Podchodzę sceptycznie do książek pisanych przez celebrytów, a już pisanych dla dzieci w ogóle nie tykam, chociaż może niesłusznie. "Malinę" tknęłam i nie żałuję, a skusił mnie głównie tytuł, bo uwielbiam dziewczęce imiona owocowe i kwiatowe. Autorką jest Katarzyna Pakosińska, artystka kabaretowa, więc liczyłam na lekturę lekką i zabawną i wcale się nie zawiodłam.
Malina (cud-dziewczyna) liczy sobie 10 lat i chodzi do czwartej klasy. Ma przesympatycznych rodziców (mama Tosia jest aktorką, tata Adam podróżnikiem), ukochane babcie oraz irytującego sąsiada, a w jej mieszkaniu stoi stare radio z zielonym oczkiem. Radio, które okazuje się mieć bardzo tajemnicze właściwości, bo z jego pomocą można... podróżować w czasie. Dzięki niemu Malina może przekonać się, jak to było, kiedy jej tata, mały Adaś, wykazał się nadzwyczajną odwagą, a mama Tosia wybrała się na wagary. Odkrywa też, że babcia Marzenka była za młodą niezłą psotnicą, a jej mama, prababcia Irena, wielką romantyczką. Udaje się też Malinie udaremnić niecny plan sąsiada Drążka, sięgający kilkadziesiąt lat wstecz!
Malina to przemiła bohaterka, jest urocza, zwariowana i lubi pakować się w tarapaty, wzbudziła moją ogromną sympatię. Bardzo spodobał mi się też pomysł podróży w czasie do czasów dzieciństwa własnych przodków - myślę, że wielu dziecięcych czytelników uświadomi sobie dzięki temu, że - po pierwsze - mamusia czy babcia też były kiedyś dziećmi, a - po drugie - że ich dzieciństwo wyglądało inaczej, bo przypadło na inne czasy. Plusem są też zabawne ilustracje Kasi Kołodziej.
Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to do dodatkowej "edukacyjnej" warstwy książki. W treść wplecione są różne trudne słowa i wyrażenia, wyjaśniane w didaskaliach (w sposób lekki i zabawny) oraz zadania dla czytelnika (napisz, narysuj itp.). Jak dla mnie, to za dużo grzybków w barszcz. Powieść powinna opowiadać wciągającą historię, jeśli ma jakąś warstwę edukacyjną, niech będzie wpleciona w akcję, a nie podana wprost. A jeszcze lepiej edukację zostawić książkom do tego przeznaczonym. W tym przypadku fabuła broni się sama i reszta tylko przeszkadza, ale może dla dzieciaków, które mają problem ze skupieniem uwagi na dłuższym tekście, te przerywniki będą właśnie zaletą.
Recenzja ukazała się też na blogu Książniczka i braciszek.
Niepoprawna wielbicielka "Alicji w Krainie Czarów", zawyża poziom czytelnictwa, folguje nałogowi, uprawia tsudoku i hoduje dwa małe mole (książkowe). Poprzednia nazwa bloga (Jedz, tańcz i czytaj) zdezaktualizowała się - mam dzieci, nie mam czasu na nic, ale nadal czytam. Zamiast spać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże w czasie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże w czasie. Pokaż wszystkie posty
2 marca 2016
24 sierpnia 2012
Blaski i cienie podróży w czasie


Wydawnictwo Prószyński i S-ka powinno wydać poradnik na temat tego, jak dobrze ukryć kawał świetnej powieści pod koszmarną okładką. Chociaż w jakim celu je ukrywają, nie mogę pojąć. Gdyby ktoś mi nie wetknął powieści do ręki i nie zmusił do czytania, nawet bym na nią nie spojrzała. To, co "Księga sądu ostatecznego" ma na wierzchu, woła o pomstę do autorki. Na miejscu Connie Willis powiedziałabym projektantowi coś do słuchu. Na pociechę i zachętę okładka angielska (też nie idealna, ale wygląda jakby estetyczniej).
Od okładki "Nie licząc psa" też bolą zęby, ale chociaż ma coś wspólnego z treścią, więc wybaczyć łatwiej.
Connie Willis stworzyła kilka powieści o podróżach w czasie, luźno połączonych miejscem akcji i bohaterami. Cykl jest niedługi, liczy 3 tomy*, które można czytać całkowicie niezależnie od siebie. Każda z powieści została nagrodzona - dwie otrzymały zarówno nagrodę Hugo, jak i Nebuli, trzecia "zaledwie" Hugo. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że to jedne z najbardziej prestiżowych nagród dla powieści fantastycznych. O dwóch powieściach mowa w tym wpisie, trzecia - dwutomowa Blackout/All Clear - chyba jeszcze nie została przetłumaczona, ale mam ją w planach w oryginale.
Mamy połowę XXI wieku. Podróże w czasie są jednym z elementów pracy historyków. Centrum podróży mieści się na Uniwersytecie w Oxfordzie, skąd badacze wyruszają na swoje wyprawy. Uparta studentka historii, Kivrin Engle, przekonuje profesorów, by wysłali ją do średniowiecza. Jest doskonale przygotowana, niemniej wyprawa uważana jest za zbyt niebezpieczną, by podejmowała ją młoda dziewczyna. Kirvin stawia na swoim, sieć przenosi ją do XIV wieku - razem z rozbitą karocą, upozowaną na ofiarę napadu rozbójników (bo skąd miałaby się ni stąd, ni zowąd, wziąć w wiosce młoda dziewczyna z wyższej sfery).
I nagle uderza tragedia. Współczesny Oxford zostaje zaatakowany przez wirus nowej grypy. Zarażona tym samym wirusem Kirvin przez kilka dni znajduje się w stanie delirium. Szczęśliwie trafia pod opiekę dość zamożnej miejscowej rodziny. Zdrowieje i mogłaby rozpocząć obserwację obyczajowości. Ale nieszczęścia chodzą parami. W wyniku pomyłki Kirvin została przeniesiona w rok 1348 (zamiast planowany 1320 r.) - w czasy wybuchu w Anglii epidemii Czarnej Śmierci. Grypa w Oxfordzie paraliżuje uniwersytet i uniemożliwia ściągnięcie z powrotem nieszczęsnej studentki. Profesor Dunsworthy rozpoczyna samotny wyścig z czasem, żeby uratować Kirvin.
Od książki dosłownie nie można się oderwać. Walka z czasem i bezlitosne epidemie emocjonują tak, że pochłaniałam powieść z wypiekami na twarzy. Należy jednak być świadomym, że nie jest to tylko ciekawa przygodowa lektura - pochód Czarnej Śmierci pokazany jest z bezlitosną szczerością. Czytelnik i bezradna Kirvin moga tylko patrzeć. Cuda się w tym świecie nie zdarzają.
Kiedy już odpowiednio zdołujemy się "Księgą sądu ostatecznego" możemy sięgnąć dla odprężenia po napisaną w zupełnie innym tonie powieść "Nie licząc psa". Większość z Was pewnie odgaduje po tytule nawiązanie do książki "Trzech panów w łódce, nie licząc psa" Jerome K. Jerome - i bardzo słusznie.
Historyk Ned Henry, specjalista od wieku XX, rozpaczliwie poszukuje strusiej nogi biskupa** - w 1940 roku. Nie robi tego dobrowolnie. To pewna bogata Amerykanka, Lady Schrapnell, herod-baba, która budzi lęk w męskich sercach, opętana wizją odbudowy katedry w Coventry, domaga się odnalezienia i dostarczenia do współczesności (2057 rok) artefaktów, które zostały zniszczone podczas bombardowania świątyni w czasie drugiej wojny światowej. Neda, który wykonał zdecydowanie zbyt dużo skoków w czasie, dopada atak choroby, powiedzmy, czasomocyjnej. Żeby mógł odbyć rekonwalescencję, trzeba ukryć go jednak ukryć. Lady Schrapnell nie przyjmuje wymówek. Ned zostaje więc wysłany w czasy wiktoriańskie. Tam, w towarzystwie młodego studenta Terence'a St. Trewes ląduje na łódce, która spokojnie sunie po Tamizie (brzmi znajomo?). Słońce, woda, relaks - jeśli Ned myśli, że to jego przeznaczenie, to grubo się myli. Płynie w sam środek zamotanej intrygi, obejmującej trzy wieki, a w której istotną rolę odegra rozkapryszona panna w falbankach, kotka imieniem Księżniczka Ardżumand i nieszczęsna strusia noga biskupa.
W przeciwieństwie do ściskającej za gardło "Księgi sądu ostatecznego", "Nie licząc psa" to rodzaj obyczajowej komedii. Nie należy jednak wyłączać szarych komórek, bo dzieje się tu dużo (streszczenie fabuły jest praktycznie niewykonalne), a zawiłe właściwości podróży w czasie i ich wpływu na współczesność niekiedy wręcz ciężko pojąć. Mogę polecić nie tylko wielbicielom fantastyki, ale także czasów wiktoriańskich - a szczególnie powieści Jerome'a.
* Gwoli dokładności - powstało też opowiadanie pt. "Fire Watch".
** Nie, nie zdradzę, co to.
8 marca 2012
Jak się włamać do cudzej głowy i jak stamtąd uciec
Po pierwsze - okładka jest zachwycająca. W naturze bardziej niż na zdjęciu obok, bo ma łagodniejsze kolory, głębię i miły w dotyku papier. Od czasu do czasu przerywałam lekturę, żeby na nią spojrzeć i pogłaskać :)
Po drugie - treść wzbudziła u mnie mieszane uczucia. Autorka jest bez wątpienia dobrą pisarką, jej stylowi nie można niczego zarzucić - czyta się gładko, ale nie bezmyślnie. W powieści pojawia się - co bardzo lubię - wiele informacji z tak niełatwych dziedzin, jak filozofia, teologia i fizyka kwantowa. Wymagało to od pisarki sporej wiedzy albo czasochłonnych poszukiwań, albo jednego i drugiego. Bohaterka wzbudziła moją sympatię - swoją niekompromisowością przypominała mi Smillę z książki Petera Hoega. Akcja wciąga. Mimo wszystko jednak nie przepadam za książkami, które wychodzą ze stricte realistycznego poziomu, żeby potem rozwinąć się w całkowicie abstrakcyjną akcję (chyba że to książki dla dzieci).
Ariel Manto pisze pracę naukową na temat, który przekracza zdolności mojego zapamiętywania (nie mam egzemplarza książki pod ręką). Tak się jednak dziwnie złożyło, że jej promotor znika, jeden z budynków uniwersyteckich zaczyna się walić, a Ariel napotyka w antykwariacie książkę, która nie ma prawa tam być. "Koniec Pana Y" XIX-wiecznego pisarza Thomasa Lumasa uznawana jest za przeklętą, bo wszyscy, którzy ją czytają, giną. na świecie istnieje tylko kilka egzemplarzy. Tymczasem Ariel dostają ją do rąk własnych i odkrywa drogę prowadzącą do świata umysłów. Czym jest Troposfera - jak się tam dostać, jak przeżyć, i jak uciec? Tego możecie dowiedzieć się z książki.
„Czy Bóg powstał z ludzkich myśli, czy to ludzie powstali z myśli Boga?” Mieszają się w tej powieści kwestie wiary, nauki, miłości, seksu oraz podróży w czasie i przestrzeni na falach myśli. Chciałam ją przeczytać i cieszę się, że mi się to udało, ale nie jest to powieść, do której będę wracać.
Powieść była nominowana w 2008 roku do nagrody Orange Prize for Fiction.
Scarlett Thomas
Koniec Pana Y
The End of Mr. Y
Sonia Draga 2010
Po drugie - treść wzbudziła u mnie mieszane uczucia. Autorka jest bez wątpienia dobrą pisarką, jej stylowi nie można niczego zarzucić - czyta się gładko, ale nie bezmyślnie. W powieści pojawia się - co bardzo lubię - wiele informacji z tak niełatwych dziedzin, jak filozofia, teologia i fizyka kwantowa. Wymagało to od pisarki sporej wiedzy albo czasochłonnych poszukiwań, albo jednego i drugiego. Bohaterka wzbudziła moją sympatię - swoją niekompromisowością przypominała mi Smillę z książki Petera Hoega. Akcja wciąga. Mimo wszystko jednak nie przepadam za książkami, które wychodzą ze stricte realistycznego poziomu, żeby potem rozwinąć się w całkowicie abstrakcyjną akcję (chyba że to książki dla dzieci).
Ariel Manto pisze pracę naukową na temat, który przekracza zdolności mojego zapamiętywania (nie mam egzemplarza książki pod ręką). Tak się jednak dziwnie złożyło, że jej promotor znika, jeden z budynków uniwersyteckich zaczyna się walić, a Ariel napotyka w antykwariacie książkę, która nie ma prawa tam być. "Koniec Pana Y" XIX-wiecznego pisarza Thomasa Lumasa uznawana jest za przeklętą, bo wszyscy, którzy ją czytają, giną. na świecie istnieje tylko kilka egzemplarzy. Tymczasem Ariel dostają ją do rąk własnych i odkrywa drogę prowadzącą do świata umysłów. Czym jest Troposfera - jak się tam dostać, jak przeżyć, i jak uciec? Tego możecie dowiedzieć się z książki.
„Czy Bóg powstał z ludzkich myśli, czy to ludzie powstali z myśli Boga?” Mieszają się w tej powieści kwestie wiary, nauki, miłości, seksu oraz podróży w czasie i przestrzeni na falach myśli. Chciałam ją przeczytać i cieszę się, że mi się to udało, ale nie jest to powieść, do której będę wracać.
Powieść była nominowana w 2008 roku do nagrody Orange Prize for Fiction.
Scarlett Thomas
Koniec Pana Y
The End of Mr. Y
Sonia Draga 2010
29 sierpnia 2010
Zagubiona w czasie
Jeanette Winterson
Dom na krańcu czasu
Dom na krańcu czasu
Wyd. Znak, Kraków 2008
ss. 273 "- Od czasów rewolucji przemysłowej, która (...) rozpoczęła się od wynalezienia przez Jamesa Watta maszyny parowej w roku 1769, nasz świat porusza się coraz szybciej. Przez większą część swej historii człowiek poruszał się z prędkością własnych nóg, a najwyżej z prędkością konia, którego dosiadł. Teraz potrafi przelecieć samolotem z jednego końca świata na drugi w ciągu kilku godzin. Jego fabryki wytwarzają w godzinę więcej towarów, niż dawny rzemieślnik mógł ich wyprodukować przez całe życie. Nie wystarczają nam już powolne przemiany pór roku. Teraz hodujemy żywność w sztucznym świetle, nasze kury znoszą jajka przez cały rok, bo nie wiedzą, kiedy jest zima. (...).
To dziwne, bo choć wiek maszyn i komputerów obiecywał śmiertelnikom więcej czasu, w rzeczywistości mamy go jakby coraz mniej. Za szybko zużywamy czas, podobnie jak inne bogactwa Ziemi.
Ludzie nie rozumieją Czasu, ale nim manipulują. W efekcie czas nie jest już taki jak dawniej. Nie można już na niego liczyć.
- To co będzie?
- To się okaże (...)."Czas przestał nadążać za tempem życia na Ziemi. Zaczął się rwać i giąć. Planetę nawiedzają tornada czasu - zawirowania, w których znikają ludzie, a zamiast nich pojawiają się czasem zjawy z dawnych epok, a czas staje lub gwałtownie przyspiesza. Lepiej nie wychodzić z domu. Zwłaszcza jeśli jest to taki dom, jak Tanglewreck - potężne domostwo zbudowane przez prawie pięciuset laty. Lata świetności ma już jednak za sobą. Jego właścicielka - 11-letnia Silver - nie ma zbyt wiele do powiedzenia, bo o wszystkim decyduje jej okropna ciotka, pani Rokabye, która nie lubi ani domu, ani swej podopiecznej. Rodzice Silver i jej siostrzyczka zniknęli w Pętli Czasu. Życie dziewczynki jest już wystarczająco żałosne - głoduje, a jej opiekunka wykorzystuje ją do najcięższych robót. Jednak los szykuje dla niej jeszcze gorszą niespodziankę. Oto do Tanglewreck przybywa Abel Darkwater, tajemniczy typ, który szuka zegara zwanego Czasomierzem - potężnego narzędzia, które pozwala kontrolować Czas, a które ponoć znajdowało się pod opieką przodków Silver. Po piętach depcze mu demoniczna Regalia Mason alias Maria Profetessa. Silver będzie musiała stawić czoła tym dwojgu i odnaleźć swoje dziedzictwo - podróż, która rozpocznie się w Londynie, będzie wiodła po miejscach, których istnienia nie podejrzewała, od podziemnego świata po odległą planetę...
Jeanette Winterson jest autorką książek dla dorosłych (których nie znam), a to, według informacji na okładce, jej pierwsza powieść dla młodzieży. Niestety, moim zdaniem, niezbyt udana. Zaczyna się interesująco, ale w rozwinięciu akcji autorka przekombinowała. Próbowała w jedną niezbyt grubą książkę wrzucić taką masę fascynujących przygód, że w pewnym momencie fabuła zamieniła się w kompletny chaos. Czego tam nie ma: dom połączony tajemną więzią z bohaterką, dziwny lud, mieszkający w kanałach po Londynem wraz z mamutem (!), inne planety, szpital psychiatryczny, w którym przeprowadza się eksperymenty, piraci królowej Elżbiety, tajemnice z przeszłości wiodące od Egiptu przez Rzym do Londynu, pałac pełen papieży, przerażająca czarownica-bizneswomen, Czarna Dziura i Droga Mleczna, tajemna prastara organizacja Tempus fugit, potężna firma Quanta i jej knowania z rządem...
Atmosfera początkowo przypomina nieco Mroczne Materie Pullmana, Silver to odpowiednik Lyry, Regalia Mason - Pani Coulter, zaś miejsce Willa zajmuje Gabriel. Jednak tam wszystkie pomysły były zgrabnie połączone, a tu się rozłażą, bohaterowie są dziwnie niespójni. Po pewnym czasie byłam zmęczona tym całym galimatiasem bardziej niż bohaterka. Doczytałam książkę do końca, ale nie odczuwam z tego powodu większej satysfakcji. Nie czuję się też zachęcona do sięgnięcia po pozostałe pozycje tej autorki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Winter is coming... Tym razem w komiksie.
Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...
-
Cztery lata wierni czytelnicy Jeżycjady odczekali się na przyjazd Magdusi do Poznania. Ja też czekałam. Oczekiwanie dłużyło mi się niemi...
-
Moje pierwsze zetknięcie z Jane Eyre było całkiem nieświadome. W wieku kilku lat oglądałam z rodzicami jakiś film i jedyne co z niego zapami...
-
Kryminał kryminałowi nie jest równy i nie chodzi wcale o jakość, ale o kraj pochodzenia. Od kryminałów angielskich wymagam czegoś zupełnie i...



