Jesienią, jesienią sady się rumienią, a ja zaczynam maniacko czytać kryminały. Przeczytałam ich ostatnio naprawdę dużo i zaczynam odczuwać poważny przesyt. A może to dlatego, że zima nadciąga, święty Mikołaj szczotkuje renifery, a w sklepach pojawiły się dekoracje świąteczne - czyli czas przerzucić się na inną literaturę.
"Na skraju ciszy" ma na okładce informację "szwedzki bestseller", żeby polski czytelnik nie miał żadnej wątpliwości. Wiadomo - szwedzki kryminał, to dobry kryminał, a że w dodatku bestseller, to wiadomo, że superdobry. Niestety, mimo licznych zachwytów, które można znaleźć w sieci, przyznaję, że mnie książka rozczarowała. Najbardziej podoba mi się w niej okładka...
Pierwsza połowa powieści robiła bardzo dobre wrażenie. Zagadka była wciągająca - znaleziono zwłoki młodej kobiety, która zaginęła dwa lata wcześniej, policyjny zespół wznawia śledztwo dotyczące nieszczęsnej ofiary, mnożą się tropy i... trupy. Trochę chaotyczny styl, ale niech tam, może to nie Autorka, a Tłumacz.* W połowie jednak historia oklapła jak suflet. Z licznych tropów ostał się jeden, śledczy znienacka stwierdzili, że ten podejrzany na pewno czynu nie popełnił, ten też nie, i w tego też nie wierzymy, w związku z czym osoba mordercy przestaje być zagadką w połowie książki liczącej 600 stron, co oznacza że przed czytelnikiem jeszcze 300... I na tych trzystu nic ciekawego się już nie dzieje. Najbardziej interesujące były chyba fragmenty dotyczące życia prywatnego śledczych, a nie jest to raczej komplement dla kryminału.
Powieść jest trzecią z serii o policjantce Frederice Bergman. Pod ręką mam jeszcze "Odwet" (tom 2), więc pewnie przeczytam, a nuż mnie zaskoczy.
Kristina Ohlsson, Na skraju ciszy, Prószyński i ska, Warszawa 2013.
Tłumaczył Wojciech Łygaś.
* Albo brak rzetelnej redakcji. Do kilku miejsc mam poważne zastrzeżenia.
Niepoprawna wielbicielka "Alicji w Krainie Czarów", zawyża poziom czytelnictwa, folguje nałogowi, uprawia tsudoku i hoduje dwa małe mole (książkowe). Poprzednia nazwa bloga (Jedz, tańcz i czytaj) zdezaktualizowała się - mam dzieci, nie mam czasu na nic, ale nadal czytam. Zamiast spać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwecja. Pokaż wszystkie posty
9 listopada 2015
23 stycznia 2015
Mordercze nastolatki
"Świadek" to trzeci tom serii o komisarzu Joonie Linnie. Czytałam tylko pierwszy - "Hipnotyzera", pominęłam drugi "Kontrakt Paganiniego", bo go nie miałam pod ręką, choć pewnie lepiej byłoby czytać po kolei. Sama fabuła jest niezależna od poprzedniego tomu, ale chyba została tam zarysowana tajemnica z przeszłości komisarza, która tu jest rozwijana i wyjaśniana, a do pojawiają się jakieś wzmianki o rozwiązaniu zagadki z poprzedniej części, co jednak postarałam się natychmiast wyrzucić z pamięci ;)
Niestety, tym razem mocno przeszkadzał mi wyraźnie widoczny schemat budowania powieści przez małżeństwo Ahndorilów (piszących pod pseudonimem Lars Kepler). Podobnie jak w tomie pierwszym zaczyna się od morderstwa, niebywale krwawego, w którym krew chlapie na prawo i lewo, a morderca z wyraźną lubością zadaje kolejne ciosy. Dalej mamy dość szybkie zogniskowanie śledztwa na konkretnej osobie, pogoń za nią, dodatkowo nakręconą koniecznością odnalezienia osoby porwanej. Odnalezienie poszukiwanej osoby niczego nie rozwiązuje, ponieważ clou kryje się gdzie indziej. Do tego elementy zahaczające łagodnie o parapsychologię, tym razem zamiast hipnotyzera mamy medium. Wszystko dokładnie tak, jak w tomie pierwszym.
Dodatkowo irytacji przysporzył mi główny bohater, komisarz Joona Linna, w pierwszym tomie znajdujący się właściwie na drugim planie, ale już tam denerwująco pewny swoich racji. Niewątpliwie autorzy bardzo lubią swojego bohatera, bo Joona Linna nie tylko jest pewien swoich racji, ale też zawsze ma rację, wbrew innym policjantom-nieudacznikom i prokuratorom-zarozumialcom, którzy złośliwie rzucają mu kłody pod nogi, ale w finale zostają za to ukarani, a sukces i satysfakcja jest po stronie dzielnego komisarza.
Do drobniejszych irytacji należy też konieczność przymykania oczu na nieprawdopodobieństwa fabularne oraz zbytnia - jak dla mnie - wymyślność zbrodni i idąca za tym drastyczność niektórych opisów. Wolę czytać prostsze historie w których interesujący jest motyw, popychający do zbrodni zwykłego człowieka, a nie stopień zwyrodnialstwa psychopaty od dziecka zdeprawowanego.
Przy tym wszystkim musze przyznać, że "Świadek" jednak bardzo wciąga. Połknęłam go w jeden dzień, chociaż chwilowo mam poczucie, że był to w sumie dzień zmarnowany...
Do zbrodni dochodzi w zakładzie wychowawczym dla dziewcząt. Jedna z podopiecznych zostaje brutalnie zabita i ułożona w takiej pozycji, jakby bawiła się w chowanego. Podejrzenia padają na inną dziewczynę, która tej samej nocy ucieka z zakładu. Komisarz Joona Linna, przeciwko któremu toczy się wewnętrzne śledztwo (z powodu pewnej niesubordynacji) jest na pozycji obserwatora, co oznacza, że nie może ingerować w nieudolnie prowadzone dochodzenie.
W tym samym czasie pewna kobieta, Flora Hansen, która dorabia jako medium, urządzając seanse spirytystyczne, choć dobra jest wyłącznie w udawaniu, że widzi duchy, nagle zaczyna być prześladowana przez zjawę zabitej dziewczynki.
Niestety, tym razem mocno przeszkadzał mi wyraźnie widoczny schemat budowania powieści przez małżeństwo Ahndorilów (piszących pod pseudonimem Lars Kepler). Podobnie jak w tomie pierwszym zaczyna się od morderstwa, niebywale krwawego, w którym krew chlapie na prawo i lewo, a morderca z wyraźną lubością zadaje kolejne ciosy. Dalej mamy dość szybkie zogniskowanie śledztwa na konkretnej osobie, pogoń za nią, dodatkowo nakręconą koniecznością odnalezienia osoby porwanej. Odnalezienie poszukiwanej osoby niczego nie rozwiązuje, ponieważ clou kryje się gdzie indziej. Do tego elementy zahaczające łagodnie o parapsychologię, tym razem zamiast hipnotyzera mamy medium. Wszystko dokładnie tak, jak w tomie pierwszym.
Dodatkowo irytacji przysporzył mi główny bohater, komisarz Joona Linna, w pierwszym tomie znajdujący się właściwie na drugim planie, ale już tam denerwująco pewny swoich racji. Niewątpliwie autorzy bardzo lubią swojego bohatera, bo Joona Linna nie tylko jest pewien swoich racji, ale też zawsze ma rację, wbrew innym policjantom-nieudacznikom i prokuratorom-zarozumialcom, którzy złośliwie rzucają mu kłody pod nogi, ale w finale zostają za to ukarani, a sukces i satysfakcja jest po stronie dzielnego komisarza.
Do drobniejszych irytacji należy też konieczność przymykania oczu na nieprawdopodobieństwa fabularne oraz zbytnia - jak dla mnie - wymyślność zbrodni i idąca za tym drastyczność niektórych opisów. Wolę czytać prostsze historie w których interesujący jest motyw, popychający do zbrodni zwykłego człowieka, a nie stopień zwyrodnialstwa psychopaty od dziecka zdeprawowanego.
Przy tym wszystkim musze przyznać, że "Świadek" jednak bardzo wciąga. Połknęłam go w jeden dzień, chociaż chwilowo mam poczucie, że był to w sumie dzień zmarnowany...
Do zbrodni dochodzi w zakładzie wychowawczym dla dziewcząt. Jedna z podopiecznych zostaje brutalnie zabita i ułożona w takiej pozycji, jakby bawiła się w chowanego. Podejrzenia padają na inną dziewczynę, która tej samej nocy ucieka z zakładu. Komisarz Joona Linna, przeciwko któremu toczy się wewnętrzne śledztwo (z powodu pewnej niesubordynacji) jest na pozycji obserwatora, co oznacza, że nie może ingerować w nieudolnie prowadzone dochodzenie.
W tym samym czasie pewna kobieta, Flora Hansen, która dorabia jako medium, urządzając seanse spirytystyczne, choć dobra jest wyłącznie w udawaniu, że widzi duchy, nagle zaczyna być prześladowana przez zjawę zabitej dziewczynki.
16 stycznia 2015
Zbrodnia z fajerwerkami
Bardzo chciałabym tu rzucić jakimś ambitnym tytułem, najlepiej klasykiem, ale niestety - faza kryminalna trwa. Kradzione chwile na czytanie nie sprzyjają skupieniu nad lekturą wymagającą nadmiernego myślenia. No, dobra, tak źle nie jest, skończyłam wymagającego "Tytusa Groana" Mervyna Peake'a, którego nie zawaham się nazwać najdziwniejszą książką, jaką przeczytałam w życiu, ale pisać o nim chwilowo nie mam siły.
Przy okazji P.D. James pisałam o kameralnym śledztwie i braku efektownych pościgów, strzelanin, wybuchów itp. Za to w "Hipnotyzerze" fajerwerków nie brakuje, powieść zaczyna się i kończy z przytupem. To wymarzony materiał na film, nic więc dziwnego, że film już powstał (jeszcze nie oglądałam).
Trzeba przyznać, że małżeństwo ukrywające się pod pseudonimem Larsa Keplera pisze znakomicie, widać co dwie głowy, to dwa razy więcej pomysłów... Zaczyna się mocną sceną (nieco zbyt drobiazgowo opisaną) odnalezienia zwłok czteroosobowej rodziny, z tym że nastoletni chłopiec okazuje się jednak, mimo poważnych okaleczeń, żywy. Komisarz Joona Linna uświadamia sobie, że rodzice mieli jeszcze najstarszą córkę, mieszkającą poza domem, nie wiadomo gdzie dokładnie, a jeśli morderca chciał wymordować całą rodzinę (istnieją takie przesłanki), to grozi jej poważne niebezpieczeństwo. Trzeba natychmiast uzyskać informacje od rannego chłopca, który widział mordercę. Nie jest niestety możliwe przeprowadzenie zwykłego przesłuchania, wezwany zostaje więc hipnotyzer Eric Maria Bark.
Sto stron później wiemy już, kto jest sprawcą zbrodni i znamy motyw - a książka liczy sobie tych stron 630. Zastanawiacie się, o czym w takim razie będzie pozostałe pół tysiąca, skoro wszystko jasne? Ja też się zastanawiałam. Powiem Wam tylko, że autorzy tak potrafią zamotać historię, która wcale nie kończy się w momencie wykrycia i ujęcia mordercy, że nie można się oderwać aż do samego finału (w którym oczywiście znalazł się szczególnie widowiskowy pokaz fajerwerków).
Przymykam oko na prawdopodobieństwa fabularne, bo czyta się znakomicie i z pewnością sięgnę po pozostałe tomy, jeśli mi zbrodnicza faza nie minie...
Przy okazji P.D. James pisałam o kameralnym śledztwie i braku efektownych pościgów, strzelanin, wybuchów itp. Za to w "Hipnotyzerze" fajerwerków nie brakuje, powieść zaczyna się i kończy z przytupem. To wymarzony materiał na film, nic więc dziwnego, że film już powstał (jeszcze nie oglądałam).
Trzeba przyznać, że małżeństwo ukrywające się pod pseudonimem Larsa Keplera pisze znakomicie, widać co dwie głowy, to dwa razy więcej pomysłów... Zaczyna się mocną sceną (nieco zbyt drobiazgowo opisaną) odnalezienia zwłok czteroosobowej rodziny, z tym że nastoletni chłopiec okazuje się jednak, mimo poważnych okaleczeń, żywy. Komisarz Joona Linna uświadamia sobie, że rodzice mieli jeszcze najstarszą córkę, mieszkającą poza domem, nie wiadomo gdzie dokładnie, a jeśli morderca chciał wymordować całą rodzinę (istnieją takie przesłanki), to grozi jej poważne niebezpieczeństwo. Trzeba natychmiast uzyskać informacje od rannego chłopca, który widział mordercę. Nie jest niestety możliwe przeprowadzenie zwykłego przesłuchania, wezwany zostaje więc hipnotyzer Eric Maria Bark.
Sto stron później wiemy już, kto jest sprawcą zbrodni i znamy motyw - a książka liczy sobie tych stron 630. Zastanawiacie się, o czym w takim razie będzie pozostałe pół tysiąca, skoro wszystko jasne? Ja też się zastanawiałam. Powiem Wam tylko, że autorzy tak potrafią zamotać historię, która wcale nie kończy się w momencie wykrycia i ujęcia mordercy, że nie można się oderwać aż do samego finału (w którym oczywiście znalazł się szczególnie widowiskowy pokaz fajerwerków).
Przymykam oko na prawdopodobieństwa fabularne, bo czyta się znakomicie i z pewnością sięgnę po pozostałe tomy, jeśli mi zbrodnicza faza nie minie...
25 maja 2014
Czasami człowiek musi
...inaczej się udusi, jak wiadomo. Musi przeczytać coś niezbyt mądrego, lekkiego i niezostawiającego większego śladu w pamięci. No więc odnotowuję, że przeczytałam.
Pamiętam, że czytałam nie najgorsze recenzje tej powieści, dlatego zgarnęłam z bibliotecznej półki. (W dodatku bohaterka nosi imię mojej córki). Ode mnie jednak pochwał nie usłyszycie - to powieść zupełnie o niczym, oparta na schematach zdartych ze zużycia do gołej czcionki, banał na banale. Taki harlequin, który udaje, że jest czymś więcej. Nie mam nic przeciw harlequinom, ale nie lubię, jak się podszywają pod powieść psychologiczną. Trzeba autorce przyznać, że pióro ma lekkie i jak się już zacznie czytać, to tekst sam leci. Zdania składa zgrabnie i główna bohaterka jest dość sympatyczna (choć momentami dziwna do granic prawdopodobieństwa). I mimo że dość szybko się zorientowałam, że niczym mnie ta fabuła nie zaskoczy, to jakoś doczytałam do końca, skwitowałam wzruszeniem ramion i tyle tego doświadczenia.
Powieść podzielona jest na dwa głosy. Pierwszy głos należy do do 40-letniej kobiety, Elizy, drugi do nastolatki, Sandry/Cassandry. Eliza żyje dręczona wspomnieniem sprzed lat, kiedy jej przyjaciółka, Rose, utonęła w stawie. Ma poczucie, że mogła tej tragedii zapobiec, więc oskarża się o niemal o morderstwo, co radośnie popiera jej otoczenie... Niespodziewanie odzywa się do niej ojciec Rose, którego nie widziała od czasów tragedii, a który najwyraźniej pragnie pojednania, stojąc nad grobem.
Historia Sandry to retrospekcja, rozgrywa się niedługo przed utonięciem Rose. Sandra, która chce być nazywana Cassandrą, to pretensjonalna dziewczyna, która trafia do dobrej szkoły z internatem. Czuje się gorsza od wszystkich, chce udowodnić, że jest inaczej, klasyczny przypadek kompleksu niższości splecionego z kompleksem wyższości. Aspiruje do "elity", którą tworzą trzy przyjaciółki: Rose, Eliza i Portia.
Mam słabość do książkowych szkół z internatem i do tajemnic z przeszłości, ale niestety cała historia zbudowana została na wyeksploatowanych schematach, więc nie polecam. No chyba, że musicie...
Marika Cobbold
Utonięcie Rose
Muza 2012
Pamiętam, że czytałam nie najgorsze recenzje tej powieści, dlatego zgarnęłam z bibliotecznej półki. (W dodatku bohaterka nosi imię mojej córki). Ode mnie jednak pochwał nie usłyszycie - to powieść zupełnie o niczym, oparta na schematach zdartych ze zużycia do gołej czcionki, banał na banale. Taki harlequin, który udaje, że jest czymś więcej. Nie mam nic przeciw harlequinom, ale nie lubię, jak się podszywają pod powieść psychologiczną. Trzeba autorce przyznać, że pióro ma lekkie i jak się już zacznie czytać, to tekst sam leci. Zdania składa zgrabnie i główna bohaterka jest dość sympatyczna (choć momentami dziwna do granic prawdopodobieństwa). I mimo że dość szybko się zorientowałam, że niczym mnie ta fabuła nie zaskoczy, to jakoś doczytałam do końca, skwitowałam wzruszeniem ramion i tyle tego doświadczenia.
Powieść podzielona jest na dwa głosy. Pierwszy głos należy do do 40-letniej kobiety, Elizy, drugi do nastolatki, Sandry/Cassandry. Eliza żyje dręczona wspomnieniem sprzed lat, kiedy jej przyjaciółka, Rose, utonęła w stawie. Ma poczucie, że mogła tej tragedii zapobiec, więc oskarża się o niemal o morderstwo, co radośnie popiera jej otoczenie... Niespodziewanie odzywa się do niej ojciec Rose, którego nie widziała od czasów tragedii, a który najwyraźniej pragnie pojednania, stojąc nad grobem.
Historia Sandry to retrospekcja, rozgrywa się niedługo przed utonięciem Rose. Sandra, która chce być nazywana Cassandrą, to pretensjonalna dziewczyna, która trafia do dobrej szkoły z internatem. Czuje się gorsza od wszystkich, chce udowodnić, że jest inaczej, klasyczny przypadek kompleksu niższości splecionego z kompleksem wyższości. Aspiruje do "elity", którą tworzą trzy przyjaciółki: Rose, Eliza i Portia.
Mam słabość do książkowych szkół z internatem i do tajemnic z przeszłości, ale niestety cała historia zbudowana została na wyeksploatowanych schematach, więc nie polecam. No chyba, że musicie...
Marika Cobbold
Utonięcie Rose
Muza 2012
15 stycznia 2013
Nagły atak zimy
Nagły atak zimy nastąpił nie tylko w rzeczywistości, ale i w moich lekturach oraz oglądanych filmach. Nic w tym dziwnego, bo ostatnio ciągnie mnie raczej w kierunku północnym.
Pierwszy czytany kryminał pani Larsson pt. "Burza z krańców ziemi" recenzowałam TU - bardzo mi sie podobał i miałam ochotę sięgnąć o kolejną część opowiadającą o przygodach prawniczki Rebeki Martinsson. Wyszło mi niestety niezbyt chronologicznie, bo nie miałam pod ręką drugiego z kolei tomu, "Krew, którą nasiąkła", wiec sięgnęłam po trzeci, zatytułowany "I tylko czarna ścieżka". A jak się okazało, wydarzenia z drugiej części odcisnęły bardzo silne piętno na bohaterce, przez co początek powieści bardzo mnie zadziwił. No i mam wrażenie, że chyba poznałam przy okazji zakończenie drugiego tomu (ale przeczytam i tak - wam radzę czytać po kolei).
Bardzo lubię miejsce, w którym toczy się akcja książek o Rebece Martinsson - Kirunę, miasteczko leżące na bardzo dalekiej północy Szwecji, w krainie Laponii. Dane z wikipedii: "Średnia temperatura powietrza w styczniu wynosi -16,0 °C, a w lipcu wynosi +12,8 °C. Usłonecznienie w styczniu 0 godzin, a w lipcu 24 godzin". Bardziej na północ to już jest chyba tylko śnieg... Chociaż nie - bo 12 km na północ od Kiruny jest wioska Kurravaara, licząca sobie około 50 mieszkańców, z której Rebeka pochodzi i do ktorej powraca ze Sztokholmu.
O ile z "Burzy..." zapamiętałam pojazd, którym można się zimą po okolicy poruszać - fińskie sanki, rodzaj hulajnogi na płozach, to z tego tomu na pewno pozostanie mi wspomnienie domków na płozach ustawionych na zamarzniętej rzece. Taki, nazwijmy to, lapoński odpowiednik domków letniskowych ;) Kopałam w internecie i próbowałam znaleźć jakieś zdjęcie takiego dziwa, ale bez powodzenia. Szkoda, bardzo bym chciała zobaczyć, jak to wygląda.
W książce domki te są o tyle ważne, że w jednym z nich, podczas okrutnej zawiei, zostają znalezione zwłoki zamordowanej kobiety. Ofiara okazuje się ważną osobą z zarządu dużej firmy Kallas Mining. Jej śmierć prawdopodobnie związana była z wewnętrznymi machlojkami spółki. W tym miejscu zaczęłam się trochę obawiać, bo podobnie jak u prowadzącej śledztwo komisarz Anny Marii Melli (nietypowa dla skandynawskich kryminałów policjantka, mocno dzieciata i szczęśliwa w małżeństwie), na dźwięk słów: "spółka", "korporacja" lub "konsorcjum" dochodzi u mnie do spięcia w szarych komórkach. Wszystkie te kombinacje na wysokich szczeblach rozmaitych zarządów nie bardzo mnie obchodzą, i jak dla mnie szefowie spółek mogą się wzajemnie wycinać w pień. Czytałam więc sobie, dość sceptycznie, o zawiłościach polityki Kallas Mining, a powieść robiła się dziwniejsza i dziwniejsza. W pewnym momencie akcja oddalona była od kryminału jak Kiruna od Warszawy, a przez karty powieści przewijała się dziwna galeria postaci: szef spółki Mauri Kallis, człowiek z gatunku "od zera do bohatera", jego współpracownicy - nietypowe rodzeństwo, Inna i Diddi Wattrang, różni współmałżonkowie, nastoletnia siostra Mauriego - Ester, i cała plejada bohaterów dalszoplanowych. Każdą postać poznajemy od podszewki i właściwie książce bliżej jest raczej do powieści psychologicznej z wątkiem kryminalnym oraz dodatkiem lokalnego folkloru w nieco magicznym wątku Ester.
A najdziwniejsze było to, że chociaż w połowie książki uznałam, że dostałam zupełnie nie to, czego się spodziewałam, to nie mogłam się oderwać. A po skończeniu - byłam zachwycona. Ale nie każdemu polecam, bo Asa Larsson tworzy powieści dość specyficzne i muszą trafić na właściwego odbiorcę. Trzeba się przekonać na własnej skórze. Ja znów mam ochotę powrócić do Kiruny.
Cykl o Rebece Martinsson:
Burza z krańców ziemi, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2008
Krew, którą nasiąkła, przeł. B. Walczak-Larsson, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011
I tylko czarna ścieżka, przeł. B. Walczak-Larsson, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011
Aż gniew twój przeminie, przeł. B. Walczak-Larsson, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012
W ofierze Molochowi, przeł. B. Walczak-Larsson, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013
Pierwszy czytany kryminał pani Larsson pt. "Burza z krańców ziemi" recenzowałam TU - bardzo mi sie podobał i miałam ochotę sięgnąć o kolejną część opowiadającą o przygodach prawniczki Rebeki Martinsson. Wyszło mi niestety niezbyt chronologicznie, bo nie miałam pod ręką drugiego z kolei tomu, "Krew, którą nasiąkła", wiec sięgnęłam po trzeci, zatytułowany "I tylko czarna ścieżka". A jak się okazało, wydarzenia z drugiej części odcisnęły bardzo silne piętno na bohaterce, przez co początek powieści bardzo mnie zadziwił. No i mam wrażenie, że chyba poznałam przy okazji zakończenie drugiego tomu (ale przeczytam i tak - wam radzę czytać po kolei).
Bardzo lubię miejsce, w którym toczy się akcja książek o Rebece Martinsson - Kirunę, miasteczko leżące na bardzo dalekiej północy Szwecji, w krainie Laponii. Dane z wikipedii: "Średnia temperatura powietrza w styczniu wynosi -16,0 °C, a w lipcu wynosi +12,8 °C. Usłonecznienie w styczniu 0 godzin, a w lipcu 24 godzin". Bardziej na północ to już jest chyba tylko śnieg... Chociaż nie - bo 12 km na północ od Kiruny jest wioska Kurravaara, licząca sobie około 50 mieszkańców, z której Rebeka pochodzi i do ktorej powraca ze Sztokholmu.
O ile z "Burzy..." zapamiętałam pojazd, którym można się zimą po okolicy poruszać - fińskie sanki, rodzaj hulajnogi na płozach, to z tego tomu na pewno pozostanie mi wspomnienie domków na płozach ustawionych na zamarzniętej rzece. Taki, nazwijmy to, lapoński odpowiednik domków letniskowych ;) Kopałam w internecie i próbowałam znaleźć jakieś zdjęcie takiego dziwa, ale bez powodzenia. Szkoda, bardzo bym chciała zobaczyć, jak to wygląda.
![]() |
| Kiruna (zdjęcie stąd) |
W książce domki te są o tyle ważne, że w jednym z nich, podczas okrutnej zawiei, zostają znalezione zwłoki zamordowanej kobiety. Ofiara okazuje się ważną osobą z zarządu dużej firmy Kallas Mining. Jej śmierć prawdopodobnie związana była z wewnętrznymi machlojkami spółki. W tym miejscu zaczęłam się trochę obawiać, bo podobnie jak u prowadzącej śledztwo komisarz Anny Marii Melli (nietypowa dla skandynawskich kryminałów policjantka, mocno dzieciata i szczęśliwa w małżeństwie), na dźwięk słów: "spółka", "korporacja" lub "konsorcjum" dochodzi u mnie do spięcia w szarych komórkach. Wszystkie te kombinacje na wysokich szczeblach rozmaitych zarządów nie bardzo mnie obchodzą, i jak dla mnie szefowie spółek mogą się wzajemnie wycinać w pień. Czytałam więc sobie, dość sceptycznie, o zawiłościach polityki Kallas Mining, a powieść robiła się dziwniejsza i dziwniejsza. W pewnym momencie akcja oddalona była od kryminału jak Kiruna od Warszawy, a przez karty powieści przewijała się dziwna galeria postaci: szef spółki Mauri Kallis, człowiek z gatunku "od zera do bohatera", jego współpracownicy - nietypowe rodzeństwo, Inna i Diddi Wattrang, różni współmałżonkowie, nastoletnia siostra Mauriego - Ester, i cała plejada bohaterów dalszoplanowych. Każdą postać poznajemy od podszewki i właściwie książce bliżej jest raczej do powieści psychologicznej z wątkiem kryminalnym oraz dodatkiem lokalnego folkloru w nieco magicznym wątku Ester.
A najdziwniejsze było to, że chociaż w połowie książki uznałam, że dostałam zupełnie nie to, czego się spodziewałam, to nie mogłam się oderwać. A po skończeniu - byłam zachwycona. Ale nie każdemu polecam, bo Asa Larsson tworzy powieści dość specyficzne i muszą trafić na właściwego odbiorcę. Trzeba się przekonać na własnej skórze. Ja znów mam ochotę powrócić do Kiruny.
Cykl o Rebece Martinsson:
Burza z krańców ziemi, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2008
Krew, którą nasiąkła, przeł. B. Walczak-Larsson, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011
I tylko czarna ścieżka, przeł. B. Walczak-Larsson, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011
Aż gniew twój przeminie, przeł. B. Walczak-Larsson, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012
W ofierze Molochowi, przeł. B. Walczak-Larsson, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013
*****
Właśnie sobie uświadomiłam, że dziś 15 stycznia! A to oznacza, że:
mój blog skończył
3 latka!
Można powiedzieć - wyszedł już z pieluch ;)
Postanowienia niedawno były, rozdawnictwo książkowo-rocznicowe uniemożliwione przez remont, więc chyba tylko czczenie minutą ciszy pozostało ;)
31 sierpnia 2012
Totalny chaos
...panuje w mojej głowie. Nie mogę się jakoś skupić na niczym, czytam na raz dużo, tak dużo, że aż nie jestem w stanie się doliczyć pozaczynanych książek. I żeby one chociaż złe były, ale nie, są ciekawe, a jedna to niepodważalne arcydzieło. I co z tego, zamiast kontynuować, sięgam po następną. Kończy się na tym, że włączam laptopa i oglądam jakieś byle co, np. programy tvn na tvn player. Takiej skomasowanej dawki telewizji już od dawna nie przyswoiłam - od jakichś 7 lat żyję praktycznie bez telewizora (w tym okresie przez 1,5 roku miałam pudło, ale nie używałam). A wczoraj zakończyłam wieczór oglądaniem po raz siedemnasty "Finding Nemo" w oryginale. I nawet nie mogę się usprawiedliwiać przed sobą, że to dla nauki języka, bo teksty z tej bajki znam na pamięć...
Chwilowo mogę więc zrecenzować tylko zaległą, przeczytaną kilka tygodni temu "Fabrykantkę aniołków" Lackberg.


Kto czyta moje recenzje, ten wie, że nie jestem wielbicielką tej kryminalnej sagi, ale jak ktoś mi da tom do ręki, to przeczytam. A że każdy tom trafia w moje ręce, dzięki mojej siostrze, to jakoś tak wyszło, że jestem z losami Eriki i Patrika na bieżąco.
Wady powieści są te same, co w tomach poprzednich (nie będę się powtarzać, odsyłam do ich recenzji). Oczywiście - mamy nową ciążę. Nie może być u Lackberg tomu bez ciąży. Jeżeli rozmnażanie w Szwecji jest rzeczywiście tak obfite jak w tej sadze, to za dwadzieścia lat Skandynawowie zaleją świat. Wyprą nawet Chińczyków. Mamy także w "Fabrykantce..." tradycyjną dla kryminałów szwedzkich sprawę społeczną. Tym razem mowa o ksenofobii i radykalnej prawicy, która ma szansę dojść do władzy, głosząc hasła o Szwecji tylko dla Szwedów. Oczywiście ani w dzieciach, ani w kwestiach społecznych nie ma niczego złego, ale męczy mnie powtarzalność składników, z jakich jest zbudowany absolutnie każdy tom: 1) rozmnażanie, 2) problemy społeczne, 3) zagadka z przeszłości, 4) zagadka z teraźniejszości. Może to tak jak z piosenkami - pisarka uznała, że czytelnicy też najbardziej lubią to, co już znają. Jadąc na tym powtarzalnym schemacie, bez problemu tworzy grubaśne, 500-stronicowe tomy z częstotliwością 1 lub 2 na rok.Całe szczęście jednak, że zagadki kryminalne u Lackberg bywają ciekawe. Tak jest i tym razem.
U wybrzeży Fjalbacki leży mała wysepka Valö, a na niej stoi opuszczony dom. Dawniej mieściła się w niej nieduża, elitarna prywatna szkoła dla chłopców, ale w 1974 r. zamknięto ją - po niewyjaśnionej tragedii, która miała miejsce w Wielkanoc. Policja we Fjalbace otrzymała telefon wzywający ich na wyspę. Kiedy policjanci tam dotarli, w domu dyrektora szkoły znaleźli tylko jego najmłodszą, roczną córeczką. Cała rodzina zniknęła w połowie posiłku. Pokój wyglądał tak, jakby nagle podnieśli się od stołu i wyszli. Nigdy ich nie odnaleziono.
Po 30 latach owa najmłodsza córeczka, wychowana przez rodzinę zastępczą Ebba, wraca na wyspę wraz z mężem. Niedawno spotkała ich tragedia i próbują w nowym miejscu odbudować swoje życie na nowo. Jednak najwyraźniej ktoś, komu nie podoba się ich powrót, postanawia ich zabić... Do akcji wkracza komisarz Patrik Hedström, a po piętach depcze mu jego żona Erika, która ma w planach książkę o tragedii, która wydarzyła się na wyspie.
Jednocześnie poznajemy historię potomkiń pewnej morderczyni z początku XX wieku, zwanej fabrykantką aniołków...
Camilla Lackberg, Fabrykantka aniołków / Änglamakerskan, Czarna Owca 2012
tłum. Inga Sawicka
ss. 496
Chwilowo mogę więc zrecenzować tylko zaległą, przeczytaną kilka tygodni temu "Fabrykantkę aniołków" Lackberg.

Kto czyta moje recenzje, ten wie, że nie jestem wielbicielką tej kryminalnej sagi, ale jak ktoś mi da tom do ręki, to przeczytam. A że każdy tom trafia w moje ręce, dzięki mojej siostrze, to jakoś tak wyszło, że jestem z losami Eriki i Patrika na bieżąco.
Wady powieści są te same, co w tomach poprzednich (nie będę się powtarzać, odsyłam do ich recenzji). Oczywiście - mamy nową ciążę. Nie może być u Lackberg tomu bez ciąży. Jeżeli rozmnażanie w Szwecji jest rzeczywiście tak obfite jak w tej sadze, to za dwadzieścia lat Skandynawowie zaleją świat. Wyprą nawet Chińczyków. Mamy także w "Fabrykantce..." tradycyjną dla kryminałów szwedzkich sprawę społeczną. Tym razem mowa o ksenofobii i radykalnej prawicy, która ma szansę dojść do władzy, głosząc hasła o Szwecji tylko dla Szwedów. Oczywiście ani w dzieciach, ani w kwestiach społecznych nie ma niczego złego, ale męczy mnie powtarzalność składników, z jakich jest zbudowany absolutnie każdy tom: 1) rozmnażanie, 2) problemy społeczne, 3) zagadka z przeszłości, 4) zagadka z teraźniejszości. Może to tak jak z piosenkami - pisarka uznała, że czytelnicy też najbardziej lubią to, co już znają. Jadąc na tym powtarzalnym schemacie, bez problemu tworzy grubaśne, 500-stronicowe tomy z częstotliwością 1 lub 2 na rok.Całe szczęście jednak, że zagadki kryminalne u Lackberg bywają ciekawe. Tak jest i tym razem.
U wybrzeży Fjalbacki leży mała wysepka Valö, a na niej stoi opuszczony dom. Dawniej mieściła się w niej nieduża, elitarna prywatna szkoła dla chłopców, ale w 1974 r. zamknięto ją - po niewyjaśnionej tragedii, która miała miejsce w Wielkanoc. Policja we Fjalbace otrzymała telefon wzywający ich na wyspę. Kiedy policjanci tam dotarli, w domu dyrektora szkoły znaleźli tylko jego najmłodszą, roczną córeczką. Cała rodzina zniknęła w połowie posiłku. Pokój wyglądał tak, jakby nagle podnieśli się od stołu i wyszli. Nigdy ich nie odnaleziono.
Po 30 latach owa najmłodsza córeczka, wychowana przez rodzinę zastępczą Ebba, wraca na wyspę wraz z mężem. Niedawno spotkała ich tragedia i próbują w nowym miejscu odbudować swoje życie na nowo. Jednak najwyraźniej ktoś, komu nie podoba się ich powrót, postanawia ich zabić... Do akcji wkracza komisarz Patrik Hedström, a po piętach depcze mu jego żona Erika, która ma w planach książkę o tragedii, która wydarzyła się na wyspie.
Jednocześnie poznajemy historię potomkiń pewnej morderczyni z początku XX wieku, zwanej fabrykantką aniołków...
Camilla Lackberg, Fabrykantka aniołków / Änglamakerskan, Czarna Owca 2012
tłum. Inga Sawicka
ss. 496
13 czerwca 2012
Nudnawo na Olandii
Tak, tak. Wiem, że Theorin jest pieszczochem bloggerów i należy się nim zachwycać. Ale mnie tym razem nie zachwycił.
Nocna zamieć podobała mi się bardzo. Zmierzch już mniej, ale nadal był dobry. Smugę krwi doczytałam tylko z względu na autora, "bo to przecież Theorin". Dość przeciętny kryminał, do połowy powoli się rozkręca, a od połowy też nie galopuje, choć wciąga nieco bardziej. Zresztą niech się toczy dowolnie ślamazarnie, byle wzbudzał emocje - a tego nie robił.
Niestety, pojawiły się tym razem u Theorina ograne chwyty w stylu "wiem, ale nie powiem", których bardzo nie lubię. Doceniam, jeśli bohater rozwiązuje zagadkę razem z czytelnikiem, a nie jeśli skrywa jakąś tajemnicę (która jest tajemnicą tylko przed czytelnikiem, bo w powieściowym świecie właściwie wszyscy ją znają) i tak od czasu do czasu bąknie jakąś informację, żeby dopiero na końcu wydusić, o co chodziło. Mam na myśli wątek traumatycznego dzieciństwa Vendeli, które zresztą wcale takie traumatyczne nie było i nie chce mi się wierzyć, żeby przeżywała je przez następne kilkadziesiąt lat. W ogóle była to dla mnie mało wiarygodna postać, robiła wrażenie 60-latki i nie mogłam pojąć, czemu mąż podejrzewa ją o romans ze znacznie młodszym Jerrym.
Drugi wątek też jest ograny do nieprzytomności w skandynawskich kryminałach. Kwestie społeczne to konik tamtejszych powieściopisarzy. Tym razem w programie pojawia się analiza ciemnych stron pornobiznesu. Znacznie bardziej wolałam Nocną zamieć z jej cichą rodzinną tragedią niż omówienie problemów szwedzkiego społeczeństwa.
Miałam wrażenie, że Theorin tworzył tym razem w oparciu o podręcznik twórczego pisania kryminałów. Jak napisać prawdziwy skandynawski kryminał? Weź jedno dziecko pokrzywdzone przez rodziców (tragedia jednostki), domieszaj kwestię społeczną (tragedia ogółu), dawkuj informacje powoli, żeby dociągnąć do końca, a tam machnij scenę finałową z fajerwerkami. Zresztą wątek z polewaniem benzyną i podpalaniem (to nie spojler, tylko pierwsza scena książki) wydaje mi się w kontekście fabuły mocno naciągany i wprowadzony tylko ku widowiskowości, a nie uzasadniony intrygą (naprawdę nie mógł go udusić, zastrzelić, dźgnąć i ewentualnie potem spalić, jeśli już chce koniecznie?), ale to tylko moja opinia. Chyba lepiej nie zakładać z góry, że się napisze "kwartet olandzki", nawet jeśli to tak ładnie brzmi, bo potem wydawcy cisną, czytelnicy się domagają, a wena może nagle okuleć.
No to sobie ponarzekałam, a przecież nie było AŻ TAK źle. Niemniej jednak nie jest to ten Theorin, którego polubiłam.
P.S. Ładne opisy wiosny na Olandii, bardzo chciałabym to miejsce zobaczyć na własne oczy, te opustoszałe letniskowe wioski.
Nocna zamieć podobała mi się bardzo. Zmierzch już mniej, ale nadal był dobry. Smugę krwi doczytałam tylko z względu na autora, "bo to przecież Theorin". Dość przeciętny kryminał, do połowy powoli się rozkręca, a od połowy też nie galopuje, choć wciąga nieco bardziej. Zresztą niech się toczy dowolnie ślamazarnie, byle wzbudzał emocje - a tego nie robił.
Niestety, pojawiły się tym razem u Theorina ograne chwyty w stylu "wiem, ale nie powiem", których bardzo nie lubię. Doceniam, jeśli bohater rozwiązuje zagadkę razem z czytelnikiem, a nie jeśli skrywa jakąś tajemnicę (która jest tajemnicą tylko przed czytelnikiem, bo w powieściowym świecie właściwie wszyscy ją znają) i tak od czasu do czasu bąknie jakąś informację, żeby dopiero na końcu wydusić, o co chodziło. Mam na myśli wątek traumatycznego dzieciństwa Vendeli, które zresztą wcale takie traumatyczne nie było i nie chce mi się wierzyć, żeby przeżywała je przez następne kilkadziesiąt lat. W ogóle była to dla mnie mało wiarygodna postać, robiła wrażenie 60-latki i nie mogłam pojąć, czemu mąż podejrzewa ją o romans ze znacznie młodszym Jerrym.
Drugi wątek też jest ograny do nieprzytomności w skandynawskich kryminałach. Kwestie społeczne to konik tamtejszych powieściopisarzy. Tym razem w programie pojawia się analiza ciemnych stron pornobiznesu. Znacznie bardziej wolałam Nocną zamieć z jej cichą rodzinną tragedią niż omówienie problemów szwedzkiego społeczeństwa.
Miałam wrażenie, że Theorin tworzył tym razem w oparciu o podręcznik twórczego pisania kryminałów. Jak napisać prawdziwy skandynawski kryminał? Weź jedno dziecko pokrzywdzone przez rodziców (tragedia jednostki), domieszaj kwestię społeczną (tragedia ogółu), dawkuj informacje powoli, żeby dociągnąć do końca, a tam machnij scenę finałową z fajerwerkami. Zresztą wątek z polewaniem benzyną i podpalaniem (to nie spojler, tylko pierwsza scena książki) wydaje mi się w kontekście fabuły mocno naciągany i wprowadzony tylko ku widowiskowości, a nie uzasadniony intrygą (naprawdę nie mógł go udusić, zastrzelić, dźgnąć i ewentualnie potem spalić, jeśli już chce koniecznie?), ale to tylko moja opinia. Chyba lepiej nie zakładać z góry, że się napisze "kwartet olandzki", nawet jeśli to tak ładnie brzmi, bo potem wydawcy cisną, czytelnicy się domagają, a wena może nagle okuleć.
No to sobie ponarzekałam, a przecież nie było AŻ TAK źle. Niemniej jednak nie jest to ten Theorin, którego polubiłam.
P.S. Ładne opisy wiosny na Olandii, bardzo chciałabym to miejsce zobaczyć na własne oczy, te opustoszałe letniskowe wioski.
28 maja 2012
Wiosna w ogrodzie zen
Fakt, że autorzy dręczący Prowansję i hańbiący Bretanię nie zostali jeszcze zlinczowani przez miejscową ludność, dowodzi tylko dobroci miejscowej ludności.
Malmsten z pewnością Francji nie dręczy i nie hańbi i jest bardzo daleko od głównego nurtu literatury przeprowadzkowej: "przeprowadziłem się do innego kraju i jacy oni tu są wszyscy dziwni". Jeśli ktoś spodziewa się drugiej Frances Mayes albo Petera Mayle'a, głęboko się rozczaruje. A chyba takie są oczekiwania większości czytelników, sądząc po blogowych recenzjach - głównie negatywnych. To prawda, autorka-narratorka przeniosła się ze Szwecji do Francji, ale jej powieść opowiada raczej o pielęgnacji ogrodu niż o szoku kulturowym. Chyba że za szok można uznać wysoką cenę wody w Finistere...
Bodil Malmsten
Cena wody w Finistere
Priset på vatten i Finistère
Zostałam całkowicie zaczarowana przez tę powieść i obiema rękami podpisuję się pod rekomendacją Kapuścińskiego na okładce. Popołudnie w ogrodzie - cisza, nic się nie dzieje, szumią drzewa, śpiewają ptaki, czasem wpadnie niespodziewany gość, z którym będzie się niespiesznie piło herbatę na zacienionej werandzie. Taka właśnie jest atmosfera tej książki. Streszczanie akcji nic Wam nie da, bo akcji tu niewiele, więcej nastroju.
Jednoczę się z wszechświatem, żadnej mistyki, zwykłe uczucie przynależności. Nic w tym dziwnego.
Jeśli mam się do czegoś przyczepić, to do drugiej połowy książki, gdzie na plan pierwszy wysuwają się problemy z napisaniem powieści. Właśnie tej powieści, "Ceny wody...". Malmsten właściwie nie chce jej pisać, robi to głownie z powodu problemów finansowych. Po pewnym czasie zaczęło mnie to irytować, zwłaszcza że miałam wrażenie, że te narzekania miały na celu głównie zwiększenie objętości dzieła. Jestem to jednak w stanie wybaczyć autorce, bo to jedna z tych magicznych książek, które mam ochotę przeczytać ponowne natychmiast po przewróceniu ostatniej strony.
Mam ogromną słabość do pisarzy, którzy nie są ani hurraoptymistami, ani czarnowidzami, ale potrafią doceniać piękno świata, nie zapominając przy tym o jego dramatach. Są wojny, ludzie giną, ale nadal wiosną kwitną kwiaty.
Nafaszerowane narkotykami dzieci wysyła się z karabinem w ręce na wojny plemienne, gdzie indziej sadza się je w brudzie na posadzce w śmierdzącej piwnicy i każe kleić tenisówki, dzieci głodują, są wykorzystywane — nie mogę powiedzieć, że o tym nie wiem. Ja wiem, wszyscy wiedzą, widzieliśmy zdjęcia, całą masę zdjęć (...). ... moje pokolenie niczemu nie zaradziło, znów na to pozwalamy, nie tylko w Afryce, wszędzie, pozwalamy, by to trwało.
Moje pokolenie miało wszystko: pigułkę anty-koncepcyjną, pracę i jasną przyszłość. Nie podzieliło się nią, zatrzymało dla siebie, na emeryturę. Skonfiskowało przyszłość następców — z lenistwa i egoizmu, nie pomnożyliśmy tego daru, zagarniając, ile się dało, zdefraudowaliśmy przyszłość, ukradliśmy ją. Moje pokolenie to pokolenie psychopatów — cudze cierpienie jest dla nas nierealne, nie czujemy go, jesteśmy tylko my i nasi: oczywiście. (...)
Wiedzieć, jak głęboka jest nasza wina, i mimo to żyć w pełnym słońcu, jechać samochodem przez wioski i miasteczka, do siebie, w stronę morza, zbliżać się do domu, mieć dom, do którego się wraca, wysyłać przekazy „Lekarzom bez granic", wrzucać pieniążek do skarbonki, w całym tym bezsensie żyć szczęśliwie, gdyż postawa odwrotna byłaby jeszcze większym bezsensem.
Malmsten z pewnością Francji nie dręczy i nie hańbi i jest bardzo daleko od głównego nurtu literatury przeprowadzkowej: "przeprowadziłem się do innego kraju i jacy oni tu są wszyscy dziwni". Jeśli ktoś spodziewa się drugiej Frances Mayes albo Petera Mayle'a, głęboko się rozczaruje. A chyba takie są oczekiwania większości czytelników, sądząc po blogowych recenzjach - głównie negatywnych. To prawda, autorka-narratorka przeniosła się ze Szwecji do Francji, ale jej powieść opowiada raczej o pielęgnacji ogrodu niż o szoku kulturowym. Chyba że za szok można uznać wysoką cenę wody w Finistere...
Bodil Malmsten
Cena wody w Finistere
Priset på vatten i Finistère
Wydawnictwo Literackie 2007
Zostałam całkowicie zaczarowana przez tę powieść i obiema rękami podpisuję się pod rekomendacją Kapuścińskiego na okładce. Popołudnie w ogrodzie - cisza, nic się nie dzieje, szumią drzewa, śpiewają ptaki, czasem wpadnie niespodziewany gość, z którym będzie się niespiesznie piło herbatę na zacienionej werandzie. Taka właśnie jest atmosfera tej książki. Streszczanie akcji nic Wam nie da, bo akcji tu niewiele, więcej nastroju.
Jednoczę się z wszechświatem, żadnej mistyki, zwykłe uczucie przynależności. Nic w tym dziwnego.
Jeśli mam się do czegoś przyczepić, to do drugiej połowy książki, gdzie na plan pierwszy wysuwają się problemy z napisaniem powieści. Właśnie tej powieści, "Ceny wody...". Malmsten właściwie nie chce jej pisać, robi to głownie z powodu problemów finansowych. Po pewnym czasie zaczęło mnie to irytować, zwłaszcza że miałam wrażenie, że te narzekania miały na celu głównie zwiększenie objętości dzieła. Jestem to jednak w stanie wybaczyć autorce, bo to jedna z tych magicznych książek, które mam ochotę przeczytać ponowne natychmiast po przewróceniu ostatniej strony.
Mam ogromną słabość do pisarzy, którzy nie są ani hurraoptymistami, ani czarnowidzami, ale potrafią doceniać piękno świata, nie zapominając przy tym o jego dramatach. Są wojny, ludzie giną, ale nadal wiosną kwitną kwiaty.
Nafaszerowane narkotykami dzieci wysyła się z karabinem w ręce na wojny plemienne, gdzie indziej sadza się je w brudzie na posadzce w śmierdzącej piwnicy i każe kleić tenisówki, dzieci głodują, są wykorzystywane — nie mogę powiedzieć, że o tym nie wiem. Ja wiem, wszyscy wiedzą, widzieliśmy zdjęcia, całą masę zdjęć (...). ... moje pokolenie niczemu nie zaradziło, znów na to pozwalamy, nie tylko w Afryce, wszędzie, pozwalamy, by to trwało.
Moje pokolenie miało wszystko: pigułkę anty-koncepcyjną, pracę i jasną przyszłość. Nie podzieliło się nią, zatrzymało dla siebie, na emeryturę. Skonfiskowało przyszłość następców — z lenistwa i egoizmu, nie pomnożyliśmy tego daru, zagarniając, ile się dało, zdefraudowaliśmy przyszłość, ukradliśmy ją. Moje pokolenie to pokolenie psychopatów — cudze cierpienie jest dla nas nierealne, nie czujemy go, jesteśmy tylko my i nasi: oczywiście. (...)
Wiedzieć, jak głęboka jest nasza wina, i mimo to żyć w pełnym słońcu, jechać samochodem przez wioski i miasteczka, do siebie, w stronę morza, zbliżać się do domu, mieć dom, do którego się wraca, wysyłać przekazy „Lekarzom bez granic", wrzucać pieniążek do skarbonki, w całym tym bezsensie żyć szczęśliwie, gdyż postawa odwrotna byłaby jeszcze większym bezsensem.
24 lutego 2012
O tomach, które stają się coraz grubsze...
... i naprawdę nie wiem za sprawą czego, bo nie treści. Pani Lackberg jest mistrzynią w laniu wody. Najpierw obserwujemy rozgrywające się wydarzenia, potem czytamy jak jedna osoba opowiada o nich drugiej, następnie mamy rozmyślania trzeciej osoby o ww., żeby zakończyć spotkaniem policyjnego teamu, na którym podsumowują co? - oczywiście owo wydarzenie. I tak w koło, tej no..., latarni.
W fabułę wplecione są dwie naprawdę dobre historie - o współcześnie żyjącej Annie i o Emelie - żonie latarnika z XIX w. Obie dzieją się na małej skalnej wysepce z latarnią morską, zwanej Wyspą Duchów - bo dusze ludzi, którzy tam zmarli, nigdy jej nie opuszczają. Dobre, klimatyczne, zapadające w pamięć opowieści, ale zupełnie zagubione w gąszczu nieistotnych, nudnych wątków.
Główny wątek "zbrodniczy" - morderstwo pewnego mężczyzny, Matsa Sverina, który został zastrzelony strzałem w tył głowy w drzwiach własnego mieszkania - jest nader ślamazarny i mało interesujący. Jak zwykle mamy też obyczajowy temat przewodni - jest nim strata dzieci - oraz całą masę wątków pomniejszych, np. budowę nowoczesnego spa we Fjallbace, a także dalsze losy absolutnie każdego pracownika miejscowej policji. Jak zwykle u tej autorki życie kręci się wokół rozmnażania... Jeśli nawet ktoś jest bezdzietny, to tylko przez przeoczenie.
Można przeczytać, nie trzeba.
Camille Lackberg
Latarnik
Fyrvaktaren
Czarna Owca 2011, ss. 496
W fabułę wplecione są dwie naprawdę dobre historie - o współcześnie żyjącej Annie i o Emelie - żonie latarnika z XIX w. Obie dzieją się na małej skalnej wysepce z latarnią morską, zwanej Wyspą Duchów - bo dusze ludzi, którzy tam zmarli, nigdy jej nie opuszczają. Dobre, klimatyczne, zapadające w pamięć opowieści, ale zupełnie zagubione w gąszczu nieistotnych, nudnych wątków.
Główny wątek "zbrodniczy" - morderstwo pewnego mężczyzny, Matsa Sverina, który został zastrzelony strzałem w tył głowy w drzwiach własnego mieszkania - jest nader ślamazarny i mało interesujący. Jak zwykle mamy też obyczajowy temat przewodni - jest nim strata dzieci - oraz całą masę wątków pomniejszych, np. budowę nowoczesnego spa we Fjallbace, a także dalsze losy absolutnie każdego pracownika miejscowej policji. Jak zwykle u tej autorki życie kręci się wokół rozmnażania... Jeśli nawet ktoś jest bezdzietny, to tylko przez przeoczenie.
Można przeczytać, nie trzeba.
Camille Lackberg
Latarnik
Fyrvaktaren
Czarna Owca 2011, ss. 496
19 lipca 2011
Zbrodnie wojenne
Ja tę serię przyciągam. Nie kupuję, nie wypożyczam, a i tak zawsze ktoś mi przyniesie następny tom...
Tym, którzy z sagą pani Lackberg się nie zetknęli wyjaśniam, że pierwszoplanowymi bohaterami jest para, a obecnie już małżeństwo: Erika i Patrik. Erika jest pisarką, Patrik policjantem.
Patrik właśnie rozpoczyna swój "tacierzyński" urlop, kiedy znalezione zostają zwłoki... Zamordowano starszego pana, historyka - wydaje się, że brak powodu, bo był cichy, spokojny i nikomu nie zagrażał. Oczywiście, Patrik znajdzie jakimś cudem czas, by pomiędzy zmianą pieluszek i spacerami zaangażować się w śledztwo.
Jednocześnie Erika stara się wyjaśnić zagadkę wojennego niemieckiego medalu i zakrwawionego niemowlęcego kaftanika, które znalazła na strychu, wśród pamiątek po matce. Kiedy zaczyna czytać jej pamiętniki z młodości, odkrywa, że ta oschła kobieta, która nie potrafiła przytulić córeczek, za młodu była radosna, ciepła, pełna życia. Co takiego wydarzyło się w jej życiu, że wywołało tak ogromną zmianę? Co więcej, okazuje się, że za młodu matka przyjaźniła się z zamordowanym historykiem...
Wszystkie wątki, rzecz jasna, splatają się w bardzo ciasny węzeł...
Ogólnie będę marudzić na tę książkę, chociaż nie na samą zagadkę, bo ta - muszę przyznać - utrzymała mnie w napięciu aż do końca. Zainteresowała mnie zresztą ta tematyka - z jednej strony kwestia wojny w Szwecji, którą przecież ominęło większość nieszczęść, z drugiej - współcześni neonaziści.
Za to mogę ponarzekać na:
- przeraźliwie rozdętą objętość - naprawdę, ze 100 stron dałoby się wyrzucić z pożytkiem dla akcji, dywagacje na temat parzenia napojów, chrupania ciasteczek, pochłaniania irysków są cokolwiek zbyt drobiazgowe;
- szeroko omawiane życie prywatne wszystkich krewnych i znajomych Królika - poza perypetiami małżeńsko-dziecinnymi Eriki i Patrika, mamy też przygody związkowe Anny, siostry Eriki; policjanta Martina, którego dziewczyna oczekuje dziecka; nową policjantkę, imigrantkę Paulę, której dziewczyna (sic) też oczekuje dziecka; kolejną miłosną przygodę pierdołowatego szefa policjantów, Bertila; sekretarkę Annikę, która tęskni za posiadaniem dzieci; policjanta Gostę, który żałuje, że posiadanie dzieci nie było mu dane.... Tak, dobrze Wam się wydaje, prywatne życie bohaterów tej sagi kręci się tylko i wyłącznie wokół dzieci. Czasem wokół związków. Innych problemów i zainteresowań brak. Jest też paru nowych bohaterów (w sensie - związanych z tym konkretnym morderstwem) - zgadnijcie wokół posiadania/braku czego toczy się ich życie...;
- Autorka zawsze wybiera jakiś przewodni temat dla każdej części - tym razem jest to ojcostwo. Dobra, rozumiem, fajny pomysł, ale zaczęłam zgrzytać zębami, czytając, jak to czwartoplanowy bohater wspomina, że kiedy córeczki były małe, to im sam z siebie zmieniał pieluszki ...
Jeśli ktoś lubi sagi rodzinno-obyczajowo-kryminalne (kolejność nieprzypadkowa) to polecam, ale za porównywanie do "Millenium" powinno się pozwać wydawnictwo do sądu.
Camilla Lackberg, Niemiecki bękart, Wydawnictwo Czarna Owca, 2011
Wcześniejsze części recenzowałam tu:
20 stycznia 2011
A w Szwecji znów mordują
Ofiara losu / Olycksfageln
tłum. Inga Sawicka
Czarna Owca 2010
ss. 448
Z tym, że to "najlepsza kryminalna saga po Larssonie" zdecydowanie się nie zgadzam, niemniej zła nie jest. Sympatykom kryminałów skandynawskich polecam.
tłum. Inga Sawicka
Czarna Owca 2010
ss. 448
Co za naród, no naprawdę. Niby tacy spokojni, zimnokrwiści, a trup się ściele za trupem. Tym razem policjant z Fjällbacki, Patrik Hedström, musi zmagać się aż z dwoma zabójstwami, a na dokładkę - z przygotowaniami do własnego ślubu.
W wypadku samochodowym ginie kobieta. Pozornie sprawa jest prosta - prowadziła po pijanemu. Pewne ślady sugerują jednak, że ktoś przyczynił się do jej śmierci. Jednocześnie w miasteczku rozpoczyna się realizacja reality show pod nazwą "Fucking Tanum". Biorą w nim udział uczestnicy wcześniejszych edycji rozmaitych "Big brotherów", "Barów", "Amazonek" i innych tego typu programów. Młodzi ludzie z problemami emocjonalnymi i parciem na szkło. Organizatorzy lokują ich małej mieścinie, wysyłają do pracy i filmują każdy krok. Mimo tej inwigilacji jeden z uczestników zostaje znaleziony martwy. Medialny rozgłos tej zbrodni przyćmiewa poprzednie morderstwo, ale Patrik musi poradzić sobie z oboma.
Zauważyłam, ze ta książka zbiera znacznie gorsze recenzje niż poprzednia, jednak mnie czytało się ją naprawdę dobrze. Mimo znacznej objętości zajęła mi tylko jeden dzień. Sporo tu drobnych wątków pobocznych: przygotowania do ślubu Patrika i Eryki, romans Anny i Dana, prywatne życie Martina Molina, pierwsza miłość komisarza Mellberga, nowa policjantka, losy uczestników "Fucking Tanum". To sprytny zabieg - sprawia, że łatwo zżywam się z bohaterami i ciągnie mnie do poznawania dalszych tomów serii.
Podstawowy minus - błyskawicznie i bez żadnych starań domyśliłam się, kto będzie zabójcą. Możliwe, że przy czwartej z kolei części pisarka zaczyna popadać w jakiś schemat, który ułatwia rozszyfrowanie zagadki. Niemniej doczytałam do końca, zainteresowana tym, jak sobie poradzi policja i jakie okażą się motywy - to taki mały plusik w minusie ;) Pozostałe wady są takie same, jak w poprzednich częściach - autorka wspomina o odnalezionym ważnym dowodzie, dzięki któremu Patrik "wszystko zrozumiał", ale co to jest, wyjaśnia dopiero 20 stron później. Takie sztuczne podbijanie napięcia.
Z tym, że to "najlepsza kryminalna saga po Larssonie" zdecydowanie się nie zgadzam, niemniej zła nie jest. Sympatykom kryminałów skandynawskich polecam.
14 grudnia 2010
Morderstwo w środku zimy
Burza z krańców ziemi
tyt. oryg. Solstorm
tłum. Beata Walczak-Larsson
Wyd. Otwarte 2008 Z tej lektury na pewno zapamiętam fińskie sanki, którymi poruszała się jedna z bohaterek. To rodzaj hulajnogi na dwóch płozach i podobno powszechny środek komunikacji na północy Szwecji i Finlandii. Jak sobie wyobraziłam siebie mknącą na nich rano do pracy... Biorąc pod uwagę panującą aurę, ktoś naprawdę powinien rozpowszechnić ten środek transportu w Polsce.
Z fińskimi sankami czy bez Burza z krańców ziemi to naprawdę dobry kryminał - w dodatku wyjątkowo aktualny, bo bohaterowie też zmagają się ze śniegiem i mrozem, a uwierzcie, że w porównaniu z ich zimą nasza niegodna jest jednego bałwanka.
Na początku marudziłam: a bo kryminały mi się przejadły, a bo ciągle ta Skandynawia, a bo znów trup na początku, a bo następna policjantka w ciąży... Po kilkunastu stronach zapomniałam, ze miałam narzekać, bo wsiąkłam bez reszty. Może składniki są już znane, ale po zmieszaniu znowu wyszła całość znakomita.
W małym miasteczku w północnej Szwecji zamordowany zostaje pastor zboru Źródło Mocy. Jego okaleczone ciało porzucono przed ołtarzem. Śledztwo toczy się dwutorowo - prowadzone jednocześnie przez policję oraz przez prawniczkę Rebekę, dawną znajomą ofiary. Wyznawcy Źródła Mocy tworzą społeczność zamkniętą na ingerencję z zewnątrz (nie jest to sekta, ale lokalnie powstały odłam chrześcijaństwa), więc tylko ktoś, kto dawniej do nich przynależał ma szanse uzyskać jakiekolwiek odpowiedzi. Tak naprawdę jednak najbardziej frapujące nie jest pytanie "kto zamordował"?, ale - "co ukrywają ci ludzie"? To mnie właśnie trzymało w napięciu i nie pozwalało oderwać się od lektury - każdy ma tu jakąś tajemnicę - wyznawcy i pastorowie kościoła, pozornie nieskazitelne żony pastorów. Przeszłość Rebeki jest wielką zagadką, odsłanianą powoli w retrospekcjach. Jej dawna przyjaciółka i siostra ofiary, Sanna, to chodząca niewiadoma. A jej dzieci? Czy dzieci też mają swoje sekrety?
Plus za nieidealistyczne zakończenie. Doskonała lektura do czytania przy oknie z widokiem na śnieżycę...
PS. Powstała szwedzka ekranizacja książki z Izabelą Scorupco, ale nie oglądałam, więc nie wypowiem się na temat jakości filmu.
30 sierpnia 2010
Dziewczyna z Bullerbyn
Vladimir Oravsky, Kurt Peter Larsen i Autor anonimowyOd Astrid do Lindgren
Powieść biograficzna
Powieść biograficzna
Wyd. Czarne, Wołowiec 2009
ss. 160
"- (...) Jak tam się wspaniale żyło! Nie tylko nam z rodzeństwem, ale również córce pastora i... - ciągnęła Astrid, nie słuchając niczego innego prócz własnych myśli.
- Zjadłaś wczoraj ostatniego sucharka?
- A propos: bułeczki i sok na plebanii! Jak cudnie! Świetnie się bawiliśmy, my, czyli dzieciarnia! I Sowie Drzewo - przypomniała sobie i się uśmiechnęła. (...)
- Bułeczki pasowałyby też tutaj, i to teraz, zaraz - stwierdziła Zarah (...).
- I wszystkie te nasze pomysły, figle, psikusy! Jedna wielka hałastra bawiących się i dokazujących dzieci! I jeszcze Sowie Drzewo...
- Nie odmówiłabym plastra szynki - westchnęła Zarah i usiadła na łóżku, chowając podbródek w dłoniach.
- A potem przyłączała się Ingegerda, mała ślamazara! Kochany dzieciak! Pamiętam dokładnie dzień, w którym się urodziła. Taka śliczna, krucha, tak jak Lasse! Mówię ci, Zarah..
- Przestań już - przerwała współlokatorka. - Jeszcze słowo i zwymiotuję!
- A propos wymiotów: kiedy Gunar, Stina i ja...
- Jeśli usłyszę coś jeszcze na temat tego hałaśliwego Bullerbyn, to zacznę krzyczeć!
- To właściwie Vimmerby... - poprawiła Astrid.
- Na jedno wychodzi i nie żartuję!"Ta zbeletryzowana biografia obejmuje niewielki wycinek z życia sławnej pisarki, dokładniej trzy lata jej młodości, na długo zanim zaczęła być TĄ Astrid Lindgren. Młoda Astrid Ericsson, córka pastora, musi opuścić ukochane Vimmerby i swoich najbliższych, oficjalnie po to, by uczyć się w Sztokholmie, nieoficjalnie - by ukryć przed ojcem nieślubną ciążę. Osamotniona w wielkim mieście, Astrid musi poradzić sobie ze znalezieniem jako tako płatnej pracy i znośnego lokum, co dla samotnej panny w latach 20. XX w. nie było prostym zadaniem. Pracuje jako stenotypistka i nawet w jej wyobraźni nie pojawia się wizja kariery pisarskiej. Jedyne o czym marzy, to by wziąć w ramiona syna. Niestety, skazana jest na rozstanie z nim, bo nie stać ją na samodzielne wychowywanie swojego dziecka. Nawet w najcięższych chwilach nie traci jednak poczucia humoru, skłonności do figli i wiary w lepszą przyszłość.
To niewielka książeczka i czyta się ją błyskawicznie. Jest miła, sympatyczna, ciekawa (ten epizod z życia Astrid był mi zupełnie nieznany), napisana z poczuciem humoru (ach, te jędzowate gospodynie domów z pokojami do wynajęcia) i niewiele więcej ponad to. Nie odznacza się jakimiś nadzwyczajnymi walorami literackimi. Jej podstawową zaletą jest krzepiący wydźwięk historii, a efektem ubocznym - rozbudzenie u mnie dzikiej chęci zapoznania się z pełnowymiarową biografią Astrid Lindgren.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Winter is coming... Tym razem w komiksie.
Nadciąga zima – długa, mroźna i niebezpieczna. Legendy mówią o tajemniczej trującej mgle, która się wtedy pojawia, jakby głód i krwiożercz...
-
Cztery lata wierni czytelnicy Jeżycjady odczekali się na przyjazd Magdusi do Poznania. Ja też czekałam. Oczekiwanie dłużyło mi się niemi...
-
Tak! Jeśli mnie nie myli kalendarz, to właśnie dziś, 15 stycznia 2011 r. , Jedz, tańcz i czytaj kończy roczek . Pół roku temu zaliczył co...
-
Moje pierwsze zetknięcie z Jane Eyre było całkiem nieświadome. W wieku kilku lat oglądałam z rodzicami jakiś film i jedyne co z niego zapami...












