Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty

27 lutego 2016

Tajemnice Zatoki Okrętów

O pierwszych tomach serii CLUE pisałam TUTAJ. Kiedy tylko dostałam dwa kolejne, od razu się na nie rzuciłam. Po pierwsze lektura jest lekka, krótka, wciągająca - w sam na jeden odprężający wieczór, po drugie - o czym już wcześniej pisałam - wydawnictwo niecnie zamieszcza na końcu każdego tomu pierwszy rozdział kolejnego i oczywiście kończy się to tym, ze koniecznie chcę kolejny przeczytać już zaraz... Tak, wiem, to taki chwyt marketingowy, ale cóż, działa.

W trzecim tomie serii zagadka zawiedzie Cecilię, Une i Leo na samo dno Zatoki Okrętów, do zatopionego wraku. W okolicy kręcony jest właśnie film - przez pensjonat "Perła", którego właścicielem jest ojciec Cecilii, przewijają się tłumy, ale nie każdy jest tym, za kogo się podaje. Na planie filmowym dochodzi do drobnej kradzieży, która okazuje się tylko czubkiem góry lodowej, czającej się pod - bardzo dosłownie - powierzchnią wody.

Czwarty tom zaaprowadzi nas prosto na cmentarz. Cecilia, Une i Leo odkrywają, że ktoś rozkopuje stare groby. Badają stare legendy o ukrytych skarbach, zwiedzają okradziony kościółek i tajemnicze bunkry. Próbują odkryć sprawcę i przyczyny jego postępowania, a docierają do wyjaśnienia o wiele straszniejszej tajemnicy...

Bardzo podoba mi się atmosfera tej serii. Leniwy wakacyjny nastrój, okolica pełna tajemnic przeszłości i stary Tim, który zna wiele legend i chętnie się nimi dzieli. Słyszeliście historię o niemieckim złocie, które tak naprawdę wcale nie było niemieckie? A o starym pastorze, który modlił się za tonących, zamiast im pomóc i został przez to skazany na potępienie? To może wiecie coś o zatopionych okrętach? Znacie tajemne przejścia w pobliskich bunkrach? A może wiecie, co się stało z matką Cecilii? Oczywiście, nagromadzenie zagadek w tym jednym zakątku Norwegii jest mało prawdopodobne, ale z chęcią przymykam na to oko. Seria detektywistyczna rządzi się swoimi prawami.

Autorem serii jest Jorn Lier Horst, jeden z najbardziej znanych norweskich pisarzy kryminałów, który napisał m.in. "Jaskiniowca" i "Psów gończych".

Recenzja serii CLUE ukazała się także na blogu Książniczka i braciszek.

13 września 2015

Młodociani detektywi i jeden mały łobuz

Zaczynając od małego łobuza - takie to właśnie stworzonko sprawia, że nie mam zupełnie czasu na czytanie:

Dałam się jednak skusić wydawnictwu Smak Słowa i zgodziłam się zapoznać z pierwszymi tomami serii CLUE. Po pierwsze, autorem jest Norweg Jorn Lier Horst, o którego "Jaskiniowcu" słyszałam dobre opinie. Po drugie, w dzieciństwie zaczytywałam się Bahdajem - ach, te wszystkie czarne parasole i drogocenne kapelusze - oraz uwielbiałam detektywa Blomkvista (Kallego, nie Mikaela, chociaż tego ostatniego też uwielbiam), i na wszelkie młodzieżowe powieści detektywistyczne pozostałam nader łasa.

Seria CLUE wydaje mi się rozwiązaniem idealnym na wakacje, nie tylko dla młodych czytelników. Nie dość, że tomy niezbyt grube i poręczne, akurat na jeden dzień podczytywania na plaży, to jeszcze miejsce akcji jest bardzo wakacyjne. Nad Zatoką Okrętów, w pensjonacie Perła, mieszkają Cecilia Gaathe, córka właściciela, oraz Leo Bast, syn pani menadżer, a nieopodal ich przyjaciółka Une ze swoim psem Egonem. Uroczy pensjonat przyciąga wielu gości, a wśród nich zadziwiającą liczbę przestępców... W tomie pierwszym pt. "Zagadka Salamandry" na Cecilia i Leo natykają się na plaży na zwłoki topielca. Szybko zaczynają podejrzewać, że do jego śmierci mógł ktoś się przyczynić, i zaczynają uważniej przyglądać się gościom pensjonatu.
W tomie drugim ("Zagadka zegara maltańskiego") przyjaciele trafiają na trop złodziejskiego łupu, skradzionego rok wcześniej w sklepie jubilerskim w Oslo, w tym bezcennego zabytkowego zegara. A w pensjonacie znów roi się od podejrzanych typów.
Bardzo wciąga też poboczny wątek, spajający serię powieści, a dotyczący śmierci matki Cecilii. Rok wcześniej Iselin Gaathe zniknęła z wydawanego przez siebie przyjęcia, a tydzień później została znaleziona na plaży. Uznano, że w wyniku nieszczęśliwego wypadku utonęła, ale szczegółów nigdy nie odkryto. Powoli, z drobiazgów, Cecilia zaczyna budować historię ostatnich dni swojej matki.


Historie są na tyle ciekawe, że pożałowałam, że Autor nie pokusił się o rozbudowanie powieści o tło obyczajowe, nie pogłębił charakterów postaci i nie zrobił z tego serii dla dorosłych czytelników (a la seria o Emmie Graham Marthy Grimes, którą bardzo lubię - swoją drogą, ciekawe, czy planują wreszcie wydać ostatni tom serii "Fadeaway Girl"). Ale jako seria młodzieżowa całość jest przyzwoita - tempo akcji szybkie, zagadki i ich rozwiązania realistyczne, a do tego wkombinowane w intrygę elementy edukacyjne - w tomie pierwszym mamy Sokratesa i jego "wiem, że nic nie wiem", a w tomie drugim tajemnicze pojęcie "czas". Bardzo odprężająca lektura, akurat na dwugodzinną drzemkę niemowlaka ;), chętnie zapoznałabym się też z dalszymi tomami i aż żałuję, że jeszcze się nie ukazały (w zapowiedziach "Zagadka dna morskiego" i "Zagadka hien cmentarnych").

11 listopada 2014

Wsi spokojna, wsi wesoła... ("Wnuczka do orzechów" - Małgorzata Musierowicz)

Przetrzymała mnie Autorka okrutnie w oczekiwaniu na dwudziesty tom Jeżycjady. Zapowiedź "Wnuczki do orzechów" pojawiła się już w poprzednim tomie, "McDusi", który ukazał się w październiku 2012 r. I tak sobie czekałam i czekałam, tracąc powoli nadzieję na doczekanie się*. A jednak stało się, "Wnuczka..." wyszła i pobiegła prosto w me ramiona ;) Zaczęłam czytać wczoraj wieczorem, wbrew planom zarywając część nocy, skończyłam dziś rano.




Wyjaśniam od razu, że jestem nieuleczalną fanką Jeżycjady. Więc nieważne, jak bardzo pogarszać się będzie jakość kolejnych tomów, nieważne, jak bardzo będę narzekać na tzw. Neojeżycjadę, i tak będę sięgać po kolejne tomy, będę je czytać, będę narzekać, a potem wytrwale czekać na następne. Wykreowani przez Małgorzatę Musierowicz bohaterowie już dawno przestali być dla mnie postaciami literackimi - są ludźmi z krwi i kości, odwiedzam ich z każdym kolejnym tomem jak dawno niewidzianych znajomych, pomimo że dorobili się ostatnio dość irytujących cech charakteru oraz równie irytującego potomstwa.

Tym razem jednak narzekać aż tak bardzo nie będę. "Wnuczka do orzechów" podobała mi się znacznie bardziej niż "McDusia", a nawet niż "McDusia", "Sprężyna" i "Czarna polewka" razem wzięte. Akcji tu nie za dużo co prawda, całość można by streścić w trzech zdaniach, ale obrazki rodzajowe bardzo piękne.

Autorka postawiła tym razem na niespodzianki. Dużo było przy ostatnich tomach narzekania, że każdy kolejny tom kręci się, li i jedynie, wokół Borejków, a zwłaszcza dzielnej (acz dzielność ta dość dyskusyjną jest) Gabrieli i jej progenitury oraz potomstwa Idy Pałys. W kółko siedzimy (czytelnicy) na Roosevelta 5, no ileż można. Autorka wzięła sobie chyba te narzekania do serca...

Pierwszy plus
Tym razem akcja toczy się wcale nie w Poznaniu lecz na podpoznańskiej wsi.  Na Jeżyce zaglądamy tylko na chwilę, a w dodatku nie przypominają one wcale dotychczasowego borejczanego raju.

Drugi plus
Bohaterką główną, uwikłaną w sercowe rozterki, jest postać całkiem nowa - Dorota Rumianek, hoża blondynka, dziarski i wesoły promyczek, no, istne Słoneczko, jak z Buyno-Arctowej. Borejkowie się pojawiają, a jakże, ale na plan pierwszy wysuwa się Ida Pałys. Gabriela jest, ale bardziej w tle, co powieści wychodzi zdecydowanie na dobre. Ida, ostro krytykowana przez czytelników za chamskie wyskoki w "McDusi", pokazuje w tym tomie zdecydowanie ludzką twarz. Nie zdradzę wiele (bo chyba wystarczy rzut oka na tył okładki, by to stwierdzić), jeśli wyjawię, że męskim bohaterem romantycznym jest syn Idy, Józef, świeżo po maturze.

Trzeci plus
Mniej patosu, więcej humoru. Powieść jest momentami naprawdę zabawna, mnie przynajmniej chichot bulgotał w trzewiach, zwłaszcza podczas czytania emaili Idy. Oczywiście elementy umoralniające także są, ale jakoś tak strawniej podane, bez łopatologii.

Czwarty plus
Borejkowie z przyległościami pokazani są także na tle wiejskim, wszyscy (niemal) goszczą w domu Patrycji (jest upalne lato), zamiast jak zawsze kisić się w swoim poznańskim mieszkanku. Poza seniorami i Gabrysią pojawiają się dotąd lekceważeni Natalia-Matalia z Robrojkiem i jej synowie. Irytująca Łusia została (na szczęście) wysłana na wakacje, bo jej dywagacji gramatycznych bym nie zdzierżyła, zaś irytujący Ignaś został pokazany z lekkim przymrużeniem oka, co mu zdecydowanie na dobre wyszło. Ucieszyłam się także z usunięcia poza fabułę McDusi - nie tyle irytującej, co nijakiej. Jak na bohaterkę całego tomu 19. (oraz jak na córkę uroczej pary, czyli Kreski i Maćka Ogorzałki), dziewczyna ta jest zdumiewająco pozbawiona charakteru. Moim zdaniem Autorka nie bardzo miała na nią pomysł i mam nadzieję, że lepiej ją przemyśli, zanim (jeśli) ją sprowadzi z powrotem.

Piąty plus
Fabuła jest lepiej osadzona w rzeczywistości. Wieś niebogata, Dorotka i jej babki-opiekunki borykają się z problemami finansowymi, jest i wątek emigracji zarobkowej. Korespondencja mailowa funkcjonuje doskonale. Młodzież reprezentowana jest nie tylko przez chłopców wzniosłych i szlachetnych, recytujących poezję oraz - na przeciwnym biegunie - kiboli. Są także młodzieńcy tkwiący pod sklepem z butelką piwa i pretensjami do świata ;)

Minusy też są, ale czepiać się za bardzo nie zamierzam.

Minus pierwszy, główny
Podobnie jak "McDusia" - powieść jest nudnawa. Jako obrazek rodzajowy - urocza, ale żebym jakoś specjalnie przeżywała wątki główne i poboczne, to nie. Raczej nie miałam wątpliwości, jak się to wszystko potoczy i zakończy. Nie sądzę, żebym wciągnęła się w akcję, gdybym zupełnie nie znała Jeżycjady. Taką "Pulpecję" czy "Brulion Bebe B." można było czytać solo, a to już jest raczej produkcja dla fanów serii.

Minus drugi, powiązany z pierwszym
Zdecydowanie lepiej zrobiłoby fabule, gdyby miłość między głównymi bohaterami rodziła się jakoś inaczej niż od pierwszego wejrzenia. Albo gdyby akcja skupiła się na tym, jak to uczucie rozwija się przy wejrzeniach kolejnych. A tak, mamy tu powtórkę wątku Laury i Adama, co to spojrzeli sobie w oczy, zakochali i już było im wszystko wiadomo. A potem się oczywiście okazało, że są dla siebie stworzeni. Raz - nieprawdopodobne (przypadek pojedynczy, niech będzie, ale drugi raz to samo, to już za dużo), dwa nudne - obcy sobie ludzie spotkali się przypadkiem, zobaczyli w oczach swych cały wszechświat i to właściwie koniec uczuciowych rozterek w tym tomie. Może ja jestem dziwna, ale nie umiem wyczytać drugiemu człowiekowi wyłącznie z oczu całej szlachetności jego charakteru... W dodatku nastolatką będąc, to chętnie tę szlachetność przypisywałam co urodziwszym przedstawicielom płci przeciwnej...

Szczęśliwie, ja już wyrosłam z wieku, kiedy mnie uczuciowe rozterki wieku nastoletniego poruszały, więc cieszyłam się w powieści nie tyle fabułą, co jej tłem. Ale jeśli ktoś Jeżycjady nie czytał, a chciałby, niech raczej zacznie od pierwszych tomów.

Małgorzata Musierowicz, Wnuczka do orzechów, Łódź 2014.

PS Minus trzeci, o którym zapomniałam napisać - w pierwszej scenie mamy udzielanie pierwszej pomocy, do której to sceny powinien być chyba jakiś przypis uświadamiający, że tak się tego NIE robi. Bo inaczej jeszcze się ktoś z czytelników zasugeruje i spróbuje wdrożyć...

*Aż się boję myśleć, kiedy ukaże się tom 21, którego zapowiedź - owszem - znalazła się w tomie obecnym (ma mieć tytuł "Feblik"). 


2 czerwca 2013

Pawia wiosna z Uną

O tej książce wspominała dawno temu Padma z Miasta Książek i od tego czasu miałam ją zapisaną w zakładce pamięci jako "do przeczytania". Jeszcze by sobie tam pewnie tkwiła, razem z tysiącem innych, ale ostatnio poznałam się z panią Rumer Godden przy lekturze "Inspektorze, na pomoc" i to mnie zmotywowało - jedno kliknięcie na Allegro, kilka złotych* i Una zamiast do Indii, przyjechała do mnie (*symboliczna opłata, bo książka ma ponad 30 lat - i o zgrozo, nigdy chyba nie była czytana, bo obwolutę ma co prawda dość zniszczona, ale w środku znalazłam dwie nierozcięte karty).

Co za urocza powieść. Przyznam bezwstydnie, że choć jestem dwa razy starsza od Uny, i pochlebiam sobie, że nieco mądrzejsza doświadczeniem życiowym (Rawiego rozgryzłam od razu ;) ), nie mogłam odłożyć lektury. Dobrze mi było w tych Indiach i nie tylko dlatego, że ciepło.


Nastoletnia Una i jej młodsza przyrodnia siostra uczą się w elitarnej angielskiej szkole. Ich ojciec, dyplomata w Indiach, postanawia jednak znienacka wezwać dziewczynki do siebie. Dla doskonałej matematyczki Uny to tragedia - w Indiach ma dalej uczyć ją jakaś guwernantka, co może przekreślić nadzieje dziewczyny na studia. Kiedy dziewczęta przybywają do Delhi, sytuacja okazuje się gorsza, niż sie Unie wydawało - piękna Alix jest nie tylko guwernantką. Coś ją wyraźnie łączy z ojcem Uny. W dodatku kobieta chyba nie do końca jest tym, za kogo się podaje... Pocieszenie Una znajduje w małej chatce pomocnika ogrodnika, którą zamieszkuje przystojny młody poeta, Rawi.

Nie spodziewajcie się prostej opowieści "dobra pasierbica kontra zła macocha", ani równie oklepanej historii pierwszej miłości (chociaż miłość jest, i do tego pierwsza). Godden potrafi doskonale odmalowywać charaktery w całe gamie szarości. Nie ma tu banalnych podziałów na czarne i białe, złe i dobre. Do tego wszystko rozgrywa się w doskonale opisanych indyjskich realiach - pisarka spędziła w Indiach wiele lat i zna je od podszewki. Mogłabym się przyczepić najwyżej do samego zakończenia - trochę autorka poszła na łatwiznę - ale w obliczu świetnych 335 stron przed zakończeniem, czepiania się odmawiam. Niebanalna akcja, gorący klimat i ładna proza - polecam.

Powstała telewizyjna adaptacja, której nie polecam, bo ograniczono się w niej właściwie tylko do wątku Uny i Rawiego, ale dla porządku wspominam. Rawiego zagrał aktor znany z serialu "Lost" -

Rumer Godden
Indyjska wiosna Uny
Iskry 1980, ss. 338 

5 maja 2013

Renklodowe lato

Ta książka jest doskonałym przykładem na to, jak można zmylić czytelnika źle dobranym tytułem i okładką. Podejrzewam wręcz jakiś ponury spisek redaktorów, którzy z nieznanych mi acz niecnych przyczyn nie chcieli, by powieść trafiła do grupy docelowej. Tytuł "Inspektorze, na pomoc!" mnie osobiście sugerowało okolice literatury bahdajopodobnej. W połączeniu z okładką nakreśliłam już w wyobraźni prawdopodobną (niezbyt oryginalną) fabułę - grupka dzieciaków na wakacjach rozpracowuje jakąś podwórkową zagadkę kryminalną. Tymczasem wątek sensacyjny jest daleko w tle, zdecydowanie nie uzasadniając tytułu (polskiego tytułu, bo tłumaczenie nijak się ma do oryginalnego "The greengage summer"). Zamiast przygodówki dla dzieci dostałam nostalgiczną opowieść o dojrzewaniu z upalnym francuskim latem w tle.

Angielska rodzina Greyów bardzo niefortunnie rozpoczyna wakacje we Francji. Matka trafia do szpitala, a gromadka jej pociech: Joss, Cecil, Vicky, Hester i Willmouse, samotnie zamieszkuje w hotelu Les Oeillets. Nie są tam mile widziani, nikt z właścicieli i obsługi specjalnie o nie nie dba, więc młodzi Greyowie spędzają dni samopas, zjadając renklody w rozgrzanym słońcem sadzie i wędrując wzdłuż plaż nad Marną. A także obserwując powikłane stosunki między właścicielką hotelu, farbowaną na rudo mademoiselle Zizi a tajemniczym Anglikiem Elliotem, który ku jej irytacji przejawia nadzwyczajne zainteresowanie dziećmi, zwłaszcza śliczną 16-letnią Joss.

Fabularnie nie dzieje się tu zbyt wiele, mogłabym streścić akcję w trzech zdaniach i byłoby to streszczenie rozbudowane. Nie o akcję jednak w tej powieści chodzi, ale o urzekający klimat, o nastrojowy opis momentu, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, że jego dzieciństwo właśnie dobiega końca, o doskonałe oddanie zachowań dorosłych obserwowanych oczyma dziecka (narratorką jest 13-letnia Cecil).

Polecam gorąco. Wpis dodałam także do Klasyki Młodego Czytelnika, bo choć nie jest to pozycja dla młodszych dzieci (raczej nie wzbudzi ich zainteresowania), to młodzieży może się spodobać. Powieść została sfilmowana w 1961 r. jako "The Greengage Summer" (w USA rozpowszechniana jako "The Loss of Innocence").

21 listopada 2012

Osobliwy dom pani Peregrine

No, to sobie pomarudziłam w poprzednim wpisie, ze mnie żadna książka nie wciąga, a teraz pora to odszczekać. Zaczęłam czytać "Osobliwy dom..." jeszcze przedwczoraj. Wczoraj czytałam w nocy dopóki udało mi się utrzymać oczy otwarte. Skończyłam dziś po śniadaniu.

Nie jest to może absolutny ideał i wzór powieści, ale co z tego. Świetnie się czyta, pomysł jest "osobliwy" i frapujący, a akcja spełnia oczekiwania. Mocną stroną książki jest też jej nastrój. Stary odosobniony dom, skalista walijska wyspa, tajemnice z przeszłości, które powoli wychodzą na jaw... To jeden z niewielu przypadków, kiedy książkę wybrałam po okładce. Znalazłam ją na amerykańskim Amazonie i zafascynowało mnie zdjęcie na okładce (takie samo jak w wydaniu polskim), a w dodatku okazało się, że również treść ilustrowana jest podobnymi fotografiami. Po prostu MUSIAŁAM ją mieć, ale "mienie" nie oznacza czytania, więc powieść odleżała swoje w kątku. Dopiero ostatnio odkryłam, że właśnie ukazał się polski przekład, który reklamowany jest świetnym trailerem i doszłam do wniosku, ze książka zdecydowanie dojrzała do czytania.

Czytałam oryginał i jeśli ktoś lubi czytać po angielsku, to polecam, bardzo przystępny język. Fabuły nie będę Wam streszczać, lepiej obejrzyjcie zwiastun, bo świetnie oddaje klimat i zdradza tylko tyle, ile trzeba:


Miarą jakości książki niech będzie to, że dopiero po przewróceniu ostatniej strony uświadomiłam sobie, że w sumie jest to chyba literatura adresowana do młodzieży... W ogóle śmieszna rzecz zdarzyła się gdzieś w połowie czytania. Autor poprowadził akcję w taki sposób, że nie mogłam się domyślić, jak z tego wybrnie. Wydawało się, że będzie musiał po prostu skończyć w połowie i zawrócić swojego bohatera do domu, pokonanego w starciu z tajemnicą. Kiedy już wiedziałam, co się święci, stwierdziłam "o nie, ja nie lubię takich rozwiązań, to mi się nie będzie podobać...". Po czym nie mogłam się oderwać od czytania. Nadal nie lubię "takich rozwiązań" (nie zdradzę jakich, chyba że na uszko), ale Autor widać lubi i poprowadził akcję tak, że i ja musiałam ją polubić.

Oczywiście, są pewne minusy. Jest to pierwszy tom cyklu - prawdopodobnie, bo dalsze na razie nie powstały (w ogóle jest to powieściowy debiut Autora i jako taki naprawdę udany). Minus za to, bo zostałam porzucona na ostatniej stronie z nierozwiązaną zagadką. A do tego - czy naprawdę autorzy nie są w stanie zmieścić fabuły w jednej książce, czy jest to zagranie czysto marketingowe? Zasadniczo nie mam nic przeciwko cyklom, nawet pisanym dla pieniędzy, może tylko to, że jest ich ostatnio dziwnie dużo i że po świetnym pierwszym tomie poziom kolejnych stacza się po równi pochyłej. Mam jednak nadzieję, że to nie będzie ten przypadek.

O drugim minusie nie napiszę za dużo, żeby nie zdradzać fabuły. Tylko to, że na problemach z czasem wykładają się nawet fizycy kwantowi, więc nic dziwnego, że i teorie Riggsa mają sporo luk. Ale po krótkim namyśle postanowiłam nie analizować ich zbyt głęboko, tylko przyjąć do wiadomości i dalej bawić się dobrze.

W Stanach książka spotkała się z wyjątkowo entuzjastycznym przyjęciem, utrzymując się przez ponad 60 tygodni na liście bestsellerów literatury młodzieżowej. Mimo tego i mimo moich zachwytów nie wszystkim się musi podobać. Na pewno poleciłabym fanom "młodzieżówek" Zafona (chociaż moim zdaniem ta książka jest od nich lepsza) i wszystkich cyklów młodzieżowych, które mieszają rzeczywistość z fantazją.

Osobliwy dom pani Peregrine / Miss Peregrine's Home for Peculiar Children, Ransom Riggs, Media Rodzina 2012

4 października 2012

Telenowela na Jeżycach ("McDusia" M. Musierowicz)


Cztery lata wierni czytelnicy Jeżycjady odczekali się na przyjazd Magdusi do Poznania. Ja też czekałam.  Oczekiwanie dłużyło mi się niemiłosiernie, zwłaszcza, że nowy tom zapowiadany był już w poprzedniej "Sprężynie", a i samo dziewczę wjechało na poznański peron w 2008 roku (wtedy rozgrywała się akcja ostatniego tomu).

Należę do tej frakcji wielbicieli "Jeżycjady", która uważa ostatnie tomy za - niestety-niestety - coraz słabsze. Brak w nich tego doskonałego dawniej wyczucia komizmu i trafnych obserwacji, które Autorka zastąpiła podwójną porcją moralizatorstwa i obficie podlała patosem. Krzewienie wartości dobra rzecz, ale pod warunkiem, że nie wsuwa się w powieści na plan pierwszy. Bohaterowie też coraz bardziej przypominają karykatury samych siebie -szczególnie irytują: święta Gabryjela z dzielną grzywką, wzór cnót wszelakich, i natchniony starzec ucieleśniony-wzorzec-staropolskich-mądrości Ignacy Borejko. Rozkoszne dzieci (Bobcio z pisankami czy Tomcio i Romcia żujący balonówę) zmieniły się w małych starców, mądrych od kołyski i - co najgorsze - zostały wysunięte na plan pierwszy. Pierwotnie "Jeżycjada" była kierowana do nastolatków (choć czytywana przez pełne spektrum odbiorców), których życie uczuciowe dziesięciolatka niekoniecznie interesuje najbardziej.

Nic dziwnego, że "McDusi" oczekiwałam z poważnymi wątpliwościami, których nie rozwiewało nieustanne przesuwanie premiery. Wczoraj wreszcie wyczekiwane wydarzenia nastąpiło. Zanim udało mi się rzucić do księgarni, dorwałam się do forum fanów Musierowicz na gazeta.pl, gdzie spojlerowanie trwało w najlepsze. Opinie były - ach, niestety - mocno krytyczne. Poczytałam, podłamałam się (zwłaszcza cytatami) i popędziłam na zakupy. Nikogo chyba nie zdziwi, że książkę połknęłam w jeden wieczór. I co?

Nie jest tak źle, jak się obawiałam.
Nie jest tak dobrze, jak na to liczyłam.

Wspomniane forum fanów jest nader krytyczne i sporo ich opinii uważam za zwykle czepialstwo (do którego mają prawo, ale ja osobiście nie zamierzam robić rozbioru każdego zdania powieści). Jeden zarzut jest jednak nie do podważenia - "McDusia" jest po prostu nudna. Nie będę tu streszczać fabuły - wielbiciele będą chcieli mieć niespodziankę, a ci, którzy "Jeżycjady" nie czytują i tak się nie połapią w licznych bohaterach. Nawet gdybym jednak chciała akcję streszczać, to nie mogę - bo jej tam po prostu nie ma. Magdusia Ogorzałkówna przyjeżdża do Poznania uporządkować rzeczy po pradziadku. Laura przygotowuje się do ślubu, który w końcu bierze. Koniec. Nic więcej się nie dzieje.

Mamy za to pełen przegląd postaci z poprzednich tomów - pojawiają się choć na ułamek sekundy albo przynajmniej ktoś wspomina, co się z nimi dzieje. Powieść rozgrywa się w ostatnim tygodniu grudnia 2009 r., a jest to okres sprzyjający zgromadzeniom, nawet i bez ślubów. Miło było dowiedzieć się, co u wszystkich słychać, odwiedzić stare kąty, wygrzać się w cieple borejkowskich... kaloryferów ;) Niemniej mam wrażenie, jakbym obejrzała 20 odcinków telenoweli. Zajęło to sporo czasu (powieść liczy 300 stron), ale właściwie nic się nie wydarzyło. Jeden bohater popatrzył na drugiego, drugi pomyślał coś o trzecim... Wątek uczuciowy z główną bohaterką niby jest, ale jest to wątek najmniej udany ze wszystkich, kompletnie niewiarygodny, upchnięty na siłę, bo tradycji musi stać się zadość i pierwszoplanowe dziewczę musi być na koniec szczęśliwie zakochane.

Kolejny minus to przesłodzenie powieści. Jest miło, dobrze, krzepiąco, wszyscy mają w oczach łzy wzruszenia, wybaczają dawnym wrogom, którzy ułatwiają to, gorąco się kajając. Wroga właściwie jest sztuka jedna. Reszta konfliktów już dawno roztopiła się w cieple borejkowskich serc. To jedyna we wszechświecie tak wielka rodzina, która nie generuje absolutnie żadnych sporów (przynajmniej od czasu spacyfikowania drapieżnego Tygryska i przemienienia go w uroczą syrenkę). Wszyscy się kochają i stoją ramie przy ramieniu - oni kontra ten okropny współczesny świat. Naprawdę, jakiś przyjemny dramacik, np.na linii mąż Róży - teściowa (która w końcu może mu mieć sporo za złe), ubarwiłby znacznie powieść. Niestety, Fryderyk jako postać średnio krzepiąca jest obecnie tylko cieniem na ścianie, przesuwającym się gdzieś w tle.

Było tez kilka mniejszych irytacji. Kilka tomów temu pojawiła się pewna nieznośna maniera - i niestety została utrzymana. Co drugie zdanie bohaterów, to zwrotka jakiegoś wiersza. Nie przypominam sobie, żeby np. w domu Żaczków ("Szósta klepka") przerzucano się nieustannie poezją lub żeby w stanie wojennym Kreska pocieszała się recytując sobie cichcem "Pana Tadeusza" ("Opium w rosole"). Nie mam nic przeciwko wieszczom narodowym, ale bardziej wierzę w rodzinę rzucającą przy stole hasłem "kto mlaszcze, dostanie w paszczę" niż dławiącą się na patriotycznych strofach, recytowanych między zupą a drugim daniem.

I wreszcie - paskudne ilustracje. Dawniej bardzo lubiłam rysunki bohaterów, wykonywane przez Autorkę. Chyba jednak nie radzi sobie ona z postarzaniem swoich bohaterów (czy to w "Sprężynie" był cudowny Baltona w charakterze starego obleśnego dziada?). Aurelia Bittner w postaci postarzonej pacynki jest po prostu upiorna*, przypomina postać z horroru i nie wiem, jakim cudem nikt w wydawnictwie nie zaprotestował. Od ilustracji, na samym początku książki, przedstawiającej licealistów Ignacego Grzegorza i Magdusię, nie mogłam się długą chwilę oderwać, bo nie rozumiałam, co właściwie widzę - początkowo myślałam, ze coś się ze skalą popsuło. Ignaś wyglądał jak dziesięciolatek, ale w powiększeniu, a Magdusia jak kwadratowy krasnalek, sięgający mu do pasa. Nie znalazłam w treści wzmianki o tym, że Ignacy wyrósł na dwa metry, ani że Magdusia liczyła sobie zaledwie metr trzydzieści wraz z fryzurą, więc chyba po prostu coś się posypało z proporcjami ciała. Utwierdziłam się w tym przekonaniu, kiedy na kolejnych rysunkach zobaczyłam bohaterów z zagadkowo krótkimi rączkami, po wyprostowaniu sięgającymi najwyżej bioder. Jedyna Laura się Autorce udała.

Podsumowując, jako fanka oczywiście ustawie "McDusię" na półce i pewnie kiedyś do niej wrócę, tak jak się wpada w odwiedziny do dobrych znajomych. Może trochę chętniej niż od ostatnich tomów, ze względu na nieobecność irytujących przemądrzałych dziesięciolatków (trochę się tylko Gramatyczna Łucja popisuje, ale niezbyt często). Ale jeżeli ktoś chciałby zaczynać przygodę z Musierowicz - to zdecydowanie nie od tego tomu.

*Inna sprawa, że żadna kobieta z "Jeżycjady" nie zmienia fryzury od ukończenia 16 roku życia. Jednej Idzie włosy odrosły po brutalnym strzyżeniu. Hasło, że "kobieta zmienną jest" to w tym kontekście jakiś dowcip. Mężczyźni za to zapuszczają wąsy. Nie wiem, czy to jakiś fetysz aktorki, ale mam wrażenie, że wąsy nie są najpopularniejszym obecnie atrybutem czterdziestolatka. Żeby chociaż broda, ale nie! - styl Piasta Kołodzieja dominuje.

26 lipca 2011

Na Wyspie Księcia Edwarda

"Jeśli jeszcze raz wspomni o Blythe'ach, rzucę w niego tym dzbankiem", pomyślała Susette. (s. 566)

Ja bym też chętnie rzuciła...

"Ostatni tom serii powieści o Ani Shirley wydany w pełnej, nie okrojonej wersji, w zgodzie z oryginalnym maszynopisem przekazanym przed laty kanadyjskiemu wydawcy przez autorkę. Do tej pory skrócona o około 100 stron książka dostępna była w sprzedaży (również w Polsce – Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009) pod tytułem Spełnione marzenia. Usunięte z poprzednich edycji tytułu strony rzucają nowe światło na historię wielu bohaterów cyklu. To znakomita lektura dla młodych i nieco starszych czytelników." (notka wydawcy)






Niech Was nie zwiedzie tytuł "Ania z Wyspy Księcia Edwarda". Przede wszystkim - to zbiór luźnych opowiadań, a nie kolejny tom powieści. Ania, Gilbert i ich dzieci nie są bohaterami żadnego opowiadania. Pomiędzy opowiadaniami umieszczone są wiersze "autorstwa" Ani i jej syna Waltera (naprawdę L.M. Montgomery) - i przy nich pojawiają się króciutkie dialogi między członkami rodziny Blythe'ów. W rozmowach tych nie pada jednak nic nowego - są to niemal wyłącznie odniesienia do  wydarzeń z wcześniejszych tomów.

Bohaterami opowiadań są  mieszkańcy Glen St. Mary, którzy poza przeżywaniem swoich perypetii (na ogół romasowo-matrymonialno-dziecięcych) mają istną obsesję na punkcie rodziny Blythe. Co drugie zdanie pojawiają się powołania typu "tak mówi doktor Blythe, tak uważa doktorowa, która jest piękną i przemiłą kobietą, to mówiła mi Zuzanna Baker". Bardzo szybko staje się to po prostu irytujące. Gdzieś w jednej czwartej tomu byłam w stanie szczerze znienawidzić Anię, Gilberta, Zuzannę i całą progeniturę. Ratowało mnie tylko to, że niektórzy bohaterowie też mieli dosyć tych inwokacji (patrz cytat na wstępie). Angielski tytuł "The Blythes Are Quoted" jest jak najbardziej na miejscu - bo cytowani są w kółko. Polski nie ma sensu.

Podobno L.M. Montgomery po prostu zebrała różne swoje opowiadania - opublikowane w gazetach i te nigdy nie wydane, powplatała wzmianki o Ani, przełożyła "jej" poezją i zaniosła wydawcy. Rozumiem obecny pęd do wydania ostatniego dzieła pisarki w takiej postaci, w jakiej chciała je widzieć - można to uznać za rodzaj hołdu. Jednak reklamowanie tego jako ostatniego odnalezionego tomu Ani ("niepublikowany wcześniej ostatni tom przygód Ani z Zielonego Wzgórza" - cytat z okładki polskiego wydania) jest bzdurą podyktowaną chyba chęcią wyciągnięcia pieniędzy od fanów cyklu (na "Blythe'ów" mogliby się nie złapać).

"Fabuła powieści jest o tyle zaskakująca, iż w niczym nie przypomina poprzednich części – odpowiada na takie problemy jak zdrada, starość, śmierć, niechęć do kobiet, nieślubne dzieci." (stąd). Rzeczywiście nie przypomina to poprzednich części Ani z Zielonego Wzgórza, ale w innych opowiadaniach te tematy się pojawiały. Tu może rzeczywiście są nieco silniej zaznaczone, ale bez sensacji. Skala mroczności nieco wzrosła w drugiej, krótszej części (tom podzielony jest na dwie części - pierwsza dotyczy czasów sprzed I wojny światowej, druga - po niej). Miałam wrażenie, że po prostu opowiadania te powstały później niż "Ania", kiedy o niektórych sprawach można było mówić i pisać śmielej.

To, co mną wstrząsnęło najbardziej, to nie morderstwa i nieślubne dzieci. W ostatnim opowiadaniu pojawiają się imiona wnuków Ani i Gilberta - w to aż nie chce się wierzyć, bo jak Ania mogłaby być czyjąś babcią! Najdziwniejsze jednak wrażenie robi wspomnienie Holokaustu. Ania Shirley i Holokaust wymienione jednym tchem, to jak zderzenie galaktyk z równoległych światów - niemożliwe.

To, czego zupełnie nie załapałam natomiast, to zapowiadane odarcie Gilberta ze wspaniałości: "The Globe and Mail" zwrócił uwagę, że fani powieściowego męża Ani, dobrego doktora Gilberta Blythe, "mogą teraz chcieć zasłonić oczy". W nowej książce Gilbert to drań i manipulator, ogarnięty chęcią kontrolowania wszystkich. (też stąd). Eee.... że co? Mnie się wydawał taki jak zawsze, pojawiał się jako ten wspaniały doktor Blythe,  kochający maż i doskonały ojciec - jeśli ktoś mógłby mnie naprowadzić na jakiś trop, byłabym wdzięczna.

Wracając jeszcze do praktyk polskiego wydawcy, to poza tytułem i reklamą przyczepię się jeszcze do niedbalstwa w imionach. Dziwna jest ta praktyka tłumaczenia imion, która sprawiła, że Jim Blythe był Kubą, ale Krzyś Ford - oryginalnym Kennethem (w wersji z mojego dzieciństwa było dokładnie na odwrót). Imion poza rodziną Blythe na ogół nie tłumaczono, więc w opowiadaniach występowali George, Dick i Ursula, a nie Jerzy, Ryś i Urszula. Jednak  narzeczona Jima/Kuby Blythe'a, córka pastora Mereditha, występuje czasem pod oryginalnym imieniem Faith, a czasem jako Flora...* Ja wiem, że to ta sama osoba, ale ktoś nie oblatany w twórczość Montgomery chyba się nie połapie. Fakt, jestem przyzwyczajona do starego wydania "Ani..." i do tamtych imion (też swobodnie niekonsekwentnych), ale jeśli już w nowych wydaniach chcieli coś zmienić, to proszę - albo Jim, Kenneth i Faith, albo Kuba, Krzyś i Flora.

Z innych błędów - w posłowiu na końcu książki  jest w przypisie zdanie "W ostatnim opowiadaniu "Spełnione marzenia", którego akcja toczy się w trakcie drugiej wojny światowej, Susette i Dick wspominają dziecięce przygody z wnukami Ani i Gilberta, co jest niemożliwe w świetle książkowej chronologii." Susette i Dick wspominają imiona Jima/Kuby, Nan i Di, więc chodzi o dzieci, a nie wnuki, Ani i Gilberta... (s. 588). Drażnią mnie takie nieścisłości, zwłaszcza że nawet nie czytałam tej książki zbyt wnikliwie (wybaczcie, ale po prostu mnie znudziła) - a wydawnictwo chyba powinno pracować nad nią staranniej.

Podsumowując, nie była to zła lektura, ale byłaby lepsza, gdybym się nie nastawiała na więcej informacji o losach Blythe'ów. W sumie czytałam przed lekturą recenzje, nieodbiegające wiele od mojej, więc już wiedziałam, czego się spodziewać - ale oczywiście i tak chciałam się przekonać osobiście. Jako zagorzała fanka nie mogłabym nie przeczytać czegoś, co pisarka złożyła do publikacji tuż przed śmiercią. 

Opowiadania są różne, niektóre lepsze, niektóre gorsze - mają przyjemny staroświecki urok, ale zbyt często opierają się na wyeksploatowanych już przez pisarkę motywach. Zaskoczona byłam chyba tylko raz - przy opowiadaniu, w którym pojawiły się: miłość bez szans na ślub, seks, nieślubne dziecko oddane do adopcji, przemoc i wreszcie morderstwo. Wszystko w jednym dziele...

Polecam fanom twórczości L. Maud Montgomery, a sama zamierzam sięgnąć po Dzban ciotki Becky, którego jakoś nigdy nie miałam okazji przeczytać oraz po biografię pisarki Maud z Wyspy Księcia Edwarda.

* Przychodzi mi do głowy, że po prostu użyto tłumaczenia ze "Spełnionych marzeń", a przy uzupełnianiu o niepublikowane wcześniej fragmenty imiona przytaczano w oryginale. A nikt potem widocznie tego nie korygował. Może brakuje im w wydawnictwie moli książkowych, które znają poprzednie części cyklu...

1 czerwca 2011

Wpis dzieckowo-książkowy

Dzieci nie posiadam, ale Dzień Dziecka nieodmiennie od lat obchodzę i nie przeszkadza mi nawet fakt, że już prawie przestałam mieć dwójkę z przodu (o wiek chodzi, nie o zęby). Tak patriotycznie postanowiłam dziś wspomnieć o moich ukochanych polskich książkach z dzieciństwa (wśród zagranicznych rządziła klasyka: Montgomery, Burnett, Lindgren itp.).

Od dziecka czytałam wszystko, co mi wpadło w ręce, a tak się złożyło, że u mojej babci stał wielki regał z książkami wśród których kryły się skarby pamiętające dzieciństwo mojego taty i jego sióstr. W ten sposób stałam się fanką czytanek z języka polskiego z przełomu lat 50. - bo rzecz jasna nawet podręczników nie oszczędziłam - o pięknym prosocjalistycznym wydźwięku. Pamiętam, że było tam o budowniczych nowej Polski, prostych robotnikach, oraz o dzieciach wiejskich, co to dzielnie przez pola, zimą, na boso i pod górkę szły. Uwielbiałam je :)
Na szczęście znalazło się tam także sporo dobrej literatury i dzięki niej moje dzieciństwo czytelnicze, na początku lat 90., upłynęło pod hasłem Polski Ludowej. Oto pozycje, w których się zaczytywałam i które nadal uważam za doskonałe (a dzięki nim żywię także sentyment do lat 60., w których żyć nie miałam okazji).


Adam Bahdaj rządzi

To pisarz instytucja, biada tym, którzy nie znają - choć na szczęście nadal się go wznawia. Zaczytywałam się w dwóch mrożących krew w żyłach kryminałach "Uwaga! Czarny parasol!" i "Kapelusz za sto tysięcy". Na Tolka Banana stawiam do dzisiaj - chociaż filmu nie lubię, bo za bardzo różnił się od książki (ach ten skrzypiący dom i ukryty skarb, i duszne lato w Warszawie). Dla odmiany uwielbiam Dudusia zarówna w filmie/serialu "Podróż za jeden uśmiech", jak i w książce. Trzeba też wspomnieć o "Wakacjach z duchami" i "Do przerwy 0:1", a nieco starszym poleciłabym też dwuczęściową książkę o szukającym nieznanego ojca Maćku/Telemachu,  wpisaną na listę honorową IBBY.

Szukając skarbów z Panem Samochodzikiem

Pan Samochodzik jest moim idolem do dziś i nadal żałuję, że nie poszłam w jego ślady. W końcu kto by nie chciał zawodowo szukać skarbów. 
Ach, ten polski James Bond, detektyw-muzealnik-dżentelmen, który używał intelektu, a bronią się brzydził, i potrafił rozwikłać najbardziej tajemniczą z tajemnic w Polsce i zagranicą. Ach, samochód-amfibia, brzydki jak odrapane czółno, na którym ktoś postawił namiot. Ach, te wszystkie piękne panny, które brały udział w przygodach, ale w głębi duszy marzyły tylko o domku z ogródkiem i gotowaniu obiadków dla męża i dzieci (i jako takie były ideałem pana Tomasza). 
Wolę się przyznać (zanim mnie T. wyda), że Pan Samochodzik nadal jest dla mnie lekiem na depresję  i aktualnie nawet słucham audiobooka "Księgi Strachów".
PS. Uznaję tylko Pana Samochodzika autorstwa Zbigniewa Nienackiego, pochodnych nie czytałam i nie planuję.

Szaleństwa z Majką Skowron

Chociaż jeśli mam być szczera, to moją ukochaną, znaną niemal na pamięć książką  Autora "Majki" jest "Nasturcja i Lew". Mądry portret nastolatka u progu pierwszej miłości, odrobina przygody, odrobina historii, szczypta fantastyki. Majka była dla mnie zbyt mało odpowiedzialna.
Aleksander Minkowski napisał całe mnóstwo książek dla młodzieży i nadal nie tracę nadziei, że przeczytam wszystkie. Wyróżniały się doskonałymi plastycznymi portretami bohaterów i  psychologiczną głębią (wartość zapomniana w czasach pamiętników wampirzych księżniczek i ich ukochanych upadłych aniołów).


Lilybeth lubi Krystynę Boglar jak Klementyna kolor czerwony

Nie czytałam debiutanckiego "Wiercipiętka", ale od drugiej książki tej Autorki "Klementyna lubi kolor czerwony" (znakomicie ilustrowanej przez Butenkę) poczynając, wszystko było doskonałe. Kojarzycie bliźniaki z "Każdy pies ma dwa końce" i "Nie głaskać kota pod włos"? Jak upychały zapasy jedzenia na później w wielkim miśku oraz wyczarowywały pogodę tańcząc nad rosołem w środku nocy? Z poważniejszych pozycji głęboko poruszyły mnie "Brent" i "Kolacja na Titaniku" - do dziś pamiętam to uczucie ściśniętego gardła, z którym je czytałam.

Którędy do Eldorado?

Marta Tomaszewska to kolejna cudowna pisarka, w ulubionych też musiałabym wymienić wszystkie jej utwory. "Zorro, załóż okulary" wyniesioną od babci nadal mam na półce (i nie oddam). Najbardziej kochałam jednak "Tajemnicę białego pokoju" - wypożyczałam ją z biblioteki średnio co trzecią wizytę ;)

Zabawa z rodem Sawanów

Ewa Lach - ech, zapomniałam nazwiska tej Autorki, a nie tak łatwo ją teraz znaleźć. Trafiłam przez forum z imionami dla dzieci :) A to dlatego, że bohaterowie kilku jej książek to rodzeństwo Sawanów o  nietypowych imionach: Kastor i Pola, Marek i Roma, Cyprian, Seweryn i Berenika. Świetne były też inne książki, choćby"Pępek węża" czy "Romeo, Julia i błąd Szeryfa" o amatorskiej próbie wystawienia Szekspira przez siostry bliźniaczki i o ich owdowiałym ojcu. Chyba poszukam starych egzemplarzy na allegro, bo za parę lat słuch o nich całkiem zaginie, a szkoda by była wielka. Na marginesie - Autorka zadebiutowała chyba jako czternastolatka i pamiętam, że gorąco wierzyłam, że uda mi się ją przebić i wydać pierwszą powieść jeszcze wcześniej ;)

Mądrze o życiu

"Życie za życie" Zofii Chądzyńskiej to dla mnie majstersztyk, jeśli nie czytaliście w dzieciństwie, przeczytajcie teraz. Osierocony przez ojca Marek żyje ze zgorzkniałą oschłą matką w małym domku przy śluzie, a kłopoty w szkole sprawiają, że traci ostatnią rzecz, na której mu zależy. Wtedy pojawia się mała dziewczynka, jeszcze dziecko, która chce dla niego wyprostować świat, poświęcając samą siebie. Znakomicie oddane realia i fantastyczna gra językowa. Lubiłam też równie dobrą, choć już bardziej "dla dzieci", "Przez Ciebie, Drabie!" (Drab to imię psa, a nie młodociany chuligan ;) ).

*********************************************************

No to sobie zrobiłam Dzień Dziecka, pisząc o tym, o czym lubię najbardziej :) Resztę Wam już daruję (bo mogłabym tak długo), wspomnę tylko jeszcze o "W pustyni i w puszczy", którą uwielbiałam i czytałam rytualnie raz do roku oraz o zwariowanych panienkach z twórczości Makuszyńskiego. I o doskonałych opowiadaniach Zofii Żurakowskiej z okresu 20-lecia międzywojennego. I jeszcze o serii Chmielewskiej o Janeczce i Pawełku.... I jeszcze o... i jeszcze...

Na marginesie - dostępność książek w czasach mojego dzieciństwa była zdecydowanie mniejsza. Te, które miałam, czytałam na okrągło, bibliotekę też miałam przerobioną w całości kilkakrotnie. Ale nie byłam nieszczęśliwa z tego powodu, przeciwnie, dzięki temu mogłam wracać do ukochanych światów po wielokroć. Aż szkoda, że wśród "dorosłych" książek nie mam tylu, które chciałabym przeczytać ponownie... pięć razy ;)

15 maja 2011

Raz dwa trzy, Mały Brat patrzy...

Najlepsze książki przydarzają nam się znienacka :) Ostatnio przywędrował do mnie Mały brat Doctorowa, którego T. pożyczył od kolegi. Zauważyłam wcześniej tę pozycję na kilku blogach, byłam zainteresowana, ale sama bym pewnie nie szukała. Ale nie przyszła góra do Mahometa, to Mahomet przyszedł do góry. W efekcie Mały brat przebił się przez mój zastój czytelniczy i przeczytanym został, a teraz na dokładkę zostanie jeszcze pochwalonym ;)

Jeżeli macie skojarzenia z Rokiem 1984 Orwella i jego Wielkim Bratem, to są one słuszne, bo do niego właśnie tytuł nawiązuje. Treść też - i chociaż z pierwowzorem nie może się równać (bo co może), to jest naprawdę dobrą i wartą przeczytania pozycją. Ma kilka istotnych plusów, poza ogólną "fajnością". 

Po pierwsze jest skierowana do nastolatków i prawdopodobnie do wielu z nich przemówi znaczenie lepiej niż Orwell, bo opisywane losy Marcusa i jego problemy będą im bliższe. 

Po drugie, akcja toczy się w świecie, który znamy - w Ameryce, która nadal żyje wspomnieniem zamachów 11 września i w strachu przed kolejnymi atakami.  Fabula rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości, ale "przyszłość" objawia się tu tylko większym zaawansowaniem technik komputerowych, więc łatwo sobie ten świat wyobrazić. Wiele jest nawiązań do obecnych spraw - choćby do więzienia Guantanamo (niewymienionego z nazwy).

Po trzecie - pozwala z nowej perspektywy spojrzeć na współczesne problemy z terroryzmem, o których czytamy w gazetach.

Bohaterem "Małego brata" jest nastolatek, Markus, zdolny komputerowiec, ale nieco na bakier ze szkołą. Ameryka, w której żyje, coraz bardziej przypomina państwo policyjne - ze strachu przed zamachami wdrożono w życie mnóstwo programów inwigilacyjnych. Nawet w szkole uczniowie kontrolowani są za pomocą np. zainstalowanych na korytarzach czytników ruchu, a ich laptopy, tzw. schoolbooki, obserwują cały ruch w sieci "czyhając na podejrzane hasła, licząc każde klikniecie, śledząc każdą czmychającą myśl wyprowadzaną z netu". Mimo tych wszystkich zabezpieczeń dochodzi do kolejnego zamachu terrorystycznego. Markus i jego przyjaciele, którzy znaleźli się w niewłaściwym momencie w niewłaściwym miejscu, zostają zatrzymani przez Departament Bezpieczeństwa, umieszczeni w więzieniu i poddani brutalnym przesłuchaniom. W jaki sposób mają udowodnić swoją niewinność? Jak daleko może się posunąć rząd, żeby chronić swoich obywateli?

Na koniec dający do myślenia fragment. Wyobraźcie sobie, ze powstał test, który pozwala wykryć terrorystów w społeczeństwie. Test ma wiarygodność 99% - to bardzo dużo, prawda? Prawie 100%.

"Oto, co oznacza wiarygodność w 99% - jeden procent błędu. (...)
Terroryści są prawdziwą rzadkością. W takim dwudziestomilionowym mieście jak Nowy Jork może się znajdować jeden bądź dwóch terrorystów. Maksymalnie dziesięciu. (...)
Powiedzmy, że macie jakieś oprogramowanie, które potrafi przewertować całą dokumentację dotycząca operacji bankowych, transportu publicznego, połączeń telefonicznych lub opłat za przejazd poszczególnymi drogami i złapać terrorystów z dziewięćdziesięciodziewiecioprocentową trafnością.
Wśród 20 milionów ludzi test o 99% dokładności zidentyfikuje 200 tys. z nich jako terrorystów [1 % z 20 milionów]. Jednak tylko 10 z nich jest nimi naprawdę. Żeby złapać dziesięciu złoczyńców, musicie zgromadzić i sprawdzić 200 tysięcy niewinnych osób.
Wiecie co? Dokładność testów na terroryzm nie jest nawet b l i s k a 99%. Zbliża się co najwyżej do 60%. A czasami zaledwie do 40."

Wstyd się przyznać, ale dopiero po lekturze zaczęłam zastanawiać się nad losem ludzi, którzy trafili do Guantanamo całkowicie niewinnie, tylko przez kolor skóry. Jakie mają szanse kiedykolwiek znaleźć się na zewnątrz?

Ciekawa lektura w czasach, kiedy postać Bin Ladena znów trafiła do czołówek gazet. Polecam.

7 marca 2011

Czarny kot na cmentarzu w noc burzową

Jako że nie samymi arcydziełami literatury człowiek żyje, a ostatnie moje trzy lektury tematykę miały poważną, postanowiłam sięgnąć dla równowagi po coś lekkiego. Padło na gotycką powieść dla młodzieży. Do Zafona miałam dotąd stosunek nieuregulowany, fifty-fifty można powiedzieć. Czytałam dwie książki: "Cień wiatru" podobał mi się bardzo, "Gra Anioła" - nieszczególnie. Ciekawa byłam, na którą stronę przechyli szalę "Marina", bo o niej będzie mowa.



Carlos Ruiz Zafón
Marina
Muza 2009
ss. 304

Miło mi zawiadomić, że "Marina" przechyliła szalę na plus dla Autora.



Książka zawiera wszystkie elementy w powieści gotyckiej niezbędne, czyli:
  • stare opuszczone domostwa, w których słychać podejrzane trzaski i szelesty (sądząc po tej lekturze - Barcelona składa się wyłącznie z wymarłych osiedli),
  • zarośnięte ogrody, w których na pewno coś się między zielskiem czai,
  • wiekowe, zapomniane cmentarze, na których groby aż proszą się o rozkopanie,
  • zakapturzone tajemnicze postaci pojawiające się znienacka i takoż rozpływające w powietrzu,
  • ludzi o mrocznej przeszłości, którą chętnie się podzielą z głównym bohaterem, po czym padną martwi w niewyjaśnionych okolicznościach,
  • bladolice piękności o tragicznych losach,
  • i rzecz jasna - czarnego kota.

Tak, tak, wiem, że zabrzmiało to odrobinę ironicznie, ale ja naprawdę doskonale bawiłam się przy lekturze i nie mogłam się oderwać aż do ostatniej strony. W końcu bez tych wymienionych elementów - chociaż oklepanych - to nie byłaby wcale powieść gotycka. W dodatku mogę też Autorowi na plus policzyć zgrabny morał (nie warto bawić się w Boga) oraz nawiązane do pewnej znanej powieści grozy (patrz: nazwisko jednej z bohaterek). Jeśli potraficie lekko przymrużyć oko na te wszystkie mrożące krew w żyłach okoliczności - będziecie się bawić równie dobrze jak ja.

30 grudnia 2010

Koniec z igrzyskami

Suzanne Collins
Kosogłos/Mockingjay
Trylogia "Igrzyska śmierci" t. 3
Media Rodzina 2010
audiobook
czyta: Anna Dereszowska

Trudno napisać recenzję trzeciego tomu, nie zdradzając zupełnie nic z akcji poprzednich. Uprzedzam więc tych, którzy nie czytali dwóch pierwszych tomów trylogii - ale planują - że może mi się wymknąć jakiś spoiler, chociaż nie będę opisywać akcji, a głównie swoje wrażenia.

Tym, którzy nigdy nie zetknęli się z trylogią, wyjaśniam, że akcja "Igrzysk śmierci" toczy się w bliżej nieokreślonych czasach (przyszłość lub rzeczywistość alternatywna), w państwie Panem, które składa się z Kapitolu i 12 dystryktów. W Kapitolu znajduje się siedziba rządu i mieszkają tam wszyscy uprzywilejowani mieszkańcy. Dystrykty zajmują się przemysłem, rolnictwem itp., dostarczają  towary do Kapitolu, a ich mieszkańcy na ogół klepią biedę. Na pamiątkę buntu dystryktów, który miał miejsce 75 lat wcześniej, corocznie urządzane są tzw. głodowe igrzyska, na których dzieci wybrane z dystryktów (z każdego chłopak i dziewczyna) walczą na śmierć i życie, a wszystko to ma oprawę gigantycznego show i jest na żywo transmitowane w telewizji. W kolejnych igrzyskach pojawia się jednak Katniss Everdeen, dziewczyna która igra z ogniem, i która stanie Kapitolowi kością w gardle, przewracając cały porządek świata do góry nogami.

Czekałam na Kosogłosa bardzo niecierpliwie - oba poprzednie tomy skończyły się tak, że po prostu trzeba było się dowiedzieć, co będzie dalej. Cenna umiejętność u pisarza. Zresztą nie da się ukryć, że Autorka doskonale konstruuje swoje powieści - są "zbudowane" ze scen akcji i scen 'psychologicznych" w idealnych jak dla mnie proporcjach. Ostatnio oczekuje od książek przede wszystkim tego, że mnie zabawią - porwą w inny wymiar, wciągną w cudze życie, oderwą od ziemi. Oczywiście, cudownie, jeśli byłaby to jednocześnie literatura głęboka, skłaniająca do przemyśleń i piękna językowo, ale to nie jest priorytet. Takie książki akurat nie na każdej półce rosną, jeśli na takie trafię - wspaniale, jeśli nie - wystarcza mi dobra rozrywka.

Kosogłos - chociaż nie zalicza się do literatury wysokiej - przemówił do mnie psychologiczną prawdą. Wreszcie powieść przygodowa, w której bohaterowie nie przedzierają się przez zastępy wrogów niedraśnięci na ciele i duszy. Nie potrafią sobie filozoficznie wytłumaczyć okropieństw dookoła, otrząsnąć się i "dzielnie" żyć dalej. Koszmar życia w państwie totalitarnym, makabryczna "zabawa" na arenie igrzysk i wreszcie upiory wojny odciskają na nich ślad, którego nigdy nie uda się zmazać. Bohaterowie nie kierują się wrodzoną szlachetnością i odwagą, ujawnioną pod wpływem okoliczności, jak u hobbitów i pochodnych. To, co ich popycha do działania, to strach i nienawiść. Cierpienie ich nie uszlachetnia, ale zmienia na gorsze, wydobywa na wierzch najgorsze cechy charakteru. Okalecza na resztę życia. Nie łudźcie się, że główni bohaterowie wyjdą bez szwanku, dlatego że są "głównymi bohaterami".

Katniss wydawała mi się tu bardzo realna. Siedemnastolatka, która nie miała wcale chęci stać się postacią publiczną ani stawać na czele rewolucji, nie grzeszyła jakimiś nadzwyczajnymi zaletami charakteru, które predestynowałyby ją do roli przywódczyni uciśnionych, a która po prostu dostała się w trybiki historii. Ustawiono ją na polu walki jak figurę szachową, wytyczono sposób poruszania się, a ona miotała się, próbując pozostać sobą, uratować bliskich i po prostu przeżyć.

Kosogłos opowiada o wojnie, która ogarnęła Panem po nagłym końcu ostatnich Igrzysk. Autorka nie waha się przed epatowaniem makabrą, nawet w zwiększonym stopniu niż to czyniła w poprzednim tomie. Z jednej strony jest to usprawiedliwione - w końcu walki toczą się już nie tylko na arenie, nastąpiła ich intensyfikacja, co odbija się w opisach. Z drugiej jednak - ja czasami miałam przesyt i wystarczyłoby mi nieco mniej opisów "żywego mięsa". Czuję się jednak usatysfakcjonowana zakończeniem historii (wątku uczuciowego także) - moim zdaniem cała trylogia utrzymuje równy poziom. Podziękowałabym tylko za Epilog - wydał mi się niepotrzebny, wolę, kiedy mogę sobie sama dopowiedzieć, jak ostatecznie potoczyły się losy postaci.

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...