Niepoprawna wielbicielka "Alicji w Krainie Czarów", zawyża poziom czytelnictwa, folguje nałogowi, uprawia tsudoku i hoduje dwa małe mole (książkowe). Poprzednia nazwa bloga (Jedz, tańcz i czytaj) zdezaktualizowała się - mam dzieci, nie mam czasu na nic, ale nadal czytam. Zamiast spać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą taniec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą taniec. Pokaż wszystkie posty
5 stycznia 2012
31 stycznia 2011
Czarny łabędź, biały łabędź
"Czarny łabędź" to film, który niepokoi, drażni i fascynuje. Od wczoraj nie mogę przestać o nim myśleć i z każdą godziną zachwycam się coraz bardziej. Po tylu pozytywnych recenzjach miałam mocno wyśrubowane oczekiwania i seans nie do końca je zaspokoił. Bardzo mi się podobało, ale zabrakło mi tego "czegoś", dzięki czemu uznaje się dzieło za genialne. Mimo wszystko dawno już nie obejrzałam filmu, który utkwiłby mi w głowie na tak długo i nie dawał się stamtąd wyrzucić. Zatarta granica między jawą a marą pozwala na reinterpretacje w nieskończoność.
O szczegółach fabuły nie będę pisać, bo informacje łatwo znaleźć - ten film przewija się przez wszystkie blogi. Powiem tylko, że to opowieść o dążeniu do perfekcji, próbach stworzenia przez artystę arcydzieła bez skazy - co jak każde dążenie do nierealistycznego celu jest prostą drogą do szaleństwa. Oraz o tym, że nawet w najbardziej niewinnym białym łabędziu mogą kryć się demony.
Ogromną zaletą filmu jest Natalie Portman. Jej Nina była dla mnie nie do zniesienia, ale taka właśnie miał być. Irytowała swoim wycofaniem i słabością. Jej szef krzyczał do niej "Stop being so fucking weak!" i ja też miałam ochotę tak krzyczeć - przynajmniej do czasu. Potem się okazało, że krzykiem można obudzić potwory...
O szczegółach fabuły nie będę pisać, bo informacje łatwo znaleźć - ten film przewija się przez wszystkie blogi. Powiem tylko, że to opowieść o dążeniu do perfekcji, próbach stworzenia przez artystę arcydzieła bez skazy - co jak każde dążenie do nierealistycznego celu jest prostą drogą do szaleństwa. Oraz o tym, że nawet w najbardziej niewinnym białym łabędziu mogą kryć się demony.
Ogromną zaletą filmu jest Natalie Portman. Jej Nina była dla mnie nie do zniesienia, ale taka właśnie miał być. Irytowała swoim wycofaniem i słabością. Jej szef krzyczał do niej "Stop being so fucking weak!" i ja też miałam ochotę tak krzyczeć - przynajmniej do czasu. Potem się okazało, że krzykiem można obudzić potwory...
Natalie Portman zdecydowanie zasłużyła na Oskara. Oprócz niej warte zauważenia są też kreacje Barbary Hershley w roli toksycznej matki Niny i prześlicznej Mily Kunis grającej Lily, konkurentkę Niny. Nie zadowolił mnie Vincent Cassel, chociaż bardzo go lubię. Jego rola wydała mi się zbyt sztampowa, zabrakło jej wyrazistości - wydaje mi się, że jest to bardziej wina scenariusza niż aktora.
![]() |
| Natalie Portman i Vincent Cassel |
Od siebie dodam jeszcze, że chociaż rozumiem, dlaczego partia Odetty jest marzeniem balerin, to moim ulubionym fragmentem Jeziora łabędziego pozostanie Pas de Quatre, czyli cztery małe "łabądki", które pląsają, kiwając główkami - mogę na to patrzeć przez dobę na okrągło ;)
A tym, którzy nie lubią, jak im się balet śni w nocnych koszmarach, polecam film Center stage - o nieskomplikowanej, ale sympatycznej fabule, z bardzo ładnymi układami baletowymi. Istnieje też druga część: "Center stage" turn it up", ale znacznie słabsza. W każdym razie po obejrzeniu tych dwóch i poprawieniu "łabędziem" mam wrażenie, że sama już potrafiłabym przygotować do tańca nowe baletki. Należy je kompletnie rozpruć, zszyć od nowa, poodrywać co się da, zaorać podeszwy, a potem już tylko walić nimi kwadrans o podłogę, zmoczyć pod kranem i można tańczyć...
25 stycznia 2011
Dziecinnieję
Może nie powinnam się przyznawać. Albo zakamuflować to pod filozoficznym procesem szukania wewnętrznego dziecka. Prawda jest jednak taka, że czuję się przepracowana, przybita nieustanną ciemnością, a w dodatku mojego Lubego wyniosło na inny kontynent i znowu jestem słomianą wdową. Wszystko to razem powoduje chandrę, a stan ten przejawia się u mnie w namiętnym oglądaniu filmów skierowanych do grupy wiekowej co najmniej o połowę młodszej niż ja. Myślicie, że istnieje jakieś wsparcie dla takich przypadków? Miejsce, gdzie mogłabym wstać i odważnie powiedzieć "Jestem Lilybeth, mam prawie 30 lat i regularnie oglądam filmy dla dzieci"?
Nie?
Trudno. W takim razie opowiem o tym Wam.
Wild Child czyli kolejny film o szkole z internatem. Trafiłam na niego przypadkiem, idąc tropem aktorki June Temple (pierwsza z prawej), która ma szczęście do ról pensjonarek - grała w Cracks i Dziewczynach z St. Trinian.
Bohaterka, rozpuszczona amerykańska laleczka Poppy Moore (Emma Roberts), zostaje umieszczona w brytyjskiej szkole z zasadami, co ma nieco ją utemperować. Poppy początkowo marzy o ucieczce, ale powoli zaczyna doceniać swoje nowe otoczenie i odkrywa, że w życiu nie chodzi tylko o nowy błyszczyk i kolejną imprezę.
Prosta bajka, ale bardzo dobrze opowiedziana - ciepła, sympatyczna, wciągająca i wiarygodna. Do tego z mądrym przesłaniem (ale bez zbyt nachalnego amerykańskiego morału, wypowiadanego pod koniec drżącym patetycznym głosem). Wartościowa pozycja dla nastolatek, a przyjemna - dla wszystkich. Z czystym sercem polecam.
Wild Child: Zbuntowana księżniczka, reż. Nick Moore, Francja, USA, Wielka Brytania 2008.
Ballet shoes to ekranizacja powieści dla dzieci Noel Streatfeild - zawsze chciałam ją przeczytać, a nie miałam okazji, więc jak zauważyłam ekranizację, natychmiast po nią sięgnęłam. Do filmu przyciągnęła mnie też odtwórczyni jednej z głównych ról, czyli Emma Watson - chciałam zobaczyć, jak Hermiona radzi sobie w innych filmach. Bardzo jestem teraz ciekawa oryginału, bo film jest urzekający. Akcja toczy się w Londynie lat 30. XX w. Pod opiekę badacza i podróżnika, wielbiciela skamielin, trafia jego mała krewniaczka, Sylvia. Początkowo oporny, opiekun przywiązuje się do dziewczynki. Kiedy ta trochę podrasta, ze swoich podróży przywozi kolejną dziewczynkę, uratowaną gdzieś po drodze. Malutka Pauline otrzymuje nazwisko Fossil, na cześć skamielin. Wkrótce dobrotliwy opiekun przygarnia kolejne sierotki - Rosjankę Petrovę i córeczkę baletnicy - Possy. Sam nie rezygnuje z podróży, więc to Sylvia i jej stara niania muszą dziewczętom matkować. Kiedy badacz nie powraca z kolejnej wyprawy, na Sylvię i trzy "siostry" Fossil spada ciężar utrzymania siebie i wielkiego domu. Pojawiają się sublokatorzy - smutny mężczyzna, emerytowane nauczycielki i nieco już "zużyta" tancerka. Cała gromadka wspiera się nawzajem, a siostry Fossil zyskują szansę na przyszłość - za namową tancerki trafiają bowiem do szkoły tańca i na scenę.
Film jest naprawdę ładnie nakręcony i dobrze zagrany, bardzo angielski w klimacie. Emma Watson spisała się znakomicie. Co prawda początkowo nie mogłam przestawić się na myślenie o niej per Pauline Fossil, bo przecież wyglądała jak Hermiona :), ale szybko zyskała w moich oczach pełną wiarygodność, jako mała dziewczynka marząca o karierze aktorskiej.
Polski tytuł to "Zaczarowane baletki", chociaż, co w nich zaczarowanego było - nie wiem :) Film jest całkowicie realistyczny, bez żadnych magicznych wstawek.
Zaczarowane baletki, reż. Sandra Goldbacher, Wielka Brytania 2007
cdn.
Zaczarowane baletki, reż. Sandra Goldbacher, Wielka Brytania 2007
cdn.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Winter is coming... Tym razem w komiksie.
Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...
-
Cztery lata wierni czytelnicy Jeżycjady odczekali się na przyjazd Magdusi do Poznania. Ja też czekałam. Oczekiwanie dłużyło mi się niemi...
-
Moje pierwsze zetknięcie z Jane Eyre było całkiem nieświadome. W wieku kilku lat oglądałam z rodzicami jakiś film i jedyne co z niego zapami...
-
Tak! Jeśli mnie nie myli kalendarz, to właśnie dziś, 15 stycznia 2011 r. , Jedz, tańcz i czytaj kończy roczek . Pół roku temu zaliczył co...








