Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura włoska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura włoska. Pokaż wszystkie posty

4 listopada 2012

Ostatni skok lamparta

Ostatnio czuję się jak szczurek biegający w kółku, przebieram łapkami, przebieram, a kółko kręci się coraz to szybciej i czuję, że zaraz będę musiała wyskoczyć. Dla równowagi więc opowiem Wam o książce, która pozwoliła mi się zatrzymać, choć na krótką chwilę.

Giuseppe Tomasi di Lampedusa - nie byle kto, bo książę Palmy i Lampedusy - napisał w życiu jedną powieść. Pech chciał, że wydano ja dopiero rok po jego śmierci, więc nigdy nie dowiedział się, z jakim przyjęciem się spotkała. A uznano ją za arcydzieło i okrzyknięto najważniejszą włoską powieścią współczesną (niektórzy twierdzą, że to w ogóle jedyna prawdziwa włoska powieść) - doczekała się ponad stu wznowień w samych Włoszech, została też przetłumaczona na wiele języków. W 1963 r. (5 lat po pierwszym wydaniu) została zekranizowana przez Luchina Viscontiego, a film z jednej strony jeszcze bardziej rozsławił powieść, ale z drugiej, okrzyknięty również dziełem genialnym - nieco ją przyćmił.



"Il Gattopardo" - wydana po polsku początkowo jako 'Lampart", a ostatnio jako "Gepard" - opowiada o ostatnim wielkim potomku rodu Salina, a rozgrywa w drugiej połowie XIX w. W tle mamy gęsta atmosferę Sycylii oraz przemiany polityczne na niespotykaną skalę (to okres jednoczenia się księstw włoskich w jedno państwo), a na pierwszym planie księcia Fabrizio Salinę, głowę rodu z lampartem w herbie, przedstawiciela czasów, które właśnie nieubłaganie dobiegają końca

Nie będę tu streszczać akcji, zwłaszcza że nie ona była dla mnie najważniejsza. Najbardziej zachwycił mnie klimat powieści, nie wydarzenia. Życie na kartach książki toczy się wolno. Kobiety w szeleszczących sukniach zasiadają do herbaty. Książę spaceruje po ogrodzie. Jest czas, żeby zauważyć, jaka jest pogoda, powąchać dojrzewającą brzoskwinię. W życiu rodziny i w ich ojczyźnie mogą dziać się dramaty, ale ród Salina jest zbyt dystyngowany, żeby drzeć szaty i krzyczeć. Podczas czytania przypominał mi się film, który zachwycił mnie jakiś czas temu, zatytułowany "Jestem miłością", nawiasem mówiąc, też włoskie dzieło i ponoć do "Lamparta" porównywane (kiedy go oglądałam, jeszcze powieści nie znałam, więc niewiele mi to mówiło). Podobieństwo nie polega tylko na tym, że oba mówią o zamożnych rodzinach i o końcu pewnej epoki, ale także na tym doskonałym uchwyceniu każdej chwili, zatrzymaniu w kadrze drobiazgów, na które nie zwraca się uwagi w codziennym pośpiechu - filiżanka herbaty, kropla na szybie, spojrzenie rzucone z ukosa, stłumiona emocja, którą można dostrzec za lekkim skrzywieniem ust (ale kto normalnie ma czas zauważyć?). Bardzo jestem ciekawa ekranizacji Viscontiego, czy podtrzymał w filmie ten sposób narracji, czy skupił się raczej na akcji - np. pojawieniu się w rodzinie pięknej Angeliki, córki dorobkiewicza, dla której dawniej progi pałacu książąt byłyby za wysokie, ale cóż - czasy się zmieniają... Film na pewno obejrzę, a książkę polecam.




21 lipca 2011

Podróżować po świecie w poszukiwaniu prawdy

To z pewnością jedna z najważniejszych książek, jakie do tej pory przeczytałam. Może dlatego tak ciężko mi o niej pisać i zbieram się do tego od tygodnia.

W tej książce jest wszystko. Narodziny i śmierć, miłość, rodzina, przygoda, pasja, podróże, wojny i przede wszystkim - życie.
Tiziano Terzani (1938-2004) to włoski reporter, który przez wiele lat był korespondentem w Azji. Przez całe życie robił to, co kochał - podróżował i pisał o tym.
Koniec jest moim początkiem
to jego ostatnie dzieło.

Książka ma formę wywiadu przeprowadzonego ze stojącym nad grobem, chorym na raka Terzanim przez jego syna, Folco.  

 Tak, to jest koniec, ale także początek historii, która jest moim życiem, o którym z przyjemnością z tobą porozmawiam, abyśmy sprawdzili razem, czy summa summarum był w nim jakiś sens. (s. 16)



W przepięknym Orsigna ojciec opowiada synowi swoje życie, od biednego dzieciństwa we Włoszech, przez Afrykę, wojny w Wietnamie i Kambodży (po których nie chciał już dłużej zajmować się polityka, twierdząc, że ludzie i tak nie uczą się na błędach), Chińską Republikę Ludową (był jednym z pierwszych zachodnich dziennikarzy, którego tam wpuszczono... a potem wyrzucono), Japonię (która wywołała u Terzaniego depresję), Tajlandię (mieszkał tam z rodziną w domu na palach, a w wodnym ogrodzie mieszkał mięsożerny żółw) i Indie. Jego opowieść kończy dopiero... śmierć. Terzani zaczynał jako korespondent wojenny, ale fascynowała go raczej kultura i - zwłaszcza pod koniec - życie duchowe. Na starość uczył się medytacji, mieszkając w lesie z pewnym pustelnikiem, ale ostatecznie zdecydował, że może wyrzec się wszystkiego z wyjątkiem rodziny. Wrócił więc z nią do Włoch i w ten sposób jego życie zatoczyło koło - dzięki tej lekturze możemy znaleźć się w samym jego środku.

Przy tak barwnym życiorysie nic dziwnego, że czytelnik ma wrażenie, jakby gnał w szalonej podróży przez pół świata. Są tu jednak nie tylko chronologicznie spisane losy Autora, ale też jego przemyślenia na wiele tematów: wojny, miłości i zwłaszcza, śmierci.  Koniec...  to niemal filozoficzny traktat o sensie życia, spisany przez człowieka, który wyrusza w swoją ostatnią podróż - ze spokojem, którego na razie mogę mu tylko zazdrościć.

O bezsensie konsumpcjonizmu:
Uczciwie trzeba przyznać, że świat jest cudowny, nic na to nie można poradzić, po prostu cudowny. Jeżeli jesteś w stanie poczuć się częścią tego cudu - nie ty, który masz dwie ręce i dwoje oczu, ale jeżeli esencja ciebie samego czuje się częścią cudu - czegóż mógłbyś chcieć więcej? Czego? Nowego samochodu? (s. 459)

O rezygnacji z pracy korespondenta wojennego:
- Już nie chciałeś jeździć i patrzeć?
- Właśnie, nie chciałem. Dlatego, że już widziałem: wszystko jest identyczne, jednakowe. Folco, trzydzieści lat potem jedziesz do Iraku - ja tam nigdy nie byłem, ale czytam, co piszą moi młodsi koledzy, i widzę dokładnie to samo, co działo się w Wietnamie. Przyjeżdża ktoś, robi konferencję prasową i mówi: "Wrogowie. Dziś zabiliśmy ich dwudziestu czterech, byli źli! Znaleźliśmy ukrytą broń. Mieli tez milion dinarów..." (s. 155)

Wypatrzyłam tę książkę w księgarni (nie znałam wtedy nazwiska Terzani), zafascynował mnie jakiś fragment na początku i potem dostałam ją od T. pod choinkę. Bardzo długo leżała na półce,  zaczęłam czytać, pierwsza część o dzieciństwie we Włoszech wydała mi się beznadziejna i Koniec... wrócił na półkę. Na szczęście sięgnęłam po nią kolejny raz i przepadłam. Dawkowałam ją sobie, żeby starczyło na dłużej i żebym miała czas przemyśleć to, co przeczytałam. Śmiech mieszał się ze łzami, a zachwyt z bólem. T. może potwierdzić, że przez kilka tygodni co drugie zdanie zaczynałam od: "W tej książce, którą teraz czytam...".

Lojalnie uprzedzam, że forma jest początkowo dość trudna. Wywiad spisano bardzo dosłownie, z zaznaczeniem wszystkich przerw, westchnień, uwag o jedzeniu itp. Wypowiedzi są - jak to zwykle w prawdziwych opowiadaniach bywa - czasem niespójne, rozłażą się w dygresje, czasem autor ma problemy z przekazaniem tego, co ma na myśli. Jednak, kiedy już się człowiek wciągnie, czyta się świetnie. 

Teraz pozostaje mi tylko poznać wszystkie reportaże Terzaniego, a potem w nieskończoność wracać do Końca, który jest moim początkiem.

Tiziano Terzani
Koniec jest moim początkiem
Zysk i ska 2010
ss. 576

PS. Mam nadzieję, że ostatnia podróż Terzaniego jest równie ciekawa, jak wszystkie poprzednie.






Cytat w tytule posta, s. 159.

EDIT:
W 2010 r. powstał niemiecki film na podstawie tej książki: Das Ende ist mein Anfang (zwiastun)  - nie bardzo wyobrażam sobie jak można zrobić ekranizację wywiadu, ale niech będzie. Zdjęcia ma bardzo ładne, może kiedyś obejrzę (choć nie podejrzewam, żeby pojawił się w Polsce).

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...