w 1952 r. (Sangdil) oraz Czesi w 1972 r. (Jana Eyrová);
  • w ekranizacjach z 1996, 2006 i 2011  r. Thornfield Hall "zagrał" ten sam budynek, czyli Haddon Hall w hrabstwie Derby (kręcono tam też mnóstwo innych filmów kostiumowych).

    Na koniec mała galeria z nieomówionych ekranizacji:


    Jane Eyre z 1970 r.

    Jane Eyre z 1973 r.
    Jane Eyre z 1983 r.
    Jane Eyre z 1997

    8 lipca 2011

    Dobranocki dla dorosłych - część 1, czyli kobiety w opałach

    Bajki nie są dla dzieci i tego się trzymajmy. Mała syrenka Andersena, którą każdy krok (na wyczarowanych nóżkach) bolał jakby stąpała po ostrzach, obcinane pięty i palce sióstr Kopciuszka, wredne macochy obtaczane nago w smole i pierzu. Można z tego zrobić słodką disneyowską wersję, ale ja wolę historię mroczną i pełnokrwistą. I - na szczęście - niektórzy filmowcy też.

    Uprzedzam, że wybór filmów, który prezentuję, jest dość subiektywny - nie uwzględniłam "Ever after" z Drew Barrymore, czyli alternatywnej historii Kopciuszka, która mnie jakoś specjalnie nie zaciekawiła, ani "Alicji w Krainie Czarów" Tima Burtona, która mi się nie spodobała (recenzowałam ją już wcześniej - jako rozczarowanie sezonu zresztą). Za to w drugiej części tej notki pojawią się mroczne historie oparte na legendach raczej niż bajkach.

     A teraz usiądźcie wygodnie i posłuchajcie. Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami żyła sobie...


    ~śnieżka dla dorosłych~
    snow white: a tale of terror

    ...mała dziewczynka imieniem Lilian. Jej matka zmarła w tragicznych okolicznościach, ale mała ma kochającego ojca i czułą piastunkę. Cały jej świat wywraca się jednak do góry nogami, kiedy ojciec decyduje się ożenić po raz drugi. Do zamku Lilian przybywa Lady Claudia  i jej niemy brat. Macocha jest piękna i utalentowana, ale dziewczynka nie chce jej zaakceptować. Kiedy Lilian zaczyna dorastać, Claudia zaczyna być zazdrosna o urodę pasierbicy i czuje, że traci uwagę męża. Podjudzana przez magiczne lustro,  powoli popada na tym tle w obłęd. Dramatyczne wydarzenia (których nie chcę wam zdradzać) sprawiają, że decyduje się pozbyć się Lilian. Dziewczyna ratuje się ucieczką do lasu, gdzie natyka się na siedzibę siedmiu...nie, wcale nie krasnoludków...


    Jeśli chcecie się dowiedzieć, czy Śnieżka ugryzła zatrute jabłko, czy jej ukochany stanął na wysokości zadania i czy ktokolwiek wyszedł z tego żywy, obejrzyjcie :) Nie polecam tego filmu dzieciom, jego klimat jest zdecydowanie zbyt mroczny, a Lady Claudia przerażająca. Sigourney Weaver jest naprawdę dokonała w roli macochy - zresztą to chyba jedyna wersja bajki, w której macocha nie jest tylko złą wiedźmą, ale też kobietą głęboko nieszczęśliwą i powoli popadającą w obłęd.


    Śnieżka dla dorosłych / Snow white: a tale of terror, reż. Michael Cohn, USA 1997



     ~baśnie tysiąca i jednej nocy~
    arabian nights

    ...córka wezyra, Szeherezada. Jej ojciec był doradcą Sułtana, a sułtan miał...cóż... poważne problemy emocjonalne. Jego ukochana żona zdradziła go z jego bratem i próbowała zabić - w rezultacie sama zginęła, a sułtan uznał, że wszystkie kobiety są takie same. Ponieważ według wymogów prawa musiał się ożenić, żeby nie stracić tronu, postanowił zabić oblubienicę w noc poślubną. Szeherezada wiedziała o tym planie, ale sama zaoferowała siebie jako małżonkę sułtana - znała go jako małego chłopca, od tamtego czasu kochała i miała nadzieję, że uda  jej się mu pomóc. Widziała w sułtanie nie okrutnego tyrana, ale człowieka nieszczęśliwego.

    Oczywiście nie pozwoliła się udusić pierwszej nocy. Zaczęła opowiadać swemu niechętnemu mężowi historię Ali Baby i bezwzględnego rozbójnika Czarnego Kody (oraz jego czterdziestu pomocników). O świcie przerwała... a sułtan, który chciał się dowiedzieć dalszego ciągu, musiał czekać do następnej nocy...


    Jeśli chcecie się dowiedzieć, co zrobił Sułtan, kiedy odkrył podstęp Szeherezdy i jakie jeszcze historie od niej usłyszał, obejrzyjcie. To moja ulubiona filmowa wersja tych baśni. Mili Avital ma urzekający głos i akcent, który sprawia, że rzeczywiście wspaniale się jej słucha. To doskonała opowieść o hipnotyzującej mocy słowa. Cała historia nadaje się w sumie i dla młodego widza, ale wątek miłości brata sułtana do pierwszej żony sułtana (którego tu nie rozwinę, żeby Wam nie odbierać przyjemności oglądania) jest raczej upiorny, a sam sułtan - bardzo prawdziwy w swoim obłędzie.

    Vanessa May jako ukochana Alladyna
    Jason Scott Lee jako Alladyn

    Baśnie tysiąca i jednej nocy / Arabian nights, reż. Steve Barron, USA 2000

    ~dziewczyna w czerwonej pelerynie~
    red riding hood


    ...śliczna, młoda dziewczyna, imieniem Valerie, której babcia podarowała czerwoną pelerynę. Z kapturem ;) Valerie miała ukochanego w swojej wiosce, ale matka postanowiła wydać ją za lepszą partię. Zanim jednak będzie można myśleć o ślubie, mieszkańcy wioski muszą uporać się z okrutnym wilkiem, który po dwudziestu latach przerwy znów zaczął zabijać. Pierwszą ofiarą staje się siostra Valerie. Wkrótce w wiosce pojawi się tajemniczy Ojciec Salomon, wraz ze swoimi egzotycznymi pomocnikami, który wyjawi, że za zabójstwa wcale nie odpowiada wilk, lecz wilkołak - a jest nim prawdopodobnie ktoś z mieszkańców wioski.



    Film utrzymany jest w klimatach bajkowo-średniowiecznych, a jego największym atutem są piękne zdjęcia. Z fabułą nieco gorzej - historia Valerie i jej dwóch ukochanych nieodparcie kojarzyła mi się ze Zmierzchem, a wyjaśnienie zagadki było niestety dość słabe. Z minusów wymieniłabym jeszcze nader współczesną fryzurę ukochanego Valerie (żelowaną chyba specjalnie pod nastolatki) oraz stale uchylone usta, skądinąd ślicznej, Amandy Seyfried (to jakaś nowa moda - obejrzyjcie sobie Sucker Punch - tam główna bohaterka nie zamyka ust nawet na sekundę). Mimo wszystko, jeśli ktoś lubi bajki, to - dla urokliwej strony wizualnej -  spróbować warto.


    Dziewczyna w czerwonej pelerynie / Red riding hood, reż. Catherine Hardwicke, USA 2011

    29 czerwca 2011

    Uwielbiam Amerykańskie Południe

    Do tego entuzjastycznego wniosku doszłam po lekturze Służących. Po wszystkich blogowych recenzjach, pełnych ochów i achów, nie wątpiłam, że będzie to ciekawa lektura. Okazało się, że nie tylko świetnie się czyta opowieść pani Stockett, ale i sam klimat Amerykańskiego Południa niesamowicie mi odpowiada. Cudownie było wrócić do świata znanego z doskonałych lektur poznanych podczas wyzwania: Sekretnego życia pszczół, Koloru Purpury, Boskich sekretów siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya itp. Chcę jeszcze, chcę jeszcze!

    Książka opowiada historię kilku kobiet, białych i czarnych, żyjących w latach 60. w miasteczku Jackson w Missisipi. Oczami dwóch czarnych służących, Aibleen i Minny, oraz Skeeter, białej dziewczyny, która marzy o zostaniu dziennikarką (a jej matka marzy, żeby wydać ją szybko za mąż), poznajemy świat, w którym niewolnictwo już od dawna nie istnieje, ale segregacja rasowa jest boleśnie żywa. (Nawiasem mówiąc, czytam teraz Koniec jest moim początkiem Terzaniego - opisuje on swój pobyt w Nowym Jorku pod koniec lat 60. i wspomina, że sytuacja Czarnych była tragiczna. W tym liberalnym multikulturowym Nowym Jorku! To co powiedziałby o głębokim Południu?) 

    Zastanawiałam się, czy mam oczekiwać drastycznej historii, bliskiej Kolorowi purpury, czy - sądząc po błękitnej okładce - raczej kobiecego czytadła. Treść okazała się wypośrodkowana. Problemy przedstawione w powieści są bardzo poważne, ale ubrane w zgrabną lekką historię. To książka o kobietach i o słodkim (ale nie dla wszystkich) świecie lat 60. Czyta się znakomicie, daje do myślenia i z pewnością chętnie do wykreowanego w niej świata powrócę.

    Kathryn Stockett
    Służące
    The Help
    Media Rodzina 2010
    ss. 584

    Wydawnictwu oberwie się po uszach za liczne literówki. W innych recenzjach pojawiał się też już zarzut dziwnego potraktowania tytułu - w oryginale powieść ma tytuł The Help i tak samo nazwana jest książka napisana przez Skeeter. W tłumaczeniu książka Skeeter ma tytuł "Pomoc", a powieść - "Służące". Szkoda, ale przeżyję.




    Czekam teraz na ekranizację, chociaż filmu się boję - najbardziej tej tony lukru, którą prawdopodobnie oblepią całą historię. Już zdjęcia mnie przerażają, bo:
    • niezbyt urodziwa, patykowata, blada i rozczochrana Skeeter ma słodką buzię i nie można pojąć, dlaczego mężczyźni za nią nie szaleją,

    • tłusta Hilly jest, rzecz jasna, chuda,
    • niska i gruba Minny jest lekko przy kości,
    • nawet mała córeczka Elizabeth, która w ksiażce była niezbyt urodziwym tłuścioszkiem, w filmie jest uroczą blondyneczką,
    • itd.

      W Hollywood mają jakiś gigantyczny kompleks i dlatego starzy zawsze są młodsi i mniej pomarszczeni, grubi są szczupli, brzydcy są ładni i wszyscy mają białe i proste zęby ;) (Amerykańcy twórcy powinni może obejrzeć trochę kina europejskiego,  choćby szwedzkie Millenium - może wtedy odkryją, że kobiety miewają zmarszczki i bywają w różnym wieku. Niektóre nie są zbyt urodziwe, a żadna nie wygląda jak lalka.)

      Biorąc pod uwagę, co filmowcy zrobili ze wspaniałymi Sekretnym życiem pszczół i "Ya-Ya", to nie jestem pewna, czy wybiorę się do kina. Trailer utrzymany jest w kolorach cukierkowo-pastelowych i obawiam się, że może z tego wyjść słodka, pusta i kolorowa historyjka, w której głębsza treść zostanie starannie ukryta pod warstwą kremu waniliowego i kandyzowanych wisienek oraz dokładnie podlana patosem. Mnóstwem patosu. Ale trzymam kciuki, żebym się myliła :)

      15 czerwca 2011

      Zapomniane słowo "moralność"

      Mma Ramotswe "była panią tradycyjnej postury i nie musiała się przejmować rozmiarami sukienki, w odróżnieniu od tych biednych neurotyczek, które ciągle oglądają się w lustrze i uważają, że są za grube. Co to w ogóle znaczy "za gruby"? Kto ma prawo narzucać innym kategorie wagową? Mma Ramotswe uznała to za dyktaturę chudych, której nie zamierzała się poddawać. Pomyślała, że jeśli chudzi zrobią się jeszcze bardziej natarczywi, to obszerniej zbudowanym nie zostanie nic innego, jak na nich usiąść. Tak, to byłaby dla nich nauczka. Ha! Ha!" (s. 165)

      Trzeci tom o Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1 nie skupia się jednak (mimo tego pięknego cytatu) na problemach wagowych, ale na zagadnieniu moralności. Mam wrażenie, ze to słowo coraz rzadziej jest używane. Czy w Polsce ktoś jeszcze się zastanawia, czy postępowanie np. polityków jest moralne? Liczy się tylko, czy jest korzystne (i dla kogo) oraz skuteczne, czy nie. Wśród młodych ludzi pojęcie "moralnego prowadzenia się" jest już chyba od dawna martwe. Chyba, że jako synonim wyrażenia "nie umie się bawić". Miło "powrócić" do Botswany, gdzie wielu (choć nie wszyscy!) hołduje jeszcze tradycyjnym wartościom.

      W Gaborone na pierwszy plan wysuwają się dwie sprawy. Pewien wysoko postawiony w rządzie człowiek twierdzi, że bratowa próbuje otruć jego brata, a swego męża - Mma Ramotswe udaje się więc do jego rodzinnego domu, by odkryć prawdę. Z kolei jej asystentka/sekretarka mierzy się w tym czasie z nie lada wyzwaniem - musi w ciągu trzech dni dowiedzieć się, która z czterech zawodniczek konkursu piękności jest wystarczająco moralna, by zdobyć tytuł, a co za tym idzie, stać się reprezentantką kraju. W tle mamy depresję narzeczonego Mmy Ramotswe oraz małego dzikiego chłopca odnalezionego w buszu.

      Nudzić się nie sposób, a do tego można jeszcze pomyśleć ;) Polecam, tak jak i poprzednie części.

      Alexander McCall Smith
      Moralność dla pięknych dziewcząt
      Zysk i Ska 2005
      ss. 188

      14 czerwca 2011

      Niezwykłe kobiety III - Co by tu jeszcze wymyślić?

      Pewnego pochmurnego dnia, w mieście Chicago, pod koniec XIX w., pani Josephine Cochran, wdowa, spojrzała za zlew wyładowany brudnymi naczyniami i doszła do wniosku, że po prostu jej się nie chce. NIE CHCE. Że byłoby cudownie mieć jakąś magiczną maszynę, która weźmie te gary i pozmywa za nią. Wzięła kartkę i zaczęła szkicować - tu byłaby komora, nad nią pojemniki z wodą i mydłem... Od kreski do kreski i maszyna nie tylko była zaprojektowana, ale i opatentowana, a potem wyprodukowana. Automaty pani Cochran zaczęły trafiać do restauracji, a dziś jedna, prapraprawnuczka prototypu stoi nawet w mojej kuchni.

      No, dobra, może to nie było całkiem tak, z tymi brudnymi garami, niemniej pani Cochran rzeczywiście wynalazła zmywarkę do naczyń. Inne panie w dawnych wiekach radziły sobie równie dobrze z pozostałymi uciążliwościami gospodarstwa domowego, wynajdując pralkę, automaty do czyszczenia kominów, sprawniejsze lampy gazowe, ulepszając termę do podgrzewania wody itp. itd. Podczas kiedy mężczyźni majstrowali swoje fordy, kobiety pracowały nad uczynieniem znośniejszym życia codziennego. Co ciekawe - wiele tych wynalazków poczyniły i opatentowały zwykłe gospodynie domowe. Czasem przesadzały (nie była to wcale domena kobiet, panowie tez wynajdowali rzeczy bezużyteczne) projektując np. "maszynę do krojenia chleba i smarowania go masłem", podczas gdy przyrząd zwany nożem jest znany od wieków, spełnia obie te funkcje równie dobrze i wymaga akurat takiego samego zachodu przy użyciu, jak ów automat.

      Kobiety nie ograniczały się wcale do usprawniania własnych prac - miały ogromne zasługi w zakresie projektowania sprzętów domowych (od tarki do gałki muszkatołowej po manekina na suknie, który jednocześnie miał słuzyć do... ewakuacji przez okno w czasie pożaru), wystroju wnętrz (łózko, które po złożeniu zmieniało się w biurko), strojów (wygodniejsze gorsety) i opieki nad dziećmi (przedszkole Montessori, akcesoria do nauczania i... pływająca mechaniczna kaczuszka), ale wynalazły też przedmioty o o wiele szerszym zastosowaniu, od wycieraczki do szyb tramwaju przez kamizelkę ratunkową po ulepszoną konstrukcję mostu.

      Z ciekawostek - na początku XX w. po raz pierwszy zaczęto produkować gadżety związane z postaciami literackimi. Było to również zasługą kobiety, a konkretnie Beatrix Potter, która napisała pierwszą niemoralizatorska książeczkę dla dzieci, w dodatku prześlicznie i własnoręcznie ilustrowaną. Podbiła nią serca czytelników do tego stopnia, że w sprzedaży pojawił się wkrótce pluszowy Piotruś Królik, a potem gra planszowa z bohaterami książeczek.

      O tych wszystkich kobietach i ich pomysłach (oraz wielu, wielu innych) możecie poczytać w książce Niezwykłe kobiety. Od nalewki na szafranie do latających maszyn. Lojalnie uprzedzam, ze nie jest to pozycja lekka i łatwa. Deborah Jaffe potraktowała temat poważnie, oparła się na rzetelnych źródłach, jednak ubrała całość w nieco zbyt sztywny naukowy język. Trudno się w tej książce "zatopić", ale ja byłam na tyle zainteresowana tematem, że dałam radę, chociaż podczytywałam ją w odcinkach. Zdecydowanie rola kobiet w budowaniu świata w jego współczesnym kształcie jest mocno niedoceniana i warto to zmienić. Kobiety zajmowały się nie tylko bujaniem dzieci w kołyskach - czasem także te kołyski projektowały :)

      12 czerwca 2011

      Mma Ramotswe powraca

      Z radością wróciłam do Botswany, żeby sprawdzić, co słychać w Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1. Spotkanie z botswańską panią detektyw, Precious Ramotswe, było bardzo udane. Pierwszy tom jej przygód był zbiorem króciutkich opowiadań, małych spraw detektywistycznych. Ten ma bardziej zwarta fabułę. Klamrą spinającą całość jest narzeczeństwo Mma Ramotswe z J.L.B. Matekonim oraz próba wyjaśnienia zniknięcia przed laty białego młodzieńca z botswańskiej farmy. Tak jak poprzednio jednak, i tym razem śledztwo nie jest kluczowe dla fabuły. Stanowi raczej pretekst do ciepłej opowieści o tym niezwykłym afrykańskim państwie i jego mieszkańcach. Po przewróceniu ostatniej strony miałam chęć na natychmiastowe wyruszenie w podróż do Botswany, jednak zamiast ruszyć biegiem na lotnisko, rzuciłam się na półkę z książkami, skąd wyciągnęłam kolejny tom Moralność dla pięknych dziewcząt, o czym Wam niedługo opowiem.

      Alexander McCall Smith
      Mma Ramotswe i łzy żyrafy
      Tears of the Giraffe
      Zysk i Ska 2004
      ss. 178

      8 maja 2011

      Polowanie na schemat

      To ciekawe, że największe literackie odkrycia i największe literackie porażki zawsze dotyczą polskich autorek. Do największych odkryć mogę zaliczyć "Wyspę klucz" Małgorzaty Szejnert i "Na plebanii w Haworth" Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, natomiast do megaporażek "Wypadek na ulicy Starowiślnej" Lucyny Olejniczak, do której właśnie dołączyła Ewa Stec ze swoim "Polowaniem na Perpetuę". Jest to o tyle wytłumaczalne, że te dwie książki należą chyba do nurtu "chick-lit" (chociaż z kryminalnym wątkiem - przynajmniej w założeniu), a nie jest on na ogół pisany przez panów-autorów, a po zagraniczny chick-lit praktycznie nie sięgam, więc rozczarowanie musiało skupić się na Polkach.

      Zapowiedź "Polowania na Perpetuę" brzmiała kusząco: "Książka dla tych, którzy kochają powieści obyczajowe i kryminały doprawione szczyptą świetnego dowcipu. Kiedy Agata znajduje prezerwatywę w samochodzie męża, podejrzewa zdradę. Postanawia ratować małżeństwo za pomocą... pasa do pończoch i trzech par szpilek. Ale wszystko komplikuje Perpetua, piękna jak anioł kolumbijska zakonnica."
      Kryminał doprawiony szczyptą dowcipu skojarzył mi się z Chmielewską, a że jej książki znam już na pamięć, chętnie znalazłabym jej nowszy odpowiednik. Recenzje były bardzo pozytywne. Niestety ja na Perpetuę przestałam polować w okolicy strony 73. Całość liczy sobie 300.

      To, co wydarzyło się na tych siedemdziesięciu stronach z powodzeniem dałoby się streścić na dziesięciu. Akcja była tak przeraźliwie schematyczna, że rozbolały mnie zęby. Bohaterka znajduje w samochodzie prezerwatywę i podejrzewa męża o zdradę (schemat), mąż ostatnio jest zapracowany i ma nową asystentkę z silikonowym biustem i kusą spódniczką (schemat), bohaterka za to ma wredną teściową, która kocha tylko swojego pieska (schemat) oraz kilka "zwariowanych" przyjaciółek, z których każda reprezentuje inną postawę życiową: uwodzicielska singielka, Matka Polka itp.(schemat do kwadratu). Czułam się jakbym czytała historię z czasopisma typu "Z życia wzięte" - różniła się tylko długością. Całość była niby napisana z przymrużeniem oka, ale zabrakło odrobiny oryginalności i świeżości. W okolicach str. 73 synek bohaterki wkłada głowę między pręty jakiegoś parkanu i nie może jej wyciągnąć, co jest schematem znanym i powtarzanym od czasów L.M.Montgomery, w dodatku tutaj wywołuje nic nie wnoszącą do akcji, w założeniu zabawną, a w rzeczywistości zupełnie pozbawioną realizmu scenę i poczułam, że dłużej już nie mogę. Niech za Perpetuą ugania się ktoś inny.

      W planach mam jeszcze Irenę Matuszewską, Małgorzatę Gutowską-Adamczyk oraz "Zielony trabant" Katarzyny Gacek i Agnieszki Szczepańskej. Ciekawe, jakie bedą wrażenia.

      PS. Sięgnęłam po lżejszą pozycję, bo ostatnio się zastopowałam w czytaniu. Mam zaczęte kilka książek, właściwie wszystkie mi się podobają, ale z żadną nie posuwam się do przodu. "Nazywam się Czerwień" Orhana Pamuka - świetna, ale gruba, więc czytam, czytam i nadal nie dotarłam nawet do środka ;). "The children's book" A.S. Byatt - zaczyna się rewelacyjnie, ale objętościowo tez niczego sobie, w dodatku mam paperbacka z drobnym druczkiem. "Angeologia" D. Trussoni - to audiobook, a ostatnio nie mam czasu słuchać, w dodatku początek trochę się dłuży, ale zobaczymy co dalej. "Zabójca z cesarskiego grodu" Collete Lovinger-Richard - kryminał z czasów napoleońskich zaczyna się intrygująco i chyba zostanie zastosowany do likwidacji zastoju.

      26 kwietnia 2011

      Tajemnica w ogrodzie

      Przykro mi to mówić, ale "Zapomniany ogród" zostanie i przeze  mnie zapomniany szybko. Uwielbiam książki o mrocznych rodzinnych sekretach, odkrywanych po latach, o grzebaniu w papierach i sekretach ukrytych na tajemniczych strychach w zakurzonych kufrach. Liczyłam, że ta powieść będzie w sam raz pasować do tego profilu - i niby pasowała, ale... No, zgrabne czytadło to jest, ale nic ponadto. Zachwyciło moja siostrę i mamę, na blogach tez czytałam pochwały, a ja się wyrodziłam. Trudno.

      Akcja książki jest zagmatwana i ciężko ją dokładnie streścić. Zasadniczo bohaterkami są jednak trzy kobiety: Eliza Makepeace, żyjąca na początku XX w. autorka baśni, Nell - która z niewyjaśnionych przyczyn jako czterolatka znalazła się samotnie na statku płynącym do Ameryki i po latach szuka swoich korzeni oraz żyjąca współcześnie wnuczka Nell, Cassandra, która próbuje rozwikłać tajemnicę pochodzenia babki. Akcja toczy się w Australii, Ameryce i Anglii, na zmianę współcześnie, w latach 70. oraz na początku XX wieku.

      Główne zarzuty:

      Przede wszystkim - papierowe postacie, całkiem jednowymiarowe, albo dobre, albo złe. Na jednej szali mamy więc bezwzględną Adelinę, okrutną panią Swindell i obleśnego brata Georgiany, na drugiej wrażliwą Cassandrę, utalentowaną Elizę i zagubioną Nell. Wszystkie dobre bohaterki są rzecz jasna śliczne jak obrazek. Trochę się odróżnia Rose, kuzynka Elizy, chociaż nie tyle głębią charakteru, co jego brakiem - w budowie tej postaci nie było żadnej spójności, zmieniała się diametralnie w zależności od potrzeb akcji. We współczesnej części historii Cassandra i Nell podczas prób rozwikłania tajemnicy na swojej drodze spotykają wyłącznie dobrych ludzi, którzy kibicują ich poszukiwaniom, a do tego obdarzeni są słoniową pamięcią - zdrowy kornwalijski klimat, jak widać, zapobiega sklerozie wśród staruszków...

      Po drugie - zabrakło mi doskonale oddanych realiów i atmosfery, tak jak to miało miejsce w "Domu w Riverton" tej samej Autorki. Z pewnością Kate Morton poparła swoją twórczość badaniami nad epoką, ale jakoś nie było tego widać w książce. Rzeczywistość jak z Harlequina - posiadłość plus damy w kapeluszach albo brudna i niebezpieczna uliczka w londyńskich slumsach to takie dwie "wyspy" całkowicie odizolowane od reszty świata, a wokół nicość. Może przez to, że dopiero co czytałam rewelacyjną "Wojnę wdowy" teraz, przez porównanie, czułam sztuczność tego świata. Początek był jeszcze niezły, ale im dalej, tym słabiej.

      Po trzecie - ta sama wada, co w "Domu w Riverton" - rozwlekłość. Ostatnią ćwiartkę książki przelatywałam wzrokiem, byle skończyć, chociaż zakończenia i tak się domyśliłam wcześniej.

      Wreszcie po czwarte - cudowne i porywające baśnie Elizy Makepeace, którymi przeplatana jest powieść i nad którymi pieją z zachwytu bohaterowie. Czy tylko ja odniosłam wrażenie, że nic w nich nadzwyczajnego nie ma, zero subtelności, poetyckości, magii? Rozumiem, czemu służyły w powieści, były ukrytym zapisem rzeczywistości itd., ale nie wystarczy powiedzieć, że coś jest cudowne, żeby rzeczywiście takim było.

      Ogólnie, była to całkiem niezła książka do przeczytania w nudny dzień, spędzony w łóżku z lekką temperaturą i bolącym gardłem - dzięki jej objętości zagospodarowałam nią wiele godzin. Na tyle niewymagająca umysłowo, że nie męczyła w chorobie, oraz na tyle ciekawa, że chciało mi się dalej przewracać strony. To jednak, co po sobie pozostawiła, to głównie wrażenie zmarnowania dużej ilości czasu.

      PS. Jeśli chodzi o redakcję, to książka woła o pomstę do nieba - nie wiem, co mnie powaliło bardziej: portrety "olejowe" czy włosy "truskawkowo-blond".

      PS2. Moja recenzja "Domu w Riverton" Kate Morton jest tutaj.

      20 kwietnia 2011

      To nie jest kraj dla samotnych kobiet

      Sally Gunning
      Wojna wdowy
      The Widows War
      Muza 2007
      ss. 204

      Połowa XVIII wieku, mała nadmorska osada na Cape Cod. Zadomowieni w Ameryce biali tworzą tu konserwatywną protestancką wspólnotę. Mieszkańcy żyją głównie z połowów wielorybów - tym też zajmuje się Edward, mąż Lydii Berry. Chciałoby się powiedzieć, że świat staje na głowie, kiedy Edward pewnego dnia z połowu nie powraca, ale właściwie tak nie jest. To prawda, że życie Lydii zupełnie się odmienia, ale wszystko dzieje się według przyjętych zasad i zgodnie z prawem. Majątek Berrych przechodzi na jedynego męskiego krewniaka - zięcia Lydii, a jej przysługuje prawo do korzystania z jednej trzeciej tegoż. Powinna zamieszkać z córką, zięciem i wnukami, zdać się na ich opiekę i czekać na śmierć lub ponowny ożenek. 

      Dodajmy, że wdowa Berry nie ma nawet 40 lat. Do tej pory żyła w szczęśliwym związku, we własnym domu (oczywiście wszystko było własnością jej męża, ale jako że mąż był kochający, nie musiała się tym przejmować), bardzo samodzielnie - bo Edward spędzał na morzu wiele czasu, a ona wtedy sama troszczyła się o gospodarstwo. Teraz za jednym zamachem traci męża, dom i prawo decydowania o sobie. We wszystkim powinna podporządkować się decyzjom zięcia. Jeśli będzie wystarczająco miła i posłuszna, na pewno o nią zadba.

      Czy możecie sobie wyobrazić czasy, kiedy o wartości kobiety świadczy to, czy jest posłuszna? Bo ja już nie. Lydia żyła w takim świecie i nigdy dotąd się nie buntowała, ale teraz coś w niej pęka. Nie chce dużo. Nie jest pierwszą sufrażystką. Jest dorosłą, rozsądną kobietą, która chciałaby, żeby cokolwiek w jej życiu zależało od niej samej. W rezultacie zraża do siebie zięcia (i tak jej nieprzychylnego), córkę, przyjaznego prawnika i całą protestancką wspólnotę. Jak sobie da radę, kiedy znajdzie się na marginesie społeczności?

      To świetna książka. Muza powoli wyrasta na moje ulubione wydawnictwo. Sally Gunning jest specjalistką od XVIII w. i drobiazgowo oddała realia ówczesnego codziennego życia. Bohaterowie wydają się tak prawdziwi, że przez całą książkę trzymałam kciuki za Lydię - żeby się nie dała, wbrew wszystkiemu. Bałam się trochę, że Autorka pójdzie na łatwiznę i podsunie idealnego kandydata na męża, co pomoże bohaterce nie tyle się uniezależnić, co uzależnić od kogoś sympatyczniejszego niż zięć, ale na szczęście to nie nastąpiło. Kandydaci się pojawiają, ale ani ich charaktery, ani pobudki nie są jednoznaczne, a Lydia też nie jest zbyt ufna, bo boi się wpadnięcia w pułapkę zależności.


      Bardzo gorąco polecam "Wojnę wdowy", a dodam jeszcze, że Gunning napisała dwie kolejne książki, w których postać Lydii pojawia się na dalszym planie: "Bound" i "The Rebellion of Jane Clarke" - w tej drugiej bohaterką jest wnuczka Lydii. Nie wiem, czy Muza planuje je wydać, ale wersje angielskie mają tak śliczne okładki, że chyba się pokuszę i zakupię oryginały.

      Winter is coming... Tym razem w komiksie.

      Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...