Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty

6 stycznia 2015

Całun dla pielęgniarki

Znów wpadłam w kryminalny ciąg, to mi się często zdarza zimą. Nie mogę się jakoś zabrać za żadną inną książkę - musi być zbrodnia. Pisarkę Phyllis Dorothy James zamierzałam poznać już od dawna - w końcu tworzyła klasyki angielskiego kryminału, plasuje się ją na drugim miejscu za Agathą Christie - ale jakoś się nie składało. Na szczęścia trafiłam w bibliotece na Całun dla pielęgniarki, 4. tom serii o komisarzu Adamie Dalglieshu ze Scotland Yardu. Fakt, że jest to kolejny tom serii, odkryłam dopiero po przeczytaniu powieści, kiedy szukałam o niej informacji, nieznajomość poprzednich tomów nie przeszkadza cieszyć się treścią, spokojnie można czytać ten kryminał jako pierwszy.

Angielskie "kryminalistki" są mistrzyniami atmosfery. Angielska pogoda tworzy idealne tło dla morderstw, aż dziwne, że przestępczość na wyspach nie jest większa ;) Jest styczeń, zimny, deszczowy i wietrzny. W szkole dla pielęgniarek Nightingale House to dzień wizytacji inspektorki z Naczelnej Rady Pielęgniarskiej. Szkoła znajduje się przy Szpitalu im. Johna Carpendar, ale jest raczej niezwykła - znajduje się na rozległym terenie porośniętym mieszaniną lasu i dzikiego ogrodu, w wielkim i starym wiktoriańskim domu z czerwonej cegły, zwieńczonym blankami i ornamentami, z wielką oranżerią. Aż się prosi o jakąś krwistą tragedię, prawda?

Kiedy inspektorka Muriel Beale przybywa na miejsce wizytacji, okazuje się, że większość uczennic i nauczycieli choruje na grypę. Lekcja pokazowa prowadzona jest przez zastępczą nauczycielkę, w gronie zaledwie siedmiu studentek, ale dostarcza aż za wielu wrażeń - jedna z uczennic umiera w trakcie. Morderstwo, drastyczne samobójstwo czy nieszczęśliwy wypadek? Policja próbuje rozwikłać tę zagadkę, ale kiedy wkrótce ginie kolejna uczennica (kolejna zbrodnia czy samobójstwo morderczyni?), Scotland Yard przybywa na pomoc. Komisarz Adam Dalgliesh próbuje odnaleźć się w zamkniętym małym świecie, który aż kipi od sekretów. Przymusowa bliskość osób, które uczą się i mieszkają na niewielkim terenie szkoły, sprawia, że każdy nieświadomie posiada fragment układanki. Komisarz musi je odnaleźć i złożyć w spójną całość...

Bardzo mi się podobało, na pewno sięgnę po inne tomy. Bardzo angielski w klimacie (to lubię), bardzo wciągający, nieco staroświecki. Wydany w 1971 r., a więc ponad 40 lat temu, opowiada o czasach, które wydają się niezmiernie odległe - choćby dlatego, że wiele studentek rezygnowało z zawodu natychmiast po wyjściu za mąż, aby poświęcić się prowadzeniu domu, a ślub brały często zaraz po ukończeniu szkoły. Staroświeckość widoczna jest także w sposobie prowadzenia fabuły, zwłaszcza w rozwiązaniu zagadki - bez efektownych pościgów i innych fajerwerków, które występują obowiązkowo we współczesnych kryminałach. Mnie to nie przeszkadza, więc - polecam.

P.D. James, Całun dla pielęgniarki, wyd. Baobab 2004.
Bardzo podobała mi się strona graficzna wydania, jeszcze podkreślająca staroświeckość. Niedawno wznowienie wydało wydawnictwo W.A.B, w bardziej współczesnej oprawie.

5 maja 2014

Nierasowy angielski detektyw

Przyznaję, że nigdy nie sięgnęłabym po tę powieść, gdyby jej autorem był anonimowy Robert Galbraith. Nic w opisie fabuły nie wydało mi się jakoś szczególnie fascynujące, żadnych przeczuć "o tak, to muszę przeczytać koniecznie". Lubię kryminały, więc może, gdyby wpadła mi przypadkiem w ręce w bibliotece, zawędrowałaby ze mną do domu. Na pewno nie szukałabym specjalnie. Ponieważ jednak dawno już wyszło na jaw, że Robert Galbraith to pseudonim J.K. Rowling, musiałam ją przeczytać z czystej ciekawości - żeby dowiedzieć się, jak twórczyni Pottera poradziła sobie z zupełnie odmiennym gatunkiem.

Z przyjemnością zawiadamiam, że poradziła sobie przednio. Niech Was przekona fakt, że otworzyłam książkę na chwilkę w okolicach obiadu, a skończyłam ją tegoż dnia w okolicach godziny 23, nie robiąc przerw dłuższych niż kwadrans...

"Wołanie kukułki" to najzupełniej klasyczna powieść detektywistyczna. Nie każdemu musi to odpowiadać. Moja siostra narzeka, podobnie jak przy "Trafnym wyborze", że zaczyna się świetnie, a potem "nic się nie dzieje". Rzeczywiście, brak tu dramatycznych zwrotów akcji czy pościgów. Na początku dowiadujemy się o zbrodni, a potem dostajemy drobiazgowo opisane śledztwo aż do rozwiązania na końcu - styl niemal jak u Agaty Christie. Siłą powieści (i zdecydowanie mocną stroną pisarki) jest umiejętność kreowania świata i bohaterów, w których się wierzy - czy jest to fantastyczny Hogwarth, czy małomiasteczkowa społeczność, czy londyński świat gwiazd. Wierzę w Cormorana Strike'a i czekam na dalsze tomy o nim.

A jeśli mowa o Cormoranie... To detektyw nierasowy, bo "rasowy angielski" powinien mieć arystokratycznych przodków, takież rysy twarzy oraz fajkę, ukończony Oxford, i przynajmniej od czasu do czasu winien zasiadać na fotelu przed kominkiem ;) Tymczasem Cormoran Strike miał przodków raczej kontrowersyjnych - matkę supergroupie, która zmarła z przedawkowania, oraz ojca sławnego rockmana, który do swego bękarta nie żywi żadnej sympatii. Kominka brak, brak nawet domu, bo Cormoran po dramatycznym rozstaniu z kobietą swego życia sypia we własnej agencji detektywistycznej na składanym łózku, kryjąc się z tym dość nieudolnie przed swoją asystentką. (Zresztą asystentka, imieniem Robin, równoprawna bohaterka powieści, trafiła do Cormorana z agencji pracy tymczasowej zaledwie na tydzień, bo jej pracodawca jest spłukany i nie ma możliwości zatrzymania jej na dłużej (początkowo nie ma też ochoty...)). Studia rzucił, został żołnierzem, a jeśli chodzi o arystokratyczny wygląd...cóż... "Strike poczuł się nienormalnie wielki i włochaty; przypominał wełnistego mamuta, który usiłuje wtopić się w tłum kapucynek" (s. 250)

Do tegoż detektywa trafia niejaki John Bristow, brat sławnej modelki Luli Landry. Lula niedawno zginęła, wypadając przez balkon swego apartamentu. Śledztwo prowadzone pod czujnym okiem, a właściwie pod czujnymi aparatami fotograficznymi paparazzich, ujawniło, że w budynku nie znajdował się nikt obcy i Lula prawdopodobnie popełniła samobójstwo, zwłaszcza że od dawna cierpiała na problemy psychiczne. Brat jednak w to nie wierzy i domaga się od Cormorana znalezienia winnych. Jeśli też chcecie poznać prawdę, sięgnijcie po książkę :)

2 czerwca 2013

Pawia wiosna z Uną

O tej książce wspominała dawno temu Padma z Miasta Książek i od tego czasu miałam ją zapisaną w zakładce pamięci jako "do przeczytania". Jeszcze by sobie tam pewnie tkwiła, razem z tysiącem innych, ale ostatnio poznałam się z panią Rumer Godden przy lekturze "Inspektorze, na pomoc" i to mnie zmotywowało - jedno kliknięcie na Allegro, kilka złotych* i Una zamiast do Indii, przyjechała do mnie (*symboliczna opłata, bo książka ma ponad 30 lat - i o zgrozo, nigdy chyba nie była czytana, bo obwolutę ma co prawda dość zniszczona, ale w środku znalazłam dwie nierozcięte karty).

Co za urocza powieść. Przyznam bezwstydnie, że choć jestem dwa razy starsza od Uny, i pochlebiam sobie, że nieco mądrzejsza doświadczeniem życiowym (Rawiego rozgryzłam od razu ;) ), nie mogłam odłożyć lektury. Dobrze mi było w tych Indiach i nie tylko dlatego, że ciepło.


Nastoletnia Una i jej młodsza przyrodnia siostra uczą się w elitarnej angielskiej szkole. Ich ojciec, dyplomata w Indiach, postanawia jednak znienacka wezwać dziewczynki do siebie. Dla doskonałej matematyczki Uny to tragedia - w Indiach ma dalej uczyć ją jakaś guwernantka, co może przekreślić nadzieje dziewczyny na studia. Kiedy dziewczęta przybywają do Delhi, sytuacja okazuje się gorsza, niż sie Unie wydawało - piękna Alix jest nie tylko guwernantką. Coś ją wyraźnie łączy z ojcem Uny. W dodatku kobieta chyba nie do końca jest tym, za kogo się podaje... Pocieszenie Una znajduje w małej chatce pomocnika ogrodnika, którą zamieszkuje przystojny młody poeta, Rawi.

Nie spodziewajcie się prostej opowieści "dobra pasierbica kontra zła macocha", ani równie oklepanej historii pierwszej miłości (chociaż miłość jest, i do tego pierwsza). Godden potrafi doskonale odmalowywać charaktery w całe gamie szarości. Nie ma tu banalnych podziałów na czarne i białe, złe i dobre. Do tego wszystko rozgrywa się w doskonale opisanych indyjskich realiach - pisarka spędziła w Indiach wiele lat i zna je od podszewki. Mogłabym się przyczepić najwyżej do samego zakończenia - trochę autorka poszła na łatwiznę - ale w obliczu świetnych 335 stron przed zakończeniem, czepiania się odmawiam. Niebanalna akcja, gorący klimat i ładna proza - polecam.

Powstała telewizyjna adaptacja, której nie polecam, bo ograniczono się w niej właściwie tylko do wątku Uny i Rawiego, ale dla porządku wspominam. Rawiego zagrał aktor znany z serialu "Lost" -

Rumer Godden
Indyjska wiosna Uny
Iskry 1980, ss. 338 

5 maja 2013

Renklodowe lato

Ta książka jest doskonałym przykładem na to, jak można zmylić czytelnika źle dobranym tytułem i okładką. Podejrzewam wręcz jakiś ponury spisek redaktorów, którzy z nieznanych mi acz niecnych przyczyn nie chcieli, by powieść trafiła do grupy docelowej. Tytuł "Inspektorze, na pomoc!" mnie osobiście sugerowało okolice literatury bahdajopodobnej. W połączeniu z okładką nakreśliłam już w wyobraźni prawdopodobną (niezbyt oryginalną) fabułę - grupka dzieciaków na wakacjach rozpracowuje jakąś podwórkową zagadkę kryminalną. Tymczasem wątek sensacyjny jest daleko w tle, zdecydowanie nie uzasadniając tytułu (polskiego tytułu, bo tłumaczenie nijak się ma do oryginalnego "The greengage summer"). Zamiast przygodówki dla dzieci dostałam nostalgiczną opowieść o dojrzewaniu z upalnym francuskim latem w tle.

Angielska rodzina Greyów bardzo niefortunnie rozpoczyna wakacje we Francji. Matka trafia do szpitala, a gromadka jej pociech: Joss, Cecil, Vicky, Hester i Willmouse, samotnie zamieszkuje w hotelu Les Oeillets. Nie są tam mile widziani, nikt z właścicieli i obsługi specjalnie o nie nie dba, więc młodzi Greyowie spędzają dni samopas, zjadając renklody w rozgrzanym słońcem sadzie i wędrując wzdłuż plaż nad Marną. A także obserwując powikłane stosunki między właścicielką hotelu, farbowaną na rudo mademoiselle Zizi a tajemniczym Anglikiem Elliotem, który ku jej irytacji przejawia nadzwyczajne zainteresowanie dziećmi, zwłaszcza śliczną 16-letnią Joss.

Fabularnie nie dzieje się tu zbyt wiele, mogłabym streścić akcję w trzech zdaniach i byłoby to streszczenie rozbudowane. Nie o akcję jednak w tej powieści chodzi, ale o urzekający klimat, o nastrojowy opis momentu, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, że jego dzieciństwo właśnie dobiega końca, o doskonałe oddanie zachowań dorosłych obserwowanych oczyma dziecka (narratorką jest 13-letnia Cecil).

Polecam gorąco. Wpis dodałam także do Klasyki Młodego Czytelnika, bo choć nie jest to pozycja dla młodszych dzieci (raczej nie wzbudzi ich zainteresowania), to młodzieży może się spodobać. Powieść została sfilmowana w 1961 r. jako "The Greengage Summer" (w USA rozpowszechniana jako "The Loss of Innocence").

26 kwietnia 2013

Mała dziewczynka w wielkim, mrocznym domu

... czyli kwintesencja porządnej gotyckiej powieści. Polecano mi "Siostrzycę" już dawno i nawet przeglądałam ją w księgarni, ale jakoś nie mogłam się zdecydować. Trochę mnie zniechęcała okładka, całkiem ładna, ale pasowałaby mi do jakiegoś romansu i w sumie nie wiedziałam, czego się po tej powieści spodziewać - na pewno nie tego, co dostałam. Na szczęście w recenzji Marietty z Wyspy Książek znalazła sie okładka angielska, która zafrapowała mnie na tyle, że zdecydowałam się wreszcie sięgnąć po książkę. Szczęśliwie jeden z internetowych sklepów  oferował ebooka w promocji, więc nawet nie musiałam czekać. A teraz żałuję, że nie mam wersji papierowej, bo chętnie bym ją ustawiła na półce - ostatnio coraz mniej książek spotyka ten zaszczyt.

Koniec XIX wieku, w wielkim domu żyje pod opieką służby dwójka dzieci, przyrodnie rodzeństwo, 12-letnia Florence i cztery lata młodszy Giles. Formalnie są wychowywane przez wuja, ale ten przebywa daleko, więc nawet go nie znają, nie wiedzą też niemal nic o swoim pochodzeniu. Mają tylko siebie i są bardzo zżyte, więc nic dziwnego, że Florence wpada w rozpacz, kiedy mały Giles zostaje odesłany do szkoły. Ona zostaje w domu, bo wuj nie uznaje edukacji kobiet. Zdziwiłby się, gdyby wiedział, że dziewczynka zdołała już nauczyć się czytać i spędza potajemnie długie godziny w wielkiej choć zaniedbanej bibliotece rezydencji, a bystry umysł pozwala jej na zaawansowane słowotwórstwo (uwielbiam ten aspekt powieści, brawa dla tłumacza). Kiedy Giles wraca ze szkoły i wydaje się, że życie wróci do normy, w domu pojawiają się guwernantki, a wraz z nimi do domu wkradają się mroczne sekrety.


Nastrój powieści jest doskonale gotycki, autor wspaniale odmalował dziwny tryb życia dzieci, piętrzące się tajemnice i narastającą grozę. Florence, wielbicielka książek, twórczyni nowego języka, dręczona nocąchodzeniem i niepokojem o braciszka, to postać, która zapada w pamięć. Chociaż trochę się domyślałam rozwiązania, i tak świetnie się bawiłam przy lekturze.

Bardzo gorąco polecam wszystkim, z wyjątkiem świeżo upieczonych rodziców. Od książki nie można się oderwać, a niestety trudno pofolgować sobie w tym względzie z tygodniowym noworodkiem obok... Normalnie połknęłabym lekturę w dwa wieczory, a tak ciągnęłam ją dobrze ponad tydzień. Ale ogólnie z czasem na lekturę nie jest tak źle, bo w niezliczonych godzinach karmienia, bujania i trzymania na kolanach uśpionego szkraba (odłożenie do łóżeczka natychmiast wybudza z najgłębszego snu) niezastąpiony okazał się czytnik ebooków (papierową książką znacznie trudniej manewrować jedną ręką). Tak więc czytać czytam, i nawet zdumiewająco dobrze trafiam z lekturami, tylko zupełnie nie mam czasu pisać na blogu. Jak już się pojawi wolna chwila, to jest sto pilniejszych sposobów na jej wykorzystanie. Notki będą się pewnie pojawiać z dużym opóźnieniem i raczej formą nie powalą, tworzone w pospiechu. Niemniej postaram się, by się pojawiały, bo ku pamięci chciałabym sobie swoje wrażenia zapisywać.

14 marca 2013

Zdumiewająco trafny wybór

Tak, przyznaję, jestem fanką serii o Harrym Potterze. Zresztą nigdy tego nie ukrywałam. J.K. Rowling jako jego (s)twórczynię darzę ogromną sympatią i życzę jej jak najlepiej na polu literatury i każdym innym też. Mimo to niespecjalnie miałam chęć sięgać po jej pierwszą niepotterową książkę. Z jednej strony byłam bardzo ciekawa, jak sobie poradzi na nowym polu, z drugiej - wybrana przez nią tematyka raczej mnie odpychała. Jakieś wybory do rady miasta, no, proszę Was, kogo to obchodzi?

Los zdecydował za mnie, książka sama weszła mi w ręce, bo moja siostra upolowała ją w bibliotece. Skoro tak, to przecież nie wypada nie spróbować. I co? I muszę powiedzieć, że był to bardzo trafny wybór.

Wybory wyborami, radni radnymi, Rowling napisała po prostu powieść o ludziach. Mamy więc kilka rodzin, mieszkańców małego angielskiego miasteczka, których losy nieustannie się splatają. Nie ma wiodącego bohatera ani głównego wątku, bo padnięcie na początku trupem jednego z radnych, Barry'ego Fairbrothera, to tylko pretekst do snucia historii i - owszem - koło zamachowe pewnych wydarzeń. Trudno tak napisaną książkę streścić, wiec nie będę tego robić. Napiszę tylko tyle, że piękna fasada domu nie zawsze oddaje to, co dzieje się w jego środku.

Po tej książce jestem już pewna, że Rowling potrafi pisać. Jej bohaterowie to postaci z krwi i kości. Chwała jej za to, że nie ma tu żadnych podziałów na "dobrych" i "złych" (chociaż niektórzy sa trochę gorsi....), tym kibicujemy, a tamtych niech coś trafi. Każda z postaci prezentuje całą gamę szarości, inaczej ją odbieramy w zależności od tego, czyimi oczami się jej przyglądamy. Brawa dla pisarki także za to, że wprowadzając całą chmarę bohaterów, potrafiła nadać im tak wyraźne rysy, że nie gubiłam się w tym tłumie i nie miałam problemu z zapamiętaniem, kto jest kim, a do tego wszystkie wątki wydawały mi się równie interesujące. Jedyny mały minusik to zakończenie, do którego nie byłam do końca przekonana, ale to dlatego, że ciężko wyznaczyć koniec tak skonstruowanej fabuły - choć niby każdy z wątków został jakoś zakończony. Ale ja nie miałabym nic przeciwko, by dowiedzieć się, co bohaterowie będą robić po "the end". I potem. I jeszcze potem...

20 lutego 2013

Do tego labiryntu nie wchodźcie! (Literatura na ekrany)

Tak, wiem, zaniedbuję bloga niemożliwie, ale sytuacja wygląda jak wygląda, czyli jak skrzyżowanie placu budowy z torem przeszkód. Remont trwa i końca przestałam już nawet wyglądać, bo i wierzyć w niego przestałam.Czy naprawdę istnieją mieszkania po których nie walają się worki z gipsem, klejem, zaprawą, pudła z kafelkami i płytkami podłogowymi, puszki z farbami, tony kartonowych pudeł (niemiłosiernie zapylonych) i kilometry zasypanej gruzem folii malarskiej? Niby widuję takie u znajomych, ale jakoś wierzyć mi się nie chce. Może oni to wszystko po prostu jakoś sprytnie chowają do szafek przed naszym przyjściem...

Udaje mi się czytać i to nawet ciekawe rzeczy, ale na pisanie już czasu brak, zresztą nieprzyzwoicie dużo go spędzam w internecie szukając fascynujących informacji z dziedzin budowlanych - jeśli kiedykolwiek sądziłam, że projektowanie wnętrz polega na doborze poduszek do koloru ścian, to już mnie życie z tego poglądu wyleczyło. Od dwóch miesięcy próbuję odpowiadać na pytania, gdzie chcę mieć rurkę, a gdzie kabelek i gniazdko, czując się zarazem boleśnie niekompetentna, a jednocześnie pod presją świadomości, że podjęte decyzje będą skutkować komfortem lub też jego brakiem przez kolejne lata.

A w temacie poniekąd książkowym:


Dwuodcinkowy miniserial na podstawie powieści Kate Mosse "Labirynt" to prawdopodobnie najgorsza ekranizacja, jaką obejrzałam w ostatnich latach i niniejszym oficjalnie jej NIE polecam. Żadnych zabaw w "sam zobacz i się przekonaj" nie zamierzam podejmować, film jest naprawdę fatalny i po prostu szkoda na niego czasu. Cały czas nie mogę się nadziwić, że zdzierżyłam tę produkcję do samego końca, mogę się wytłumaczyć tylko wyczerpaniem remontowym... Książka nie była arcydziełem - ot, takie czytadło, ale przyjemne i całkiem wciągające, zwłaszcza w swoim historycznym wątku.

Akcja i książki, i filmu rozgrywa się dwutorowo - współcześnie i w XIII wieku. Średniowieczna historia opowiada o krucjacie przeciwko katarom, których spora grupa mieszkała we francuskim mieście Carcassonne. Na pierwszy plan opowieści wysuwają się losy pięknej Alais i jej okrutnej siostry Oriane. W tle mamy trzy tajemnicze księgi i Świętego Graala.
Bohaterką współczesnego wątku jest Alice, która podczas wykopalisk natyka się na szkielety i zagadkowy pierścień - ściśle powiązane z wspomnianymi wydarzeniami sprzed kilkuset lat. Szybko okazuje się, że tajemnice sprzed lat są wiecznie żywe - a komuś bardzo zależy, by nie zostały ujawnione.

Klasyczny motyw dobrej i złej siostry - Alais i Oriane

Rozczochrani obrońcy Carcassone
W książce wątek historyczny wydawał mi się zdecydowanie ciekawszy i w filmie też wypadł lepiej. Niestety część współczesna zupełnie produkcję pogrążyła. Vanessa Kirby, która grała Alice, była ładną niebieskooką blondynką, w strojach nieco boho, w wysmakowanych błękitno-beżowych tonacjach kolorystycznych, pasujących do otoczenia i to by było na tyle, jeśli chodzi o jej wkład w kreowanie postaci. Minę miała tylko jedną, w wariacji na zamknięte i otwarte usta - Kristen Stewart mogłaby się od niej nauczyć, jak nie wyrazić mimiką absolutnie nic... Samej może nie udałoby się jej położyć całego filmu, ale miała mocne wsparcie ze strony scenarzysty. Udało mu się wydobyć z książki całą jej płytkość - sensu w wydarzeniach nie było za grosz, o ciągu przyczynowo-skutkowym nie wspominając, a złote myśli, które padały z ust bohaterów miałam chęć zapisywać, bo tyle komunałów naraz to się jednak rzadko słyszy.

Alice (Vanessa Kirby) zna tylko jedną minę
Nie będę się już dalej pastwić, wymieniając słabe strony filmu, bo trzeba mieć litość dla maluczkich. Dodam tylko, że finał godny był Monty Pythona i Świętego Graala i nie jest to komplement.
Nie oglądajcie.

I tylko Carcassone warto zobaczyć... Najlepiej na żywo
Labirynt / Labirynth, miniserial TV, reż. Christopher Smith, Niemcy, RPA, Wielka Brytania, 2012

27 stycznia 2013

Nowa przyjaźń literacka

Zaprzyjaźniłam się właśnie z panią Gaskell, a to nie byle kto, bo bliska znajoma i biografka Charlotty Bronte. Wstrzymywałam się dość długo, bo po pierwsze - dopiero niedawno wyszły w Polsce tłumaczenia jej powieści, po drugie - ich cena mnie blokowała, po trzecie - wszyscy się nimi zachwycali na blogach, i powieściami, i ekranizacjami, więc czułam przesyt. Poza tym, sama "Północ i Południe", mimo zachęcającej rekomendacji: "dla miłośników Jane Austen i sióstr Bronte", odstraszała mnie tematem. Jak słyszałam o rolniczym Południu i przemysłowej Północy, o fabrykach, maszynach, strajkach, nie mogłam jakoś pojąć uniesień. Brzmiało to jak szkolna lektura pozytywistyczna i kusiło umiarkowanie (chociaż ja w sumie pozytywizm lubiłam).

No, ale zakupiłam, przeczytałam i teraz też się już mogę zachwycać. Bo niestety niczego oryginalnego nie powiem - podobało mi się i już. To jest jednak inna proza niż sióstr Bronte czy Austen, bardziej chłodna i elegancka, nie dostrzegłam tu typowych dla tamtych pasji i namiętności. W ogóle nie pasuje mi do kategorii romansów, bo akurat "romans" to była jej najmniej udana część. Para głównych bohaterów, Margaret Hale i John Thornton, pozostali dla mnie dość nijacy - i ani się z nimi nie zaprzyjaźniłam, ani nie bardzo uwierzyłam w uczucie, które miałoby się (lub nie) między nimi rozwijać. To znaczy, owszem - zostali przez pisarkę scharakteryzowani słownie, ale ja nie "czułam" ich charakterów, moim zdaniem nie wynikały one z samej akcji. O wiele lepiej wyszło pani Gaskell tworzenie spójnych bohaterów z dalszych planów. Tak samo to, czy jakieś uczucie między parą głównych bohaterów mogło zakiełkować, pozostało dla mnie sprawa drugorzędną, wręcz nie bardzo mnie to interesowało.

A jednak, mimo tego zastrzeżenia, uważam, że jest to świetna powieść obyczajowa, temat "przemysłowy" nie powinien nikogo odstraszyć. Doskonale mi się mieszkało z rodziną Hale pod jednym dachem, czy był to dach plebanii na Południu, czy domu w robotniczym miasteczku na Północy. Siedziałam z nimi przy posiłkach, wychodziłam na spacery, spotykałam ludzi - chętnie robiłabym to jeszcze przez kolejne pół tysiąca stron.Czułam się całkowicie zadomowiona.

Swoją drogą, kiedy czytałam o robotniczym Milton, przypominały mi się wspomnienia Frances Hodgson Burnett, która jako dziecko też miała umiarkowane szczęście zamieszkiwać w przemysłowych rejonach Anglii. Najbardziej jej opis sadzy, wirującej w powietrzu, osiadającej na wszystkim dookoła, także twarzach i sukniach...

Przede mną teraz serial z 2004 r., podobno doskonały. Jako ciekawostkę dodam, że Thorntona zagrał w nim Richard Armitage, czyli Thorin Dębowa Tarcza z Hobbita :) Druga powieść, "Żony i córki", tez już czeka na półce, ale chwilowo zagłębiłam się w czytaniu cudzej korespondencji, choć to podobno brzydko (ale może mi panowie wybaczą, zarówno Tolkien, jaki i Lem z Mrożkiem), więc pani Gaskell musi chwilkę poczekać.

***

A jeśli chodzi o prywatę, to chaos totalny trwa. Remont posuwa się tempem ślimaczym, a musimy zdążyć do wiosny, optymalnie byłoby skończyć za jakieś 7 tygodni. Na razie szanse marne, zwłaszcza że środki finansowe na wyczerpaniu. Obecnie najgodniej prezentuje się toaleta, pomieszczenie niewielkie, ale jakże istotne ;) Chociaż tak całkiem skończone też nie jest. Nie najlepszy to wynik, zważywszy, że remont zaczął się trzy tygodnie temu. Na szczęście kuchnia też już ruszona, sporo przeróbek instalacyjnych trzeba tam było wykonać, żeby przemienić standardy sprzed 50 lat w dzisiejsze. Wkrótce powinni nam wymieniać okna, czekamy na to z utęsknieniem, ale pozostaję sceptyczna, jeśli chodzi o terminowość firmy - choć może mnie zaskoczą. Ocieplenie idzie, warto byłoby to wykorzystać. Na kolejny ogień pójdzie łazienka - to największe wyzwanie, zupełnie nie wiemy, jak ją ugryźć, a koszt remontu przeraża. Ale zrobienie porządku jest niezbędne, nie da się już czekać dłużej. Wrzuciłabym zdjęcia, ale mnie odrzuca na myśl, że miałabym się do niej publicznie przyznać (chociaż jej stan to nie nasza zasługa, a pozostałość po poprzednich właścicielach). Dodam je, jak już będziemy mieć wersje "przed" i "po"...
Ciężko mi się skupić na czymkolwiek, siedząc w środku tego remontu i kompletnego zagracenia, stosów paczek i mebli, wśród gruzu, pyłu, hałasu wiertarki i kucia. Żałuje, że ten jedyny w życiu czas oczekiwania na pierwsze dziecko upływa w takich okolicznościach - delektowanie się nim jest skazane na niepowodzenie. Fizycznie męczę się zastraszająco szybko, a w głowie mam chaos. Miotanie się między lekarzem a supermarketem budowlanym to taka średnia przyjemność. Ostatnio poszłam nawet dla odprężenia pod lokalną bibliotekę - mam na osiedlu aż dwie filie - czy mnie nogi zaniosą w prawo czy w lewo, zawsze dotrę do książek ;) Obejrzałam ją sobie z wierzchu, pomacałam, powzdychałam, ale nie weszłam. Znoszenie teraz do domu lektur to nie jest dobry pomysł, a nie ma szans, żebym weszła, zarejestrowała się i wyszła z pustymi rękami. To się nigdy nie zdarza...

24 stycznia 2013

Literatura na ekrany! - Śródziemie kontraatakuje


Udało mi się wreszcie dotrzeć do kina na "Hobbita", z dużym opóźnieniem, ale to i tak był nie lada wyczyn, w obliczu remontowego chaosu oraz okoliczności przyrody (parking kinowy był kompletnie zasypany, a i przetoczenie się z domu do kina łatwe nie było). Upodobania mamy proste, więc wybraliśmy wersję bez bajerów, banalne 2D z napisami (3D nas jakoś specjalnie nie kręci, a wersję 48 klatek nam odradzono, jako dającą efekt teatralny). Jak było?

Było dobrze, ale niestety - nie bardzo dobrze. Ciekawa bajka, miło się oglądało, ale zachwycić się nie zdołałam.
Po pierwsze 
Nie jestem przekonana do sensu rozbijania niezbyt długiej powieści na trzy oddzielne filmy - jeśli nie chciano za mocno przycinać akcji, może należało zrobić dylogię? Wierność książce w szczegółach nie zawsze się sprawdza, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że się zasadniczo nie sprawdza, bo film funkcjonuje na innych zasadach. (Stąd dobrze się czyta np. dialogi na piętnaście stron, ale już oglądanie przegadanego filmu bywa męczące, chyba że reżyser wybitny i potrafi.) Z powodzeniem kilka scen można by wyciąć z pierwszej połowy "Hobbita" bez żadnej straty dla widza, a i drugą przydałoby się okroić. Od razu przyznam, że nie wiem, w jakim stopniu film jest wierny książce, bazuję na opinii innych - że bardzo. Sama czytałam "Hobbita" jakieś 10 lat temu, podobał mi się średnio (za to "Władca pierścieni" mnie zachwycił), a mój egzemplarz spoczywa spakowany gdzieś w środku stosu przeprowadzkowych paczek i nie mam jak sprawdzić, choć chętnie bym to uczyniła.
Po drugie
Przeraźliwa powtarzalność akcji, co jest wynikiem punktu pierwszego. Streszczenie wyglądałoby tak:
Krasnoludy & hobbit idą, idą, idą. Znienacka pojawiają się trolle. Bitwa. Jest bardzo źle, ale w ostatnim momencie wyskakuje Gandalf i ratuje sytuację.
Krasnoludy & hobbit idą, idą, idą. Znienacka pojawiają się orkowie. Bitwa. Jest bardzo źle, ale w ostatnim momencie wyskakuje Gandalf i ratuje sytuację.
Krasnoludy & hobbit idą, idą, idą. Znienacka pojawiają się gobliny. Bitwa. Jest bardzo źle, ale w ostatnim momencie wyskakuje Gandalf i ratuje sytuację.
Krasnoludy & hobbit idą, idą, idą. Znienacka pojawiają się kamienne olbrzymy. Bitwa. Jest bardzo źle, ale wyjątkowo Gandalf nie wyskakuje, pewnie dlatego, że olbrzymy naparzają się między sobą, a krasnoludy znalazły się tam przypadkiem i dadzą radę.
Dalej schemat jest kontynuowany jak wyżej, aż do końca, dającego słabą nadzieję na jakąś odmianę w kolejnej części.
Bardzo widowiskowe było to wszystko, ale jak po raz n-ty zobaczyłam zaplutą gromadę orków, lecącą z wrzaskiem za (swoją drogą niezniszczalnymi) krasnoludami, to poczułam, że już długo nie wytrzymam. Zagęszczanie się akcji z upływem czasu polegało na skracaniu momentów spokojnych (krasnoludy idą), a wydłużaniem aktywnych (krasnoludy się biją).
Po trzecie
Nieznośny patos. Od czasu do czasu któryś z bohaterów, zdaje się, że głównie Bilbo, wygłaszał jakąś Uwagę Mądrą a Światłą i Zapamiętania Godną. Pokazywany był wtedy obowiązkowo na tle nieba, oświetlony przez słońce dramatycznie wschodzące lub zachodzące (te dwie pory dnia dominowały w całym filmie), wszystkie postaci dookoła zamierały, a w tle obowiązkowo leciał kawałek "Old Friends". Nie zwróciłam uwagi, czy mu w tym momencie wietrzyk rozwiewał loki, ale powinien. I brakowało mi już tylko łopoczącej amerykańskiej flagi...
Pomniejsze uwagi:
4. Wtórność w stosunku do "Władcy pierścieni". Jeśli ktoś bardzo chciał powrócić do tamtego świata, będzie usatysfakcjonowany, ale niczego nowego, odświeżającego nie należy si spodziewać. Ten sam sposób filmowania, taka sama muzyka, ten sam typ zdjęć (chwilami ocierający się bardzo blisko o kicz).
5. Efekty specjalne dość nierówne - rewelacyjny Gollum (widać tu rozwój przez te parę lat), a zarazem gumowato-plastelinowy Azog. Najbardziej zaniepokoiły mnie pierwsze sceny pokazujące krasnoludzkie miasto w okresie chwały - szybko przejeżdżająca kamera sprawiała, że na ekranie widać było tylko rozmyte plamy, a jedynym wyraźnym elementem były napisy. Na szczęście potem już takich efektów  nie było.
6. Mnóstwo małych irytacji, na które można przymknąć oko (jak pożar lasu rozprzestrzeniający się tylko w jednym kierunku - z dala od dobrych bohaterów - oraz tylko na poboczach, zostawiając środkiem nietknięte przejście), zwłaszcza że wiele z nich powinno być chyba skierowane do Tolkiena, a nie do Jacksona. Chociaż może Tolkien niektóre dziwne poczynania swoich bohaterów uzasadniał lepiej, a reżyser nie i przez to rażą.

Podsumowując - nie polecam jakoś szczególnie, ale fanów Tolkiena nie zniechęcam, sama pewnie i tak obejrzę dalsze części. A wkrótce zabieram się za lekturę "Listów" Tolkiena, które udało mi się nabyć po okazyjnej cenie w osiedlowej księgarni. A już się cieszyłam, że mi tak niekupowanie książek dobrze idzie...

18 grudnia 2012

Droga do Wolf Hall

Ta książka miała wszelkie szanse, żeby mi się nie spodobać.

Po pierwsze - temat. Bardzo lubię historię Tudorów, ostatecznie to jeden z bardziej działających na wyobraźnię okresów w historii Anglii. Jednocześnie jednak jest to okres najbardziej wyeksploatowany. Wszyscy wiedzą, jak to szło z żonami Henryka, ile jeszcze interpretacji można znieść.
Po drugie - styl. Książka napisana w czasie teraźniejszym ma u mnie (i jak zauważyłam, wielu innych czytelników) minus na wejściu. Do tego fabuła jest dziwnie niejednolita, poszarpana, duzo dialogów pozbawionych opisów, tak że trzeba się domyślać, który z bohaterów mówi którą kwestię.
Po trzecie - bohater. Tomasz Cromwell, królewski doradca. Czy naprawdę nie było postaci bardziej interesującej?
Po czwarte - oczekiwania. Nagroda Bookera, zachwyty na wielu blogach, od razu można spojrzeć na dzieło podejrzliwie...

Szanse może i miała, ale rezultat był całkiem przeciwny. Łyknęłam tę niemal siedmiusetstronicową cegłę jak młody pelikan i chcę więcej. Chcę rozpaczliwie. Czuję się, jakbym została znienacka i bezprawnie usunięta z dworu Henryka VIII (nie dziwię się już Katarzynie Aragońskiej) i nie mogę się odnaleźć w fabule żadnej innej powieści. Gdzie są "moje" czasy i "moi" ludzie? Muszę wrócić, muszę się dowiedzieć, co będzie dalej (no dobra, wiem, co będzie dalej, wszyscy wiedzą, ale ciiiiii...), chcę śledzić nieubłagany upadek Anny Boleyn (z bezsensowną nadzieją, że tym razem jej się uda) i nieoczekiwane wyniesienie tej niepozornej dziewczyny Seymourów...

Czas teraźniejszy szybko przestał mi przeszkadzać, dosłownie po kilku stronach już go nie zauważałam. Doceniłam ten zabieg stylistyczny, bo dzięki niemu miałam wrażenie, jakbym obserwowała historię, która rozgrywa się na moich oczach, a nie tą co to "dawno dawno temu, za siedmioma górami...". Trochę przeszkadzało mi "poszarpanie" fabularne, nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia, aleczasem miałam wrażenie, jakby jeden akapit nijak się nie wiązał z następnym. Chętnie bym porównała z oryginałem.

Tomasz Cromwell wg Hansa Holbeina
Dużo już pisano o fabule tej powieści, wiec tylko pokrótce dla tych, których ominęło: głównym bohaterem jest rzeczywiście Tomasz Cromwell, człowiek, który nieoczekiwanie dla samego siebie stał się królewskim doradcą. Możemy śledzić losy tej postaci od chwili, gdy jako pobity przez ojca-kowala-brutala nastolatek ucieka z domu, do momentu największej chwały na dworze Tudorów. Dzięki Tomaszowi poznajemy codzienne życie zamożnych warstw, gościmy w jego domu w Austin Friars, który na przemian zaludnia się i wyludnia (podczas gdy zarazy wędrują po Londynie w te i nazad), spotykamy ważne postacie tamtych czasów, choćby kontrowersyjnego (bardzo nieświętego) Tomasza Morusa i jego rodzinę, kardynała Wolseya, Norfolków i Boleynów, prorokinię Elizę Barton. Wiele postaci mamy okazje odprowadzać do grobu - takie to były czasy. Wreszcie - poznajemy osobiście Henryka, wzgardzoną Katarzynę i upragnioną (do czasu) Annę.

Bohaterów drugoplanowych jest co niemiara, początkowo gubiłam się nieustannie i musiałam pomagać sobie zamieszczonym na początku spisem. Szybko jednak każda postać zaczyna wydawać się żywa, znajoma i sama wskakuje we właściwą rubryczkę pamięci. Trudno mi wręcz uwierzyć, że Hilary Mantel wcale nie znała swoich bohaterów i mogła się co do nich pomylić. Oni po prostu MUSIELI być tacy, jak na kartach książki. Cromwell zaś bardzo szybko przeszedł drogę od postaci, która (dotychczas) w całej tej tragicznej historii ani mnie ziębiła, ani grzała, do człowieka bliskiego, budzącego żywe emocje, współczucie, z którym żal się rozstawać.



Dramatis personae: Katarzyna Aragońska, Henryk VIII, Anna Boleyn

Jedyne co mi się nie podobało, to tłumaczenie tytułu. Wolf Hall to siedziba Seymourów, która nie odgrywa w tekście żadnej ważniejszej roli, akcja nie rozgrywa się w niej nawet przez chwilę. Jeśli chcemy interpretować "Wolf Hall" jako właśnie to konkretne miejsce, to wskazane byłoby raczej coś w stylu "W drodze do Wolf Hall". W pewien sposób wszystkie wydarzenia opisane w książce prowadzą czytelnika i jeszcze nieświadomych bohaterów do tego miejsca (co zresztą sugeruje zakończenie). Można odczytać tytuł metaforycznie, jako "gniazdo wilków", którym dwór angielski zaiste był, ale wówczas lepiej pasowałby - moim zdaniem - oryginalny "Wolf Hall", bez żadnych komnat. Trudno jednak zakładać, że każdy czytelnik zna angielski i sam sobie tytuł przetłumaczy.

Hilary Mantel
W komnatach Wolf Hall
tyt. oryg. Wolf Hall
Sonia Draga 2010


Wydawnictwo Sonia Draga poinformowało mnie, że drugi tom "Bring up the bodies" zostanie wydany wiosną. Nie wiem, czy dam radę tak długo czekać, czy sięgnę po oryginał. Nawiasem mówiąc, Hilary Mantel dostała za tę powieść drugą nagrodę Bookera - chyba wcześniej nie zdarzyło się, by nagrodzony został cykl. Ciekawe, czy Autorka czuje teraz presję pracując nad trzecią częścią trylogii, "The Mirror and the Light"...

27 listopada 2012

Czy Chińczycy jedzą kaczkę po pekińsku?



To właśnie ta książka, o której dwa wpisy temu pisałam, że ją tak dłuuugo czytałam. Ale wina leży tylko po mojej stronie, bo sama lektura świetna i warta polecenia. Nie jestem specjalną fanką kuchni chińskiej, przed lekturą niewiele o niej wiedziałam, ale ogólnie lubię czytać o Dalekim Wschodzie i chyba dlatego po nią sięgnęłam. Słusznie zrobiłam, bo Autorka pod pretekstem omawiania jedzenia zafundowała mi szaleńczą podróż po Państwie Środka, nie tylko geograficzną, ale i w czasie.

Fuchsia Dunlop wyjechała do Chin na stypendium - mające wiele wspólnego z polityką Chin, a zupełnie nic z kuchnią - w czasach, kiedy wjechać do tego kraju wcale nie było łatwo. Szybko jednak znudziła się zajęciami, na które miała uczęszczać. Zafascynowało ja za to chińskie jedzenie - a ponieważ była osobą, która zawsze lubiła gotować, doszła do wniosku, że to jest właśnie to, co chce robić profesjonalnie.  Rzuciła się więc w wir badań organoleptycznych - odwiedzając uliczne stragany, małe knajpki, uznane restauracje i prywatne domy. Co więcej - jako jedyna Europejka i kobieta ukończyła profesjonalną szkołę dla chińskich kucharzy (i od tego czasu nie rozstaje się ze swoim kuchennym tasakiem). Wielokrotnie wracała do Chin, co pozwoliło jej przyjrzeć się intensywnym przemianom, jakim kraj poddał się przez ostatnie lata (choćby wyburzenie wielu starych zabytkowych uliczek i budynków na rzecz nowoczesnej, betonowej infrastruktury). Przemierzyła kraj - może nie wzdłuż i wszerz, bo trudno obejrzeć całe Chiny, zważywszy ich rozmiar - ale prawie. Odwiedziła zarówno Pekin, jak i odległe wioski, w których Europejkę ogląda się jak dziwo. Mogła dzięki temu zaprezentować niesamowitą różnorodność tego ogromnego kraju - trudno tak naprawdę mówić o jednej kuchni chińskiej, bo każda kraina różni się niekiedy drastycznie od drugiej. Chińczycy z Południa nie wezmą do ust pożywienia z Północy i vice versa. Zachód i Wschód to dosłownie przeciwległe bieguny, a pomiędzy jest jeszcze cała masa mniejszości narodowych z własną kuchnią i - przy okazji - kulturą. Zresztą, co tu mówić o krainach i narodach, skoro swoja oryginalną kuchnię ma jedno "miasto", a dokładnie Zakazane Miasto - bo i pałac cesarski odwiedziła Fuchsia, omawiając przy okazji niezwykłą historię jego mieszkańców i ich posiłków.

Autorka wiele miejsca podkreśla rozważaniom na temat różnic kulturowych, które sprawiają, że przysmaki jednego narodu są całkiem niejadalne dla drugiego. W ocenie nie-Azjatów Chińczycy jedzą wszystko. Jeśli chodzi o spożycie mięsa jest to całkowita prawda - żadna część zwierzęcia nie pozostaje zmarnowana. Dość dużo czasu zajęło więc Fuchsii przyzwyczajenie się do smaku i konsystencji fragmentów, które w Europie wędrują prosto do kosza.Osiągnęła stan, w którym jest w stanie z apetytem skonsumować gąsienicę, więc można uznać, że nic co chińskie nie jest jej obce. Także samo przyrządzanie potraw może być dla ludzi spoza Chin szokujące - zwierzęta nie są uznawane za istoty żywe, określa się je mianem "ruszających się przedmiotów", dlatego Chińczycy nie mają oporów przed obdzieraniem ich ze skóry i patroszeniem na żywca - w końcu chodzi o to, żeby "surowiec" był jak najświeższy. Sama Fuchsia po przekroczeniu wszelkich barier kulturowych była w stanie patrzeć na taki proces spokojnie oraz skonsumować każde żywe stworzenie, łącznie z psem i kotem. W epilogu książki przyznaje jednak, że po latach prowadzenia tych doświadczeń, które miały na celu wyprzeć z niej europejskie uprzedzenia, jest coraz bliższa myśli o przejściu na wegetarianizm.

Polecam książkę wszystkim zainteresowanym nie tylko kuchnią, ale i samym krajem i jego kulturą. Niby coś już wiedziałam, coś czytałam, a jednak dopiero dzięki tej lekturze dotarło do mnie, jak ogromny, niezwykły i skomplikowany jest to kraj. Pojęłam, że pojąć go nie sposób...

30 czerwca 2012

Weekendowe lenistwo z czytadłem

Czekałam na ten weekend wytrwale i z utęsknieniem, bo czuję się urobiona po pachy, częściowo na własne życzenie, bo nikt mnie nie zmusza, żebym dobrowolnie pakowała się w aktywności pozazawodowe. Ale jakoś tak samo wychodzi. Utęsknienie nie miało nic wspólnego z zakończeniem roku szkolnego. Nie jestem nauczycielką (w sumie z wykształcenia - owszem!) ani studentką, ani tym bardziej uczennicą, po prostu tak się ostatnio składało, że każdy weekend wiązał się z jakimiś zobowiązaniami, a na ten z pełną świadomością nie zaplanowałam nic. Lub może przeciwnie - z pełną premedytacją zaplanowałam jedno wielkie gigantyczne NICnierobienie.


A nicnierobienie, jak wiadomo, najlepiej wychodzi w towarzystwie nieskomplikowanej, odprężającej lektury. Czytadło musi być lekkie, ale jednocześnie nie może drażnić niedostatkiem talentu autora, dlatego mój wybór padł na Mary Stewart, która tak doskonale zaprezentowała mi się "Tajemnicą zamku Valmy". Mary Stewart pisywała książki z gatunku "romantic suspense", czyli mieszanki romansu z dreszczowcem*, przy czym - przynajmniej w przypadku tej autorki - dreszczowca jest procentowo więcej, a romans wynika niejako przy okazji. Ogromną zaletą jej twórczości jest piękny język, talent do plastycznych opisów i umiejscawianie fabuły w ciekawych miejscach. Polskie tytuły nie pozostawiają mi póki co wiele pola dla wyobraźni - "Tajemnica zamku Valmy" rozgrywała się głównie w mrocznych komnatach tegoż (oryg. tytuł: Nine Coaches Waiting), a właśnie przeczytane "Wakacje w Awinionie" - we Francji, w większości w tytułowym mieście (oryg. tytuł: Madame, will you talk?). Szczyt popularności autorka przeżywała w latach 60-80. XX w., jej powieści były tłumaczone na wiele języków. W Polsce została już chyba zapomniana (polskich wznowień brak), a niesłusznie, na szczęście za granicą nadal jest popularna i wydawana.


"Wakacje w Awinionie" to debiut Mary Stewart, powieść wydano w 1955 r. (lub 1954), a akcja rozgrywa się nieco wcześniej, może na początku lat 50., w każdym razie wspomnienie drugiej wojny pozostaje nadal boleśnie żywe. Mąż głównej bohaterki zginął jako pilot RAF, inny bohater wspomina pojmanie przez hitlerowców i transporty Żydów.

Tymczasem jednak mamy urocze słoneczne wakacje, które młoda kobieta, Charity Selborne, postanowiła spędzić we Francji wraz z przyjaciółką. Zaraz na początku pobytu w hotelu w Awinionie Charity spotyka małego chłopca, Davida, który budzi w niej sympatię. Wkrótce poznaje niewesołą sytuację dziecka. Jego ojciec został oskarżony o morderstwo, choć uniewinniono go, prawdopodobnie z braku dowodów. Dzieciak zdany jest na macochę, a obydwoje wydają się przerażeni myślą, że "tatuś" może ich odnaleźć. Charity zżywa się szybko z chłopcem i nie ma pojęcia, że tym samym pakuje się w sam środek niebezpiecznej rozgrywki na śmierć i życie.


Na początku przeraziłam się pojawieniem młodej kobiety i osieroconego chłopca - czyżby ten sam schemat co w "Tajemnicy zamku Valmy"? Na szczęście obawy okazały się płonne, bo historia potoczyła się inaczej. Wydaje mi się, że powieść jest nieco słabsza niż "Tajemnica...", w każdym razie ma dwa momenty mocno, moim zdaniem, naciągane, ale i tak czytałam ją z dużą przyjemnością. Akcja książki obejmuje tylko 6 dni, ale w tym czasie mamy okazję wraz z Charity zwiedzić spory kawałek południowej Francji (całkiem dużo się o niej dowiedziałam, choć to informacje sprzed 60 lat, więc nieco zdezaktualizowane), przeżyć kilka mrożących krew w żyłach pościgów samochodowych (w opisywaniu tychże Stewart nie ma sobie równych) oraz wiele chwil grozy i sporo zaskoczeń. Sześć dni we Francji odmieni życie sympatycznej bohaterki, a nam zapewni co najmniej jedno popołudnie rozrywki.

Na zakończenie dwa zdjęcia miejsca akcji - więcej na blogu Mary Stewart - born storyteller, założonym przez fankę pisarki.


Awinion

Pont du Gard
Mary Stewart
Wakacje w Awinionie
Madame, will you talk? (1955)
Świat Książki 2000



*Gwoli sprawiedliwości - tak naprawdę Mary Stewart jest najbardziej znana z serii o czarodzieju Merlinie i Królu Arturze, ale jeszcze jej nie czytałam.


PS. Dowód na popularność książki w krajach anglojęzycznych:


 

30 maja 2012

Dziecko niedziecko

Helen Oyeyemi
Mała Ikar
The Icarus Girl, tłum. Jolanta Kozak
W.A.B. 2007
ss. 356 

Małą Jessamy mroczne siły, których nie sposób pojąć, spychają na sam próg szaleństwa. Zaraz runie w dół. Ale nikt tego nie widzi.

Jessamy ma 8 lat. ojca Anglika i matkę Nigeryjkę. Może mieszanka tych dwóch kultur sprawiła, że jest dzieckiem bardzo oryginalnym - czyta Szekspira, pisze haiku. Nie ma przyjaciół, bo cierpi na ataki histerii, przez co inne dzieci uważają ją za dziwaczkę. Matka, licząc na uzdrawiający wpływ swojego rodzinnego domu, decyduje się na wakacyjny wyjazd do Nigerii. Jessamy poznaje tam afrykańską część swojej rodziny, ale nie tylko... W opuszczonym domu spotyka zabawną dziewczynkę Tilly Tilly, która szybko awansuje na wytęsknioną przyjaciółkę. Coś jest jednak nie tak z Tilly Tilly - nie chce, żeby zobaczył ją ktoś dorosły, namawia Jessamy do bardzo niegrzecznych zachowań, a potem tajemniczo przenosi się do Anglii. Jak blisko jest od fascynacji do poczucia osaczenia?


Początkowo, czytając, myślałam - no tak, książka o wymyślonym przyjacielu z dzieciństwa. Potem myślałam - schizofrenia u dzieci. Potem przestałam się domyślać, bo pisarka poprowadziła mnie ścieżką, której istnienia nie podejrzewałam. Fascynujące zderzenie (bo zetknięcie to za słabe słowo) kultury europejskiej z afrykańską, tajemnic psychiki i tajemnic... no właśnie, czego?


Polecam, bardzo ciekawa lektura.


****************


Przy okazji odkryłam, że książki Oyeyemi wydawane są w przepięknych okładkach:

24 maja 2012

Dwa razy pas


Ostatnio dwa razy poddałam się, czytając książkę, którą obiektywnie określiłabym jako dobrą.

Uwielbiam Pereza Reverte za "Klub Dumas" i "Szachownicę flamandzką". Bardzo lubię za "Fechmistrza", "Ostatnią bitwę Templariusza" i "Cmentarzysko bezimiennych statków". Z zainteresowaniem przeczytałam "Terytoriów Komanczów" i "Batalistę" oraz dwa pierwsze tomy "Kapitana Alatriste". Na trzecim - "Słońce nad Bredą" - poległam, bo był w całości opisem działań batalistycznych, i potem już nie kontynuowałam serii. Mimo tego alatristowego potknięcia uważam Pereza Reverte za świetnego pisarza i  naprawdę wyczekiwałam z nadzieją lektury "Oblężenia". Niestety, po 200 stronach definitywnie padłam w tej francusko-hiszpańskiej bitwie.

Powieść ma sporo drobiazgowo opisywanych wątków. Głównym bohaterem jest hiszpańskie miasto Kadyks, leżące na półwyspie, oblegane przez Francuzów (wojny napoleońskie). Zamknięci w jego obrębie mieszkańcy, od czasu do czasu bombardowani pociskami, które na ogół nie dolatują do celu, starają się prowadzić normalne życie. Mamy tu zagadkę kryminalną - morderstwa popełniane na młodych dziewczętach i ponurego komisarza Tizona, który stara się znaleźć sprawcę. Mamy ładną i inteligentną bohaterkę (kobiety u Pereza są zawsze bystre), Lolitę Palmę, stojącą na czele firmy handlowej, oraz korsarza Pepe Lobo i nieśmiało kiełkujący wątek romansowy. Mamy też francuskiego szpiega i francuskiego artylerzystę, kapitana Desfosseux. Realia historycznie oddane są bardzo dokładnie - wydaje mi się wręcz niemożliwe, że opisuje je człowiek, który żyje współcześnie.

Wszystko to brzmi bardzo dobrze, ale ma jedna podstawową wadę - jest nieziemsko nudne. Naprawdę nie czytuję wyłącznie książek o wartkiej akcji obfitującej w niespodzianki, czasem lubię sobie leniwie płynąć z fabułą, ale jeśli ktoś pisze o morderstwach i piratach, a ja brnę przez to w pocie czoła, to chyba coś jest nie tak. Przy stronie z numerkiem 200 (jeszcze ponad 2 x tyle zostało przede mną) pomyślałam sobie, że nic nie obchodzi mnie los bohaterów i jeśli francuskie bomby zrównają Kadyks z ziemią, to nie odczuję nawet drgnienia żalu. A skoro tak, to chyba nie ma sensu kontynuować.

Polecam nie kierować się moimi subiektywnymi odczuciami i przekonać się osobiście. Sama może kiedyś powrócę do lektury, kiedy będę miała dużo czasu i wolniejsze tempo życia. Prawdopodobnie na emeryturze.

***************

Właściwie moje zarzuty wobec "Pokoju z widokiem" będą bardzo podobne. Nuda i brak zainteresowania losem bohaterów. Poległam jednak znacznie szybciej, bo w ogóle nie przepadam za romansami, a nudne romanse to już okrutna kara.

Klimatyczna powieść, dziejąca się na początku XX w. wśród brytyjskich turystów we Włoszech. Dobrze oddana atmosfera pensjonatu, karykaturalne portrety drugoplanowych bohaterów, niepokojący urok Florencji. Główna bohaterka, młodziutka Angielka z dobrego domu, Lucy Honeychurch, przybywa tu wraz ze starszą i nudną kuzynką Charlottą. W pensjonacie poznają dwóch panów Emerson, ojca i syna, których zachowanie - na bakier z konwenansami - nie wzbudza sympatii pozostałych gości. Wbrew sobie Lucy odkrywa, że niebanalny George Emerson potrafi wprawić jej serce w drżenie.


Zarzut podstawowy - Lucy jest nijaka. Może autor mężczyzna nie potrafił wczuć się w psychikę kobiety albo taką właśnie chciał ją uczynić. Na mnie jednak zupełnie nie robiła wrażenia żywej istoty. Pod wpływem Georga zaczynają budzić się w niej jakieś ciekawsze instynkty, ale mnie nie zaciekawiły na tyle, żeby kontynuować przygodę.


Polecam zainteresowanym, a sama zamierzam jeszcze dać szansę temu pisarzowi.

15 maja 2012

Zbrodnia bez odcisków palców

Doskonała powieść historyczna. Kryminał, w którym nikt nie jest tym, kim się wydaje. Książka satysfakcjonująca, ale wcale nie łatwa w odbiorze. Spróbuję Wam wyjaśnić, dlaczego czytałam ją przez kilka miesięcy, a od kilku tygodni nie mogę się zebrać do napisania recenzji.

Iain Pears
Którędy droga?
An Instance of  the Fingerpost
tłum. Katarzyna Petecka-Jurek
Zysk i ska 2010
s. 739

UWAGA. RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY.

Anglia w XVII w., tuż po restauracji Stuartów, politycznie i religijnie nadal wzburzona. Na uniwersytecie w Oxfordzie w tajemniczych okolicznościach umiera doktor Robert Grove, jeden z profesorów. Podejrzana jest służąca, Sarah Blundy, która podczas parodii procesu (kobieta = czarownica zapewne) zostaje uznana winną. Jaka jest prawda?

Historię poznajemy poprzez relację czterech osób: weneckiego studenta medycyny - Marca de Coli, syna zdrajcy - Jamesa Prescotta, kryptografa - dr Johna Wallisa oraz antykwariusza Anthony'ego Wooda.

W pierwszą relację wciągałam się dość długo (zwłaszcza opisy ówczesnych eksperymentów, doświadczeń na zwierzętach i sekcji zwłok - w końcu narrator jest medykiem - były ciężkie w odbiorze), ale skutecznie. Kiedy w napięciu przeszłam do relacji Prescotta, autor walnął mnie obuchem w głowę z informacją: "Ale to wcale nie było tak, Marco de Cola kłamał". Jakby raz nie wystarczyło - zrobił to ponownie przy kolejnych relacjach. Uprzedzam więc: czytając, do nikogo się nie przywiązujcie i nikomu nie ufajcie. Każdy opowiada to, w co chce, żebyście wierzyli. Większość oszukuje.

Opowieść jest rewelacyjnie osadzona w historii, wyrywa czytelnika z korzeniami ze współczesności i rzuca prosto w świat siedemnastowieczny. Stylizowany język jest bardzo naturalny. Także bohaterowie są dziećmi swoich czasów - przez to mogą być jednak dość trudni w odbiorze. Są też minusy i to one, a nie objętość (prawie 800 stron), sprawiły, że czytałam powieść wyjątkowo długo. O ile dwie pierwsze relacje czyta się dość gładko, z trzecią poszło mi gorzej. Najpierw musiałam przerwać lekturę ze względu na brak czasu, a kiedy po tygodniu do niej powróciłam, okazało się, że wszyscy bohaterowie drugoplanowi (a sporo ich) zaczęli mi się mylić. W dodatku narrator trzeciej części, kryptograf, jest wielbicielem teorii spisków, wszędzie węszy podstępy, podważa każde słowo swych poprzedników i produkuje tak fantazyjne teorie, w dodatku mocno splecione z ówczesną polityką Wielkiej Brytanii, że w pewnym momencie kompletnie się pogubiłam. Na szczęście mozolne brnięcie przez trzecią część zostało mi wynagrodzone w kolejnej. Relacja antykwariusza Wooda rzuca światło na wydarzenia, prostuje zapętlone wątki, a zaskakujące rozwiązania wszystkich zagadek w pełni wynagradzają trudy czytania. Po dotarciu do końca byłam naprawdę zadowolona, że nie poddałam się zniechęceniu.

Polecam gorąco, ale tylko czytelnikom wytrwałym oraz wielbicielom powieści historycznej*. Ci, którzy lubią "kryminały kostiumowe" mogą być zawiedzeni, bo pytanie "kto zabił" często było spychane na drugi plan i właściwie ciężko je uznać za najważniejsze w powieści.

* W powieści występuje sporo prawdziwych postaci, m.in. John Locke, Richard Lower, John Thurloe, Samuel Morland itd., a intrygi inspirowane są rzeczywistymi wydarzeniami (postać Sarah Blundy wzorowano na Anne Green).

27 marca 2012

Ta, którą znałam najlepiej


Mam słabość do biografii kobiet-pisarek. Zaczęło się dawno temu, w wieku wczesnonastoletnim, od przepełnionych humorem autobiografii Joanny Chmielewskiej i Agathy Christie. Potem była długa przerwa, aż wreszcie trafiłam, nie tak dawno, na wspaniałą biografię sióstr Bronte autorstwa Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. Zaraz potem sięgnęłam po życiorys L.M.Montgomery ("Maud z Wyspy Księcia Edwarda") i upewniłam się, że mam ochotę podążać tą ścieżką. Na liście mam już całą listę biografii do przeczytania, a na półce czeka "Niezłomne serce" - biografia Jane Austen.

Na autobiografię, a dokładniej wspomnienia z dzieciństwa Frances Hodgson Burnett, autorki "Małej księżniczki" i "Tajemniczego ogrodu" trafiłam całkowitym przypadkiem. Myślałam, że "The One I Knew the Best of All" w ogóle nie zostało przetłumaczone - okazało się, że owszem, ale pod tytułem, który mi się wcale nie kojarzył, jako "Leśna Boginka". Uzasadnienie dla takiego tytułu w tekście występuje, ale moim zdaniem jest on mylący, spodziewałabym się raczej jakiejś baśni. Nadal chcę przeczytać pełnowymiarową biografię pisarki - fascynuje mnie to, że autorki ciepłych, krzepiących książek tak często cierpiały na depresję, kryzys wiary, były nieszczęśliwe w małżeństwie, traciły dzieci... Może dlatego tworzyły cudowne fikcyjne historie, żeby uciec od rzeczywistości?

Leśna Boginka / The One Knew The Best of All
Frances Hodgson Burnett
wydanie oryginalne - 1893
wydanie polskie - Nasza Księgarnia 1996


"Leśna boginka" rozpoczyna się jednym z najwcześniejszych wspomnień małej Frances - narodzinami jej niespełna trzy lata młodszej siostrzyczki, Edith. Poznajemy dziewczynkę oczyma dojrzałej, około 50-letniej pisarki, która opisuje małą-siebie w trzeciej osobie, jako Osóbkę. Dzięki temu "Leśna boginka" bardziej przypomina opowieść o pewnej małej dziewczynce niż wspomnienia. Książka kończy się wydaniem w magazynie pierwszego opowiadania, kiedy pisarka miała ok. 19 lat.

Frances Eliza była środkowym dzieckiem, miała dwóch starszych braci i dwie młodsze siostry. Kiedy matka była w ciąży z ostatnią córką, Edwiną, ojciec nagle zmarł i sytuacja finansowa rodziny znacznie się pogorszyła. Pierwsze wspomnienia pisarki wiążą się z robotniczą Anglią - choć rodzina należała do wyższej klasy. Mamy tu ciasną zabudowę, podglądane przez okna robotnicze rodziny, osiadającą wszędzie (także na ubraniach  i twarzach) sadzę, tęsknotę za zielenią. Pojawiają się pierwsze doświadczenia literackie - nauka czytania, zachwyt nad powieściami, wymyślone historie snute przed przyjaciółkami, wreszcie własne próby literackie. Jest też sporo obrazków obyczajowych - spacerujące nianie, angielskie niedziele z wyprawami do kościoła, prowadzona przez dwie młode panny szkoła - oraz poruszających wspomnień, np. pierwsze zetknięcia ze śmiercią.

To, co mnie zaskoczyło, to że Frances Hodgson (później z męża Burnett) większość życia mieszkała w Ameryce. Jej książki wydawały mi się zawsze tak angielskie, że nie mogłam w to niemal uwierzyć. Rodzina Hodgsonów przeniosła się do Stanów Zjednoczonych wkrótce po zakończeniu wojny secesyjnej, kiedy Frances miała 16 lat. Do Anglii wróciła jako znana pisarka, w okolicach 50 roku życia. W Anglii powstał dopiero "Tajemniczy ogród" - inspirowany zresztą prawdziwym ogrodem w Great Maytham Hall - a "Małą księżniczkę" wydano tam jako książkę - wcześniej była publikowana w odcinkach w gazecie jako "Sara Crewe lub Co się zdarzyło na pensji panny Minchin". Z ciekawostek - początkowo Frances pisała dla dorosłych. Pierwsze utwory dla dzieci powstały po spotkaniu z Louise May Alcott, autorką "Małych kobietek" oraz z redaktorką pewnego czasopisma dla dzieci.

"Leśna boginka" - ciepła i urocza historia - została zadedykowana zmarłemu w wieku 16 lat synowi pisarki, Lionelowi.

Recenzja zamieszczona została także na blogu "Klasyka Młodego Czytelnika".

19 marca 2012

Trzy kobiety w czerni

Nie wiem, czemu nazwisko Susan Hill kojarzyło mi się szalenie współcześnie, a to dama jest 70-letnia i z bogatym literackim dorobkiem. Przy okazji nowej ekranizacji jej powieści "Kobieta w czerni" zrobiło się o niej w Polsce nieco głośniej, zwłaszcza że równocześnie z filmem ukazało się polskie tłumaczenie tej powieści (wcześniej chyba niedostępne).

Chociaż horrorów nie czytuję i nie oglądam, to powieści o duchach pod to miano nie podciągam - tzw. powieści gotyckie darzę skrywaną sympatią. Prawda jest jednak taka, że za dużo porządnych powieści o duchach wcale nie ma. Z klasyki czytałam dobrego "Mnicha" Lewisa (chociaż duchów to tam malutko), "W kleszczach lęku" Henry'ego Jamesa - tą dość dawno i słabo ją pamiętam - oraz oczywiście "Opowieści niesamowite" Poe'go, choć przy całej sympatii dla autora nie mogę powiedzieć, żeby specjalnie straszyły. Przede mna jeszcze "Zamczysko w Otranto" Walpole'a i powieści pani Radcliff oraz polskiej przedstawicielki nurtu - Anny Mostowskiej. Powieść Susan Hill także rozgrywa się w XIX-wiecznych realiach, wiec tym chętniej sięgnęłam i po książkę i po obie jej ekranizacje.


Dojrzały mężczyzna, Arthur Kipp, wspomina najstraszniejsze doświadczenie swojego życia, to o którym całe życie próbował zapomnieć. Za młodu, jako początkujący adwokat został wysłany do małego miasteczka Crytin Gifford, żeby uporządkować papiery zmarłej Alice Drablow. Starsza pani żyła w ponurym odosobnieniu, bez krewnych i przyjaciół. Jest dom położony był na bagnach (zdecydowanie nie sprzyjało to utrzymywaniu kontaktów towarzyskich ;) ) - wąska grobla prowadząca przez moczary dostępna była tylko przez część dnia, podczas odpływu. Arthur z zapałem zabiera się do wypełniania obowiązków, jednak szybko dostrzega, że nazwisko Drablow wywołuje wśród mieszkańców miasteczka niechęć, a wzmianka o tajemniczej kobiecie w czerni, którą kilkakrotnie spotyka - panikę. Odizolowany w domostwie pani Drablow, Arthur odkrywa, że nie jest tam wcale sam, a bagna kryją mroczny sekret z przeszłości.

Książkę wydano w 1983 r., pierwsza ekranizacja powstała 6 lat później, w 1989 r., z Adrianem Rawlinsem w roli Arthura (ostatnio grał ojca Harry'ego Pottera w ekranizacji cyklu), a druga właśnie leci w kinach (z Danielem Radcliffem, który wcześniej grał Harry'ego Pottera). Co ciekawe, w powieści i obu ekranizacjach różny jest stan cywilny głównego bohatera, co pociąga za sobą różne zakończenie (z tego względu zaserwowanie sobie wszystkich trzech dzieł, jedno po drugim, wcale nie jest nudne) - w książce jest narzeczonym, w pierwszym filmie - mężem i ojcem dwójki dzieci, w drugim filmie - wdowcem z małym synkiem.

Pierwsza ekranizacja jest dość wierna powieści, chociaż mam wrażenie, ze akcję przeniesiono na nieco późniejszy okres. W powieści czas akcji nie jest dokładnie określony, ale w filmie wyraźnie widać, że są to lata międzywojenne. Dodano parę udziwnień, jak na przykład ówczesny dyktafon, którego w powieści nie było (tylko banalne papiery ;) ). Z nieznanych mi przyczyn zmieniono także nazwiska niektórych postaci. Poza tym jednak atmosfera jest bardzo wierna, raczej melancholijna i niepokojąca niż upiorna i jedyne do czego bym się przyczepiła, to niepotrzebnie rozwleczona końcówka.


Współczesna ekranizacja dodaje już sporo od siebie - znacznie tu więcej duchów i są one bez porównania aktywniejsze. Niektóre wydarzenia, tylko wspomniane w książce jako występujące (żeby nie spoilerować, nie powiem jakie), tu pokazane. Film uczciwie straszy, choć sugeruję, żeby wziąć poprawkę na to, że ja nie oglądam horrorów i przestraszyć mnie łatwo ;) Niby schematy - odludny dom, a coś tam skrzypi, kroki słychać albo głosy - ale na mnie działają świetnie. Do tego stopnia, że pół seansu przesiedziałam z zamkniętymi oczami, zastanawiając się, na co mi to było ;) Plusem tej ekranizacji są niewątpliwie piękne, nastrojowe zdjęcia. Minusem - niestety - Daniel Radcliffe grający główną rolę. Przy całej sympatii dla tego aktora, uważam że był zupełnie niewiarygodny jako wdowiec i ojciec. Jego chłopięca uroda sprawiała, że oczekiwałam, że sam raczej zacznie wołać tatę... Gdyby nie jego filmowy stan cywilny uważałabym jednak, że zagrał bardzo dobrze - lubię go i życzę mu jak najlepiej w dalszej karierze.


Podsumowując -  polecam i książkę, i obie ekranizacje, jeśli lubicie się bać.

Winter is coming... Tym razem w komiksie.

Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...